Kategorie
zdrowie

Mózg rośnie razem z sercem, czyli o korzystnym wpływie bliskości na rozwój dziecięcych mózgów

Mózg to skomplikowany układ, w którym każdy element ma olbrzymie znaczenie dla tego, jak funkcjonujemy w świecie. Znajdujące się w nim neurony połączone są ze sobą w potężną sieć, dzięki której możemy sprawnie myśleć, działać, czuć, reagować. W mózgu niemowlęcia jest ich już sporo, jednak wiele z tych połączeń, wytworzonych w życiu płodowym, ulega dezorganizacji podczas porodu. Kolejne powstaną w pierwszych kilku latach życia.

W pierwszym roku życia

Kluczowym okresem dla rozwoju mózgu dziecka jest pierwszy rok życia. To właśnie w tym czasie, licząc od momentu narodzin, powiększa on swoją objętość niemal trzykrotnie. W błyskawicznym tempie rozrastają się komórki nerwowe. Co ciekawe – rozrost ten nie następuje linearnie – niektóre obszary mózgu są więc niemal dojrzałe już pod koniec ciąży, zaś inne nabiorą ostatecznego kształtu dopiero w dorosłości.
O rozwoju mózgu oraz układu nerwowego dziecka świadczą umiejętności, które niemowlę nabywa z czasem. Chodzi tu przede wszystkim o zdolności motoryczne, ale także funkcje poznawcze i społeczno-emocjonalne.
I tak w pierwszych trzech miesiącach życia mózg powoli zaczyna przyswajać informacje i klasyfikować je. Odróżnia muzykę od hałasu, ciepło od zimna, smak gorzki od słodkiego. Rozpoznaje też miłe sytuacje i odróżnia je od tych nieprzyjemnych.
Powyżej czwartego miesiąca życia wzrasta ciekawość dziecka i rozwija się jego aktywność fizyczna. Maluch zapamiętuje wszystko, co widzi lub słyszy. Uczy się myślenia abstrakcyjnego i odkrywa, że osoby czy przedmioty, które spostrzega, istnieją, choć w danym momencie ich nie widzi.
Od ósmego miesiąca życia dziecko zaczyna koordynować swoje ruchy z zamiarami. Sprawdza związki przyczynowe – na przykład rzucając jedzeniem, obserwuje, czy wyląduje ono wówczas na podłodze. Kojarzy dźwięki niektórych słów z przedmiotami i zaczyna uczyć się języka.

[reklama id=”76088″]

Mózg a środowisko opiekuńcze

Zdobywanie nowych umiejętności, nauka i organizacja swojego świata są uzależnione od neuronów. Dziecko w pierwszym roku życia porządkuje w neuronalnych obiegach swoje wspomnienia i wzorce. Na to, jakie to będą wzorce i jak wiele dobrych połączeń między neuronami powstanie, potężny wpływ ma środowisko opiekuńcze dziecka.
Doskonale wiedzą o tym twórcy koncepcji rodzicielstwa bliskości – William i Martha Searsowie, propagujący wśród rodziców bliskościowy model relacji z dzieckiem. Przekonują w swoich publikacjach, że bliskość daje niezwykle ważne podstawy do tego, by mózgi naszych dzieci rozwijały się prawidłowo.
„Po przećwiczeniu setek interakcji z cyklu sygnał – odpowiedź (jestem głodna – dostaję jeść, jestem przestraszony – ktoś bierze mnie na ręce) niemowlę ma w głowie obrazy tych scen. W końcu gromadzi mózgowy katalog scen bliskości, które tworzą podstawy doznania własnego „ja” i rozumienia opiekuńczego świata dookoła. Ta biblioteka wzorców skojarzeniowych pomaga niemowlęciu przewidzieć odpowiedź na jego potrzebę – taką jak bycie wziętym na ręce w razie płaczu. Gdy dziecko jest w stanie zobaczyć w głowie oczekiwaną scenę bliskości i gdy to oczekiwanie zostanie odpowiednio spełnione przez wrażliwego opiekuna, u dziecka wzrasta poczucie dobrostanu, który na zawsze wpłynie na jego przyszłe relacje: zdolność do zaufania innym”*.

Brak kontaktu to gorszy rozwój

Co dzieje się z dziećmi, których rodzice nie odpowiadają na ich potrzeby (kontaktu, bliskości, dotyku)? Mają ograniczone możliwości rozwoju swoich połączeń między neuronami i budują zaburzony obraz więzi. Doskonale obrazuje to teoria przywiązania Johna Bowlby’ego:
https://www.youtube.com/watch?v=kwxjfuPlArY
Zdaniem naukowców rodzicielstwo bliskości sprzyja rozwojowi mózgu, zapewniając mu odpowiedni rodzaj stymulacji i umożliwiając dziecku wytworzenie zdrowego stylu przywiązania w przyszłości. Takiego, który będzie opierał się na zaufaniu do siebie i świata.
*William Sears, Martha Sears “Księga Rodzicielstwa Bliskości”, Warszawa 2013.

Kategorie
olini

4 przepisy na energetyczne śniadania z masłem orzechowym

Cudowne właściwości orzechów:

  • Orzeszki ziemne oprócz zawartości białka i tłuszczu, posiadają m.in. argininę (aminokwas białka), która jest budulcem mięśni i podnosi wydolność organizmu.
  • Orzechy laskowe wykazują silne działanie antyoksydacyjne i wzmacniają mięsień sercowy.
  • Migdały zawierają L-argininę (aminokwas) wspierającą układ oddechowy i krążenia. Ze względu na bardzo wysoki poziom białka są też jednymi z najcenniejszych orzechów.
  • Nerkowce mają dużą ilość magnezu i miedzi, a także wykazują silne działanie antyoksydacyjne, przez co przyczyniają się do redukcji stresu po wysiłku.

4 przepisy na energetyczne śniadania

1. Owsianka mocy

Składniki na 1 porcję:

Odpowiednio przygotowana owsianka mocy zapewni całej naszej rodzinie olbrzymi zastrzyk energii. Do jej zrobienia wykorzystajmy sposób sportowców i namoczmy na noc pestki słonecznika i dyni. Taki zabieg wypłukuje z ziaren inhibitory enzymów, które chronią rośliny przed zbyt szybkim kiełkowaniem, ale wykazują też inną właściwość – utrudniają ich trawienie. Dzięki namaczaniu znacznie zwiększymy przyswajanie wszystkich cennych składników odżywczych. Żeby tak się stało nasiona słonecznika potrzebują dwóch godzin leżakowania w wodzie, a dyni – ośmiu.

Rano z ziaren odlewamy wodę i miksujemy pestki, (aby łatwiej było to zrobić, warto dodać odrobinę świeżej wody), do których wrzucamy również daktyle oraz masło z migdałów Olini o pysznym, marcepanowym smaku. Płatki owsiane zalewamy gorącą wodą lub mlekiem, czekamy kilka minut i dodajemy pozostałe składniki. Owsianka mocy gotowa!

2. Koktajl z nasion i orzechów

Śniadanie w formie koktajlu ze zmiksowanymi składnikami o wiele łatwiej się trawi – i jest to kolejna sztuczka sportowców potrzebujących mnóstwa energii. Dlatego jeżeli chcemy otrzymać natychmiastową dawkę mocy, taki posiłek będzie doskonałym wyborem.

Składniki na 1 porcję:

Pestki dyni i słonecznika miksujemy z dodatkiem niewielkiej ilości mleka migdałowego lub wody z młodego kokosa. Dodajemy pozostałe składniki i blendujemy jeszcze chwilę do otrzymania jednolitej konsystencji – pyszny koktajl gotowy!

