Kategorie
edukacja alternatywna

Dlaczego nauczyciele mają martwić się emocjami dziecka? Ponieważ szczęśliwe dzieci lepiej się uczą!

Trudno powiedzieć, dlaczego tak się dzieje; po części może to być spowodowane tempem przemian w naszym społeczeństwie. Przedmiotem obaw jest między innymi to, że urbanizacja przynosi ze sobą wszelkiego rodzaju obciążenia fizyczne i psychologiczne, które wywołują stres u dzieci, a także, co równie istotne, u ich rodzin.

Rosnący niepokój z tym związany budzi także:

  • sama ilość bodźców wzrokowych, słuchowych i społecznych, jakich doświadczają dzieci, zwłaszcza w środowiskach zurbanizowanych;
  • brak doświadczeń opartych o kontakt z naturą;
  • coraz mniejsza ilość ruchu fizycznego oraz zajęć sportowych, zarówno tych zorganizowanych, jak i spontanicznych;
  • zmiany modeli rodzinnych i typowych rozrywek w czasie wolnym;
  • narażenie na trudne emocjonalnie tematy w mediach informacyjnych.

[reklama id=”72289″]

Możemy pytać, dlaczego nauczyciele mają się martwić emocjami dziecka i tym, w jaki sposób zachodzi ich regulacja. Czy nie jest to odpowiedzialność rodziców, dalszej rodziny, może przywódców duchowych albo całych społeczności? Czyż zadaniem nauczyciela nie jest rozwój umiejętności poznawczych i nauczanie treści, procesów, umiejętności?

Dlaczego nauczyciele mają martwić się emocjami dziecka?

Problem z taką postawą tkwi w tym, że pomiędzy stanem pobudzenia dzieci i ich możliwościami uczenia się zachodzi bardzo ścisły związek. Jak pokazały powiązania fizjologiczne, którym się przyglądaliśmy, im więcej energii idzie na regulację w górę ze stanu zbyt niskiego pobudzenia albo regulację w dół ze stanu nadmiernego pobudzenia, tym mniej zasobów pozostaje dziecku na jasne myślenie i pozostanie w skupieniu. To samo dotyczy obszaru emocji. Mówiąc wprost: jeżeli dziecko jest przygnębione, przerażone, zalęknione, rozzłoszczone, sfrustrowane albo zawstydzone, bardzo utrudni mu to, albo wręcz uniemożliwi, koncentrację. I odwrotnie – im dziecko spokojniejsze, szczęśliwsze, bezpieczniejsze, im ciekawsze, pewniejsze i bardziej zainteresowane, tym lepiej będzie się uczyć.

[reklama id=”74818″]

Jako nauczyciel codziennie ciężko pracujesz nad regulowaniem emocji swoich uczniów. Przebicie się do uczniów i podtrzymanie ich zainteresowania pochłania mnóstwo energii, która często idzie w zajmowanie się uczniami, których trzeba uspokajać. To nie tylko kwestia radzenia sobie z uczniami, którzy mają duże trudności z regulowaniem swoich emocji, czy, co jest jeszcze bardziej wymagające, z efektem „zarażania się uczniów od siebie nawzajem” (swego rodzaju prądem emocji roznoszącym się natychmiastowo w grupie uczniów). Faktem jest, że w klasie składającej się z, powiedzmy, 25 uczniów, nauczyciel musi co dzień radzić sobie z 25 różnymi profilami emocjonalnymi, z 25 uczniami, którzy – oprócz całego materiału naukowego, jaki mają do opanowania – zmagają się z przeróżnymi emocjami, które mogą być przytłaczać niektórych z nich.

Ważną lekcję dotyczącą regulowania emocji daje obserwacja pracy najskuteczniejszych nauczycieli. Sprawiają oni wrażenie, jakby posiadali szczególny dar rozumienia potrzeb emocjonalnych uczniów oraz, co równie istotne, swoich własnych. Mają dryg do pomagania uczniom w radzeniu sobie z emocjami i umieją zachować spokój w czasie zamieszania. Na szczęście tych umiejętności mogą się nauczyć wszyscy nauczyciele. Umiejętności te, gdy się je już posiądzie, pomogą uczynić nauczanie pracą przynoszącą spełnienie, jaką być powinno.

Sceptycy mogą się zastanawiać: „Co dokładnie powinienem wobec tego robić? Zostać psychoterapeutą? Czy samemu pójść na terapię?”. Nie. Nasz cel jest skromniejszy i bardziej praktyczny. Polega na prostym zrozumieniu wpływu emocji dzieci na ich zdolność do uczenia się i kładzie nacisk na to, co nauczyciele mogą realnie zrobić, by pomóc uczniom optymalnie regulować te emocje. 

Artykuł jest fragmentem książki dr Stuarda Shankera „Samoregulacja w szkole. Spokój, koncentracja i nauka”  , którą możesz kupić w naszej księgarni natuli.pl

Kategorie
wychowanie

Czy spanie razem z dzieckiem wpływa na jego rozwój seksualny?

Chcę być z wami w zupełności szczera nie znam badań, które mówią o szkodliwym wpływie spania z dzieckiem w jednym łóżku. Wszystko, co czytałam w tym temacie do tej pory, było tylko teoretyzowaniem. Teoretyzowanie nie jest złe, ma jednak jedną ważną cechę, o której warto pamiętać – jest teoretyczne. Znaczy to, że na bazie pewnej bardziej sprawdzonej, czasem przebadanej empirycznie metody myślenia wysuwa się wnioski o ewentualnych skutkach danej sytuacji. Przyjmuje się więc w teoretyzowaniu pewne uogólnienia, które pozostaną teorią do czasu, kiedy ktoś inny ich nie przebada i nie poprze twardymi danymi statystycznymi. Póki co, w temacie współspania z dzieckiem takich badań nie przeprowadzono.

Co-sleeping w pierwszych miesiącach życia dziecka

W pierwszym okresie życia dzieci zyskują wiele na bliskim kontakcie z rodzicami, także w czasie snu. Mali ludzie, tak samo jak duzi ludzie, lubią czuć bliskość swojego stada w nocy, co daje im poczucie bezpieczeństwa, akceptacji, przynależności i miłości.

