Kategorie
Uncategorized

Stopka

O nas     Reklama     Praca     Kontakt

Kategorie
wychowanie

O pożytkach płynących z konfliktów między rodzeństwem

Jednak nieodłącznym elementem siostrzanych i braterskich więzi są także nieporozumienia, zazdrość a nawet rywalizacja. Kiedy na okrągło powracające kłótnie spędzają nam sen z powiek, często pytamy samych siebie: “co robię nie tak?”.
Jak zapobiegać nieporozumieniom, by wychować dzieci w atmosferze miłości i zgody? Zagadnienie rozwiązywania konfliktów między rodzeństwem oraz porady, jak wychowywać dzieci bez rywalizacji, przykuwają uwagę niejednego rodzica. W sieci oraz licznych poradnikach krąży wiele wskazówek dotyczących dziecięcych sporów. Samo powstrzymywanie konfliktów między dziećmi nie przynosi jednak trwałego rozwiązania. Zresztą zwyczajnie nie jest też do końca możliwe.

Pozwólmy dzieciom na konfrontację

Skłonności do nieporozumień, bójek czy zazdrości między rodzeństwem zależą od różnicy wieku między dziećmi, od ich temperamentu oraz wielu czynników rodzinnych. Jedno jest pewne – siostrzane i braterskie konflikty są typowym i nieuniknionym procesem rozwojowym. Zresztą nie ma w nich nic złego, o ile nie przybierają nadmiernie wrogiej formy. Dzieci różnią się między sobą stylami reagowania, potrzebami, preferencjami i oczekiwaniami, co w sposób zrozumiały prowadzi również do nieporozumień. Spierają się o przestrzeń dla siebie, uwagę rodziców, zabawki czy formę spędzania wspólnego czasu.
Na skutek nieporozumień dzieci w naturalny sposób trenują nie tylko kompetencje społeczne związane z asertywnością, szukaniem kompromisów i rozwiązywaniem konfliktów, lecz także lepiej poznają siebie i swoje rodzeństwo. Dzięki konfrontacjom z rodzeństwem pogłębiają wiedzę dotyczącą własnych potrzeb, ćwiczą się w określaniu własnych granic i umiejętności mówienia “nie” oraz uświadamiają sobie istotę wzajemnej troski. Pojawiające się konfrontacje są wyzwalaczem naturalnego treningu wielu pożytecznych kompetencji, a przy tym umożliwiają naukę wspólnego życia w rodzinie.

[reklama id=”76968″]
Konflikty często dają o sobie znać wtedy, gdy rodzic nadmiernie interweniuje i angażuje się w nieporozumienia, lub próbuje całkowicie nie dopuścić do konfrontacji. Sytuacja między dziećmi  przybiera wówczas strukturę trójkąta (wtedy często dzieci uciekają się np. do skarżenia), a ingerencja opiekunów często dodatkowo zaognia kłótnie i napędza wrogość. Dobrze jest, kiedy rodzice ograniczają swój udział w dziecięcych konfliktach. Zamiast stawać w obronie jednego z dzieci (zazwyczaj tego młodszego) lub starać się za wszelką cenę zaprowadzić zgodę, znacznie korzystniejsza – choć niewątpliwie wymagająca dużej cierpliwości i uważności – wydaje się strategia wspierającej obserwacji oraz zachęcania do samodzielnych prób poszukiwania konstruktywnych rozwiązań.
Zaprzeczanie nieporozumieniom, albo opowiadanie się za którąś ze stron daje krótkotrwałe rozwiązanie i przynosi zwykle efekt odwrotny do zamierzonego. Dużo ważniejsze jest aktywne wsparcie dziecka w rozwoju odpowiedzialności za własne emocje, wzmacnianie poczucia wspólnoty oraz troski o przyjazne relacje w rodzinie. Warto również przyjrzeć się własnym strategiom rozwiązywania konfliktów z bliskimi, pierwszym reakcjom w stanie wzburzenia i umiejętności regulowania własnych emocji – bo, jak wszyscy wiemy, dzieci uczą się przede wszystkim obserwując dorosłych.

Wspieraj, ale nie osądzaj!

  • Daj dzieciom przestrzeń – zamiast podawać gotowe rozwiązania, staraj się zachęcać do tego, aby same próbowały znaleźć wyjście z sytuacji;
  • Wspieraj w rozwoju kompetencji społecznych i emocjonalnych. Rozmawiaj z dziećmi o emocjach, nazywaj uczucia, wskazuj możliwe sposoby rozładowania emocji oraz skuteczne strategie radzenia sobie z nimi;
  • Bądź empatyczny, pokaż, że rozumiesz emocje dziecka. Nazwij i opisz to, co dostrzegasz w jasny sposób, np.: “Widzę, że chciałbyś czasem pobawić się sam”; Jesteś niezadowolona, kiedy tak długo karmię twoją siostrę?”; “Rozumiem, że ty również mnie potrzebujesz, kiedy opiekuję się twoim bratem”; “Wygląda na to, że chciałbyś spędzać ze mną więcej czasu”;
  • Unikaj roli sędziego, wysłuchaj obu stron, ale pozwól dzieciom na samodzielne podejmowanie decyzji oraz dochodzenie do porozumienia;
  • Interweniuj, kiedy dzieci robią sobie krzywdę, biją się albo ranią słowami – opisz, co widzisz, i jasno powiedz, że nie akceptujesz takich zachowań;
  • Zwróć uwagę na indywidualność każdego z dzieci. Unikaj powtarzania, że kochasz dzieci tak samo (na pytanie o to, które z dzieci kochasz mocniej, możesz odpowiedzieć po prostu: “Każde z was jest inne i to jest wspaniałe. Jasia kocham jak Jasia, a Zosię jak Zosię”);
  • Powierzaj dzieciom dostosowane do wieku zadania, które umożliwiają budowanie wspólnoty i pogłębianie poczucia odpowiedzialności za funkcjonowanie rodziny (np. pozwól im nakryć do stołu, poskładać pranie, poproś o pomoc w kąpieli młodszego rodzeństwa);
  • Spędzaj czas z każdym z dzieci. Wspólnie z dziećmi zaplanuj spędzenie części czasu wolnego oddzielnie z każdym z nich. Zatroszcz się o to, aby te chwile były wyjątkowe i przyjemne;
  • Rozmawiajcie o tym, co ważne. Całą rodziną porozmawiajcie o wzajemnym szacunku, akceptacji i wyrażaniu troski wobec najbliższych.

 
Źródło:
B. Brazelton, J. D. Sparrow, Rozwój dziecka od 0 do 3 lat, GWP, Sopot 2013, s. 401-407.

Kategorie
olini

Zdrowa wiosna – 4 produkty, które chronią przed przeziębieniem

Olej z czarnuszki – na odporność i leczenie infekcji 

Olej z czarnuszki Olini jest to obowiązkowy produkt na naszej spiżarnianej półce, ponieważ idealnie nadaje się do zapobiegania i leczenia infekcji układu oddechowego. Usprawnia bowiem pracę oskrzeli, a podczas trwania choroby, zmniejsza ilość śluzu. Jest bogaty w tłuszcze nienasycone, witaminy E, F i K, kwas gamma-linolenowy, fitosterole i olejki eteryczne o działaniu antyseptycznym. 

Jak podawać olej z czarnuszki?

  • Dorośli – 1 łyżeczka 2 razy dziennie przed posiłkiem
  • Dzieci – ¼ łyżeczki 2 razy dziennie przed posiłkiem

Charakterystyczny smak oleju z czarnuszki nie wszystkim przypadnie do gustu. Dlatego można go mieszać razem z miodem, który jest naturalnym antybiotykiem i dodatkowo wzmocnia odporność.

Zdrowie zaczyna się w jelitach – żywy ocet jabłkowy

Dobrej jakości, długodojrzewający ocet jabłkowy to źródło potasu, fosforu, chloru, sodu, magnezu, wapnia, siarki, żelaza, fluoru i krzemu, a także witamin A, C, E, P, z grupy B oraz beta-karotenu. 

Ponieważ jest produktem powstałym wskutek naturalnej fermentacji, zawiera bakterie probiotyczne i pomoże zadbać o naszą florę bakteryjną. A – jak wiadomo – nasza odporność zaczyna się w „szczęśliwych” i zdrowych jelitach.

[reklama id=”77215″]

Jak podawać ocet jabłkowy?

  • Dorośli – codziennie zacząć dzień od szklanki ciepłej wody z dodatkiem łyżki octu jabłkowego i łyżeczki naturalnego miodu dla smaku. 
  • Dzieci – na szklankę wody z dodatkiem miodu lub syropu klonowego można dodać 1 łyżeczkę octu.

Warto wybrać ocet dobrej jakości – ważne żeby był niefiltrowany, żywy, a więc niepasteryzowany. Ocet jabłkowy Olini to aromatyczny, pachnący jabłkami i aktywny biologicznie ocet, którego fermentacja trwa aż dwa lata.

Zakwasy i kiszonki – przeciw przeziębieniom

Kiszonki to probiotyki, które są prawdziwymi strażnikami naszej odporności. Dlaczego? Zacznijmy od tego, jak wpływają na nasze jelita – dzięki temu, że są bogactwem powstałego w procesie fermentacji kwasu mlekowego, doskonale regulują florę bakteryjną, usprawniając przy tym trawienie. Ponadto posiadają mnóstwo witaminy C, która w tak kwaśnym środowisku wykazuje wysoką stabilność. W okresie, kiedy świeżych warzyw jest zdecydowanie mniej, świetnie je zastępują. Kiszonki warto jeść przez cały rok, a już szczególnie w okresie jesienno-zimowym.

My szczególnie polecamy Zakwas  z buraków Olini. Buraki to nasze lokalne superfoods, a ich kiszenie zwiększa biodostępność zawartych w nich składników odżywczych. Dzięki procesowi fermentacji wzrasta w nich zawartość witamin z grupy B oraz witaminy C, są również bogatym źródłem żelaza, którego niedobory to częsta przypadłość zarówno u dorosłych, jak i u dzieci.

Podobnie działa Zakwas z kapusty Olini. Posiada on jeszcze więcej witaminy C oraz witamin z grupy B, a także E, P, beta-karoten oraz sole mineralne. Taki sok dzięki zawartości fitoncydów wykazuje działanie bakteriobójcze.

Jak wprowadzić zakwasy warzywne do diety dziecka?

Zakwasy to pyszne napoje probiotyczne, którymi warto wzbogacić dietę. Na początek dobrze jest zacząć od mniejszych porcji (np. 1/4 szklanki), ponieważ zakwasy – tak jak większość kiszonek – mogą przyspieszyć przemianę materii. Jeśli chodzi o dietę maluchów, dietetycy zalecają wprowadzać zakwasy dopiero po ukończeniu przez dziecko roku – ze względu na zawartość soli, której nie powinno się podawać młodszym dzieciom.

Jak podawać kiszonki?

  • Zakwas z buraków można mieszać z sokiem owocowym czy rozcieńczać go z wodą z dodatkiem miodu.
  • Zakwas z kapusty warto natomiast dodawać do przestudzonych zup, kasz czy potrawek. W ten sposób podkreśli smak dań i zachowa wszystkie swoje cenne wartości odżywcze. 

Miód – naturalny i wyjątkowo smaczny antybiotyk

Miód jako lekarstwo używany jest już od czasów starożytnych. To prawdziwa bomba witaminowa, uczeni wyszczególnili w nim ponad 300 wartościowych składników, oprócz witamin: minerały, enzymy i aminokwasy. Ponadto dowiedli, że hamuje rozwój ok. 60 gatunków bakterii, wielu wirusów, grzybów i paciorkowców.

 Aby wzmocnić działanie lecznicze 1-2 łyżek miodu należy rozpuścić w szklance przegotowanej wody i pozostawić na noc. Spotęguje to antybakteryjne działanie miodu aż 200-krotnie!

Spośród bardzo wielu rodzajów miodu, dzieciom szczególnie przypadnie do gustu delikatny i kremowy Miód Rzepakowy Olini. Dorośli natomiast docenią wyjątkowy smak rzadko występującego Miodu Nawłociowego Olini, znanego ze swoich wyjątkowych właściwości antybiotycznych. U najmłodszych ten produkt warto wprowadzać stopniowo, ponieważ może wywoływać alergie.

Jak naturalnie wzmacniać odporność?

Reklamy kuszą nas suplementami diety i lekami, które w prosty sposób mają wzmocnić naszą odporność czy wyleczyć z infekcji. Należy jednak pamiętać, że jedną z najskuteczniejszych metod zapobiegania chorobom jest zdrowa, zbilansowana dieta, bogata w naturalne produkty o udowodnionych naukowo właściwościach. Olej z czarnuszki, zakwasy, miody i ocet jabłkowy z pewnością do nich należą. Warto więc, aby ich spożywanie stało się codziennym punktem jadłospisu, również w wiosennym i letnim sezonie.