[reklama id=”75995″]

3. Kanapka z bananem

Pyszna kanapka z masłem z orzechów arachidowych Olini, bananem i dżemem to propozycja śniadania w amerykańskim stylu, które przypadnie do gustu całej rodzinie, a już szczególnie najmłodszym. Dla urozmaicenia klasyczne masło orzechowe można zastąpić masłem arachidowym z kakao, które jest skarbnicą przeciwutleniaczy.

Dlaczego warto zjeść taki posiłek? Orzeszki ziemne oprócz zawartości białka i tłuszczu, posiadają m.in. argininę (aminokwas białka), która jest budulcem mięśni i podnosi wydolność organizmu. Mało tego – poprawiają również humor! Ze względu na wysoką zawartość tryptofanu (aminokwasu działającego na produkcję serotoniny) mogą pozytywnie wpływać na odczuwanie szczęścia. Banan to z kolei bogactwo potasu, a dżem węglowodanów.

Składniki:

Smarujemy chleb masłem orzechowym i dżemem (ilość według osobistych preferencji), po czym układamy pokrojonego w plasterki banana i gotowe!

4. Orzechowy hummus

Kanapki z hummusem to doskonały pomysł na pyszne, pożywne i bardzo sycące śniadanie. Aby uzyskać niepowtarzalny i wyjątkowy smak warto dodać do niego masło z orzechów arachidowych z chilli Olini.

Składniki:

Uprzednio ugotowaną ciecierzycę (lub ciecierzycę z puszki) miksujemy dodając kolejno składniki: wodę, oliwę z oliwek, wyciśnięty czosnek, tahini pastę sezamową, masło z orzechów arachidowych z chilli, kumin rzymski, sok z cytryny i sól. Ilość poszczególnych składników zależy tak naprawdę od naszych upodobań. Jeśli wolimy rzadszą i bardziej oleistą pastę – dodajmy więcej oliwy z oliwek, a jeśli wolimy bardziej orzechowy i pikantny smak – dodajmy więcej masła orzechowego z chilli. Ten hummus to prawdziwa kopalnia białka, potasu, kwasu foliowego i żelaza.

Kupując masła orzechowe, warto zwrócić uwagę na ich skład – niestety często zawierają niezdrowe dodatki takie, jak sól, cukier albo olej palmowy. Najzdrowsze masła to te, które składają się w 100% z orzechów a sam surowiec (czyli orzechy) jest dobrej jakości i pochodzi ze zrównoważonej, ekologicznej uprawy – to dlatego niska cena powinna wzbudzić nasze podejrzenia.

Kategorie
recenzje

8 książek, które pomogą w adaptacji przedszkolnej

Tak wyglądał pierwszy września dla większości przedszkolaków z naszego pokolenia. Nasi rodzice wierzyli, że receptą na przedszkolne trudności jest KONSEKWENCJA, a brak reakcji na płacz sprawi, że dziecko samo w końcu przyzwyczai się do nowej rzeczywistości. My mamy inny sposób – ADAPTACJA.

Staramy się wspierać, rozumieć i pomóc w odnalezieniu się w nowym środowisku. Nasze dzieci w przedszkolną rzeczywistość chcemy wprowadzić uważnie i delikatnie, małymi krokami. Wśród narzędzi, które mamy do dyspozycji są też dobre, mądre książki. Oto kilka najciekawszych, którymi warto wspomóc ten proces.

1. Feluś i Gucio idą do przedszkola

Feluś, tak jak Wojtuś ma 3 lata, ale jego przedszkolne początki wyglądają zupełnie inaczej. Rodzice przygotowują go do zmian, razem wybierają przedszkolną wyprawkę i odpowiadają na wszystkie najważniejsze pytania synka. Co się robi w przedszkolu? Jak wygląda dzień w tym miejscu? Jak zapoznać się z innymi dziećmi? A co, jeśli zatęskni się za rodzicami? Razem z Felusiem z tematem przedszkola oswaja się pluszak Gucio, no i oczywiście mali czytelnicy.

Książka jest optymistyczna i pogodna, pozytywnie nastawia dzieci i rodziców, wprowadzając nastrój radosnego oczekiwania. Jeśli lubicie Pucia, spodobają Wam się ilustracje, utrzymane w podobnym stylu. Na dużych, bajkowych obrazkach dzieci mogą zapoznać się z przedszkolną salą i szatnią, zobaczą, jak wygląda leżakowanie, wspólne czytanie, zajęcia plastyczne a nawet przedszkolne święta i przedstawienia. 

Wiek: 3+ (naszym zdaniem młodsi czytelnicy też się z Guciem polubią) , książkę kupisz tu. 

2. Dusia i Psinek-Świnek. Pierwszy dzień w przedszkolu

Magdalena Felicja zwana Dusią właśnie rozpoczyna przedszkole. Z tej okazji mama ma dla niej prezent – własnoręcznie uszytego pluszaka. I tak Dusia razem z pluszowym Psinkiem-Świnkiem przekracza drzwi przedszkola.

Ta ciepła i zabawna książka pokazuje dzieciom, czego mogą się spodziewać w najbliższym czasie. Owszem, pojawią się trudności: rozstanie z rodzicami, nowe środowisko, pierwsze konflikty. Przyjdzie też zmierzyć się z trudnymi emocjami: strachem, złością, wstydem. Ale przede wszystkim będą nowi znajomi i nowe przygody. Poza tym książka opisuje przedszkolną codzienność z małymi elementami magii (przygody, które w bajkowym świecie przeżywa Psinek, dopełniają historię). A wszystko napisane lekko i z humorem.

Książka sprawdzi się doskonale jako pretekst do rozmowy o przedszkolnych wyzwaniach i własnych strategiach radzenia sobie z nimi. Może też zachęci do wyboru pluszowego towarzysza, który będzie dodawał dziecku otuchy?

Wiek: 4+ , książkę kupisz tu.

3. Mysia w przedszkolu

Jeśli chcecie opowiedzieć o przedszkolu czy żłobku maluchowi, który nie jest jeszcze wyrobionym czytelnikiem i raczej nie wysłucha w skupieniu historii, skorzystajcie z pomocy Mysi. Mysia w przedszkolu dobrze się bawi: maluje, tańczy, karmi rybki i pisze bajkę. A wszystko z naszą pomocą: książeczki o Mysi są interaktywne, a małe rączki wprawiają elementy w ruch. Jeśli zaprzyjaźnicie się z Mysią, uważajcie – ta seria ma ponad 50 tomów i naprawdę wciąga…

Wiek: 1+, książkę kupisz tu.

4. Kacper i Emma. Najlepsi przyjaciele

Przed Wami 3 opowiadania. W pierwszym poznajemy Kacpra, który próbuje zasnąć, ale nie może, bo bardzo się boi: jutro pierwszy dzień przedszkola. Co go tam czeka? W drugiej opowieści wkracza Emma, także przedszkolna debiutantka. Trzecie opowiadanie stawia przed dziećmi wyzwanie: muszą poradzić sobie w przedszkolu bez ulubionych przytulanek.

Kacpra i Emmę znają wszystkie dzieciaki w Norwegii. Seria doczekała się nawet ekranizacji. Doskonale, że ta książka w najlepszym skandynawskim stylu trafiła też do nas. Krótkie opowiadania dokładnie opisują przedszkolną rzeczywistość, ale jej nie idealizują. Bez lukru przedstawiają dziecięce lęki i emocje. A na każdy problem przynoszą dobre rozwiązanie. Piękne, żywe ilustracje i prosty, ciepły język sprawiają, że czytana przez rodziców książka zainteresuje nawet żłobkowiczów.

Wiek: 4+ (duże ilustracje i mało tekstu: polecamy czytać już z dwulatkiem), książkę kupisz tu.