Wspólne spanie:

  • ułatwia nocne karmienie piersią (dzięki czemu mamy i dzieci są bardziej wyspane, co pozytywnie wpływa na decyzję matki o karmieniu piersią i wydłuża okres karmienia);
  •  ułatwia zasypianie, wydłuża czas snu i wpływa na jego jakość (dzieci śpiące z rodzicem płaczą cztery razy rzadziej, niż te śpiące osobno);
  •  zmniejsza ryzyko nagłej śmierci łóżeczkowej;
  •  utrzymuje optymalny stan fizjologiczny dziecka – rytm pracy serca, oddech i temperaturę;
  • wpływa na umiejętność wyrażania emocji przez dziecko i rozwój samodzielności. Dzieci śpiące z rodzicami są mniej lękliwe i rzadziej korzystają z opieki psychiatrycznej.

Kiedy dziecko powinno spać samo?

To pytanie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Jeśli niemowlak śpi sam w łóżeczku, w swoim pokoju i jest do tego przyzwyczajony, może nie chcieć spać nigdzie indziej. Z drugiej strony, jeśli budzi się w nocy i podczas snu szuka bliskości rodzica – to co w tym złego, by przenieść go na stałe do naszego łóżka? Większość osób pewnie odpowie: „nic, spokojnie możemy to zrobić!”, choć znajdzie się zapewne grono, które powie: „lepiej tego nie robić, bo się przyzwyczai”.
[reklama id=”68293″]
Tak naprawdę problem pojawia się dopiero wtedy, gdy nasze rozważania przeniesiemy z niemowlaka na przedszkolaka, albo na dziecko w wieku szkolnym (np. 8-latka). Od razu pojawia się myśl „jak to, taki duży i śpi z mamą?”. Kiedy więc następuje ta magiczna granica wieku, gdy jest się „za dużym, żeby spać z rodzicem/rodzicami”?
Pamiętam swoją 40-letnią klientkę, która – gdy jej mama ciężko zachorowała – czuła bardzo silną potrzebę spania z nią w łóżku. Jej przyjaciele i rodzina mówili wtedy, że to całkiem normalne i zrozumiałe, że pewnie martwi się o mamę, że chce być blisko, że szykuje się do pożegnania… Wiec, co tak naprawdę niepokoi nas sytuacji, gdy przedszkolak czy 8-latek chce spać z rodzicami?

Jeśli nie wiadomo o co chodzi, pewnie chodzi o seks

Dziecko jest istotą seksualną. Spanie razem jest intymne.

Oto wątpliwości, z którymi często mierzą się rodzice:

  • Czy dziecko nie jest seksualizowane przez tak bliski kontakt z rodzicami?
  • Jak ma wyglądać seks rodziców w takim układzie?
  • Czy partnerzy się od siebie nie odsuną mając przez tych powiedzmy osiem lat „lokatora” w łóżku?
  • Czy nie wychowamy „maminsynka” niezdolnego do dorosłego związku z kobietą albo nieporadnej życiowo „córeczki tatusia” ?

Jeśli myślimy o życiu seksualnym ludzi w sposób tradycyjnie przyjęty, jedyną słuszną odpowiedzią wydaje się być: „dzieci marsz do swojego łóżka!”. Wiem, że wielu moich kolegów po fachu proponuje dosadnie swoim klientom takie rozwiązanie. Biorąc jednak pod uwagę indywidualność każdej sytuacji, nie sposób podać jednej ogólnej recepty na to, jak „powinno być”. Osobiście nie uważam, aby wyprowadzenie dziecka z sypialni było koniecznym czy jedynym sposobem działania.

Zwykle bowiem dochodzi do pomieszania dwóch, jeśli nie trzech perspektyw:

1. Perspektywa: rodzice jako para

Jeśli rodzice mają być parą to ważne jest, aby ich życie seksualne było dostosowane do ich potrzeb, satysfakcjonujące i inspirujące. By życie seksualne było udane, spełnione powinny zostać pewne warunki: pierwszym i nadrzędnym z nich jest potrzeba wzajemnej bliskości, intymności, budowania relacji i czasu jedynie dla siebie. Zwykle przestrzenią do seksualnych uniesień jest sypialnia – dzieląc ją z dzieckiem sprawiamy, że tracimy miejsce eksploracji siebie w roli kochanków.
Z tej perspektywy samo pojawienie się dziecka wymaga wypracowania nowego podejścia, kreatywności i gotowości na zmiany, które pozwolą nam nam dalej jako parze cieszyć się swoją cielesnością.

2. Perspektywa: my jako rodzice

Żyjąc razem i wychowując dziecko/dzieci zmagamy się z różnymi trudnościami. Mamy lepsze i gorsze dni. Czasem napięcia rodzinne i konflikty trwają tak długo, że wręcz zapominamy, że kiedyś było dobrze i się kochaliśmy. Jeśli dziecko chłonie taką atmosferę relacji między rodzicami, w pewnym momencie może poczuć się odpowiedzialne za emocjonalny stan jednego z rodziców. Sytuacja, gdy dorosły rodzic wybiera spanie z dzieckiem jako substytut bliskości z partnerem jest dla dziecka niezdrowa. Warto jednak podkreślić, że przyczyną takiej sytuacji nie jest bliska więź z dzieckiem czy idea co-sleepingu, a trudności w relacji.
Z tej perspektywy warto zadać sobie pytanie o naszą relację w ogóle: czy się wspieramy w różnych aspektach życia? Jacy dla siebie jesteśmy? Jak chcemy sobie okazywać szacunek i bliskość? W jaki sposób możemy rozmawiać o trudnościach? Co mamy do pokazania naszym dzieciom?
W sytuacji, gdy dziecko jest wykorzystywane w roli zastępującej bliskość z partnerem albo jako powiernik sekretów jednego z rodziców, wspólne spanie rzeczywiście może utrwalać niezdrowe schematy. Są to sytuacje, którymi powinien zająć się terapeuta.

3. Perspektywa: dziecko jako przyszły dorosły

Spójrzmy na sytuację oczami dziecka: bliskość z rodzicem jest naturalną potrzebą, również bliskość w czasie snu. To w tym momencie życia my – ludzie jesteśmy najbardziej bezbronni, potrzebujemy więc opieki, bezpieczeństwa, ochrony. I właśnie tego w sposób odruchowy dzieci szukają u rodziców – akceptacji, miłości i obrony. Zasypiając z rodzicami dziecko nie zastanawia się nad tym, jak ta sytuacja wpłynie na jego późniejsze życie. W sposób przynależny dzieciom dąży do zaspokojenia swojej potrzeby tu i teraz. Tymi, którzy wybiegają myślami w przyszłość są rodzice, to oni często analizują i zastanawiają się, czy wspólne spanie nie wpływa niekorzystnie na rozwój dziecka? Czy nie hamuje jego samodzielności? Czy nie zaburza jego rozwoju seksualnego?