Kategorie
wychowanie

Jak zorganizować przestrzeń domową w duchu pedagogiki Marii Montessori?

Okresy sensytywne

W pedagogice Montessori dużą rolę przywiązuje się do zaufania do dziecka i podążania za jego indywidualnym tempem rozwoju. Dużą rolę odgrywają tu tzw. okresy sensytywne, czyli momenty, kiedy dzieci są szczególnie nakierowane na zdobycie danej umiejętności (np. 2,5- latek codzienne upiera się, by samemu założyć buty). Przegapienie tego momentu może sprawić, że potem będzie maluchowi dużo trudniej tę umiejętność opanować.
Zaufanie do naturalnego tempa rozwoju jest szczególnie ważne w pierwszym roku życia dziecka, gdy rozwój (zwłaszcza ruchowy) przebiega szczególnie dynamicznie. W tym czasie dziecko osiąga wiele tzw. kamieni milowych (przekręcanie, pełzanie, raczkowanie, siadanie, stawanie przy meblach, chodzenie). Wielu rodziców odczuwa pokusę, by niektóre procesy przyspieszać: sadzają dziecko otoczone poduszkami, prowadzają za ręce, używają chodzików. Takie postępowanie może spowodować więcej szkody niż pożytku. Według założeń pedagogiki Montessori każde dziecko ma zaprogramowany własny, indywidualny tok rozwoju. Głównym zadaniem rodzica jest zapewnienie mu bezpiecznego otoczenia. Obserwacja i nieprzeszkadzanie dziecku w eksplorowaniu otoczenia to najlepszy sposób na wspieranie rozwoju i budowanie dziecięcej indywidualności. Jak twierdzi dr Silvana Montanaro, trenerka nauczycieli Montessori: :
Dzieci, które mają swobodę poruszania się, mogą podążać za własnymi pomysłami i zainteresowaniami. Doświadczenie wielokrotnego przyglądania się przedmiotowi, sięgania po niego i odkrywania go za pomocą rąk i ust prowadzi do pokrzepiającego uczucia, że kiedy czegoś pragniemy, możemy ruszyć się i osiągnąć dany cel. W ten sposób zdrowo rozwija się poczucie własnego “ja” osoby, która zdolna jest prawidłowo radzić sobie z codziennymi problemami.
Wiara w siebie jest wewnętrznym poczuciem, że jestem zdolny, by polegać na własnych umiejętnościach. Jest ona budowana dzięki aktywnej pracy z otoczeniem, możliwej dzięki swobodzie ruchu. Jest to poczucie wewnętrznej siły, by rozwiązywać problemy, które pozostaje w człowieku na zawsze. W przyszłości zmieni się w cel. Przejdzie on przykładowo od sięgania po interesujące obiekty (jak kolorowa piłka) do odrabiania lekcji, jednak podłoże psychologiczne pozostanie takie samo: coś cię interesuje, potrzebujesz więc podjąć jakieś działania, by zaspokoić to zainteresowanie, a następnie jesteś zadowolony, że posiadasz zdolności, aby to zrobić.
Aktywne ruchy w pierwszych miesiącach życia zapewniają całościowo doświadczenie dla umysłu i ciała, z którego rodzi się wiara w siebie. Dzięki niej możliwe jest stawianie czoła wszystkim wyzwaniom życia.

Jak zorganizować domową przestrzeń?

Przygotowując dom na pojawienie się nowego członka rodziny, warto zorganizować przestrzeń tak, by sprzyjała swobodnemu rozwojowi malucha.

[reklama id=”77424″]
Przeczytaj: Montessori dla najmłodszych dzieci

Oto kilka podstawowych zasad, które można wziąć pod uwagę, aranżując wspólną przestrzeń:

  • Udział w życiu rodzinnym

    – bez względu na to, czy malec przebywa w swoim pokoju, wspólnej sypialni czy w kuchni, warto dbać o to, by zawsze miał w zasięgu wzroku coś interesującego, co pozwoli mu na “pracę własną” (tak pedagogika Montessori nazywa dziecięcą aktywność). W przypadku niemowlęcia wystarczą kolorowe mobile, starszaka można włączyć do wspólnego przygotowywania posiłku.

  • Niezależność

    – naczelna zasada pedagogiki Montessori brzmi: Pomóż mi to zrobić samemu. Ułatwienie dziecku dostępu do przedmiotów codziennego użytku pozwoli mu na szybsza naukę samodzielnego posługiwania się nimi.

  • Minimalizm (w kontekście rzeczy osobistych)

    – warto dbać o to, by dziecko nie było przytłoczone nadmiarem zabawek. Poprzez obserwację malucha łatwo można zauważyć, co go nudzi, a czym się interesuje i umiejętnie rotować te zabawki.

  • Dbanie o porządek

    – to bardzo ważna zasada, która sprzyja kształtowaniu poczucia estetyki oraz docenieniu ładu i harmonii. Od początku warto uczyć malca odkładania zabawek po skończonej zabawie. Oczywiście najważniejsza rolę gra tu rodzic, który sam dba o porządek w domu.

Noworodek w chwili pojawienia się na świecie nie potrzebuje osobnego pokoju, w tym czasie najważniejsze jest mleko mamy i jej troskliwe ramiona. Także co-sleeping jest idealnym rozwiązaniem, jednak wielu rodziców lubi przygotowywać pokoik na przyjęcie malucha.
Przeczytaj: Zabawki Montessori dla dziecka w wieku 0–3 miesiące

Czym warto się kierować, urządzając przestrzeń małego dziecka:

  • Stonowane wnętrza

    – lepiej wybierać jasne, pastelowe barwy. Dziecięce zabawki często są już wystarczająco kolorowe. Własny pokój powinien być miejscem, gdzie maluch będzie czuł się swobodnie i gdzie będzie mógł się wyciszyć po dniu pełnym wrażeń. Dobrze, aby był jasny i przestronny.

  • Bezpieczeństwo

    – pokój dziecięcy powinien być wolny od kabli, otwartych kontaktów, ostrych krawędzi, szklanych przedmiotów. To powinna być przestrzeń, którą dziecko może dowolnie i swobodnie eksplorować. Pamiętajmy, że miejscem, gdzie maluch spędza najwięcej czasu jest podłoga. To tam uczy się przekręcać, pełzać, raczkować, siadać. Przyda się dywan lub duża mata, gdzie dziecko będzie mogło swobodnie ćwiczyć nowe umiejętności, a która jednocześnie będzie amortyzować malca w momencie upadku. Warto postawić na różnorodne faktury i stonowane kolory.

  • Ład i porządek

    – pedagogika montessoriańska dużą wagę przywiązuje do ładu, porządku i harmonii. Zabawki powinny być przechowywane w stałych miejscach. Zamiast wrzucać wszystko do wielkiego, przepastnego pojemnika lub kosza warto zaopatrzyć dziecko w tacki, koszyczki, haczyki, gdzie w miarę rozwoju będzie mogło odkładać zabawki. Przestrzeń, w której przebywa dziecko, nie powinna być zagracona. Nadrzędną zasadą powinien być minimalizm – nadmiar bodźców utrudnia koncentrację i sprawia, że maluch może być przestymulowany.

  • Dostępność

    – dobrze, by dziecko miało wszystkie niezbędne rzeczy w zasięgu ręki: szuflady z ubrankami, książeczki, zabawki. Już roczne dziecko będzie w stanie sięgać samodzielnie po to, co jest mu potrzebne. Warto także zaaranżować domową przestrzeń przyjaźnie dla malca: taborecik do samodzielnego mycia rąk, nisko zawieszony ręcznik czy haczyki na ubrania sprzyjają kształtowaniu się samodzielności.

  • Naturalne surowce

    – ważnym elementem domowego wnętrza są zielone rośliny. Malec może mieć także specjalne pudełko ze skarbami natury: może przechowywać tam kamyki, szyszki, kasztany, patyki. Naturalne surowce to także:

  • Zabawki

    – wybierając je, warto kierować się ich trwałością, poczuciem estetyki (gdyż w ten sposób wyrabiamy je również w dziecku) oraz wyobrazić sobie, jak dziecko będzie z nich korzystać. Zabawki powinny być dobrane do możliwości rozwojowych dziecka. Dobrze, by miały jakiś realny cel – jeśli aktywność dziecka będzie w jakiś sposób ukierunkowana (jak np. w układaniu puzzli), jego wyobraźnia będzie efektywna i twórcza. Drewniane klocki czy puzzle, koraliki zawieszone na sznurku są trwalsze, a jednocześnie nie przestymulowują dziecka tak jak plastikowe, grające zabawki.

  • Ubrania

    – postawmy na naturalne materiały (bawełna) oraz ubrania, które nie będą krępowały ruchów. W przypadku niemowląt doskonale sprawdzą się pajace lub rampersy: coś, co nie będzie się podwijać w trakcie pełzania czy raczkowania. Jeśli to tylko możliwe, warto, by maluchy miały odkryte stopy i ręce – poznawanie własnego ciała to bardzo ważny element rozwoju.

Przeczytaj: Pokój dziecka według Marii Montessori

[reklama id=”67734″]

Włączenie dziecka do życia rodzinnego

Dziecko od urodzenia jest istotą społeczną. Niemowlęta, choć jeszcze nie są w stanie w pełni aktywnie uczestniczyć w życiu domowników, obserwują i chłoną domową atmosferę. Uczą się poprzez naśladownictwo. Stopniowo coraz bardziej chcą uczestniczyć w domowych aktywnościach. Pedagogika Montessori zachęca do czynnego udziału dzieci w domowych obowiązkach (określa to terminem “praktyczne życie”). To, co dla dorosłych jest nudne i żmudne (nakrywanie do stołu, zbieranie brudnych naczyń, wkładanie brudnych rzeczy do prania), dla dziecka może być ciekawym doświadczeniem, które buduje jego samodzielność i poczucie własnej wartości.

Trzy aspekty życia rodzinnego to:

  • samoobsługa, czyli higiena osobista, ubieranie, jedzenie,
  • normy społeczne
  • troska o środowisko, czyli odkurzanie, sprzątanie, pranie itp.,

Warto włączać dzieci do wspólnego przygotowania posiłków, prania, sprzątania, odkurzania. Dzieci uwielbiają naśladować dorosłych. Zamiast “udawać” lepiej pozwolić im na wykonywanie prawdziwych, ukierunkowanych na cel aktywności, które przysłużą się życiu całej rodziny, a jednocześnie dadzą dziecku poczucie sprawstwa i napełnią je dumą.

Pedagogika Montessori stawia w centrum dziecko i jego indywidualny potencjał

Uważny rodzic poprzez obserwację dziecka i odczytywanie jego potrzeb potrafi dostosować się do jego indywidualnych predyspozycji. Osoba dorosła pełni tu bardziej rolę przewodnika, który podąża za dzieckiem. Poprzez taką nienarzucającą się obecność wspiera rozwój, pomaga w budowaniu indywidualności, kształtowaniu charakteru i rozwijaniu kreatywności malucha. Jak twierdziła Maria Montessori:
Pierwsze dwa lata życia są najważniejsze. Obserwacja udowadnia, że małe dzieci obdarzone są niezwykłymi zdolnościami umysłowymi i wskazuje na nowe sposoby ich formowania – dosłownie edukowanie poprzez współdziałanie z naturą. Tutaj więc zaczyna się nowa ścieżka, na której to nie profesor uczy dzieci, a dzieci uczą profesora.  
 
 

Kategorie
wywiady

"Kiedy o uczniu zaczniemy myśleć, jak o człowieku…". Rozmowa z Anną Szulc

Większość dzieci nie lubi szkoły. Może jeszcze te najmłodsze mają w sobie wystarczająco dużo entuzjazmu, by z radością oddawać się szkolnej nauce, ale im są starsze, tym ich niechęć do szkoły jest coraz większa. Dlaczego?