5. Tata już biegnie

Mateusz i jego tata żegnają się pod drzwiami przedszkola. Tata przyjedzie po południu. Ale jego samochód jest stary i ledwo zipie, co będzie, jeśli się zepsuje? Tata wymyśla kolejne sposoby: może przyjedzie traktorem sąsiada, a może przypłynie łodzią. Wsiądzie na pluszowego misia albo może na smoka… Choćby nie wiem co, tata na pewno wróci po swojego synka.

Niewiele tekstu i świetne ilustracje: książka idealna, by wśród śmiechu porozmawiać o przedszkolnych lękach, a zwłaszcza tych związanych z rozstaniem z rodzicami. 

Wiek: 4+ (w towarzystwie rodzica zainteresuje także młodsze dzieci), książkę kupisz tu.

6. Rok w przedszkolu

Seria „Rok W”  to już klasyka w dziecięcych biblioteczkach. Do zacnego grona dołączył „Rok w przedszkolu”. Na początku poznajemy dzieciaki ze Słonecznego Przedszkola. Każde inne: jest tu fanka księżniczek cała w tiulach i łobuziara z procą, jest chłopiec na wózku i mały Aleks, który w przedszkolu czuje się jeszcze niepewnie. Na kolejnych 12 stronach będziemy śledzić przedszkolaki miesiąc po miesiącu i podpatrywać przedszkolne zwyczaje. Poręczna, kartonowa, pełna żywych, tętniących kolorami ilustracji – to nasz typ na ulubioną książkę przedszkolnego debiutanta. Ciężko nie polubić Słonecznego Przedszkola.

Wiek: 4+ (polecamy dzieciom już od 2 lat), książkę kupisz tu.

7. Pospiesz się,  Albercie

Tutaj mamy coś na oswojenie trudnych poranków. Znany i lubiany czterolatek, Albert Albertsson, jak co rano wstaje i zbiera się do przedszkola. I jak co rano ma milion ważnych spraw do załatwienia. Nagle naprawienie popsutego samochodzika staje się sprawą najwyższej wagi. Znacie to? Tata Alberta powoli traci cierpliwość…

Albert jest ulubieńcem przedszkolaków i ich rodziców nie od dziś. A ta część serii jego przygód daje pretekst do przyjrzenia się porannym rytuałom. I to zarówno z perspektywy rodzica, jak i dziecka. Co jest dla nas ważne? Skąd nagle ta złość i ten pośpiech? Warto pośmiać się z Albertem, a potem spojrzeć na własne podwórko. A nuż coś uda się zmienić?

Wiek: 4+ (można czytać razem z młodszymi dziećmi), książkę kupisz tu.

8. Tomek mały jest nieśmiały

Na koniec coś dla tych, których w przedszkolu najbardziej przeraża konieczność interakcji z innymi dziećmi. Jak mam z nimi rozmawiać? A jeśli mnie nie polubią? A jeśli mnie wyśmieją? A jeśli nie znajdę przyjaciela?

Tomek – mała żyrafa, ma właśnie takie obawy. Najbardziej na świecie boi się występować publicznie. A tu zbliża się dzień „Pokaż i Opowiedz!” i Tomek nie będzie miał innego wyjścia, niż zmierzyć się ze swoim lękiem. 

Ta książka pokaże wszystkim, którzy boją się puścić rękę mamy i zrobić krok w kierunku grupy, że warto spróbować. Stawienie czoła własnym obawom nie jest łatwe, ale znalezienie kolegów, koleżanek, a może nawet przyjaciela wynagradza wszystko. I to jest właśnie największy przedszkolny skarb. 

Wiek: 4+, książkę kupisz tu. 

Książki wybrała i opisała Katarzyna Krzysztofik z Księgarni Natuli

Kategorie
wychowanie

Dziecko idzie do przedszkola. Adaptacja dziecka

Jeśli chcesz pomóc dziecku w procesie adaptacji przedszkolnej, pamiętaj:

1. Jeżeli zapewniasz je, że da sobie radę, że w tym miejscu będzie mu dobrze, wierz w to, co mówisz

Nie rozważaj co złego może się zdarzyć, nie pokazuj zatroskanej twarzy. Nie zapewniaj swojego dziecka rankiem, że w przedszkolu będzie szczęśliwe, równocześnie wieczorem opowiadając przy nim, o swoich lękach i niepokojach. Bądź wierny/a temu, co do niego mówisz. 

2. Pozwól mu płakać

Bo płakać prawdopodobnie będzie, ponieważ jest to reakcja naturalna. Dlatego nie czyń płaczu jedynym wyznacznikiem jego samopoczucia w przedszkolu, np. Moje dziecko dziś płakało, więc jest oczywiste, że jest mu tam źle. Mały człowiek, zwłaszcza gdy nie potrafi mówić, ma prawo płakać. W ten sposób komunikuje się z nami. Płaczem opowiada o swoich potrzebach, o napięciu, jakiego doświadcza, o swoich uczuciach. Płacze, by dać znać innym, że czuje, że jest, że chce być zauważony. Pozwól mu płakać – to sposób małego dziecka, aby pozbyć się nadmiaru emocji.
Jeżeli chcesz pomóc dziecku, nie mów wiele na ten temat, nie uspokajaj, nie uciszaj na siłę. Nie lekceważ jednak jego potrzeb, ani nie krytykuj, raczej posadź maluszka na kolanach i mocno przytul. Często słowa bywają niepotrzebne, a samo przytulenie wystarczy, by dać dziecku wsparcie. Przestanie płakać, ponieważ poczuje, że je rozumiesz

3. Pozwól mu się zmienić

Dla małego dziecka wszelkie zmiany związane są z niepokojem, dlatego może je mocno odczuwać. Ma prawo do tego, by je przeżywać i wyrażać. Gdy zacznie przychodzić do przedszkola, mogą pojawić się w jego zachowaniu elementy, których wcześniej nie było. Może na przykład:

  • budzić się w nocy, choć dotąd ją przesypiał,
  • chcieć spać z wami, mimo, że spał już we własnym łóżeczku,
  • wrócić do noszenia pieluszki, pomimo, że już jej nie potrzebował,
  • nie chcieć jeść,
  • częściej płakać,
  • domagać się noszenia na rękach,
  • okazywać swoje przywiązanie w sposób szczególny tylko jednej osobie (np. mamie),
  • pojawić się więcej oznak protestu, skierowanego także w stronę rodziców,
  • nie słuchać próśb,
  • zacząć okazywać swoje niezadowolenie bijąc lub popychając,
  • przejawiać niechęć do wyjścia z domu, do osób dotąd akceptowanych,
  • zacząć chorować,
  • w zachowaniu dziecka mogą pojawić się dziwne przyzwyczajenia, np. ukochaną przytulanką z dnia na dzień stanie się pieluszka lub poduszeczka.

[reklama id=”67859″]

4. Pozwól na protest

Na swój sposób dziecko opowiadania wam, co się z nim dzieje. Zmiany, w okresie adaptacji przedszkolnej, mają prawo się pojawić. Są oznaką tego, że maluch się rozwija i zauważa, że w jego życiu coś się zmieniło. Gdy my – dorośli, np. rozpoczynamy nową pracę, w naszym funkcjonowaniu także zmienia się wiele. Dla małego dziecka, które przez pierwsze lata swojego życia było tylko z mamą/tatą, babcią lub opiekunką w domu, wejście w świat przedszkola oznacza zazwyczaj pierwszą, tak dużą zmianę. Pozwólcie mu na dorastanie do tej zmiany na swój własny sposób i w jego własnym tempie. Wasze dziecko ma do tego prawo.
Jeśli będziecie je wspierać, dawać dużo czasu w domu, bawić się i przytulać – emocje i nietypowe reakcje wkrótce wrócą do normy. Pozwólcie na dziwne, czasami niepokojące zachowania. Nie są one, jak często uważamy, oznaką cofania, pogorszenia jego stanu. Są znakiem rozwoju. Znakiem tego, że nasze dziecko coraz lepiej rozumie otaczający świat i odpowiada na niego w sposób, w jaki potrafi.