Czy spanie razem z dzieckiem wpływa na jego rozwój seksualny?

Rozwój seksualny dziecka jest o wiele bogatszym zagadnieniem niż wspólne spanie. Nie znam badań obrazujących jak co -sleeping – krótki czy długi – wpływa na rozwój seksualny człowieka. W czasie rozwoju seksualnego uczymy się jednak pewnych norm społecznych i sposobów zachowania.
Jeśli więc należysz do grupy osób, które zastanawiają się czy wspólne spanie z dzieckiem może mieć wpływ na jego rozwój seksualny zastanów się:

  • czego uczysz dziecko poprzez wspólne spanie?
  • jakie potrzeby dziecka zaspakajasz?
  • czy znasz inne sposoby na zaspokojenie potrzeb z powyższego punktu?
  • co, oprócz wspólnego spania, mówisz dziecku o seksie, bliskości, intymności?
  • jak traktujesz temat seksualności?

Wspólne spanie, które jest wynikiem akceptacji dziecka, jego granic i jego potrzeb, które zapewnia wszystkim zaangażowanym poczucie bezpieczeństwa i bliskości, które jest w zgodzie z wszystkimi członkami rodziny niesie ze sobą mocny przekaz. Przekaz ten brzmi tak: „ty (dziecko) jesteś w porządku i ja jestem w porządku, akceptuję to jaki jesteś, szanuję twoje granice, kiedy tylko zechcesz możesz odejść do swojego łóżka”.

Kiedy przychodzi czas na własne łóżko?

Dziecko decyduje kiedy odejść

Rodzice, którzy śpią z dziećmi od początku przestrzegają pewnych reguł. Na samym starcie są to wytyczne dotyczące bezpieczeństwa. W późniejszym czasie taką zasadą jest zadbanie o danie dziecku możliwości do swobodnego rozwoju i podejmowania decyzji. Dziecko ma więc swoje miejsce w domu, swoje łóżko i swój pokój – czyli miejsce, w którym jeśli chce może pozostać samo.
Niektóre dzieci sypiają wtedy w różnych miejscach – raz u siebie, raz z rodzicami, raz z rodzeństwem. Inne mówią, że chcą do swojego łóżeczka, jeszcze inne chcą zostać z rodzicami. W pewnym momencie przychodzi jednak czas, że dziecko chce spać samo. Jest to element rozwoju, stawiania granic i budowania wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa.

Rodzic decyduje, że już dość

Inna sytuacja ma miejsce, gdy to jeden z rodziców mówi, że już dość wspólnego spania. Powody tej decyzji mogą być różne a zasada szanowania wzajemnych granic  obowiązuje wszystkich w rodzinie, więc i rodzic również ma prawo powiedzieć „stop”.
Kiedy rodzic decyduje, że pora na osobne sypialnie warto przeprowadzić ten proces spokojnie, tłumacząc dziecku swoje odczucia, potrzeby i wyjaśniając jak będzie wyglądać nowa rzeczywistość. W okresie przejściowym nasze dziecko może potrzebować większej uwagi i wsparcia ze strony rodzica.

Wspólne spanie nie jest seksualizowaniem dziecka

Ciężko również co-sleeping uznać za objaw niezdrowych relacji partnerskich. Są jednak specyficzne sytuacje w związkach, kiedy spanie z dzieckiem może w nim utrwalać niezdrowe schematy – jednak są to problemy rodziców, które powinny być rozwiązane poza dzieckiem i bez ingerowania w jego przestrzeń.

Kategorie
ciąża i poród

Jak zmniejszyć odsetek cięć cesarskich w Polsce?

Polska przoduje na tle innych państw europejskich – w 2013 roku zajmowaliśmy 7 miejsce wśród państw z OECD (z wynikiem 34,9%). Od 2013 roku ta liczba znacząco wzrosła: w 2015 roku w naszym kraju poprzez cesarskie cięcie zakończyło się 43,2% porodów a w 2016 – 45,8%. Z tego powodu Ministerstwo Zdrowia przygotowało plan projektu, który ma za zadanie obniżyć ten odsetek. Jakie są propozycje Ministerstwa i jak mają się one do obowiązujących standardów opieki okołoporodowej?

Co decyduje o cesarskim cięciu?

Wybór cięcia cesarskiego jest wypadkową wielu różnych czynników. Jednym z nich jest również lęk przed porodem fizjologicznym i pobytem w szpitalu. Poród naturalny jest nagły i nieprzewidywalny; mimo najszczerszych chęci nie da się go zaplanować. Strach przed bólem, wstydem, zderzeniem z własną fizjologią, ale także brak wiary we własne siły sprawia, że dość często przyszłe mamy wolą operacje – przewidywalną i zaplanowaną.

Wciąż wiele do życzenia pozostawia także sytuacja panująca w szpitalach położniczych. Pomimo wprowadzenia w 2012 roku standardów opieki okołoporodowej ( w 2019 roku weszła w życie ich nowa, zmodyfikowana wersja) w wielu miejscach rodzące nadal doświadczają upokorzenia a ich prawa nie są respektowane przez personel medyczny. Brak dostępu do znieczulenia, ryzyko unieruchomienia pod aparaturą KTG, niemożność spożywania posiłków, brak możliwości przybierania swobodnych pozycji w 2 okresie porodu, widmo nacięcia krocza, fragmentaryczna opieka a niekiedy jej brak – to wszystko niestety wciąż ma miejsce w wielu polskich szpitalach, nic więc dziwnego, że kobiety są przerażone perspektywą biernego oddania się w czyjeś ręce w tak ważnym i delikatnym momencie życia, jakim jest poród. 

[reklama id=”66993″]

Porodom fizjologicznym nie sprzyjają także powszechnie stosowane interwencje medyczne. Sztuczne próby przyspieszenia akcji porodowej (poprzez podanie syntetycznej oksytocyny lub przebicie pęcherza) w połączeniu z fragmentaryczną opieką nad rodzącą i brakiem psychologicznego i emocjonalnego wsparcia skutkują kaskadą interwencji medycznych. A te nierzadko kończą się przymusowym cesarskim cięciem – z powodu braku postępu porodu lub pojawiających się nagle komplikacji. Wśród polskich lekarzy panuje również przekonanie, że “raz CC, zawsze CC”, w związku z tym w wielu miejscach przyszłe mamy nie dostają wystarczająco dużo wsparcia w podjęciu próby porodu naturalnego po przebytym porodzie operacyjnym.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe czynniki (które zapewne wcale nie wyczerpują tego złożonego zagadnienia)  nie należy się dziwić, że wiele kobiet od razu decyduje się na CC i szuka możliwości zaplanowania zabiegu, by uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek na trakcie porodowym.