Anna Szulc: Z odpowiedzią na to pytanie jest tak, jak z tym, co rozumieją wszyscy, a jednocześnie nikt tego nie zauważa: kiedy rodzi się dziecko, wiemy, że szansą dla jego prawidłowego rozwoju jest opieka i wsparcie otoczenia. Przez pierwsze lata życia chętnie pomagamy mu w zdobywaniu wiedzy i kompetencji. Towarzyszymy w nauce, zachęcamy do podejmowania kolejnych prób, doceniamy każdy progres i cieszymy się. Jesteśmy świadomi, że każde dziecko rozwija się we własnym tempie i zgodnie z tym tempem wprowadzamy je w świat. Potem dziecko, z natury ciekawe świata, z niecierpliwością wyczekuje chwili, kiedy pójdzie do szkoły – często,  jeszcze w czasie wakacji, nosi plecak pełen książek i przyborów, przymierza odświętne ubranie i mimo że pełen jest niepokoju, nie może doczekać się początku roku szkolnego. A później…

A później zaczyna się szkolna rzeczywistość…

I pojawiają się problemy, z którymi nie zawsze radzą sobie nawet dorośli (zarówno nauczyciele, jak i rodzice). Wynika to z tego, że nauka szkolna zasadniczo różni się od etapu, gdy dziecko zdobywało wiedzę w sposób naturalny. Szkolna edukacja, to bardzo często realizacja podstawy programowej – przyswajanie tych samych treści i wykonywanie tych samych zadań jednocześnie przez całą klasę. To coraz większa liczba ocen, sprawdzianów, kartkówek, prac klasowych i domowych, ale też rankingi, porównania, kto jest lepszy, kto gorszy. To nie wspiera starań, nie pomaga w tworzeniu przyjaznej atmosfery ani w szkole, ani w domu. Dziecko może coraz mocniej czuć się pozostawione same sobie. Sprawy nie ułatwia też nauka różnorodnych przedmiotów w krótkich odcinkach czasowych, niekoniecznie znajdujących się w sferze zainteresowań i talentu dziecka. Konsekwencją jest to, że uczeń często nie osiąga zamierzonych celów, przez co nie spełnia też oczekiwań rodziców. Gubi się, nie radzi sobie, szczególnie, jeśli rodzic bardziej oczekuje od dziecka wyników, niż je wspiera. Na wsparcie szkoły też nie zawsze może liczyć.
[reklama id=”74818″]
Trudno zatem się dziwić, że człowiek, który ma trudności, a w dodatku pozbawiony  wsparcia oraz zrozumienia, ucieka się do niekoniecznie właściwych sposobów unikania nieprzyjemnego uczucia dyskomfortu, poczucia braku własnej wartości, niewidzenia sensu w tym, co robi. W efekcie niechętnie wywiązuje się z zadań ucznia, z czasem zaczyna unikać szkoły, tym bardziej, jeśli równocześnie boryka się z problemami rodzinnymi, osobistym, a także związanymi z okresem dorastania. Najbardziej niepokojące jest to, że brak doświadczenia i umiejętności radzenia sobie z trudnościami, może skutkować działaniami destrukcyjnymi, funkcjonowaniem w grupach nieformalnych, ponadto coraz częściej bywa przyczyną depresji, samookaleczeń, podejmowania prób samobójczych przez dzieci i młodzież.

Obok dzieci, są jeszcze rodzice – oni też nie przepadają za szkołą. Czy z tych samych powodów, co dzieci?

Poniekąd tak, bo często sami pamiętają własne, nie zawsze dobre i miłe  doświadczenia związane ze szkołą. Ale jest jeszcze inny aspekt, współcześni rodzice posiadają mniej dzieci, niż ich rodzice i zdecydowanie bardziej oczekują od swojego dziecka tzw. „osiągnięć”. Zdarza się, że chcą, by ich latorośl spełniła to, czego sami w przeszłości nie mogli zrealizować i wcale nie tak rzadko, niestety, kierują wyborami dziecka, argumentując, że wiedzą lepiej, co jest dla niego dobre. Bywa, że oczekują wyników, najlepiej najwyższych i to ze wszystkich przedmiotów. Zdarza się również, że w opinii rodziców, drogą do sukcesu jest organizowany dziecku nadmiar zajęć, korepetycji i różnych „form kształcenia”. To de facto ogranicza czas na rozwijanie zainteresowań, na spędzanie czasu z rodziną, z rówieśnikami, na odpoczynek, co raczej nie sprzyja rozwojowi dziecka. Bywa też, że rodzice mają oczekiwania względem szkoły, a ta niekoniecznie je spełnia. A jeśli do tego są zapracowani, tym bardziej trudno się dziwić że nie przepadają za miejscem, które nie realizuje ich potrzeb i potrzeb ich dziecka. Każda z tych sytuacji może być powodem różnic zdań, w konsekwencji problemów, z czasem coraz trudniejszych do rozwiązania. Inną przyczyną braku sympatii rodziców do szkoły bywa to, że nauczyciele w problematycznych sytuacjach, wzywają rodziców i oczekują od nich rozwiązania kłopotów z uczniem, przy okazji przekazując nie zawsze pochlebne informacje na temat ich dziecka. Takie zachowania wywołują u rodzica nieprzyjemne emocje,  poczucie winy, są powodem braku satysfakcji z bycia rodzicem. Przyczyną nielubienia szkoły przez rodziców, ale też braku wzajemnego zaufania między domem rodzinnym ucznia, a szkołą, są zachowania społeczne, które nie ułatwiają budowania tej relacji,   czyli brak umiejętności komunikacji, oraz radzenia sobie z trudnościami, jak również przekonywanie się wzajemnie do własnych racji, zamiast stosowania konstruktywnych metod rozwiązania problemów, służących każdej ze stron.

Jestem ciekawa, jak w szkole systemowej czują się nauczyciele i dyrektorzy, którzy – jakby na to nie patrzeć – tę szkołę tworzą?

Szkoła systemowa, która funkcjonuje w formie, w jakiej powstała przez dwustu laty, zbiera owoce tego, co sobą reprezentuje, ale też owoce tego, co w konsekwencji reprezentuje społeczeństwo. Każdy z nauczycieli i dyrektorów w mniejszym lub większym stopniu na pewno ma poczucie dyskomfortu. Z roku na rok spada prestiż społeczny tego zawodu, rosną oczekiwania wobec nauczycieli, a także coraz częściej nauczyciele stają się ofiarami frustracji uczniów i rodziców. Dużo do życzenia pozostawia system wynagrodzeń za pracę w tym trudnym zawodzie, którego wykonywanie nie ułatwiają porównania, rankingi, kontrole, rozliczenia z  realizacji podstawy programowej. Ale to jest pokłosie edukacji „pruskiego drylu”, realizacji założeń edukacji sterowanej przez państwo, często podszyte przekonaniami i ideologią władzy, która tworzy programy, listy lektur i system kontroli. Brak wsparcia pozbawia nauczyciela kreatywności, a dzieci i młodzież, ważnych kompetencji, takich między innymi, jak: umiejętności współpracy, pracy w kulturze błędu, czy otwartości na drugiego człowieka.
Poza tym, nauczyciele czują się źle i niepewnie, bo wyuczone i wypracowane przez lata metody pracy coraz  bardziej się nie sprawdzają, są krytykowane, a do tego, w tak nieprzychylnej atmosferze to właśnie od nauczycieli oczekuje się, że dokonają  zmian. To nowa sytuacja dla nauczycieli, których kształcono w kierunku realizacji konkretnych zadań – wiedzieli czego i jak mają uczyć, z czego będą rozliczani, do jakich egzaminów mają przygotować dzieci i młodzież. Obecna atmosfera nie tylko nie daje nauczycielowi satysfakcji z pracy, ale  jest powodem jego zagubienia. Nauczyciel, jak każda osoba, potrzebuje akceptacji i uznania swojej pracy, a takie możliwości daje inny człowiek oraz grupa społeczna, na przykład reprezentująca określone poglądy polityczne, szczególnie, jeśli są zbieżne z poglądami osobistymi. To z kolei przyczynia się do generowania innych problemów, wynikających z przekonań, wzajemnych uprzedzeń, nie służy zmianie, lecz zdecydowanie oddala od niecierpiących zwłoki, konstruktywnych rozwiązań w polskiej szkole.

Publiczny dyskurs na temat polskiej szkoły jest taki, że szkoła potrzebuje zmian. Ty się z tym stwierdzeniem zgadzasz, ale w swojej książce piszesz rzecz mało popularną: że te zmiany każdy nauczyciel powinien zacząć od siebie. Wkładasz kij w mrowisko, czy rzeczywiście mocno wierzysz, że to wystarczy, by szkoła stała się przyjaznym miejscem?

Od czegoś trzeba zacząć, a ponieważ jestem zwolenniczką stosowania języka empatycznej komunikacji, raczej powiedziałabym „warto”, zamiast „powinno się” zacząć od siebie. Moim zdaniem jest to jedyna droga do zmiany edukacji, a w konsekwencji do przemian społecznych.
Nauczyciel, jak nikt inny, ma możliwość wprowadzania zmian, bo pracuje z uczniem i może zrobić to drogą ewolucji. Rewolucja w edukacji nie jest, w moim przekonaniu, możliwa, bo zmian w sposobie kształcenia nie można dokonać kosztem uczniów, którzy zdobywają wiedzę w określonym systemie, do którego przywykli. Procesy bieżącej edukacji i dokonywania zmian, mają szansę powodzenia, jeśli będą przebiegać równolegle, tym bardziej, że zmiana wymaga wywrócenia do góry nogami funkcjonującego od dziesiątków lat systemu. Trudno być tym, kto wprowadza nowe zasady, nowe założenia, których wcześniej nie było. Nauczyciele byli kształceni i realizują zasady, które są przestarzałe, ale też utrwalone, przez co zrozumiałe jest, że postępują zgodnie z nimi. Wiem, jakie to skomplikowane, wymagające wyjścia ze strefy komfortu, ale też wiem, że możliwe, bo jest już się na kim wzorować, korzystać ze wsparcia, bo wiele skutecznych oddolnych działań dostosowania edukacji do współczesnych czasów w Polsce i za granicą jest już faktem.

Czy w „pruskim systemie” jest miejsce na „niepruskie” metody pracy z uczniem? Jaki jest zakres „wolności” nauczyciela w ramach systemu?

Tak, w „pruskim systemie” jest miejsce na „niepruskie” metody, to kwestia interpretacji i zmiany myślenia. Staje się to tym bardziej oczywiste, kiedy o uczniu zaczniemy myśleć, jak o człowieku. Korczak napisał, że „nie ma dzieci, są ludzie”, ale nam dorosłym przychodzi z trudnością tak myśleć i tak traktować ludzi, którzy są od nas uzależnieni, są niedoświadczeni, nie mają siły przebicia, by zadbać o swoje prawa, o swój rozwój, swoje zdanie. My, dorośli, dzieci i młodzież traktujemy z pozycji władzy, lepiej wiedzących, przekonani, że nasze doświadczenie i rola upoważniają nas do tego, by wymagać, porównywać, karać, nagradzać i realizować „dla ich dobra” zasady i metody, które im nie służą. Świadczy o tym chociażby fakt, że raczej sami nie chcielibyśmy być uczniami. Pozbycie się przekonania, że mamy prawo tak traktować innych ludzi, szczególnie, dzieci i młodzież, jest pierwszym krokiem w kierunku zmiany nawyków i podjęcia konstruktywnych działań.
Wolność nauczyciela w obowiązującym systemie edukacji, to ludzkie podejście do ucznia, to przeformułowanie celów edukacji z rankingowej na dostosowaną do możliwości i potrzeb ucznia, to podjęcie działań w kierunku współodpowiedzialności, współpracy zarówno z uczniem, jak i rodzicem. To zmiana formy kształcenia z reprodukcyjnej na twórczą, to wykorzystanie możliwości współczesnej rzeczywistości, to wreszcie porzucenie metod „tresowania” uczniów do egzaminów, wyników czy rankingów na rzecz kształcenia na miarę XXI wieku. Tym bardziej, że uczniowie na tym nie tracą, wręcz przeciwnie, zyskują i zyskuje również całe społeczeństwo.

Czego dziś potrzebują nauczyciele, żeby rozpocząć tę mentalną zmianę?

Nauczyciele najbardziej potrzebują wsparcia, ale też godnych warunków pracy, życzliwości, zrozumienia. Potrzebują też przykładów działań, możliwości współpracy z tymi, którzy już dokonali zmian i mają tego rezultaty. Nauczycielom i polskiej szkole potrzeba autonomii, różnorodności i odpolitycznienia. oraz świadomej i efektywnej strategii inwestowania w przyszłość narodu, jaką daje edukacja. Potrzeba też dostępu do wiedzy, która wspiera procesy uczenia się dzieci, szczególnie w zakresie umiejętności komunikacji, budowania relacji, wykorzystania możliwości i potencjału ludzkiego mózgu.

Jesteś nauczycielem z ponad  trzydziestoletnim stażem pracy. Czy dostrzegasz różnicę między uczniami sprzed dziesięciu, czy dwudziestu lat a współczesnymi?