Ile trwa adaptacja przedszkolna

To w jaki sposób dzieci reagują na rozstanie z rodzicami, zależy od tego czy mają np. kilkanaście miesięcy, czy trzy lata. Wydaje się, że dużo łatwiejsze dla dziecka jest rozstanie, gdy jest ono bardzo malutkie, natomiast trudniejsze staje się, kiedy rozumie więcej, gdy zdaje sobie sprawę z konieczności rozłąki i przebywania bez mamy i taty. Ale nie jest to regułą i tak naprawdę zależy od dziecka.

Czas adaptacji przedszkolnej jest różny dla różnych dzieci i zależy od wielu czynników. Wynosi od kilku tygodni, do dwóch, trzech miesięcy. Pamiętajmy jednak, że dzieci nie są jednakowe i nie możemy ich porównywać ze sobą, choć będą w tej samej grupie. Może nie łączyć ich nic, poza rokiem urodzenia. Zatem fakt, że Piotruś chętnie chodzi do przedszkola, chociaż jest w nim dopiero od dwóch tygodni, nie znaczy wcale, że Karolinka potrzebuje także czternastu dni, by poczuć się tam jak u siebie.
Być może twoje dziecko będzie powoli oswajać się z dziećmi, z przestrzenią, z rozkładem dnia – jest to jego prawo. To my, dorośli musimy pamiętać o tym, że dzieci rozwijają się w różnym tempie.
W ciągu pierwszych tygodni czy miesięcy, poniedziałki mogą być szczególnie trudnym dniem dla dziecka. Musi wtedy ponownie przechodzić przez proces rozstawania, co po dwóch dniach spędzonych w otoczeniu znanych osób i ciepłej rodziny, może stać się znowu wyzwaniem. Podobnie wygląda powrót maluszka do przedszkola po chorobie. Jeśli trwała ona dłuższy okres, proces Waszej i jego adaptacji może rozpoczynać się od nowa.

Kategorie
wychowanie

Dziecko idzie do przedszkola. Adaptacja rodziców

„Jeżeli  twierdzisz,  że mi ufasz  –  ufaj  mi  całym sobą.  Ufaj  mi –  naprawdę.
Potrzebuję Twojej wiary we mnie. Ona unosi moje skrzydła.
Ty, moja mądra, dorosła Mamo we mnie wierzysz;
Ty, dorosły, potężny Tato –  ufasz, że dam radę,
więc ja – Wasz malutki syn, Wasza mała córeczka – PORADZĘ SOBIE.
Otoczony Twoimi ciepłymi zapewnieniami odnajdę w sobie siłę do tego, by sobie poradzić. Otulony Twoim wsparciem, Twoją pewnością i wiarą we mnie – będę latał…”
Katarzyna Wnęk – Joniec  ‘Nie przydeptuj małych skrzydeł’

Jeżeli podjęliście decyzję, rozpatrzyliście ją i wiecie, że jest przemyślana – przyjmijcie zasadę, że raz podjęta – bez gruntownego przeanalizowania, nie ulegnie zmianie. Nie zastanawiajcie się nad nią więcej, nie rozpatrujcie wielokrotnie. Ciągłe zadawanie pytań sobie i innym nie będzie służyć dobrze wam, ani dziecku – wprowadzi zamęt i niejasność, obciąży was wewnętrznie i bardziej rozdrażni.

Jak przetrwać adaptację?

Adaptacja  oznacza przystosowanie do nowych warunków, poradzenie sobie, zgodę na zmianę. Adaptacja dotyczy przede wszystkim rodziców, ponieważ małe dziecko naśladuje i uczy się od nich. To istotny element wychowania. I nawet, gdy jeszcze nie umie mówić, mało rozumie – obserwuje rodziców i powtarza ich zachowania, gesty, miny, odczytuje mowę ich ciała – i naśladuje ją.
[reklama id=”67858″]
Wasz syn, córeczka dobrze was znają i trafnie rozpoznają nastroje. Dlatego, jeśli płaczesz, ono będzie także płakać. Jeśli w tobie jest napięcie, twoje dziecko nie  będzie spokojne. Zanim więc pomyślisz o adaptacji dziecka – pomyśl o swojej adaptacji i o swoich emocjach. To jest przede wszystkim twój problem – i twoje zadanie.
Decyzja o oddaniu dziecka do przedszkola jest decyzją trudną, nie tylko ze względu na uczucia dziecka, ale również nasze. Towarzyszy nam lęk, jesteśmy poddenerwowani, czujemy się winni. Zwłaszcza, kiedy brakuje wsparcia, gdy musimy lub chcemy wrócić do pracy, gdy bliscy zapewniają, że to zła decyzja. Wówczas należy posłuchać siebie – swoich przekonań i racji. Niepewność pojawia się niemal zawsze, gdy powierzamy nasze dziecko innym osobom. Niepokój, rozdrażnienie, smutek to emocje, które możemy poczuć w sytuacjach rozłąki z dzieckiem. Ważne jest żeby wiedzieć, że mamy prawo czuć to, co czujemy, mamy prawo tak reagować.
Naturalne jest, że sytuacja rozstania jest trudna dla obu stron, ale to dorosły powinien uporządkować swoje uczucia, by móc prowadzić swoje dziecko. Warto odnaleźć w sobie siły, by stać się dla niego w tej sytuacji oparciem.

Wsparcie rodziny

Pozostawienie maluszka w żłobku czy przedszkolu jest niewątpliwie wyzwaniem i zadaniem dla całej rodziny. To ona powinna być wsparciem dla tej osoby, której najtrudniej pogodzić się z rozłąką z dzieckiem. Zamiast wyrzutów i pouczeń, osoba ta powinna usłyszeć zapewnienie o ich obecności, mieć możliwość szczerej rozmowy. Takiej, która zamiast lekceważenia uczuć i nastroju przygnębienia, da wsparcie i zrozumienie. To zadanie dla mądrego męża, ale także dla babci, dziadka, cioci. Jeśli wsparcia nie możemy uzyskać wśród najbliższych, dobrze jest, by poszukać go wśród znajomych lub u innych rodziców.
Otoczenie wyrozumiałością w tym czasie jest szczególnie ważne. Bo – jeżeli ty je otrzymasz, będziesz umiał/a poradzić sobie lepiej ze swymi uczuciami, a tym samym będziesz mógł/a pomóc swojemu dziecku.

Kategorie
wywiady

"W kontakcie z dziećmi wybieram uwagę i ciekawość". Rozmowa z Anną Kasprzycką

Czy rodzeństwo musi się ze sobą kłócić?

Ludzie się ze sobą konfliktują. Takie jest życie. Mamy różne potrzeby, wartości, cele, różne rzeczy są dla nas ważne. Czasem trudno jest nam to pogodzić. Ale konflikt jest niewygodny. Uwiera nas, myślimy, że coś z nami albo z tą drugą osobą nie jest w porządku, skoro się spieramy. Nawet jeśli radzimy sobie z konfliktami z innymi ludźmi, to z bliskimi jest zdecydowanie trudniej.
Często żyjemy w przekonaniu, że jesteśmy złymi rodzicami, jeśli nasze dzieci się ze sobą kłócą. Tymczasem one spierają się, a czasem nawet biją z wielu różnych powodów. Jesper Juul napisał, że konflikt jest czymś naturalnym i nie ma żywej rodziny, w której nie ma konfliktów. Nikt tu nie jest złym rodzicem czy złym dzieckiem, złym bratem. Nie widzę problemu w samych konfliktach, możemy natomiast zastanawiać się nad strategiami naszego radzenia sobie z kłótniami naszych dzieci.

Czy warto interweniować w czasie kłótni?

Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie i to w momencie konfliktu. Kiedy moje dzieci się kłócą – a mam 11-letnie trojaczki, syna i dwie córki – zaczynam od sprawdzenia u siebie: jakie mam zasoby, czy chcę, a jeśli tak, to dlaczego chcę, interweniować? Czy potrzebuję ciszy? Czy boję się, że coś sobie zrobią? A może nie chcę, aby dziadkowie pomyśleli: jakież to niegrzeczne dzieci wychowała nasza córka. Ważna jest intencja, z jaką chcę wejść w konflikt, moja świadomość. Bo przecież każdy ma inną intencję w danym momencie i inny punkt, w którym czuje, że chce interweniować. Dla jednego może to być podniesiony głos, dla innego rodzica wyzwiska, a dla jeszcze innego rękoczyny.
Zachęcam do zastanowienia się, co moja interwencja da dzieciom? W jakiej roli chcę być: sędziego, rozjemcy, obrońcy? A może mediatora, którego celem będzie stworzenie przestrzeni do tego, aby potrzeby dzieci wybrzmiały? Obserwuję, że często rodzice interweniują bardzo wcześnie, a ich celem zwykle jest to, aby dzieci przestały się kłócić. Tymczasem one kłócąc się, rozwijają swoje kompetencje, uczą się o sobie i o tej drugiej osobie, dowiadują się czegoś o swoich granicach i możliwościach.

W jakich sytuacjach najczęściej interweniujesz?

Ja nie interweniuję, z trzema wyjątkami: 1.zagrożone jest życie i zdrowie (nie pamiętam takiej sytuacji), 2. natychmiast potrzebuję ciszy, spokoju i nie mogę go dostać w inny sposób oraz 3. kiedy dzieci mnie same o to poproszą.

W jaki sposób to robisz?

Mogę zwyczajnie zauważyć, że dzieci mają trudność w dojściu do porozumienia. Spytać, czy potrzebują wsparcia i pomocy. Ustalanie kto zaczął, gdzie powstał konflikt, kto jest sprawcą, a kto ofiarą, nie pomaga. Możliwe, że kłótnia zniknie, ale czy nas wzmocni? Czy dowiemy się czegoś o sobie? O innych?

Mam wrażenie, że rodzice noszą w sobie oczekiwanie, że relacja między dziećmi będzie pełna miłości i bliskości.

Oczekiwania często wynikają z przekonania, które w sobie mamy na ten temat. O wspieraniu się, dzieleniu, o tym, że rodzeństwo musi się kochać. Przekonania często nie są prawdziwe, a nawet jeśli są, to mogą być nie wspierające. Zawsze można się im przyjrzeć i sprawdzić, czy nam służą.
Kiedy chcę, żeby moje dzieci miały ze sobą dobrą relację, a one się kłócą, wówczas może to być dla mnie trudne i nie pasować do moich wyobrażeń.  Wtedy pojawia się myśl, że coś jest nie w porządku albo ze mną, albo z nimi. A kiedy wszystko jest dobrze, kiedy wspólnie się bawią i dzielą zabawkami – jestem spokojna i zadowolona. Taka huśtawka emocjonalna nie jest mi potrzebna. Dużą przeszkodą jest to, że ja chcę już teraz i zaraz osiągnąć cel, na który dzieci mają całe dzieciństwo. Złapanie perspektywy, że kłótnia jest właśnie jednym z momentów, które przybliża je do mojego celu, pomaga im zbudować relacje – jest kluczowe. Jesper Juul napisał, że tak właśnie rodzeństwo buduje swoją intymność, wzajemną lojalność i ciepło na lata.
My dorośli nadajemy ich kłótniom, konfliktom zbyt duże znaczenie. One najczęściej po kilku minutach nie pamiętają, o co poszło i bawią się dalej. Nasze dorosłe rozwiązania to jak strzelanie z armaty do komara.

Jesteś mamą trojaczków – jak sobie dajesz radę z indywidualnym podejściem do dzieci? Czy to w ogóle możliwe?

Myślę, że jak najbardziej jest to możliwe, a nawet konieczne. Choć nie jest to proste i wymaga ode mnie dużego zaangażowania. Każde z moich dzieci jest inne, z każdym tworzę wyjątkową relację i wszystkie domagają się wyjątkowego traktowania. Myślę, że jest to kwestia traktowania ich z równą godnością i ciekawości, którą w sobie mam. Chcę poznać moje dzieci, dowiedzieć się, jakimi są ludźmi, co lubią, czego nie. Kiedy opieram kontakt z nimi na zainteresowaniu, nie da się traktować ich tak samo. One pokazują mi, że są inne.
Jeśli wychowujemy więcej niż jedno dziecko, jeśli są to bliźnięta, to możemy odbierać je tak samo, dawać im takie same prezenty i mówić, że kochamy je po równo. Ale możemy też sprawdzić, jaki lubią kolor i czym lubią się bawić. Możemy mówić, że kochamy je wyjątkowo, że cieszmy się, że są naszymi dziećmi. W tej decyzji pomogą nam same dzieci – wystarczy, że ich posłuchamy.

 Jak to u Was wygląda na co dzień?

Na przykład na poziomie przedszkola nie miałam gotowości do wożenia dzieci w różne miejsca, więc chodziły do jednej grupy, ale już w szkole poszły do różnych klas, jedna córka do sportowej, syn do zerówki. Nie było to łatwe, wielu dorosłych dziwiło się tej decyzji, ale ja czułam, że to pomoże nie tylko mi i moim dzieciom w rozwoju, ale też w budowaniu naszych relacji. Moje dzieci zawsze miały inne ubrania, inne fryzury, różne zajęcia dodatkowe. Nie dlatego, że tak miało być, tylko dlatego, że słuchałam ich z uważnością i tam, gdzie było to możliwe, pozwalałam im decydować.
Warto słuchać dzieci, pozwalać im wybierać, kiedy mamy na to przestrzeń. Spojrzeć na dziecko i zobaczyć je takim, jakie jest, to jest dla mnie indywidualne podejście, nawet jeśli czasami nie możemy zrobić tak, jak dziecko by chciało.

A czy Twoje dzieci mają wspólny pokój? Bo wspólna przestrzeń często jest zarzewiem konfliktów…

Moje córki i syn przez jedenaście lat miały wspólny pokój, a w nim swój własny kawałek podłogi, na który miało wpływ. Inny wzór tapety, przestrzeń, do której miały dostęp tylko one. Oczywiście była też wspólna przestrzeń. Przez większość naszego dotychczasowego życia kończyły zwykle w mojej przestrzeni. 
Jestem zdania, że dzieci powinny współdecydować o swojej przestrzeni – możemy pomyśleć o parawanie, kotarze. Ale dla mnie ważna jest przestrzeń również w rozumieniu kontaktu. To, że każde ma do mnie dostęp, że może pobyć tylko ze mną. Czasem zabieram jedno dziecko na dwa, trzy dni i jesteśmy tylko we dwoje. Albo wychodzimy tylko we dwoje do kina, na spacer czy na rower. Lubimy spędzać czas razem, całą rodziną, ale ten czas jeden na jeden jest wyjątkowy.

Czy kolejność urodzin ma wpływ na zachowanie dzieci?

Mądrzy ludzie mówią, że ma. I to nawet w naszej sytuacji. Choć tego samego dnia, moje dzieci urodziły się w jakiejś kolejności. Jedna pani psycholog, z którą konsultowałam zachowanie córki w szkole, próbowała wiązać je z kolejnością narodzin. Szczerze mówiąc, dla mnie nie ma to większego znaczenia praktycznego. Chciałabym odrzeć moje macierzyństwo i mój kontakt z dziećmi z myślenia w kategoriach oceniania i szufladkowania.
Nigdy nie umiałam odpowiadać na pytania typu: „Które z Pani dzieci jest najodważniejsze?”. Miałam też problem z wypełnieniem formularzy, w których trzeba było scharakteryzować dziecko. Kiedy nazwę sobie, uporządkuję, że to dziecko urodziło się pierwsze i dlatego zachowuje się tak, a nie inaczej, to może dojść do sytuacji, że nie wiadomo, co było pierwsze: myślenie czy zachowanie. Dlatego wybieram uwagę i ciekawość.