Jak można zminimalizować odsetek cięć?

W odpowiedzi na te rosnące statystyki Ministerstwo Zdrowia przygotowało projekt działań, które mają na celu zmiejszenie odsetka cięć cesarskich o 2% w skali roku – tak by w 2028 nie przekraczał on 30%.  

Działania proponowane przez Ministerstwo Zdrowia:

1. Przywrócenie jakości opieki trójstopniowej

W naszym kraju szpitale położnicze mają I, II i III stopień referencyjności.

Szpitale o I stopniu referencyjności są przygotowane do przyjmowania pacjentek w ciąży fizjologicznej, rodzących w terminie. To z reguły szpitale miejskie i rejonowe. Nie powinny przyjmować pacjentek w ciążach patologicznych, z obciążonym wywiadem lub istniejącymi komplikacjami zdrowtonymi.

II stopień referencyjności to zazwyczaj szpitale wojewódzkie, gdzie personel zajmuje się ciążami zagrożonymi w stopniu umiarkowanym. Muszą być wyposażone w oddział intensywnej opieki dla noworodków.

III stopień referencyjności mają najczęściej kliniki uniwersyteckie, gdzie personel jest przygotowany do opieki nad kobietą w ciąży powikłanej w znacznym stopniu (np. pacjentki po przebytej transplantologii), gdy istnieje ryzyko porodu przedwczesnego (przed 31 tygodniem ciąży) lub urodzenia dziecka z wadami genetycznymi.

Zdaniem Ministerstwa, powinno się nałożyć ograniczenia (być może za pomocą kontraktów z NFZ) na ośrodki o I stopniu referencyjności, by ilość cięć nie przekraczała tam 15% (w 2015 roku odsetek ten wynosił 42,1%). Zdaniem Ministerstwa wysoka ilość cięć przeprowadzanych w tego typu ośrodkach wynika z małego doświadczenia personelu i braków kadrowych, przedmiotowego podejścia do ciężarnej i chęci jak najszybszego zakończenia porodu.

2. Kierowanie pacjentek po przebytym cesarskim cięciu do ośrodków o 2 i 3 stopniu po referencyjności

Tak jak zostało wyjaśnione w pierwszym podpunkcie, ośrodki o I stopniu referencyjności powinny być zarezerwowane dla ciąż niskiego ryzyka, fizjologicznych, przebiegających bez komplikacji. Kobiety, które chcą spróbować porodu drogami natury po przebytym cesarskim cięciu, powinny (w zależności od stanu zdrowia i wskazań lekarskich) wybierać II lub III stopień referencyjności.

3. Upowszechnienie znieczulenia zewnątrzoponowego

Zwiększenie dostępności do  farmakologicznych i niefarmakologicznych form łagodzenia bólu porodowego oraz rzetelne informowanie pacjentek o dostępnych możliwościach, może przyczynić się do zmniejszenia lęku przed bólem porodowym i zmniejszyć liczbę cięć cesarskich. Dodatkowo wiąże się to z koniecznością zwiększenia liczby anestezjologów i położnych anestezjologicznych, którzy będą w stanie zapewnić dostęp do znieczulenia zewnątrzoponowego wszystkim pacjentkom, które chcą rodzić ze znieczuleniem i nie mają ku temu przeciwwskazań zdrowotnych.

4. Przygotowywanie planu porodu wraz ze specjalistą prowadzącym ciążę

Według danych Ministerstwa obecnie jedynie 15% rodzących posiada przygotowany plan porodu. Przygotowywanie planu porodu wraz ze specjalistą prowadzącym ciąże może pomóc przyszłej mamie określić własne preferencje co do przebiegu porodu i stosowanych interwencji medycznych (ewentualnej indukcji, znieczulenia, nacięcia krocza, przecięcia pępowiny, kontaktu z dzieckiem). Zaangażowanie specjalisty prowadzącego ciąże może pomóc w określeniu realności tych oczekiwań i wybraniu rozwiązań najbardziej korzystnych do aktualnej sytuacji zdrowotnej mamy i dziecka.

5. Zadbanie o wyrównanie braków kadrowych i zapewnienie rodzącej właściwej opieki ze strony personelu medycznego

To problem zwłaszcza małych szpitali, gdzie braki personalne i zespół specjalistów z niewielkim doświadczeniem często są powodem wykonywania dużej liczby planowych cięć. Dbałość o odpowiednią ilość lekarzy i położnych, przestrzeganie wymogów kontraktowania świadczeń i podnoszenie kwalifikacji pracowników, może pomóc zminimalizować ilość niepotrzebnych operacji i poprawić jakość opieki nad rodzącą zgodnie z wymogami obowiązujących standardów opieki okołoporodowej.

6. Edukacja rodzących

Konieczna jest rzetelna edukacja ciężarnych na temat komplikacji zdrowotnych dla mamy i dziecka, które może nieść ze sobą cesarskie cięcie oraz zachęcanie kobiet do korzystania z dostępnych form przygotowania do porodu (spotkania z położną środowiskową, szkoły rodzenia). Program szkół rodzenia powinien być zunifikowany, personel w nich pracujący powinien mieć doświadczenie na sali porodowej a nad całością powinny czuwać szpitale kliniczne. Zdaniem Ministerstwa pozwoli to zminimalizować ilość cięć, która teraz jest przeprowadzana z powodu presji rodzącej i osób jej towarzyszących.

7. Edukacja personelu medycznego

Częstym powodem przeprowadzania cięć jest brak postępu porodu u rodzącej. Rzetelna edukacja personelu obejmująca naturalne sposoby indukcji porodu i praktyczne szkolenia dla położnych z technik umożliwiających prowadzenie porodu w pozycjach wertykalnych (zwłaszcza w 2 okresie porodu) może pomóc zmniejszyć częściowo tę liczbę i jednocześnie zmniejszyć ilość epizjotomii (czyli ograniczyć rutynowe nacięcia krocza). Lekarze położnicy powinni być także w większym stopniu szkoleni w zakresie stosowania kleszczy i próżnociągu.