Różnice między uczniami sprzed lat i współczesnymi są znaczące. Jest to spowodowane postępem społecznym, ale też zmianą warunków, w jakich żyliśmy i w jakich żyjemy. Przed dwudziestoma, trzydziestoma laty pracowałam w Zespole Szkół Elektronicznych Zduńskiej Woli, uczyłam prawie samych chłopców. Uczniowie byli przede wszystkim zainteresowani zdobywaniem wiedzy, chętnie i uważnie uczestniczyli w lekcjach, mimo że wtedy prowadzonych przeze mnie metodą „pruską”. Wagary, czyli opuszczanie zajęć było naganne, ale było problemem do rozwiązania i rozwiązywano go najczęściej we współpracy szkoły z rodzicem. Uczniowie chętnie angażowali się w życie szkoły, w organizację imprez, np. studniówki, chętnie brali udział w konkursach. Był to czas, kiedy nie było powszechnego dostępu do komputerów, telefonów komórkowych, więc kształciło się w oparciu o wiedzę przekazaną przez nauczyciela i utrwalanie tej wiedzy poprzez ćwiczenia. Jeśli uczeń miał trudności, stosował różne strategie, by je pokonać, ale najczęściej polegało to na współpracy koleżeńskiej, jeśli nawet sprowadzało się do odpisania od kogoś rozwiązania. Znamienne było to, że na wycieczki szkolne z młodzieżą raczej wyjeżdżało się w góry. Uczniowie byli chętni przemierzać  szlaki, zdobywać szczyty i pokonywać trudności. A działo się to w czasach, kiedy były kartki na żywność, a zorganizowanie wycieczki było nie lada wyzwaniem. Przez kilka miesięcy zbierali konserwy, by w czasie wycieczki móc robić śniadania i kolacje, i mieć energię do realizowania tras wędrówek po górach, szczególnie, kiedy w wycieczce brało udział około trzydziestu chłopców w wieku od szesnastu, siedemnastu lub osiemnastu lat. Nauczyciel był osobą raczej poważaną, rodzice i uczniowie chętnie współpracowali ze szkołą, angażowali się w odnowienie sal lekcyjnych oraz dbali o ich wystrój. Uczniowie bardzo sporadycznie korzystali z korepetycji. Zawsze dobrze sprawdzało się stworzenie przez nauczyciela warunków do wzajemnej pomocy koleżeńskiej na lekcji i po zajęciach, z której uczniowie chętnie korzystali.
Około dziesięć lat temu w szkole dało się odczuwać efekty postępu. Coraz więcej uczniów miało własny telefon. Byli coraz bardziej niespokojni, pojawiły się trudności z koncentracją, brak uwagi na zajęciach. Bywało, że poszukiwali różnych powodów „uatrakcyjnienia” lekcji, zwrócenia na siebie uwagi. Od tego czasu wydano wiele różnorodnych podręczników, ale też pojawiła się inna możliwość zdobywania wiedzy i rozwiązywania problemów. Pojawił się internet, czyli możliwość szybkiego dostępu do wiedzy i do gotowych rozwiązań. To stało się powodem, że każdą napotkaną trudność uczniowie chcą jak najszybciej pokonać, korzystając z gotowych rozwiązań. Najchętniej, z użyciem telefonu, który mają pod ręką. Szukają „typowych” rozwiązań, odpowiedzi, jak wpasować się w klucz. Coraz więcej uczniów nie jest też uważnych na lekcji z powodu powszechnego korzystania z korepetycji – w szkole raczej nie są zainteresowani zajęciami, zależy im tylko na tym, by dowiedzieć jaki materiał mają przyswoić w „komfortowych” dla siebie warunkach. Często powodem korzystania z korepetycji jest to, że, dzieciom, jak i ich rodzicom, zależy na wysokich notach. Dlatego współcześni uczniowie zdecydowanie chętniej wyuczają się, poprawiają oceny, przeliczają średnie, kalkulują, a dodatkowo zachęcają ich do tego różne nagrody, których kryterium, zamiast docenienia pracowitości, wytrwałości w kształceniu talentu, kreatywności, najczęściej jest średnia ocen.
W mojej ocenie to powód tego, że nauka przestaje być procesem kształcenia, drogą rozwoju, a staje się taktyką stosowaną w celu pozbycia się problemu, zdobycia nagrody. Spłyca to sens edukacji, jej zasadność i przydatność, również społeczną, bo odbywa się to kosztem zdewaluowania ludzkich relacji poprzez skupianie się na własnych celach i dążenie wyłącznie do tego, by być lepszym od innych.  Są też tacy uczniowie, których trudno zainteresować nauką, bo nie widzą w niej sensu. Naukę w szkole uważają za stratę czasu. Wielu uczniów szkół ponadpodstawowych już pracuje. Według mnie, ogromnym problemem polskiej szkoły jest, niestety za przyzwoleniem dorosłych, nagminnie opuszczanie zajęć. Powodem jest niewątpliwie fakt, że szkoła nie spełnia oczekiwań ucznia i rodziców, ale takie zachowania nie uczą młodych ludzi niczego dobrego.  Z jednej strony jest to taktyka ominięcia problemu, ale z drugiej, jest to droga do kolejnych kłopotów. Tym bardziej, że rzeczywistość szkolna, która nie wspiera współczesnego ucznia, często idzie w parze z jego trudnymi relacjami rodzinnymi. Dochodzi do tego jeszcze przebywanie w świecie wirtualnym, który zajmuje w życiu współczesnego ucznia znaczące miejsce i mimo, że młody człowiek ma wielu znajomych, wcale nie tak rzadko bywa sam, bo znajomości wirtualne zastąpiły jakże potrzebne człowiekowi, relacje rzeczywiste z innymi ludźmi. Zachowania współczesnych uczniów są  pod wpływem postępu cywilizacji, są też efektem wyręczania we wszystkim dzieci i młodzieży, brakiem kształtowania dobrze pojmowanej odpowiedzialności, kształcenia nawyków wyczekiwania na efekt i odczuwania satysfakcji z jego osiągnięcia. Jest to również efekt edukacji, która nie docenia błędu, jako szansy rozwoju, a raczej traktuje błąd, jako powód do krytyki, czasem ośmieszania i wytykania.

Czego współczesne dzieci potrzebują od szkoły, by wkroczyć w dorosłe życie?

Przede wszystkim tego, czego potrzebuje współczesny człowiek, który będzie często zmieniał pracę, wykonywał zawody, które dopiero się pojawią. Ale też tego, co jest szansą na prowadzenie zdrowego życia, otwartości na drugiego człowieka, tego, czego potrzebuje ludzka natura, by stać się spełnionym i szczęśliwym. Do tego potrzeba otwartości umysłu, a nie odtwarzania wiedzy, potrzeba umiejętności komunikowania się i budowania relacji. Ważny jest rozwój w oparciu o zainteresowania i talenty, zamiast wyrównywania braków i lokowania wyników w rankingach. Ważne jest też kształcenie umiejętności podejmowania decyzji i ponoszenia za nie odpowiedzialności. Ważna jest znajomość języków obcych i obsługi coraz bardziej doskonałych urządzeń zastępujących ludzką pracę. Do tego wszystkiego potrzeba również umiejętności współpracy, współorganizowania i współtworzenia. Istotne są kreatywność i umiejętność radzenia sobie z trudnościami, ale też ważne jest kształcenie postaw w poszanowaniu różnorodności i prawa do posiadania własnego zdania. Szkoła przyszłości, to szkoła przyjazna uczniowi, traktująca go z poszanowaniem jego godności i prawa do rozwoju we własnym tempie, to szkoła, która pozostanie na zawsze we wspomnieniach, jako miejsce zdobywania wiedzy, która służy człowiekowi i społeczeństwu.

Rozmawiała Agnieszka Nuckowska

Książkę Anny Szulc „Nowa szkoła” możesz kupić w Księgarni Natuli

Kategorie
wychowanie

Rodzice się kłócą. Jak sobie radzić z konfliktami, gdy zostajemy rodzicami?

Z jednej strony mamy z tyłu głowy: „Nie kłóćcie się przy dzieciach”. Kłótnie, konflikty, podniesione głosy rodziców budzą w nich lęk, niezrozumienie, bezradność. Nieważne, jak małe jest dziecko – może nie rozumieć tematu kłótni, znaczenia poszczególnych słów, ale wyczuwa i rezonuje emocje rodziców, chłonie atmosferę, która go otacza. Starsze dzieci mają tendencję do przypisywania sobie winy za kłótnie rodziców. Rozumieją, co się dzieje, i taka sytuacja sprawia, że czują się winne, ale jednocześnie bezradne wobec zaistniałego konfliktu. Kłótnie rodziców mogą także uruchamiać w nich strach przed rozpadem rodziny: “Co ze mną będzie, gdy mama i tata się rozstaną?”.
Przeczytaj: O związkach, konfliktach, budowaniu relacji i tym, jak się usłyszeć i dogadać

Czasem pada argument, by kłócić się, gdy dzieci idą spać

Wydaje się to mało trafną sugestią. Udowodniono, że kłótnie rodziców mają negatywny wpływ na dziecko także wtedy, kiedy ono śpi. Naukowcy z Uniwersytetu w Oregon przeprowadzili badania, w których sprawdzili, jak reagują śpiące niemowlęta na podniesione głosy rodziców. Wyniki obserwacji opublikowali w magazynie „Psychological Science”. Zaobserwowali, że mózgi niemowląt wykazują zwiększoną aktywność w obszarach związanych ze stresem oraz regulacją emocji w reakcji na komunikaty o negatywnym wydźwięku emocjonalnym. Dodatkowo zaobserwowano, że dzieci które są notorycznie narażane na takie doświadczenia, wykazują większą reaktywność, niż dzieci, które słuchały tych odgłosów jednorazowo.
Poza tym trudno wytrwać cały dzień i tłumić w sobie narastające emocje. Zresztą dzieci mają wewnętrzne radary, które na kilometr wyczuwają fałsz. Więc nawet jeśli rodzice de facto się nie kłócą, ale mają ciche dni lub jest między nimi jakieś napięcie, to nie ma szans – dziecko na pewno to wyczuje. W zasadzie taka sytuacja jest chyba jeszcze bardziej destrukcyjna – maluch może pomyśleć, że w różnicy zdań, sprzączkach, konfliktach jest coś złego. Tymczasem to nieodłączny element codzienności i relacji międzyludzkich. Jedyne, co można zrobić, to pokazać dziecku, jak robić to z głową – czyli z szacunkiem dla drugiego człowieka.

[reklama id=”70915″]

Jak kłócić się z szacunkiem?

Jasper Juul pisze o tym tak:
“W relacjach między ludźmi są dwa rodzaje ciepła: ciepło płynące z harmonii i ciepło płynące z tarcia (konfliktów). Oba są korzystne dla naszego rozwoju, choć wszyscy preferujemy to pierwsze. Jednak wspólnota pozbawiona konfliktów jest niemożliwa, dlatego jeśli chce się zrobić coś dobrego dla swojej rodziny, należy jednakowo zadbać o dwa wspomniane rodzaje ciepła. Oba wymagają bliskości, otwartości i wiarygodności”.
Nie da się uniknąć konfliktów, kłótni czy dyskusji między partnerami. Każdy z nas wchodzi w związek z pewnych bagażem doświadczeń, wartości i przekonań, które wynosi z rodziny pochodzenia. Ciężko spotkać drugą osobę o identycznych poglądach. Dlatego pewne różnice są nie tylko nieuniknione, ale wręcz wskazane. Wszystko jest w porządku o tyle, o ile partnerzy pamiętają o wzajemnym szacunku i odnoszą się do siebie z miłością. Warto także spojrzeć na konflikty lub agresję pojawiające się w związku jak na informacje o pewnych potrzebach. Zajrzeć w głąb siebie. Co się kryje za takimi wybuchami złości?
Według Juula irytacja, nienawiść, złość pojawiają się wtedy, gdy człowiek się czegoś obawia (dominacji, utraty czegoś, śmierci) lub odczuwa poczucie winy. Gdy mamy wyrzuty sumienia z jakiegoś powodu, automatycznie zaczynamy się obwiniać, krytykowanie innych to następny etap, który pojawia się, gdy już nie możemy znieść przytłaczającej samokrytyki. Najczęściej jednak agresja jest efektem tego, że czujemy się niedoceniani, bezwartościowi i niedostrzegani przez naszych bliskich. Dlatego nie warto spychać jej na margines. Jest ona ważną informacją o procesach toczących się w rodzinie. Gdy jedno z partnerów zaczyna kipieć złością, najczęściej oznacza to: “Nie czuje się tak szanowany i doceniany, jak bym chciał”. Warto spojrzeć na to z innej perspektywy i uświadomić sobie, że agresja nie jest wrogiem miłości, tylko inną formą jej wyrażania. Nie warto jej tłumić ani udawać, że nie istnieje – wtedy może eskalować do gigantycznych rozmiarów. Najlepiej usiąść z partnerem i porozmawiać – szczerze przyjrzeć się swoim emocjom i lękom i wspólnie zastanowić się, jakie zmiany można wprowadzić, by wszyscy funkcjonowali lepiej.
Dzieci chcąc nie chcąc zawsze będą świadkami tych procesów. Warto zastanowić się, jaką wiedzę o konfliktach chcemy im przekazać. Jeśli będziemy się z nimi ukrywać, wyrosną w przekonaniu, że jest w nich coś złego, że próba zawalczenia o siebie i swoje potrzeby jest czymś złym. Jeśli zaś będą świadkiem codziennych awantur, nasiąkną agresją i zaniosą ją w świat (dla dzieci doprawdy nie ma znaczenia, czy to agresja werbalna czy bicie – mechanizm jest podobny) lub obrócą przeciwko sobie.
To, co mogą zrobić rodzice w sytuacjach konfliktu, to postarać się robić to z jak najmniejszą szkodą dla dziecka. Warto wytłumaczyć mu wtedy, co się dzieje:
“Mama i tata mają problem, muszą ze sobą porozmawiać. Nie zawsze we wszystkim się ze sobą zgadzamy. Czasem trochę się na siebie złościmy, ale cały czas kochamy ciebie i siebie nawzajem“.
Przede wszystkim podczas rozwiązywania codziennych napięć warto mieć w pamięci myśl Juula:
“Rodzice są sami odpowiedzialni za swoją agresję. Dzieci nigdy nie ponoszą za to nawet najmniejszej winy. Musimy jednak uważać, żeby przejawiana niekiedy agresja nie skończyła się nieszczęsną spiralą przemocy. Dorośli zawsze mogą ze sobą porozmawiać i spróbować dociekać przyczyny swoich agresywnych zachowań. Dzieci jednak zdane są naszą empatię i chęć zobaczenia, co się dzieje w ich duszy. Trzeba pamiętać tylko o jednym: że stawką w tej grze nigdy nie jest miłość dzieci do rodziców, lecz ich poczucie własnej wartości”.