Rozmawiała Katarzyna Kowalska-Bębas

Kategorie
edukacja alternatywna

6 mitów na temat nauki języków obcych

Postanowiliśmy rozprawić się na dobre z powszechnie powtarzanymi mitami, które mogą zniechęcić do nauki języka obcego. Oto one:

1. Tylko osoby z pewnymi predyspozycjami mają szansę na biegłe posługiwanie się językiem obcym

Oczywiście istnieją jednostki, które mają wręcz wrodzony talent do nauki języków. Jednak prawda jest taka, że każde zdrowe dziecko (dorosły również) jest w stanie nauczyć się języka, a kluczem do sukcesu jest właściwe podejście. Na czym ono polega? Przede wszystkim na autentycznym i pełnym zaangażowaniu. Inaczej mówiąc, na niegasnącym entuzjazmie, gwarantującym czerpanie przyjemności z procesu nauki. A to z kolei przekłada się na systematyczność, która w tej dziedzinie jest bardzo ważna. To dlatego nauka w formie zabawy święci triumfy i przynosi najlepsze efekty. Zatem twierdzenie, że „ani ja, ani moje dziecko nie mamy predyspozycji do języków” wygląda na zwykłą wymówkę, ponieważ w ostatecznym rozrachunku to nie one mają decydujące znaczenie.

2. Im człowiek starszy, tym mniejsza szansa, że nauczy się czegoś nowego, a zwłaszcza języka obcego

Oczywiście najlepsze rezultaty przynosi nauka języka obcego od najmłodszych lat (nawet od niemowlęctwa!), ale jeśli z różnych powodów nasze dzieci nie miały takiej okazji – nic straconego. Obrazowanie pracy mózgu oraz szereg badań w dziedzinie biologii molekularnej udowodniły, że mózg i układ nerwowy zachowują swoją plastyczność (zdolność do zmian) przez całe nasze życie. To oznacza, że niezależnie od wieku możemy poznawać i zapamiętywać nowe rzeczy. Co istotne, te połączenia neuronalne, które są regularnie wzmacniane, stają się silniejsze – im częściej wykonujemy daną czynność, tym szybciej staje się ona naszym nawykiem i utrwala się w strukturach mózgu. 

Przeczytaj także: Jak skutecznie uczyć się języka obcego? Jedyne przy współpracy ze swoim mózgiem!

Zaczynając naukę w wieku nastoletnim lub jako dorośli mamy więc nadal duże szanse na opanowanie języka, choć zapewne będziemy musieli włożyć w nią trochę więcej pracy i obrać nieco inną strategię. Dzieci przyswajają język mimowolnie (świetnie naśladując akcent i melodię danego języka), natomiast (…) w przypadku świadomego uczenia się języka obcego w tych samych warunkach, dorośli mają przewagę i nauczą się szybciej gramatyki. To dlatego, że mamy lepiej wykształcone i rozwinięte zdolności poznawcze. (1) 

[reklama id=”75886″]

3. Żeby dobrze nauczyć się języka obcego, trzeba wyjechać za granicę

To kolejne błędne przekonanie. Warto oczywiście wyjechać do kraju, którego języka się uczymy, żeby poznać bliżej kulturę i „osłuchać” się z wymową, ale nie jest to warunek konieczny. W dobie internetu do tego samego wystarczy chociażby słuchanie obcojęzycznej stacji radiowej – starszym dzieciom i nastolatkom polecamy Teen Buzz Radio. Pomocne może być również sięganie po obcojęzyczne książki, oglądanie bajek i filmów, zajęcia dla dzieci prowadzone przez native speakera, czy bywanie w miejscach, w których mamy szansę spotkać osoby mówiące w innym języku.

Przeczytaj także: Czy oglądając bajki po angielsku, można nauczyć się języka?

4. Jedynie nauka z native speakerem przynosi efekty

Nauka z native speakerem to oczywiście opcja optymalna, jednak sam fakt bycia native speakerem nie gwarantuje bycia dobrym nauczycielem. Istnieje wielu wspaniałych, wykwalifikowanych polskich nauczycieli, którzy prowadzą lekcje w całości w obcym języku, co daje porównywalne (jeśli nie takie same) efekty. Jeśli Wasze dziecko (a zdarza się to czasem u dzieci starszych) czuje blokadę wewnętrzną w porozumiewaniu się z nauczycielem obcokrajowcem lub najzwyczajniej w świecie wstydzi się tego, jak mówi (akcentu, błędów gramatycznych) – warto wziąć to pod uwagę. Wtedy lepiej wybrać polskiego nauczyciela, z którym nauka będzie łatwiejsza i tym samym przyniesie zadowalające rezultaty.

5. Nauka języka wymaga dużo czasu i codziennej pracy

Przyswojenie sobie nowej umiejętności, w tym również znajomości języka obcego, wymaga przede wszystkim systematyczności. Oznacza to, że regularne ćwiczenia nawet po 10 – 15 min. dziennie lub co dwa dni wystarczą, by skutecznie nauczyć się nowego języka. Poza tym, dzieci są w stanie przyswajać język obcy niejako „w tle”, np.: wykonując inną czynność (w trakcie zabawy czy jazdy samochodem) i jednocześnie słuchając obcojęzycznych nagrań. W tym kontekście doskonale sprawdza się powiedzenie „dla chcącego, nic trudnego” – nawet mając napięty grafik praca- przedszkole/szkoła-dom, jeżeli tylko naprawdę nam zależy, znajdziemy sposób na regularną naukę języka.

6. Po co uczyć się języków obcych, skoro można korzystać z „translatora”

Takie podejście jest bardzo ograniczające. Nasze dzieci dorastają w cyfrowym świecie i, jak mało kto, chwytają w mig obsługę aplikacji „ułatwiających życie”, ale… Po pierwsze, umiejętność posługiwania się drugim językiem jest dziś jedną z podstawowych kompetencji, która umożliwia m.in. zdobywanie informacji, edukację na najwyższym poziomie, zdobycie pracy, a także podróżowanie. Po drugie, translatory często tłumaczą z błędami znaczeniowymi i stylistycznymi, które wychwycić można jedynie wtedy, gdy zna się dany język przynajmniej na poziomie średnio zaawansowanym. Żyjemy w dobie globalnej wioski, gdzie wielokulturowość jest na porządku dziennym. Jeśli nie chcemy, by nasze dzieci w niedalekiej przyszłości czuły się wykluczone społecznie, sam translator nie wystarczy. 

Przeczytaj także: Znajomość języków to kluczowa kompetencja przyszłości

Nauka języków obcych nie wymaga nadludzkich wysiłków – liczy się zaangażowanie, motywacja i pozytywna atmosfera, w jakiej ta nauka przebiega. Nie warto szukać wymówek, ani odkładać nauki na później – znajdźmy w sobie entuzjazm w odkrywaniu języka i zaraźmy nim dzieci. Jak pokazuje rzeczywistość, w twierdzeniu, że język jest oknem na świat, nie ma ani krzty przesady.