8. Upowszechnienie próby podjęcia porodu naturalnego u pacjentek po przebytym cesarskim cięciu (VBAC)

Obecnie kobieta po cesarskim cięciu w zasadzie ma wybór co do sposobu rozwiązania kolejnej ciąży (chyba, że są jednoznaczne wskazania medyczne do kolejnego cięcia). Musi jednak wyrazić zgodę na podjęcie próby porodu drogami natury. Z drugiej strony lekarze prowadzący nierzadko automatycznie kierują pacjentki do kolejnego cięcia w obawie przed wystąpieniem komplikacji w czasie próby porodu naturalnego, a także z powodu wciąż wyznawanej, nieformalnej zasady, że po pierwszym cięciu każda kolejna ciąża musi się tak zakończyć. Ministerstwo proponuje zniesienie obecnie obowiązującej zgody rodzącej i kierowanie ciężarnych do porodu drogami natury, zwłaszcza gdy akcja porodowa już się rozpoczęła.

9. Bardziej kompleksowa ocena wewnątrzmacicznego zagrożenia płodu

Analiza stanu płodu powinna odbywać się na większej ilości przesłanek, nie tylko na podstawie zapisu KTG. Pozwoli to szybciej wychwytywać niektóre nieprawidłowości i skuteczniej przewidywać rozwój sytuacji na sali porodowej.

10. Przeniesienie decyzyjności o sposobie zakończenia ciąży na lekarza prowadzącego poród, a nie lekarza prowadzącego ciążę

Zdaniem Ministerstwa pozwoli to zminimalizować cięcia na życzenie, gdy pacjentki przychodzą z  gotowym wskazaniem od lekarza prowadzącego ciążę (najczęściej z gabinetów prywatnych).

Dodatkowo, Ministerstwo proponuje zmianę formularzy i zgód, które obecnie podpisują rodzące. Zgody na cięcie cesarskie powinny w szczegółowy i wyczerpujący sposób informować o możliwych komplikacjach krótko i długoterminowych nie tylko dla mamy, ale przede wszystkim dla dziecka. Warto także ponownie przyjrzeć się rekomendacji Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego w zakresie wskazań do cięcia (te obowiązujące są z 2008 roku). Pojawiły się również propozycje zunifikowania książeczek ciąży i wprowadzenie wzoru formularzy kwalifikujących ciężarne do cięcia z powodów pozapołożniczych.

Choć duża większość proponowanych zmian z całą pewnością jest słuszna, niektóre rekomendacje budzą pytania i wątpliwości

Z całą pewnością świetnym pomysłem jest:

  • nacisk na edukację i przygotowanie do porodu przyszłych rodziców;
  • edukowanie personelu, tak by jak najlepiej był przygotowany do prowadzenia porodu fizjologicznego zgodnie z obowiązującymi standardami;
  • upowszechnienie dostępu do znieczulenia (które jest obiecywane już od 2015 roku, ale wciąż nie wszędzie jest powszechne z powodu braków kadrowych);
  • przygotowywanie planu porodu ze specjalistą sprawującym opiekę, który zna ciężarną i jej stan zdrowia
  • przywrócenie jakości opieki trójstopniowej.

Wątpliwości budzą jednak próby sztucznego ograniczenia liczby cięć, by osiągnąć jakieś konkretne rezultaty oraz przeniesienie kwalifikacji do porodu operacyjnego na lekarza prowadzącego poród. Może to, niestety, prowadzić z jednej strony do nadużyć a z drugiej do zagrożenia życia i zdrowia rodzących i ich dzieci. Zdaniem Joanny Pietrusiewicz – prezes Fundacji Rodzić po Ludzku:

Światowa Organizacja Zdrowia zwraca uwagę, że celem powinno być dołożenie wszelkich starań, aby cesarskie cięcie było dostępne dla wszystkich kobiet, które go potrzebują, nie dążenie do osiągnięcia określonych wyników. Opracowanie sztywnych norm, dotyczących wskaźników cesarskiego cięcia w Polsce może skutkować obniżeniem bezpieczeństwa medycznego. (…) Istnieje ryzyko, że prywatne pacjentki będą inaczej traktowane niż te,  które z takiej opieki nie korzystają. (…) Część pacjentek posiadających opłaconą położną lub będących pod opieką lekarza z danej placówki, może mieć pierszeństwo w dostępie do planowego lub nagłego cięcia cesarskiego.  Niekorzystnie oceniamy również zapis dotyczący kwalifikacji do cesarskiego cięcia poprzez lekarza odpowiadającego za poród. – pełna wersja tekstu jest dostępna na stronie Fundacji Rodzić po Ludzku

Z całą pewnością na pozytywny komentarz zasługuje również projekt zachęcania kobiet do podejmowania porodów naturalnych po cięciu, jednak zgodnie z tym co sugeruje Fundacja, nie może się to odbywać “na siłę”, bez uprzedniej edukacji przyszłych mam. Dla wielu kobiet VBAC to abstrakcja, dlatego w pierwszej kolejności warto zadbać o świadomość społeczną.

Przede wszystkim, cały projekt musi iść w parze z nieustannym podnoszeniem jakości opieki okołoporodowej i zaangażowaniem personelu medycznego, przestrzeganiem obowiązujących standardów,  zwiększeniem wsparcia emocjonalnego a co za tym idzie także poczucia bezpieczeństwa przyszłych mam.

Źródło:

  1. https://www.thelancet.com/journals/lancet/article/PIIS0140-6736(18)31928-7/fulltext
  2. List FRPL do Ministra Zdrowia Łukasz Szumowskiego
  3. Kierunki działań w  celu zmniejszenia liczby cesarskich cięć rekomendowane przez Zespół roboczy powołany zarządzeniem Ministra Zdrowia z dnia 9. listopada 2015 r (Dz. Urz. Min.Zdrow. poz.73)
Kategorie
rzeczy dla dzieci

Wybierasz samochód rodzinny? Sprawdź, na co zwrócić uwagę!

Wygodny montaż fotelika samochodowego

Dzieci muszą być przewożone w fotelikach samochodowych aż do ukończenia 12. roku życia lub osiągnięcia 150 cm wzrostu. Przez ten okres nawet kilkukrotnie zmienia się siedzisko, by dopasować jego rozmiary i przedział wagowy do potrzeb pociechy. Samochód powinien umożliwiać łatwe i wygodne zamontowanie fotelika na tylnej kanapie lub na fotelu pasażera z przodu. Dobrym wyborem dla aktywnych rodziców są auta wyposażone w system Isofix, dzięki któremu siedzisko wpina się do pojazdu za pomocą jednego kliknięcia. Zwykle rodzinom poleca się samochody cztero- lub pięciodrzwiowe, gdyż podnoszenie przedniego fotela i wpinanie fotelika z tyłu jest mało wygodne.