Kategorie
wychowanie

Korzystanie z urządzeń elektronicznych i ich wpływ na rozwój dziecka – Jesper Juul

„Członkowie rodziny”

Poniższy artykuł został zainspirowany duńskimi badaniami z 2016 roku, które objęły tysiąc sześciuset trzynastolatków i ich rodziny, a dotyczyły korzystania z urządzeń elektronicznych i ich wpływu na rozwój dziecka. Jak wielu innych ekspertów ja również otrzymuję wiele pytań na ten temat, ale dotychczas powstrzymywałem się od wydawania swoich opinii ze względu na znaczne różnice w badaniach naukowych i opiniach neuropsychologów. Jednak duńskie badanie, które wyróżnia znacząca jednoznaczność wyników, natchnęło mnie do zabrania głosu. Zostało ono przeprowadzone niemal w ostatniej chwili, gdyż już niedługo nie będzie w naszej kulturze młodych ludzi, którzy mogliby porównać swoje doświadczenia rodzinne sprzed i po wynalezieniu smartfonów. Często nazywam te urządzenia ,,członkami rodziny’’, ponieważ przyciągają one tyle uwagi, że dosłownie zmieniają sposób życia całych rodzin.

Brak obecności rodziców

Wspomniane badania wykazały, że większość uczniów szkoły podstawowej odczuwa brak obecności rodziców i chciałaby spędzać z nimi więcej czasu. To samo dotyczyło samych rodziców. Jednak z pewnych względów większość dorosłych wierzy, że ich życie musi przebiegać w rytm otrzymywanych e-maili, smsów, wszelkiego rodzaju wiadomości i postów, co oczywiście cieszy ich pracodawców, partnerów z pracy czy przyjaciół, ponieważ dzięki temu są osiągalni dwadzieścia cztery godziny na dobę. To samo można powiedzieć o dzieciach – nawet bardzo małych – i ich sieci towarzyskiej. Te dwa zjawiska są po prostu faktem i obecnie musimy stawić czoło problemom, jakie one powodują.
[reklama id=”57837″]
Jeszcze dziesięć lat temu większość ludzi dorosłych odbierała dźwięk telefonu czy rozmowy telefonicznej w trakcie wizyty, obiadu czy spotkania jako coś niegrzecznego, niewłaściwego lub przeszkadzającego. Dzisiaj takie odczucia stają się coraz rzadsze.
Każda bliska relacja oparta na miłości wymaga ciągłości i bycia razem, dzięki czemu ludzie mogą zacieśniać i rozwijać swój potencjał bliskości. Nie ma w tym nic odkrywczego. Wiemy od par, które żyją ze sobą dłużej niż siedem lat, że kiedy brakuje tego doświadczenia bycia razem, a bliskie spotkania mają miejsce tylko w wypadku jakichś kryzysów lub problemów rodzinnych, to czują się oni wtedy samotni, nieszczęśliwi i sfrustrowani w swoich związkach. Tym bardziej jeśli te awaryjne spotkania są bardzo krótkie lub zorientowane tylko na rozwiązania. Tacy ludzie pozornie funkcjonują ze sobą bardzo dobrze, ale tak naprawdę nie żyją razem.
Nie ma znaczenia, co zaburza ten rytm nieprzerwanego bycia razem. Przed smartfonami mogła to być telewizja, stres przynoszony z pracy, perfekcjonizm, różne zobowiązania pozarodzinne czy pasje poszczególnych członków rodziny. Jednak wszystkie te okoliczności – włączając w to także dzisiejsze smartfony i tablety – nie są prawdziwym powodem utraty intymności i sensu w bliskich związkach. Prawdziwe powody są w naszych głowach – i to jest bardzo dobra wiadomość! Bo oznacza ona, że jesteśmy w stanie wpłynąć na zmianę tego stanu rzeczy.

Relacja rodzic – dziecko

Oto, co się zazwyczaj dzieje, kiedy rodzice i dzieci spotykają się w domu po godzinach pracy i szkoły. Dziecko chce o coś spytać rodzica lub opowiedzieć jakąś historię, albo odpowiedzieć na coś, co rodzic właśnie powiedział, i słyszy: ,,Przepraszam, kochanie, ale muszę to odebrać!’’; ,,Przepraszam, właśnie dostałem pilnego maila z pracy… To potrwa tylko chwilkę!’’;  ,,Mógłbyś chwilkę zaczekać, proszę?’’; ,,O kurczę! Zapomniałem wyłączyć telefon i teraz muszę porozmawiać!’’.  
Takie zachowanie bardzo frustruje dzieci. Jednak wbrew temu, co się zazwyczaj sądzi, dzieci nie czują się wtedy ,,odrzucone’’. ,,Poczucie bycia odrzuconym’’ to intelektualna konstrukcja, do której nie jest jeszcze zdolny umysł dziecka. Kiedy rodzic odrzuca dziecko, ono po prostu czuje się smutne, rozczarowane albo wściekłe, co nie zmienia faktu, że zgodnie ze swoją naturą zaczyna współdziałać i dostosowywać się do takiej sytuacji. Z czasem rezygnuje ze swoich prób nawiązania kontaktu z rodzicem i traci nadzieję. Około trzeciego roku życia dzieci zaczynają kopiować zachowanie dorosłych i też skupiają się na swoich ekranach: tabletach, telewizji, a potem smartfonach.

Gdy w przytoczonym duńskim badaniu dzieci raportują, że brakuje im obecności rodziców, oznacza to pewien miks rozmaitych emocji i doświadczeń:

  • Po pierwsze czują się bezradne, ponieważ wiele historii i emocji, którymi chciałyby się podzielić z rodzicami, nie może znaleźć ujścia.
  • Po drugie czują się zagubione. Za każdym razem, gdy rodzic zrywa kontakt na minutę lub dwie, umysł dziecka ,,odpływa’’ i ciąg świadomości zostaje przerwany. Rezultatem tego mogą być potem kłopoty z pamięcią krótkoterminową. Poczucie zagubienia zamienia się także stopniowo w poczucie bycia głupim.
  • Po trzecie, dzieci tracą zaufanie do rodziców. Dzieje się tak na skutek bardzo trafnej obserwacji, że coś innego jest ważniejsze dla rodzica niż one. Takie doświadczenie powoduje stopniową erozję dziecięcego, bardzo jeszcze kruchego poczucia własnej wartości w jego najbardziej kluczowym punkcie: bycia kimś ważnym dla własnej matki i ojca. Nie ma potem znaczenia, ile razy rodzic powtórzy ,,Kocham cię!’’ ani ile razy obieca jakiś rodzaj rekompensaty. Szkoda już została wyrządzona. Dodatkowo małe dzieci wierzą bardziej słowom rodzica niż własnemu doświadczeniu, więc jeśli dorosły odrzuca je, ale zapewnia, że ,,kocha’’ i że ,,przecież jesteś dla mnie ważna/y’’, to dziecko zwątpi raczej w swoje odczucia i samego siebie niż w jego zapewnienia.

Po kilku latach takich doświadczeń, kiedy dla rodzica priorytetem jest smartfon i komputer, dziecko zaczyna czuć się bardzo samotne. To poczucie naznacza także jego doświadczenie w innych kontekstach społecznych. Jeśli chodzi o młodsze dzieci, to najczęstszą konsekwencją jest utrata nadziei, że jakikolwiek dorosły zechce poświęcić im swój czas, żeby je wysłuchać i pomóc w zrozumieniu, kim są. Nastolatki natomiast zaczynają wycofywać się z życia rodzinnego i poszukują uznania, zrozumienia i bliskości na zewnątrz, bardzo często posiłkując się Internetem.

[reklama id=”74082″]

Natura relacji

Żeby rozwinąć bliskość emocjonalną i intelektualną w relacji z dziećmi i partnerem, potrzebujemy dwóch–trzech godzin dziennie na bycie razem, w którym jest także miejsce na ciszę i brak wszelkich planów. Wtedy dopiero mamy szansę usłyszeć rzeczy, których nie słyszeliśmy nigdy wcześniej, i sami powiedzieć coś, o czym nawet nie wiedzieliśmy, że możemy powiedzieć. Takie chwile z naszymi dziećmi przynoszą nowe wglądy i są wspaniałą okazją do wspólnego rozwoju.
Nasz styl życia sprawia, że bardzo trudno jest utrzymywać naprawdę bliskie relacje, ale możemy tworzyć wyspy bycia razem, na których można zresetować nasze związki, pod warunkiem, oczywiście, że nie będziemy zabierać na nie smartfonów. Jeśli zabieramy telefon także na taką wyspę, to nasze życie szybko zamieni się w rodzinny archipelag niezależnych wysp, między którymi istnieje tylko komunikacja elektroniczna.  
W istocie powinniśmy spędzać ze sobą tak dużo czasu, jak tylko się da. Nie musimy siedzieć naprzeciwko siebie i rozmawiać. Możemy bawić się i razem pracować; możemy tańczyć albo uprawiać sport; możemy płakać albo krzyczeć; razem gotować i jeść; poznawać swoją ulubioną muzykę, sztukę lub zajmować się swoimi pasjami. Niewiele związków jest w stanie przetrwać próbę odległości: przez krótką chwilę mieliśmy nadzieję, że e-maile, czaty i Skype mogą zrekompensować nam fizyczne oddalenie. Niestety, nie mogą. Są to bardzo wartościowe narzędzia, ale sprawdzają się przede wszystkim w pracy, zaś w relacjach opartych na miłości stanowią tylko skąpy substytut kontaktu. Nie bez powodu lubimy kłaść swoją głowę przy piersi osoby bliskiej: odgłos bicia jej serca jest dla nas najwyższym dowodem tego, że nie jesteśmy sami. Owszem, możemy nagrać bicie serca na smartfonie, ale nie będzie to przecież to samo doznanie.

Potrzebujemy nowego stylu życia

W ciągu ostatnich lat w różnych krajach przeprowadzono eksperymenty polegające na rezygnacji ze smartfonów w szkołach i domach przez tydzień lub miesiąc. Niektóre rodziny próbowały przez określony czas żyć zupełnie bez elektroniki. Rezultaty tych doświadczeń są bardzo pozytywne: uczniowie poprawiali swoje wyniki w szkole, a rodzice i dzieci na nowo odnajdywali radość wspólnych działań. Takie próby przynoszą nadzieję, że zmiana naszego stylu życia jest możliwa.
Oczywiście, każda rodzina musi sama zbudować własną kulturę życia i swoje reguły. Należy tylko pamiętać, że celem nie może być odcięcie dzieci od elektroniki ze względu na szkody, jakie wyrządza ona w ich mózgu, lecz wyższa jakość wspólnego życia, bliskość i intymność. Chodzi o to, aby być bardziej dostępnym dla swoich najbliższych kosztem dostępności dla reszty świata. Nie ma co czekać, aż stanie się to powszechnym trendem: już teraz możecie porozumieć się z zaprzyjaźnionymi rodzinami i spróbować przez dwa tygodnie ograniczyć korzystanie telefonów i tabletów. Po dwóch tygodniach oceńcie efekty, zmieńcie, co trzeba, i przedłużcie go do minimum trzech miesięcy.

Oto moje sugestie:

  • Cały poranny rytuał rodzinny powinien odbywać się w strefie wolnej do telefonów (phone-free zone). To samo dotyczy czasu poprzedzającego kolację aż do położenia się dzieci do łóżka. Zróbcie w mieszkaniu miejsce, gdzie każdy może odłożyć swój telefon lub podłączyć go do ładowarki na czas trwania strefy chronionej.
  • Wyłączajcie wszystkie telefony na noc. Włączajcie je dopiero w drodze do szkoły lub pracy.
  • Wszystkie posiłki powinny odbywać się w strefie wolnej od telefonów. Dotyczy to także obiadów w restauracjach i czasu, zanim posiłek zostanie podany. Te minuty są doskonałą okazją, żeby nawiązać ze sobą kontakt. Jeśli pozwalamy na korzystanie z elektroniki w oczekiwaniu na posiłek, oznacza to, że spotykamy się tylko po to, żeby dostarczyć naszym ciałom składników odżywczych, a nie, żeby odżywić nasze serca i dusze.
  • Poinformujcie znajomych, przyjaciół i kolegów z pracy, że nie będziecie już osiągalni przez cały dzień bez przerwy i pomóżcie swoim dzieciom zrobić to samo, jeśli tego potrzebują.