Artykuł powstał przy współpracy z helendoron.pl

Przypisy: 

(1) i (2) https://www.newsweek.pl/wiedza/nauka/glowa-do-jezykow-newsweekpl/f4b7d71

Kategorie
ciąża i poród

Narodziny oczami dziecka

Dostrzegamy, że komfort rodzącej jest bardzo ważny i istotnie wpływa na to, jak wspomina narodziny dziecka, jak postrzega siebie przez ten pryzmat i jak odnajdzie się w roli mamy. Czy czuje się spełniona, czy poród był doświadczeniem, które ją wzmocniło, a może wręcz przeciwnie – chciałaby o nim jak najszybciej zapomnieć. Ta dyskusja trwa i sprawia, że kobiety są bardziej świadome swoich praw, a także odkrywają potencjał, w jaki zostały wyposażone przez naturę.

Poród oczami dziecka

Znacznie rzadziej mówi się o tym, że także mały człowiek jest aktywnym i czującym uczestnikiem porodu. On, podobnie jak mama, zmaga się przez długie godziny z silnymi skurczami macicy, które ograniczają mu swobodny dopływ tlenu. Dziecko jest również zmęczone intensywnością procesu porodu i przestraszone zmianami, jakie wokół niego zachodzą.

Nie wolno nam zapomnieć, że skurcze macicy, przyjaznego do tej pory schronienia, nie są jedyną przykrością, jakiej doznaje dziecko. Droga, którą musi pokonać, aby się urodzić, jest wąska, ciasna, często ograniczona kostnymi elementami kanału rodnego mamy. Skurcze, którym nie może się przeciwstawić, wpychają je w wąski tunel i wymuszają konkretne pozycje – niekoniecznie wygodne. I to nie koniec, a właściwie to dopiero początek. Najważniejszy moment porodu wciąż przed nim. Kiedy wyłoni się główka, dziecko w jednej chwili doświadcza nieznanych do tej pory doznań. Jest zimno, jasno, głośno, ktoś dotyka jego delikatnego ciała. Te doświadczenia są skrajnie różne od tych, które dziecko zna z okresu prenatalnego.

[reklama id=”66993″]

Co czuje rodzące się dziecko:

  • ściskanie całego ciała (odczuwa skurcze macicy),
  • ograniczenie swobodnego dostępu tlenu,
  • zmęczenie,
  • wymuszanie pozycji w ciasnym kanale rodnym,
  • strach spowodowany nową sytuacją.

Doznania noworodka:

  • zimno – temperatura otoczenia jest co najmniej 10°C niższa niż w brzuchu mamy; skóra dziecka jest mokra, a tym samym o wiele bardziej narażona na utratę ciepła,
  • światło – oczy malucha do tej pory doświadczały półmroku, jaki panował w macicy, po porodzie jedyną ochroną przed intensywnym oświetleniem są cienkie powieki,
  • dźwięk – rozmowy personelu, zachwyty bliskich, radosne okrzyki – dla dziecka to doświadczenie dotąd nieznane w takim natężeniu; w macicy dochodziły do niego tłumione przez powłoki brzuszne i płyn owodniowy,
  • dotyk – dotąd jedynym doświadczeniem dziecka było zetknięcie się z płynem owodniowym, ścianami macicy oraz dotykanie swojego ciała; w czasie porodu następuje przeciskanie przez kanał rodny, a tuż po nim energiczne ruchy i pocieranie skóry, mające na celu osuszenie malucha,
  • przestrzeń – to kolejny element, jaki może wywoływać strach u noworodka, który do tej pory był zawsze ograniczony ścianami owodni,
  • oddech – samodzielne oddychanie to prawdopodobnie największa zmiana, jaka następuje w czasie narodzin. W łonie mamy tlen i inne potrzebne substancje dostarczane były dziecku przez łożysko i pępowinę, natomiast bezpośrednio po porodzie zaczyna ono oddychać samodzielnie. Wiąże się to z koniecznością zaczerpnięcia pierwszego oddechu i rozprężenia posklejanych pęcherzyków płucnych. Aby nastąpiło to łagodnie i dziecko nie odczuwało zbędnego bólu, powinno mu się pozwolić na powolne rozpoczęcie oddychania, kiedy samo będzie na to gotowe. Zaciśnięcie tętniącej pępowiny zmusza dziecko do natychmiastowego głębokiego wdechu, odcinając funkcjonujący kanał dostarczający tlen.

Co łagodzi nieprzyjemne odczucia dziecka w czasie porodu:

  • ciepło w pomieszczeniu,
  • poród w wodzie,
  • przygaszone światło,
  • cisza, rozmowy szeptem,
  • położenie dziecka natychmiast po urodzeniu na brzuchu mamy – zapobiega wychłodzeniu, sprawia, że dziecko czuje się bezpiecznie, ponieważ słyszy bicie jej serca i czuje jej zapach,
  • okrycie malucha ciepłymi pieluszkami (najlepiej ogrzanymi przez tatę pod koszulą),
  • niezaciskanie pępowiny, kiedy ta jeszcze tętni.

Nie ma wątpliwości, że proces porodu to rudny i wymagający czas zarówno dla kobiety, jak i małego, rodzącego się człowieka. Należy jednak pamiętać, że jest to proces fizjologiczny i dopóki przebiega niezakłócony, dziecko adaptuje się do sytuacji. Poród siłami natury jest dla dziecka cennym doświadczeniem i ma zasadniczy wpływ na jego rozwój. Zmysły donoszonego noworodka funkcjonują i odbierają bodźce z nowego środowiska. W dużym stopniu to od nas zależy, czy środowisko to będzie dla dziecka bezpieczne i jakie będą jego pierwsze odczucia.

Foto

Kategorie
rzeczy dla dzieci

Jak bezpiecznie bawić się z psem?

Oswojenie zwierzaka z domownikami

Wspólne zabawy z psiakiem musi poprzedzać oswojenie, dzięki któremu zwierzę zaufa domownikom (także tym najmłodszym!) i nie będzie niczego się obawiało. Jest to kluczowa kwestia, odgrywająca ogromną rolę w budowaniu zdrowych i mocnych więzi, które pozwolą wszystkim czuć się swobodnie i bezpiecznie. Szczególnie ważne jest doglądanie relacji psiaka z maluchem – warto zwrócić uwagę na sposób, w jaki dziecko zachęca go do zabawy. Prawidłowe i bezpieczne rozpoczęcie wspólnych aktywności powinno rozpoczynać się delikatnym głaskaniem między łopatkami lub w okolicy klatki piersiowej, a następnie stopniowo przechodzić do zabawy piłeczką, ulubioną maskotką lub dostępnymi m.in. w internetowych sklepach zoologicznych takich jak https://www.naszezoo.pl/pl/c/Zabawki-dla-psa/105 akcesoriami.

Stała kontrola i obserwacja

Aby zabawa dziecka z czworonogiem nie wymknęła się spod kontroli, warto obserwować ich wspólne aktywności i zapobiegać niebezpiecznym sytuacjom. Zarówno maluch, jak i pupil powinni znać granice i nie pozwalać sobie na ich przekraczanie – jeśli psiak wyraźnie sygnalizuje, że jest już zmęczony (np. nie chce przynosić piłeczki, coraz częściej odpoczywa), nie powinno się go dodatkowo mobilizować do podejmowania kolejnych czynności i na odwrót – jeżeli maluch pokazuje, że chciałby zakończyć zabawę i nie jest zainteresowany jej kontynuowaniem, psiak nie powinien być w stosunku do niego napastliwy.

Najważniejsze zasady

Bezpieczna rozrywka psa z dzieckiem opiera się przede wszystkim na wzajemnym szacunku. Rodzice w pierwszej kolejności powinni uświadomić maluchowi, że czworonożny przyjaciel w taki sam sposób odczuwa ból, a wszelkie niedelikatne zachowania, takie jak szarpanie za ogon, łapki czy uszy nie mogą mieć miejsca. Co więcej, należy wytłumaczyć dziecku, że nie powinno ono inicjować zabawy w czasie, kiedy zwierzę się posila, odpoczywa lub śpi. Dzięki temu ryzyko niebezpieczeństwa zostanie zredukowane do minimum, a maluch dodatkowo będzie ćwiczył swoją empatię oraz zyska wiernego i oddanego kompana na długie lata.