Bezpieczeństwo

Dla rodziców niezwykle ważne jest bezpieczeństwo dzieci w każdej sytuacji, dlatego rodzinny samochód powinien je zapewniać. Zanim kupi się auto, powinno się przyjrzeć crash testom dla wybranego modelu. Dzięki testom zderzeniowym można przekonać się, czy samochód zapewnia wystarczający poziom bezpieczeństwa w czasie zderzeń czołowych i bocznych. Jeżeli wyniki badań w specjalnych centrach testowych są poniżej normy, powinno się przemyśleć wybór innego modelu auta.

Ekonomia jazdy

Kupując auto, powinno się zwrócić uwagę na poziom spalania paliwa w czasie jazdy po mieście i w trasie. Im niższe spalanie, tym lepiej, gdyż dzięki temu obniża się koszty użytkowania samochodu. Tańsze jest użytkowanie samochodów z instalacją gazową, jednak jej zamontowanie może zmniejszyć żywotność silnika pojazdu. Jeśli zamierza się jeździć rzadko i na krótkie trasy, często bardziej opłacalne jest pozostanie przy benzynie. Można również przemyśleć zakup samochodu z silnikiem hybrydowym, który na mieście spala niewiele ponad 3 l benzyny.

Sprawdzony sprzedawca

Jeżeli kupuje się samochód rodzinny, powinno się unikać wybierania ofert od mało solidnych i nieznanych sprzedawców. Lepiej jest zapłacić za pojazd nieco więcej, ale zdecydować się na auto od sprawdzonego handlarza. Warto zapytać, czy posiada trade insurance, a także sprawdzić opinie innych osób o oferowanych przez niego samochodach. Kupując auto od przypadkowej osoby, ryzykuje się, że nabywa się pojazd w złym stanie technicznym, który zapewnia niewystarczający poziom bezpieczeństwa w czasie jazdy.

Kategorie
ciąża i poród

Jedzenie daktyli ułatwia poród!

Badania te dowodzą, że jedzenie sześciu daktyli pod koniec trwania ciąży powoduje:

  • wyższe wyniki w skali Bishopa, świadczące o dojrzałości szyjki oraz częściej zachowany pęcherz płodowy przy przyjęciu do szpitala;
  • szybsze rozwieranie się szyjki podczas porodu, tym samym skrócenie pierwszego okresu porodu;
  • samoistne rozpoczęcie czynności skurczowej w terminie porodu, bez konieczności jego indukowania z powodu przenoszenia ciąży;
  • wyższy wskaźnik skuteczności indukcji porodu, jeżeli zaszła konieczność jej zastosowania;
  • mniejsze prawdopodobieństwo zastosowania oksytocyny w przebiegu porodu i po porodzie.

Dlaczego jedzenie daktyli pomaga w porodzie?

Naukowcy odkryli, że daktyle uwrażliwiają macicę na działanie naturalnej oksytocyny, która jest jednym z najważniejszych hormonów porodowych i poporodowych. Oksytocyna nazywana inaczej hormonem miłości, wywołuje skurcze, które rozwierają szyjkę macicy

przeczytaj także: Mózg w porodzie – co warto wiedzieć, żeby nie zakłócać naturalnego rytmu porodu

Jedzenie daktyli przynosi także dodatkowe korzyści odżywcze mamie w ciąży – zawierają one nasycone i nienasycone kwasy tłuszczowe, które dostarczają organizmowi energię i biorą udział w produkcji prostaglandyn – hormonów, które wpływają na przygotowanie szyjki macicy do porodu.

Dodatkowo daktyle zawierają:

  • naturalne cukry (fruktozę), które łatwo rozkładają się w organizmie i dają dużą dawkę energii (są idealną przekąską w czasie porodu!);
  • błonnik, który łagodzi zaparcia, zmniejsza ryzyko cukrzycy ciążowej i stanu przedrzucawkowego;
  • potas, który pomaga utrzymać równowagę wodno-elektorlitową, przez co reguluje ciśnienie tętnicze;
  • magnez, który pomaga złagodzić skurcze mięśni w okresie ciąży np. skurcze łydek;
  • witamina K, która utrzymuje prawidłową krzepliwość krwi i zdrowe kości;
  • kwas foliowy, który zapobiega wadom cewy nerwowej u dziecka, zapewniając mu prawidłowe dojrzewanie rdzenia kręgowego.

[reklama id=”66993″]

Kiedy jeść daktyle i w jakich ilościach?

Oczywiście można je jeść przez całą ciążę. Są jednak bardzo słodkie i kobiety, które mają wysoki poziom cukru, powinny mieć to na uwadze. Aby odczuć wspomniane wcześniej działanie daktyli podczas porodu, najlepiej zacząć jeść 6 daktyli dziennie od 36 tygodnia ciąży. Przy zakupie warto zwrócić uwagę, by były organiczne i niesiarkowane.

Źródło:

(1) http://jmrh.mums.ac.ir/article_2772.html

Kategorie
edukacja alternatywna

Dlaczego warto uczyć się w szkołach alternatywnych?

Skąd wziął się pomysł na edukację alternatywną?

I choć w systemach szkolnictwa na całym świecie stale przeprowadzono reformy, nie decydowały one ostatecznie o jakości pracy z dziećmi ani nie wpływały na ogólną poprawę kształcenia. W związku z tym, kraje rozwinięte zaczęły poszukiwać świeżych rozwiązań i mechanizmów „oddolnego” reformowania oświaty. Odkrywanie siły sprawczej szkoły wpłynęło na zmianę podejścia do zagadnienia rozwoju szkolnictwa i kreowania nowych koncepcji nauczania alternatywnego w stosunku do tego, co proponowała tradycyjna szkoła.

Inne spojrzenie na szkołę nie jest zatem niczym nowym. Model edukacji alternatywnej rozwija się na świecie od dobrych 100 lat, doczekał się nawet własnej literatury i licznych badań (w tym m.in. międzynarodowych badań oświatowych).

Szkoła ma nie tylko uczyć, ale kształtować ludzi samodzielnych

Koniec XIX i początek XX wieku obfitowały w pierwsze (jak na tamte czasy) dość odważne eksperymenty pedagogiczne. Przedstawicieli nowych koncepcji łączyło przede wszystkim silne dążenie do tego, by szkoła przestała jedynie nauczać, ale skupiła się na wychowaniu ludzi samodzielnych, odpowiedzialnych za siebie i innych, umiejętnie zarządzających swoimi wrodzonymi predyspozycjami i zdolnościami, ludzi naturalnie zmotywowanych do działania, uczących się w grupie i z grupą.