Relacje rodzin, które podjęły już taką próbę, podpowiadają, że przez pierwsze miesiące bardzo ważne jest przywództwo dorosłych, które obejmuje także troskę i zainteresowanie potrzebami dzieci. Po dwóch–trzech miesiącach dzieci same stają się największymi orędownikami nowego porządku i często inspirują swoich kolegów do podobnych działań.
© Jesper Juul 2016
Tekst ukazał się dzięki Wydawnictwu MiND i Familylab Polska.

Kategorie
odżywianie naturalne

Kiszonki – naturalny probiotyk. 7 przepisów na dania z kiszonkami

Spożywanie kiszonek szczególnie korzystanie wpływa na nasze zdrowie. To najlepszy probiotyk, jaki możemy zaserwować organizmowi! Do tego jest on znacznie skuteczniejszy i wyposażony w dużo większą ilość żywych kultur bakterii, niż najlepsze preparaty probiotyczne. Świeże, naturalne kiszonki mają ich miliony. Wszystkie te bakterie wspierają się nawzajem i uzupełniają w korzystnym działaniu.

Działanie probiotyczne kiszonek związane jest także z obecnością kwasu mlekowego, wytwarzanego w procesie fermentacji, który chroni organizm przed chorobami i wirusami. Kwas mlekowy wzbogaca florę bakteryjną jelit, wspomagając proces trawienia i przyswajania składników odżywczych z pożywienia. To właśnie w ścianie jelit znajduje się 80 proc. komórek naszego układu odpornościowego. Poza tym kiszonki są bogatym źródłem witaminy C, będącej silnym antyoksydantem, ale również witamin z grupy B, witaminy E, K, oraz cennych mikroelementów.

Polecamy spożywanie kiszonek w ilościach hurtowych. Szczególnie, że pomysłów na to, jak je podawać, jest cała masa.

[reklama id=”77013″]

1. Słonecznikowa pasta z kiszonym ogórkiem

Składniki:

  • 150 g ziaren słonecznika,
  • 1-2 łyżki oliwy z oliwek extra virgin,
  • 1 duża cebula,
  • 1 ząbek czosnku,
  • pieprz do smaku,
  • 1 płaska łyżeczka soli morskiej lub kamiennej,
  • trochę wody z kiszonych ogórków,
  • 1 łyżeczka soku z cytryny,
  • 2 średnie kiszone ogórki,
  • 1/2 pęczka koperku.

Przygotowanie:

Ziarna słonecznika podpraż na suchej patelni na złoty kolor. Cebulę obierz, pokrój w kostkę i zeszklij na oliwie. Do miski wsyp podprażone ziarna, dodaj cebulę, odrobinę pieprzu i ząbek czosnku. Całość zmiksuj na gładką masę.

Dodaj sól i trochę wody z kiszonych ogórków do uzyskania kremowej konsystencji pasty. Ogórki drobno pokrój i dodaj do pasty. Całość dopraw sokiem z cytryny i posiekanym koperkiem. Podawaj z pieczywem lub warzywami.

2. Surówka z białej kapusty, kiszonego ogórka i jarmużu

Składniki:

  • 1/4 główki białej kapusty,
  • 1 spora marchewka,
  • 1 jabłko,
  • 2 liście jarmużu,
  • 2 ogórki kiszone,
  • 1 łyżka oleju lnianego,
  • 1 łyżeczka musztardy,
  • sól morska,
  • pieprz czarny świeżo mielony.

Przygotowanie:

Kapustę drobno posiekaj, posól, aby zmiękła. Marchewkę, jabłko i ogórka zetrzyj na tarce o grubych oczkach. Jarmuż drobno posiekaj. Wszystkie warzywa wymieszaj w misce. Olej wymieszaj z musztardą i polej surówkę. Dopraw solą i pieprzem według uznania.

3. Prasowana surówka z grejpfrutem i migdałami

Składniki:

  • 1 cukinia,
  • ½ ogórka długiego zielonego,
  • 1 garść rukoli,
  • ½ grejpfruta,
  • 2 łyżki płatków migdałowych,
  • 1 łyżeczka soli himalajskiej,
  • 1 łyżka oliwy z oliwek,
  • pieprz do smaku.

Przygotowanie:

Ogórki pokrój w cienkie plasterki, cukinię zetrzyj na tarce o grubych oczkach. W szklanym naczyniu układaj posiekane ogórki, rukolę i startą cukinię. Całość lekko posól, przyciśnij talerzykiem z obciążeniem i pozostaw na kilka godzin lub całą noc. Następnego dnia zlej nadmiar soku, dodaj oliwę i wymieszaj całą surówkę. Dopraw solą i pieprzem do smaku (opcjonalnie).Płatki migdałów podpraż na suchej patelni. Grejpfruta obierz i pokrój na małe cząstki i ułóż na warzywach. Surówkę podawaj z podprażonymi płatkami migdałów.

4. Kapuśniak

Składniki dla jednej osoby:  

  • ½ cebuli,
  • 3 pieczarki,
  • ząbek czosnku,
  • ½ marchewki,  
  • 1 ziemniak,
  • 1 łyżka kaszy jaglanej,
  • 2 szklanki wody,
  • 1 czubata łyżka kapusty kiszonej,
  • 1 łyżka oliwy z oliwek,
  • ⅕ selera,
  • natka z pietruszki.
  • przyprawy: cząber, imbir, kurkuma, liść laurowy, sól morska, ziele angielskie, pieprz.

Przygotowanie:

Rozgrzej garnek, wlej oliwę, wrzuć pokrojone pieczarki oraz cebulę. Mieszaj, aż się zarumienią. Dodaj czosnek, majeranek, cząber. Wlej wodę (uważaj, będzie pryskać).

Dodaj kapustę, ziele angielskie, liście laurowe, kurkumę, imbir, pieprz, sól, kaszę jaglaną, pokrojone w kostkę warzywa. Na końcu dodaj suszone grzyby. Kiedy warzywa i kasza będą miękkie, odstaw z ognia, a po chwili dodaj oliwę oraz posiekaną natkę pietruszki.

Wskazówki: zamiast kaszy jaglanej można użyć ziarna amarantusa (szarłat) lub kaszy gryczanej niepalonej.

5. Krokiety z tofu i kapusty kiszonej

Składniki dla jednej osoby:

  • 100 gramów tofu naturalnego,
  • 2 czubate łyżki kiszonej kapusty,
  • 1,5 ziemniaka,
  • 1 jajko,
  • ½ cebuli,
  • pół ząbka czosnku,
  • 1/3 łyżki mąki orkiszowej,
  • 2 łyżki oleju rzepakowego,  
  • 2 łyżki sezamu,
  • 1 łyżeczka koncentratu pomidorowego,
  • 3 łyżki wody,
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej,
  • 1/3 szklanki ryżu basmati,
  • natka pietruszki.
  • przyprawy: sól morska, bazylia, kminek, kurkuma, tymianek.

Przygotowanie:

Ziemniaki obierz i ugotuj na parze. W garnku zagotuj wodę, lekko ją posól, dodaj kurkumę i wrzuć przepłukany na sitku ryż. Gotuj na małym ogniu pod przykryciem ok. 20 minut do czasu, aż będzie miękki. Kapustę drobno pokrój. W filiżance rozmieszaj wodę z mąką. W małym rondlu podgrzej przecier pomidorowy z bazylią, dodaj płyn z filiżanki i mieszaj, dusząc przez 1-2 minuty. Cebulę posiekaj. Rozgrzej patelnię z 1/4 oleju, wrzuć cebulę oraz zmiażdżony czosnek. Podsmaż kilka minut. Do miski włóż tofu, jajko, zawartość patelni i zmiksuj na gładką masę. Dodaj kapustę, rozgniecione ziemniaki, przyprawy, wymieszaj. Rozgrzej patelnię z resztą oleju. Z masy formuj małe kotleciki, obtocz je w sezamie i smaż na rumiano z obu stron. Podawaj z sosem pomidorowym oraz ryżem.
Wersja dla osób na diecie bezglutenowej:  w osobnej filiżance rozmieszaj łyżkę mąki kukurydzianej i łyżeczkę mąki ryżowej zamiast mąki orkiszowej.

6. Surówka z kiszonej kapusty pekińskiej

Składniki:

  • 1 średniej wielkości kapusta pekińska,
  • 1 duża marchew,
  • 5 rzodkiewek,
  • 1 nieduża cebula,
  • 1 ząbek czosnku,
  • 1 mała papryczka chili,
  • 2 łyżeczki soli kamiennej niejodowanej.

Kapustę poszatkuj w grube paski, marchewkę zetrzyj na tarce o grubych oczkach. Czosnek, cebulę i papryczkę drobno posiekaj. Rzodkiewki pokrój w cienkie plasterki lub zetrzyj na tarce tak, jak marchew. Rozdrobnione składniki wsyp do miski i wymieszaj z solą, ugniataj aż sałatka puści sok. Przełóż do szklanego lub kamiennego naczynia , przykryj talerzykiem i dociśnij ciężkim przedmiotem. Warzywa powinny być przykryte co najmniej 1 cm warstwą soku. Całość przykryj ściereczką i pozostaw w ciepłym miejscu na 2-5 dni. Po ukiszeniu surówka jest gotowa do spożycia. Można przechowywać ją w lodówce nawet kilka miesięcy.

Pamiętaj – wraz z upływem czasu smak surówki będzie się zmieniał.

7. Kiszona surówka z białej rzodkwi z kminkiem

Składniki:

  • 1 średniej wielkości biała rzodkiew,
  • ½ pęczka natki pietruszki,
  • 1 łyżeczka kminku,
  • 1 łyżeczka soli kamiennej niejodowanej,
  • 1 łyżka soku z cytryny.

Przygotowanie:

Rzodkiew  umyj,  zetrzyj na średniej tarce, wymieszaj z kminkiem, solą i posiekaną natką pietruszki. Całość skrop sokiem z cytryny. Ugniataj w kamionce lub szklanym naczyniu, aż wyjdzie sok. Przykryj podstawką z  obciążeniem. Po ok. 30. minutach surówka jest gotowa do spożycia.

Kategorie
wychowanie

6 typów zabaw. Jak poprzez zabawę wspierać rozwój dziecka?

Zabawa pomaga im rozwijać się intelektualnie, emocjonalnie, estetycznie, ruchowo i duchowo. Uczy funkcjonowania w społeczeństwie i relacji z innymi. Wyrabia w dziecku charakter i nastawienie do świata. Można by się pokusić o stwierdzenie, że uczy życia.
Zabawa nie może być traktowana jako wypełniacz czasu. Powinna być kreatywna, by wspierać dziecko na każdym etapie jego rozwoju.
Zabawy możemy podzielić na kilka typów, które bardzo łatwo zaobserwować w trakcie rozwoju dziecka.

Wyróżniamy zabawy:

1. Manipulacyjne

Uczą panowania nad własnym ciałem. Pojawiają się najwcześniej. Polegają na manipulowaniu przedmiotem w różny sposób, oglądaniu, lizaniu, ssaniu, przekładaniu z ręki do ręki, wkładaniu i wyjmowaniu, turlaniu itp. Tego typu zabawy mają na celu poznawanie właściwości przedmiotów: kształtu, konsystencji czy wydawanego dźwięku. Dziecko manipulując przedmiotami angażuje spostrzeżenia wzrokowe, słuchowe, dotykowe oraz złożone ruchy rąk. Ten etap stanowi podstawę dla późniejszych, bardziej skomplikowanych zabaw.