WSKAZÓWKI

  • Należy unikać zabaw umożliwiających dominację. Zaliczają się do nich np. przeciąganie (m.in. sznurka, pluszowej zabawki) oraz gonitwa (zabieranie zwierzakowi przedmiotu i uciekanie przed nim).
  • Warto wybierać aktywności opierające się na obustronnym szacunku, m.in. nauka komend, ukrywanie smakołyków, własnoręcznie wykonany tor przeszkód.

Kategorie
wychowanie

Jak nauczyć dzieci przeżywać złość?

Rodzice bardzo chcą nauczyć dziecko radzić sobie ze złością. Bo temat złości jest trudny. Tylko co znaczy „radzić sobie”? Czy mówiąc to, nie myślimy „nie złościć się”? Zazwyczaj tak właśnie jest. Marzymy o dzieciach, które będą łagodne, będą jasno mówiły, czego chcą, i spokojnie czekały na swoją kolej. Tymczasem sami nie potrafimy radzić sobie ze złością – albo przerzucamy winę za nią na kogoś drugiego, chętnie na dziecko, jak mama Milenki w przykładzie podanym niżej, albo przełykamy ją i chowamy do wewnątrz lub wyrzucamy w gniewie na innych.

Dzwonek alarmowy

Marshall B. Rosenberg, twórca Porozumienia bez Przemocy (NVC) nazwał złość „dzwonkiem alarmowym”, sygnałem, że nasza ważna potrzeba nie została zaspokojona. Że nasze granice zostały przekroczone. Że zgodziliśmy się na coś, czego nie chcemy. Albo że wydaje nam się, że nikt nie słyszy nas tak, jak tego chcemy.
Złość dodatkowo lubi stres, pośpiech, poranne wychodzenie z domu, zmęczenie i wieczorne mycie właściwie już prawie śpiących dzieci. Lubi też wstyd i te momenty, w których wydaje nam się, że jesteśmy sami, odłączeni od innych, porzuceni lub wykluczeni. Albo obawiamy się tego. Jak wtedy, gdy – często nieświadomie – robimy coś, by inne mamy (sąsiedzi, rodzina) patrzyły na nas z akceptacją, a nie potępieniem.
Złość zatem jest skomplikowana i ma wiele pięter. Pewne jest jedno – przypomina o tych bardzo ważnych dla nas rzeczach: że warto odpocząć, że chcemy być widziani i słyszani, że chcemy przynależeć do grupy, że lubimy akceptację, że cenimy swoje granice, że ważny jest dla nas szacunek…
[reklama id=”67740″]
Do tych potrzeb trudno dotrzeć, są skryte głębiej niż szalejące emocje i potrzebujemy chwili wnikliwości, by móc je zauważyć. Na powierzchni są emocje, z których trudno się wybić.

Jak nauczyć dzieci przeżywać złość?

Gdy Milenka nie chce wkładać bucików przed wyjściem do przedszkola, złości się jej mama. Mówi: „Złościsz mnie”.

Mama Milenki może zacząć od wzięcia odpowiedzialności za swoją złość i zastanowić się, czy to faktycznie Milenka ją złości, czy to ona przeżywa złość, bo chce być na czas w biurze (zależy jej na tym, by dotrzymywać umów lub by grupa ją szanowała). Dopóki mówimy i myślimy, że ktoś nas złości, oddajemy mu odpowiedzialność i sprawczość. Trudno coś zdziałać w takim stanie, bo „to przecież on powinien coś zrobić”.
Pokażmy dziecku, że każdy z nas sam odpowiada za swoją złość i w ogóle za wszystkie uczucia. Że wskazują nam one drogę do potrzeb, naszych ważnych życiowych jakości.

Gdy Leon się złości, rzuca zabawkami i czasami coś się niszczy. Ma dwa lata. Jego mama mówi: “Już więcej nic nie dostaniesz.”

Mama Leona może przestać karać dziecko za to, że przeżywa złość, bo tak, groźba, że nie dostanie więcej zabawki jest karą! Może za to pokazać dziecku, że złość pojawia się wraz z ważnymi potrzebami, i starać się chronić zabawki sama. Dziecko dwuletnie (ale też starsze) w emocjach nie jest w stanie zadbać nawet o swój ulubiony samochodzik. Ale czy my sami też tak nie mamy? Zdarza nam się przecież trzaskać drzwiami (w gniewie nie zwracamy uwagi na piękną szybę czy framugę).

Gdy Mikołaj się złości, bije swoją mamę. Ma trzy lata. Jego mama chciałaby nauczyć go, jak inaczej radzić sobie ze złością.

Mama Mikołaja przede wszystkim może uzbroić się w cierpliwość. Bo jego mózg będzie się rozwijał jeszcze jakieś 22 lata. W tym czasie przejdzie kilka etapów wyrażania złości: może wyrzucać ją na kogoś lub na coś (gryźć, szczypać, pluć albo kopać ściany i trzaskać drzwiami), może krzyczeć, wyzywać (“nie kocham cię”, “jesteś głupia”, “głupi stół”, “idź sobie”), aż wreszcie może nauczyć się transformować swoją złość, rozpoznawać, co się pod nią kryje, o czym mu ona mówi. Będzie mu łatwiej, gdy rodzice pokażą mu na swoim przykładzie, jak to robić. Gdy sami będą umieli zaopiekować się sobą, ale też Mikołajem w jego przeżywaniu złości. Gdy pomogą mu określać granice, kiedy ma dość trudnej zabawy albo próbowania zrobienia samemu czegoś trudnego. Gdy pomogą mu ustalić, o co mu chodzi – jaka ważna potrzeba nie jest zaspokojona. I gdy pomogą mu o nią zadbać.

[reklama id=”76088″]

Zrozumienie złości

Na tym polega transformacja złości – narzędzie NVC (Porozumienia bez Przemocy), które umożliwia zrozumienie, co naprawdę kryje się pod złością. Warto usłyszeć i zauważyć wszystkie myśli, które nakręcamy w swojej głowie: o tym, że ktoś coś powinien, że musi, że nie wolno, że dzieci wejdą na głowę, że sobie nie poradzi itd. Bywa tego sporo. Myśli się nakręcają, więc warto je zatrzymać i każdą z nich przełożyć na naszą potrzebę – bezpieczeństwa, szacunku, jasności, zrozumienia, odpoczynku, bycia wziętym pod uwagę albo inne, które w tym momencie najgłośniej do nas mówią. Dopiero gdy znajdziemy i nazwiemy potrzeby, możemy określić, jakie uczucia kryją się pod złością: smutek, żal, frustracja czy inne – i jak możemy zadbać o zaspokojenie tej potrzeby.
Transformowanie złości przynosi rodzicom wiele spokoju, a dzieciom – wiele nauki. Warto to robić, bo można zaoszczędzić naprawdę dużo energii!
Przez ten proces możemy przeprowadzać dzieci – gdy się złoszczą, możemy sprawdzać, pytać, zgadywać, co za tym stoi – jakie myśli, jakie potrzeby i wreszcie jakie uczucia. Odgadnięcie potrzeb prowadzi nas w bardzo kreatywne miejsce – prowadzi do wymyślenia, jak możemy się nimi zająć. Jednocześnie bardzo często jest tak, że samo dotarcie do potrzeby – szacunku, troski, wsparcia, przynależności, bycia branym pod uwagę – wystarczy, by poczuć ulgę, odetchnąć i dopiero potem wziąć odpowiedzialność za to, co ewentualnie dziecko lub dorosły może z tym zrobić.
Przeczytaj także: Złość – jak ją wysłuchać i zrozumieć
Foto: flikr.com/maessive