[reklama id=”71723″]

Szkoła od początku swojego istnienia miała możliwości głębokiego oddziaływania na społeczeństwo i formowania go. Zawsze stała w centrum zainteresowania społecznych elit wrażliwych na jej losy, a pod koniec XIX wieku zainteresowanie to objawiało się w bezwzględną krytyką szkoły powszechnej. Dostrzegano, że rozwijająca się technicyzacja życia codziennego, a przede wszystkim pogłębiająca się demokratyzacja obligują do zmian i innego przygotowania ludzi do życia w nowych realiach. Postępowi myśliciele postulowali, że trzeba rozwijać wśród młodego pokolenia ideę wolności i swobody oraz wyzwolić “szkołę” spod ciągłej kontroli i degradującego nacisku państwa, aby mogła ona efektywnie poruszać się w świecie.

Propagatorzy nowego podejścia  stawiali w swoich postulatach na potrzebę zwiększenia autonomii szkół, by wzmocnić procesy demokratyzacyjne społeczeństwa, a w szczególności doprowadzić do aktywnego współuczestnictwa obywateli w życiu publicznym. Już wtedy dość dobitnie postulowano odejście od centralnego zarządzania oświatą oraz powierzenie większych uprawnień szkołom, rodzicom i uczniom.

Korczak prekursorem edukacji alternatywnej w Polsce

W Polsce nowy alternatywny nurt w wychowaniu zapoczątkował Janusz Korczak, prowadząc na początku XX wieku Dom Sierot.

Niestety, od czasów Korczaka polski system szkolnictwa był narzędziem w rękach władzy komunistycznej, dlatego dopiero w latach 80. XX wieku podjęto pierwsze próby wdrożenia nowatorskich koncepcji alternatywnych. Momentem przełomowym w szkolnictwie prywatnym było natomiast ustalenie w grudniu 1989 roku przez Naczelny Sąd Administracyjny prawa dziecka do korzystania ze szkolnictwa niepublicznego. Właśnie wtedy zaczęto otwierać szkoły niepubliczne, będące alternatywą dla szkół powszechnych. Pierwsze placówki rozwijały się wówczas we Wrocławiu – była to Wrocławska Szkoła Przyszłości oraz ASSA czyli Autorska Szkoła Samorozwoju. Obie działają do dnia dzisiejszego.

W kolejnych latach, a w szczególności w ciągu ostatniej dekady w Polsce nastąpił widoczny rozkwit inicjatyw alternatywnych. Cześć rodziców zrezygnowała z edukacji powszechnej i zastąpiła szkołę tradycyjną wybraną formą edukacji niepublicznej lub edukacją domową. Szkoły alternatywne tworzone są głównie w dużych miastach, z możliwości uczenia się w domu mogą jednak korzystać również dzieci mieszkające w mniejszych miejscowościach, mające utrudniony dostęp do placówek alternatywnych.

Szkoły alternatywne w Polsce:

  • szkoły waldorfskie,
  • szkoły opierające się na założeniach modelu M. Montessori,
  • edukację domową
  • szkoły demokratyczne (znane również jako wolne szkoły demokratyczne),
  • szkoły leśne. (1)

Szkoły waldorfskie

W Polsce funkcjonuje aktualnie 6 szkół oraz 9 przedszkoli waldorfskich (2). Jest również kilkanaście przedszkoli, które w dużej mierze inspirują się pedagogiką steinerowską, i liczne szkoły, które nie są w pełni steinerowskie (w kwestii realizacji programu), ale czerpią wiele elementów z pedagogiki waldorfskiej. Placówki waldorfskie dotychczas podzielone były na szkoły podstawowe i gimnazja, lecz z uwagi na reformę szkolnictwa przeprowadzoną w 2017 r. gimnazja steinerowskie najpewniej przekształcą się w licea.

Jednym z fundamentalnych założeń pedagogiki waldorfskiej jest przekonanie, że procesy uczenia powinny przebiegać naturalnie (zgodnie z rozwojowymi predyspozycjami dziecka) i mają być w nie zaangażowane nie tylko intelekt (myślenie), lecz także uczucia i wola dziecka. Przekazywanie wiedzy w formie akademickiej nie jest tutaj nadrzędnym celem. Dużo ważniejsze jest wspieranie indywidualnego rozwoju każdego dziecka poprzez podążanie za jego potrzebami i możliwościami na danym etapie rozwoju. Szkoły waldorfskie umożliwiają dzieciom niezwykle szeroki rozwój artystyczny, ruchowy i manualny. Dzieci w pierwszych trzech latach nauki (od 7 do 9 roku życia) nie uczą się więc tutaj niczego, na co nie byłyby jeszcze gotowe.

Generalnie dzieci w szkołach waldorfskich zgłębiają takie tradycyjne dyscypliny jak język polski, języki obce, fizyka, matematyka, chemia, geografia, przyroda, gimnastyka, religia. Dużo czasu poświęcają też eurytmii (3), malarstwu, rzeźbieniu, rysunkowi, literaturze, tworzeniu i czytaniu poezji, przygotowywaniu przedstawień teatralnych, stolarstwu, szyciu i ogrodnictwu. Wszystkie te działania mają na celu wypracowanie w uczniach umiejętności planowania i organizowania pracy, wytrwałości w działaniu, współpracy z innymi ludźmi, obserwacji, wyciągania wniosków i koncentracji uwagi, a nawet wystąpień publicznych.

[reklama id=”67881″]

Szkoły Montessori

Placówki Montessori w Polsce dostępne są na wszystkich poziomach edukacji. Przedszkola Montessori, szkoły podstawowe, gimnazja oraz szkoły średnie można spotkać na terenie całego kraju, szczególnie jednak (choć nie tylko) w większych miastach. Wiele szkół jest certyfikowanych przez organizacje Montessori w Polsce oraz Association Montessori Internationale (AMI).

Zgodnie z podstawowym założeniem modelu Montessori dzieci w szkołach najefektywniej i najbardziej naturalnie uczą się w atmosferze wolności (wyboru przedmiotu, metod, czasu i miejsca pracy) i swobody, w otoczeniu odpowiednio uporządkowanym, z łatwym dostępem do pomocy dydaktycznych. Najszybciej uczą się wówczas, kiedy nikt im w tym nie przeszkadza, a umiejętnie je wspiera – odpowiada na pytania, rozbudza ciekawość poznawczą i zawsze życzliwie odnosi się do ich potrzeb oraz emocji.