Przykłady zabaw:

Różne faktury – zabawa dla niemowląt i maluchów.
Przygotuj kawałki materiałów o różnej strukturze, sztuczne futerko, aksamit, delikatny papier ścierny, rzepy, karton, folię bąbelkową itp. Pozwól dziecku dotykać różnych faktur. Opisuj dziecku każdy materiał mówiąc, że coś jest miękkie, szorstkie, śliskie itp.
Wyładuj i załaduj – zabawa dla dzieci od pierwszego roku życia.
Dzieci uwielbiają wkładać i wyjmować przedmioty. Są zafascynowane tym, że w jednej chwili coś może być pełne, a w następnej puste. Do tej zabawy wystarczy pudełko z klockami. Wysyp klocki na podłogę i zachęć dziecko do ich wkładania do pudełka, zademonstruj dziecku, jak to zrobić. Gdy klocki będą już w środku, pokaż dziecku, jak wysypać je z powrotem. Mów do dziecka o kolorach klocków.
Podrzyj to! – zabawa dla dzieci od pierwszego roku życia.
Maluchy uwielbiają drzeć rzeczy. Zadbaj o to, by tekstura była zróżnicowana, podaj dziecku starą gazetę, bibułę, papier śniadaniowy woskowy czy ręczniki papierowe. Kiedy dziecko będzie zajęte darciem papieru, rozmawiaj z nim o odczuciach, jakich doznaje: „Czy ta bibułka nie jest miękka?”, „Wydaje mi się, że ten papier śniadaniowy jest bardzo śliski”.
Pamiętaj, że młodsze maluchy uwielbiają brać wszystko do buzi. Pilnuj, aby dziecko nie zjadło papieru.
Co to jest – zabawa dla dzieci od drugiego roku życia.
Zachęć dziecko do zabawy w zgadywanie. Będziesz do tego potrzebować średniej wielkości kartonu z przykrywką. Na bocznej ścianie zrób otwór na tyle duży, by dziecko mogło wsadzić do środka rękę, ale nie głowę. Wkładaj do środka po kolei różne przedmioty, np. kredę, łyżkę, kubeczek, grzebień, książeczkę. Niech dziecko spróbuje rozpoznać przedmiot tylko po dotyku i powiedzieć, do czego on służy.

2. Konstrukcyjne

Pobudzają wyobraźnię. Zabawy konstrukcyjne ćwiczą sprawność manualną dziecka oraz rozbudzają jego kreatywność. Polegają na budowaniu, wytwarzaniu czegoś nowego. Wynikają w naturalny sposób z gier manipulacyjnych. Różnią się jednak tym, że w zabawie konstrukcyjnej powstaje wytwór, będący rezultatem działań dziecka. Zabawy tego typu doskonalą rozwój spostrzegawczo-ruchowy. Wyzwalają pomysłowość, wdrażają do skupienia uwagi, uczą obserwacji. Najpopularniejsza zabawką konstrukcyjną są klocki. Przy ich pomocy dziecko buduje swoją własną rzeczywistość wykorzystując nieograniczoną wyobraźnię. Każda konstrukcja jest niepowtarzalna i daje dziecku wiele radości.

Przykłady zabaw:

Łączenie elementów – zabawa dla starszych maluchów, od drugiego roku życia.
Z grubego kolorowego kartonu powycinaj podstawowe kształty (kwadraty, trójkąty itp.) lub kształty zwierząt czy przedmiotów (np. auto). Używając dziurkacza, który robi pojedyncze dziurki, zrób w kartonowych wykrojach dziurki w dowolnych miejscach, uważając, by nie były zbyt blisko siebie czy krawędzi. Przełóż sznurówkę przez pierwszą dziurkę i zamocuj ją, wiążąc na supełek, by nie uciekała dziecku w trakcie zabawy. Dobrze, by kolor sznurówki kontrastował z wykrojem. Pokaż dziecku, jak przewlekać sznurowadło przez dziurkę, i następnie pozwól mu trenować samodzielnie. Jest to wspaniałe ćwiczenie do nauki nawlekania oraz wiązania butów. Wystarczy odpowiedni wykrój w kształcie stóp.
Robimy ciasto – zabawa dla starszych maluchów, od drugiego roku życia.
Dzieci uwielbiają zabawy w kuchni. Pozwól dziecku, by pomogło Ci przygotować ciasto. Będziecie potrzebować: 1 szklankę soli, 4 szklanki mąki, 1 szklankę ciepłej wody. W misce wymieszajcie sól z mąka i dodajcie wodę. Ugniataj ciasto, aż będzie miękkie. Zachęć dziecko do ugniatania ciasta i tworzenia różnych kształtów.
Taka zabawa rozwija precyzyjne zdolności motoryczne. Po zakończonej zabawie, ciasto włóż do szczelnie zamykanego pojemnika.
Wazonik – zabawa dla starszych maluchów, od drugiego roku życia.
Do tej zabawy przygotuj mały słoiczek, plastelinę, różnokolorowe koraliki, guziki, muszelki, małe plastikowe kwiatki itp. Pokaż dziecku. jak wyklejać plasteliną słoiczek od zewnątrz, kiedy już skończycie, niech dziecko udekoruje wazonik według własnych upodobań. W takim wazoniku możecie przechowywać samodzielnie zrobiony przy innej okazji kwiatek.
Korale – zabawa dla starszych maluchów, od drugiego roku życia.
Któż z nas nie robił w dzieciństwie korali z makaronu? Jest to niezastąpiona zabawa do trenowania zdolności motorycznych, a do tego dająca ogrom radości, kiedy dziecko nosi na szyi własnoręcznie zrobiony naszyjnik.
Do tej zabawy będziesz potrzebować sznurek/sznurowadło oraz makaron typ rurki. Przewlecz pierwszy makaron i zawiąż na końcu supeł. Pokaż dziecku jak nawlekać makaron na nitkę. Obserwuj skupienie na twarzy dziecka.

[reklama id=”78108″]

3. Tematyczne

Uspołeczniające. W tego rodzaju zabawach dziecko naśladuje czynności zaobserwowane w swoim otoczeniu. Często nie potrzebuje nawet do tego zabawek, bogata wyobraźnia pozwala dzieciom na dokładne udawanie wykonywania pewnych charakterystycznych dla danej roli czynności. Najistotniejszą cechą tej zabawy jest jej temat, dzieci bawią się w coś: dom, sklep, szkołę. U najmłodszych dzieci często tematyka ogranicza się do jednego elementu, np. gotowania obiadu. Ważnym składnikiem zabaw tematycznych są wypowiedzi słowne dziecka. Dziecko prowadzi monologi lub dialogi, podejmując dwie role jednocześnie. Zabawy tego typu są bardzo ważne dla rozwoju dziecka, gdyż scalają wszystkie funkcje fizyczne i psychiczne. Tego typu zabawy dzieci z reguły inicjują same.

Przykłady zabaw:

Zabawa w gotowanie
Dziecko przy użyciu garnków zabawek oraz imitacji produktów spożywczych (owoców, warzyw) imituje gotowanie obiadu. U najmłodszych dzieci do zabawy w gotowanie wystarczy garnuszek i łyżka.
Zabawa w lekarza
Dziecko z wielką troską bandażuje misiowi łapkę lub robi chłodne okłady rozgorączkowanej lalce.

4. Rytmiczno-ruchowe

Ćwiczą sprawność i wzmacniają siłę. Zabawy te są naturalną aktywnością każdego dziecka i zaspokajają potrzebę ruchu. Dzieci ćwiczą swoją sprawność, zręczność, siłę, szybkość, poczucie rytmu. Jeśli zabawa przyjmuje formę zawodów sportowych, uczy dzieci zdrowej i przyjemnej rywalizacji oraz wzmacnia wiarę w siebie. Najpopularniejszymi zabawami ruchowymi są gry w piłkę, taniec, skakanie, wspinanie się czy berek.

Przykłady zabaw:

Podskakująca piłka – zabawa dla niemowląt.
Będzie Ci potrzebna duża piłka do ćwiczeń. Trzymaj dziecko, gdy siedzi na piłce i delikatnie podskakuj z dzieckiem na piłce w górę i w dół. Połóż dziecko na brzuszku i delikatnie turlaj do przodu i do tyłu.
Taniec z upadaniem – zabawa dla starszych maluchów, od drugiego roku życia.
Maluchy uwielbiają kręcić się w kółko i padać na ziemię. Puść żywą muzykę i zaproś dziecko do tańca. Gdy muzyka milknie, rzucajcie się na ziemię. Powtarzajcie zabawę tak długo, jak długo dziecko ma na to ochotę. Zamiast padać na ziemię możecie wymachiwać rękami, klaskać czy skakać.

5. Badawcze

Zaspokajają naturalną ciekawość świata. Zabawy tego typu są wynikiem naturalnej dziecięcej potrzeby poznawania otaczającego je świata. Dzieci wykonują rozmaite doświadczenia na różnych materiałach czy zabawkach. Te zabawy pozwalają dziecku w przyjemny sposób odkrywać i uczyć się.

Przykłady zabaw:

Włączone/wyłączone – zabawa dla młodszych maluchów, od pierwszego roku życia.
Do tej zabawy przygotuj mechaniczne zabawki z wyłącznikami, latarkę. Zachęć dzieci do eksperymentowania z włącznikami, opisuj i omawiaj, co się dzieje, kiedy dziecko naciska guzik. Zademonstruj tę zabawę również na włącznikach świateł.
Pingpongowy komin – zabawa dla starszych maluchów, od drugiego roku życia.
Będziesz potrzebować puste papierowe tuby po foliach kuchennych lub ręcznikach papierowych. Pokaż dziecku jak można oprzeć tubę o ścianę lub przywiązać do poręczy czy płotu. Dziecko wkładając piłeczkę od góry obserwuje, jak wylatuje dołem.
Eksperyment z wodowaniem – zabawa dla starszych maluchów, od drugiego roku życia.
Przygotuj małą wanienkę lub wiadro z wodą oraz przeróżne rzeczy: klocki, duże korki, piłki z gąbki, przykrywki plastikowe, gąbki. Wytłumacz dziecku zasady zabawy z wodą, przypomnij, że woda ma zostać w wanience/wiadrze. Połóż wszystkie przedmioty w zasięgu dziecka i zachęć malucha do sprawdzania, które przedmioty toną, a które pływają. Obserwuj i przedyskutuj z dzieckiem wyniki, pytaj, które przedmioty są lekkie, a które ciężkie.

6. Dydaktyczne

Mają wartości kształcące. Tego typu zabawy są celowo organizowane przez dorosłych w celu wpojenia dzieciom nowych umiejętności i przekazania wiedzy o świecie. Dzieci starają się skoncentrować uwagę na postawionych im zadaniach, usiłując poprawnie rozumować, dokonując analizy i syntezy, wyróżniają i porównują cechy różnych przedmiotów.

Przykłady zabaw:

Tropiciel kształtów – zabawa dla dzieci od drugiego roku życia.
Zgromadź kilka przedmiotów (np. klocek, gumowy młotek, kapeć czy bajkę) i obrysuj ich kształty na kartce. Połóż przedmioty przed dzieckiem i zachęć do odszukiwania ich kształtów.
Nakrywanie do śniadania – zabawa dla dzieci od drugiego roku życia.
Zabawę zaczynamy od rozmowy z dzieckiem o tym, co jemy na śniadanie i jakich używamy naczyń. Będziemy potrzebować kompletu naczyń dla lalek (talerzyki, kubki, łyżeczki i serwetki). Na krzesełkach dziecięcych sadzamy lale/misie. Przy każdej z nich układamy kolejno talerzyk, kubek, łyżeczkę itd. Następnie prosimy dziecko, by posłuchało, o co proszą lale, sami przystawiamy ucho do jednej z nich i nasłuchujemy po czym głośno wypowiadamy, o co poprosiła lalka. I takim sposobem dziecko ma za zadanie uzupełnić brakujące naczynia wszystkim lalkom. Teraz pora przystąpić do śniadania, dziecko ma za zadanie nakarmić lalki, a na koniec bawicie się w sprzątanie i układanie naczyń na półce.
Co się zmieniło – zabawa dla dzieci od trzeciego roku życia.
Układamy przed dzieckiem kilka dobrze znanych mu przedmiotów/zabawek. Następnie prosimy, by zamknęło oczy i zabieramy jeden przedmiot. Dziecko ma za zadanie odgadnąć, co zniknęło. Dodatkowo utrudnimy zadanie, jeśli zmienimy kolejność ułożenia przedmiotów.
Musimy pamiętać, że każe dziecko jest inne i rozwija się we własnym tempie. Dla dzieci w tym samym wieku różne zabawy mogą być atrakcyjne, łatwe bądź trudne. Zawsze starajmy się dopasować gry do upodobań i zdolności naszego dziecka i pamiętajmy, że nauka poprzez zabawę ma być przede wszystkim przyjemna dla dziecka.
Foto: flikr.com/janetf

Kategorie
rodzina

Jedna prosta rzecz, która pozwala poczuć się szczęśliwym

Czym jest wdzięczność?

Większość z nas rozumie wdzięczność zgodnie z jej słownikową definicją, która podaje, że  to „stan psychiczny występujący, gdy chcemy powiedzieć lub zrobić coś miłego komuś, kto wcześniej zrobił coś dobrego dla nas”. Brzmi to trochę, jakbyśmy dopiero po doświadczonym dobru czuli chęć do odpłacenia tym samym; niektórzy mogą czuć wówczas nawet pewnego rodzaju zobowiązanie.

Tymczasem wdzięczność to coś więcej niż zwyczajowo i grzecznościowo wypowiadane „dziękuję” za uzyskaną pomoc czy przysługę. To postawa życiowa wyrażająca radość nie tylko z tego, że my coś otrzymujemy, ale i z tego, że dajemy. Bycie wdzięcznym z perspektywy Porozumienia bez Przemocy oznacza świętowanie życia we wszystkich jego przejawach, z całym jego bogactwem i różnorodnością. Okazywanie wdzięczności ściśle wiąże się  z dobrowolnym jej wyborem, nie ma tu miejsca na wzajemność wynikającą z poczucia obowiązku. Tylko taka wdzięczność jest prawdziwym darem – dla siebie i dla drugiego.

Często rodzice w trosce o dobre wychowanie swoich dzieci życzliwie przypominają: „ No, co się mówi?”, „ Podziękuj ładnie”. Czasem malec zdezorientowany nie wie, co powiedzieć, często nie wie, dlaczego ma podziękować. Warto w dzieciach zaszczepiać autentyczną postawę wdzięczności, która będzie wypływać z głębokiego przekonania i poruszenia serca. Ale aby móc dać coś dzieciom, najpierw samemu trzeba to mieć. Można też razem z dziećmi czegoś nowego się nauczyć, także wdzięczności.

[reklama id=”72315″]

Wdzięczność źródłem szczęścia

Wszyscy chcemy być szczęśliwi, wszyscy też, jako rodzice, pragniemy szczęścia dla naszych dzieci.

Wiele osób jednak warunkuje poczucie szczęścia zewnętrznymi czynnikami:

  • „Będę szczęśliwy, gdy wreszcie moje dziecko skończy szkołę”;
  • „ Jak zdobędę awans, będę naprawdę szczęśliwy”
  • „Do szczęścia brakuje mi tylko większego mieszkania” itd.

Lista nigdy się nie kończy i trudno czuć się usatysfakcjonowanym i spełnionym, jeśli nie szukamy szczęścia w sobie. Trudno cenić i cieszyć się życiem, jeżeli przesłania je nam permanentna perspektywa braku. Skupiając się na tym, czego nie mam, nie widzę tego, co mam. Nasze dzieci takim podejściem nasiąkają jak gąbka.

Tymczasem to wdzięczność może owocować odczuwaniem szczęścia. Potwierdzają to badania naukowe dr Roberta Emmons’a, psychologa oraz profesora Uniwersytetu Kalifornijskiego, który dowiódł, że praktykowanie wdzięczności zwiększa nasze poczucie szczęścia, co najmniej o 25%. Liv Larsson, szwedzka propagatorka idei Porozumienia bez Przemocy, podaje kilka powodów, dla których tak się dzieje.

Wdzięczność:

  • umacnia więzi społeczne, rodzinne,
  • ogranicza naszą tendencję do porównywania się z innymi, co jest częstym powodem niezadowolenia,
  • podnosi naszą samoocenę, gdy dostrzegamy nasz wkład we wzbogacanie życia innych ludzi,
  • rozwija empatię.

Wpływ wdzięczności na zdrowie

Chcemy być zdrowi, by cieszyć się życiem, by móc wspierać i pomagać naszym dzieciom. Zanosimy ciche modlitwy o zdrowie dla naszych maluszków. Zdrowo chcemy się odżywiać i szukamy wielu sposobów na życie w zgodzie z naturą. Okazuje się, że także praktykowanie wdzięczności nie bez znaczenia pozostaje na stan naszego zdrowia.

Przyjmowanie postawy wdzięczności:

  • wpływa na lepszy sen,
  • podnosi energię życiową,
  • obniża poziom stresu,
  • wspiera radzenie sobie z trudnymi przeżyciami, zmniejszając tym samym ryzyko depresji,
  • wzmacnia psychikę i system odpornościowy, poprzez redukcję stresu,
  • zachęca do wybaczania, uwalniając przy tym od przykrych emocji i negatywnych myśli.

Powody wdzięczności

To, czy poczujemy wdzięczność czy też nie, zależne jest od tego, na czym koncentrujemy naszą uwagę. Z kolei na to, na czym się skupiamy ma wpływ nasze postrzeganie rzeczywistości. Jedni mają tendencję do narzekania lub zamartwiania się, inni nastawieni na realizację celów, odhaczają kolejne punkty z planu dnia, roku czy życia, jeszcze inni wciąż porównują się z innymi.

Dobra wiadomość jest taka, że to my wybieramy własny punkt widzenia – dlatego zawsze wtedy, kiedy nie czuję satysfakcji z tego, jak odbieram rzeczywistość, a może nawet dany model zaczyna mi ciążyć, mogę wybrać inny sposób patrzenia na świat. Mogę wybrać perspektywę wdzięczności i zarażać nią moje dzieci.

[reklama id=”71166″]

Liv Larsson w swojej książce „ Wdzięczność. Najtańszy bilet do szczęścia” pisze, że: „wdzięczność jest naturalną konsekwencją uświadomienia sobie, że otrzymaliśmy to, czego potrzebujemy.” Kłopot polega na tym, że zdarza się nam mylić zachcianki i strategie z rzeczywistymi potrzebami. Może nam wówczas towarzyszyć poczucie, że nie mamy za co być wdzięczni, bo nie mogliśmy sobie pozwolić na kupienie sukienki z wystawy, albo zamiast spędzić spokojny wieczór przy ulubionym programie musieliśmy pojechać do sklepu po farby, bo te domowe wyschły.

O perspektywie wdzięczności ciekawie napisał przyjaciel Liv Larsson, Lasse Lundberg:

„Jestem wdzięczny:

  • kiedy mogę sprzątać po imprezie, bo to znaczy, że mam przyjaciół,
  • za podatki, które płacę, bo to znaczy, że mam dochody,
  • za ubrania, które są nieco ciasne, bo to znaczy, że mam jedzenie na stole,
  • za to, że trzeba skosić trawnik i wymalować dom, bo to znaczy, że mam swój własny kąt (…)
  • za to, że parking jest daleko, bo to znaczy, że stać mnie na samochód,
  • za osobę, która fałszuje, śpiewając, bo to znaczy, że mogę słyszeć,
  • za stertę ubrań na podłodze, bo to znaczy, że mam co na siebie włożyć,
  • za zmęczenie i ból w mięśniach, bo to znaczy, że mogę ciężko pracować,
  • za budzik, który dzwoni z rana, bo to znaczy, że mogę żyć kolejny dzień”.

Ileż tu potrzeb! Przyjaźni, łatwości, bezpieczeństwa, zdrowia, pożywienia, ruchu…

Powodów do wdzięczności może być wiele:

  • mroźny, słoneczny dzień,
  • samotny spacer w lesie,
  • ugotowany przez mamę obiad,
  • widok tęczy,
  • uśmiech dziecka,
  • sprawnie działające narządy,
  • odwiedziny przyjaciółki,
  • ciepły sweter,
  • cisza,
  • koniec przeziębienia,
  • filiżanka aromatycznej kawy,
  • brak korków w drodze do domu,
  • koncert,
  • ciepło wtulonego w nas zwierzaka,
  • weekend w pidżamie itd.

Wystarczy, że każdego dnia zauważymy choćby dwie, trzy rzeczy, które będę źródłem naszej wdzięczności.

Praktykowanie wdzięczności

Aby nauczyć się patrzeć na świat przez pryzmat wdzięczności, można zacząć od kilku prostych rzeczy, które możemy zaproponować naszym dzieciom i wspólnie je realizować.

Pierwszym krokiem może być wyrażanie wdzięczności wobec:

  • drugiej osoby,
  • siebie samego,
  • świata/losu.

Wdzięczność wobec drugiego człowieka

Choć ten rodzaj wdzięczności jest chyba najpopularniejszy, może okazać się niezwykle trudne, by nawykowe „dziękuję” zamieniło się w szczere wyrażenie wdzięczności. Możliwe jest to wówczas, gdy uświadomimy sobie i pomożemy odkryć dzieciom, jaką naszą potrzebę zaspokoiła czyjaś przysługa, albo brak czyjegoś działania np.:

  • odebranie z przedszkola dziecka przez znajomą mamę sprawia, że zaspokojona zostaje potrzeba pomocy, wzajemności, łatwości, wymiany, a może odpoczynku;
  • podzielenie się z rodzeństwem ostatnim kawałkiem czekolady zaspokaja potrzebę przynależności, miłości, przyjemności;
  • odmówienie przez koleżankę wykonania przysługi daje okazję do zadbania o potrzebę kreatywności, niezależności czy spontaniczności;
  • poranne wyjście partnera do piekarni po świeże pieczywo pozwala zadbać o potrzebę współpracy, pożywienia, a może snu.

Wdzięczność wobec samego siebie

To może być zaskakujące, by dziękować samemu sobie, ale – dlaczego nie? Mamy wówczas okazję dostrzec, jak nasze działanie powiększa dobrostan ludzi, z którymi się spotykamy, jakie mamy zasoby, jakie są nasze możliwości i umiejętności.

Takie podejście wzmacnia poczucie własnej wartości, sprawia, że patrzymy na siebie z sympatią i życzliwością – ileż w tym dobrego dla nas i naszych dzieci. One też widzą, ile mogą dawać, i choć mają zaledwie kilka lat, widzą, że ich wkład jest równie ważny, co wkład mamy i taty. Czują się wówczas uwzględnione, czują się ważną częścią rodziny.

Za co można być wdzięcznym samemu sobie? Za to, że:

  • wyszedłem z pokoju, zanim opuścił mnie spokój,
  • zgodziłam się na zabawę moimi klockami przez młodszą siostrę – była bardzo szczęśliwa,
  • porozmawiałam dziś dłużej niż zwykle (bo zazwyczaj się śpieszę) z panią z warzywniaka, wyraźnie chciała, żeby jej posłuchać,
  • pozbierałem swoje zabawki, choć nie bardzo mi się chciało, ale w ten sposób pomogłam mamie i to było fajne.

Wdzięczność do świata/losu

Dzisiejszy świat wpaja nam przekonanie, że wszystko nam się należy i że wszystko od nas zależy. Wszystko też możemy osiągnąć sami i nie powinniśmy nic nikomu zawdzięczać. Taka postawa odcina nas od relacji z innymi ludźmi i czasem nie pomaga adekwatnie oszacować naszych możliwości i zasobów. Dostrzeganie szerszej perspektywy, tego, że jestem częścią całości pozwala doceniać wzajemny przepływ i prawdziwą obfitość darów.

Świat oferuje przecież tak wiele. Odczuwam wdzięczność, gdy:

  • chodzę po górach,
  • widzę tęczę,
  • korek jest na przeciwległym pasie,
  • paczka dotarła w ostatniej chwili, ale na czas,
  • z prysznica leci gorąca woda,
  • lekarze mówią, że to cud…

Wdzięczność w trudnościach

Porozumienie bez Przemocy mówi o jeszcze jednym rodzaju wdzięczności – wyrażanej w przeciwnościach, w trudnych momentach. Pomaga ona wówczas zrównoważyć cierpienie, ból, smutek, rozczarowanie.

Oto kilka przykładów bycia wdzięcznym:

  • za to, że suszarka spaliła się wieczorem, a nie rano tuż przed wyjściem do pracy, bo zdążyłam ją jeszcze pożyczyć,
  • gdy moje dziecko rzuca się na podłodze w sklepie w akcie rozpaczy, a ja nie tracę cierpliwości,
  • gdy spadła gałka loda na ziemię, ale została mi jeszcze jedna,
  • że złamanie nie jest z przemieszczeniem…

Na drodze do wdzięczności

Liv Larsson w swojej książce podaje wiele sposobów, które mają nam pomóc zakorzenić nawyk wdzięczności w codziennym życiu.

Kilka z nich można realizować wspólnie z dziećmi. Może to być:

  • rozmowa przed snem o tym, za co jesteśmy i komu wdzięczni w mijającym dniu, dzieciom można pomóc nazywać potrzeby, które udało im się zaspokoić przez swoje działanie lub innego człowieka,
  • prowadzenie dziennika wdzięczności – rodzic może zapisywać powody wdzięczności swoje i dzieci, dzieci mogą je też rysować,
  • tworzenie symboli wdzięczności, które umieszczane w widocznym miejscu w domu mają nam przypominać o tym, kto i w jaki sposób wzbogacił nasze życie,
  • tworzenie albumu wdzięczności, w którym wklejamy ilustracje, wzmacniające nasze poczucie wdzięczności,
  • znajdowanie wdzięczności w ciele – określanie, gdzie się ją czuje w danym dniu najbardziej,
  • wybieranie gestu wdzięczności – okazywanie go zamiast słów.

Im więcej wdzięczności praktykujemy, tym mniej jesteśmy podatni na depresję, niepokój, neurozy, zazdrość czy poczucie osamotnienia. Pomaga ona zwalczać chciwość, bierność, wrogość, zawiść, obojętność.

Kiedy nas przepełnia łatwiej nam dostrzegać i doceniać czyny innych. Jesteśmy dla siebie bardziej życzliwi i serdeczni, bo nasze mózgi reagują zadowoleniem, gdy widzimy radość drugiej osoby. Z dnia na dzień stajemy się szczęśliwszymi ludźmi.