Montessori przywiązuje dużą wagę do samodzielności dzieci. Nie oznacza to bynajmniej, że dzieci pozostawiane są same sobie. Nauczyciel (przedmiotu) czy wychowawca zawsze służy im pomocą, najczęściej w formie udzielenia wskazówek bądź inspiracji do znalezienia rozwiązania niż dawania gotowych odpowiedzi na określone wątpliwości. Kiedy dzieci czegoś nie rozumieją, zawsze mogą poprosić pedagoga o pomoc i ponowne przyjrzeć się danemu zagadnieniu. Mogą też porozmawiać o nim na forum, o ile nie narusza to prawa innych do np. pracy w ciszy i skupieniu. Gdy mają duże trudności z jakimś zadaniem, mogą też wybrać inne zgodne ze swoimi aktualnymi doświadczeniami i umiejętnościami.

Praca szkół uwzględnia realizację indywidualnych planów pracy każdego ucznia, w tym treści zawartych w obowiązującej podstawie programowej, i opiera się na pięciu wielkich lekcjach Marii Montessori:

  • Stworzenie Wszechświata
  • Historia Życia na Ziemii
  • Historia Człowieka
  • Historia Pisma
  • Historia Liczb

Główną zasadą pedagogiki Montessori jest, aby najpierw zachwycić dziecko i wykształcić w nim umiejętność spojrzenia całościowego na świat, a dopiero później na konkretne kwestie w określonych dziedzinach.

Edukacja domowa

W Polsce jest obecnie ok. 14 tysięcy dzieci uczących się w domu. To stosunkowo niewiele w porównaniu z ojczyzną homeschoolingu – USA, gdzie ok. 2,5 mln dzieci nie uczy się w szkole. Edukacja domowa staje się w Polsce zdecydowanie coraz bardziej popularna.

Każdy rodzic w kraju ma prawo decydowania o formie edukacji swojego dziecka. Na edukację domową zezwala ustawa o systemie oświaty z dnia 7 września 1991 r. z późniejszymi zmianami (Dz. U. 2004 r., nr 256, poz. 2572), która mówi o możliwości „realizacji obowiązku szkolnego poza szkołą”.

Dzieci uczące się w domu są w praktyce zapisane do stacjonarnej szkoły, ale oczywiście nie uczęszczają do niej. Rodzice zobowiązują się natomiast do zapewnienia dzieciom warunków odpowiednich do opanowania materiału z zakresu podstawy programowej przewidzianego na danym etapie edukacyjnym. Aby otrzymać promocję do następnej klasy, dzieci muszą okresowo zdawać w szkole egzaminy z poszczególnych przedmiotów.

Dzieci mogą uczyć się samodzielnie bądź w grupie innych homeschoolersów pod opieką rodziców, starszego rodzeństwa, krewnych, guwernerów lub prywatnych nauczycieli. Obowiązuje je “ministerialna” podstawa programowa, ale forma jej realizacji zależy od rodziny, samego dziecka albo grupy, w jakiej dzieci się uczą.

Odpowiedzialność za proces nauczania dzieci w ED biorą na siebie rodzice i opiekunowie. Wybierają oni takie metody kształcenia swoich dzieci, aby były one jak najbardziej optymalne dla ich wieku, zainteresowań, indywidualnych potrzeb i predyspozycji. Wszystko odbywa się jednak zgodnie z oświatowymi wymaganiami dotyczącymi zakresu zdobywanej wiedzy na danym poziomie kształcenia. Uczniowie muszą wykazać się nią podczas corocznych egzaminów.

Mimo, że edukacja domowa, jak sama nazwa wskazuje, odbywa się w warunkach domowych, dzieci nie spędzają w nim całych dni w odosobnieniu i izolacji społecznej. Spędzają czas tak, by poznawać praktyczne zastosowanie wiedzy teoretycznej w naturalnych warunkach środowiskowych, a poza uczeniem się tego, co ważne z perspektywy programowej, mają czas na budowanie relacji w rodzinie, na spotkania z kolegami, na rozwijanie swoich zainteresowań i te aktywności, które pozwalają im na wszechstronne doświadczanie. Uczęszczają na różne zajęcia artystyczne, językowe, sportowe i naukowe.

Ponieważ kształcą się w stosunkowo spokojnych warunkach w pełni dostosowanych do swoich rzeczywistych potrzeb i zdolności, uczą się sprawnie i bardzo efektywnie. Z obserwacji i doświadczeń wynika, że dzieci w ED na nauce niezbędnych akademickich dziedzin spędzają nawet o połowę mniej czasu niż dzieci chodzące do szkoły. Jest to zazwyczaj ok. 2 czy 3 godzin dziennie. Homeschoolersi pracują bowiem w takim trybie, jaki im najbardziej odpowiada i koncentrują się nad tym, co dla nich ważne. Mogą dowolnie organizować sobie pracę, a pozostałą część dnia spędzają na żywym doświadczaniu codzienności – zabawie, wycieczkach, ruchowych aktywnościach, odpoczynku, eksperymentach, badaniach, obserwacjach… Edukacją domową objęte się dzieci w wieku od 6 do 18 roku życia.

Wolne szkoły demokratyczne

Dzieci w Polsce mogą realizować obowiązek szkolny w placówkach demokratycznych. Edukacja domowa daje im możliwość zapisania się do szkoły, która formalnie nie jest szkołą, ale dzieci w niej przebywają, razem się uczą i wspólnie podejmują decyzje o normach i prawach tam obowiązujących. To, co ostatecznie uzgadniane jest przez dorosłych, dotyczy jedynie kwestii bezpieczeństwa w trakcie różnych aktywności uczniów.

Szkoły demokratyczne w większości są prowadzone są przez organizacje pozarządowe, inne to inicjatywy różnych rodzin. Twórcy wspólnot demokratycznych czerpią z dowolnych idei i praktyk pedagogicznych czy dydaktyczno – wychowawczych. Ograniczeniem jest (tak samo jak w ED) konieczność zdawania corocznych egzaminów w szkole, do której zapisany jest uczeń.

Uczniowie biorą tutaj pełną odpowiedzialność za swoją naukę i wypracowują w sobie zdolność do samodyscypliny. Pedagodzy wspierają ich w każdym aspekcie rozwoju (emocjonalnego, społecznego, poznawczego i psychofizycznego) i współdzielą się własnymi przemyśleniami, doświadczeniami i swoją wiedzę. Pomagają dzieciom przygotować się do życia w świecie, ale przede wszystkim rozwijać harmonijnie, zgodnie z indywidualnymi potrzebami, wartościami i zainteresowaniami.

W szkołach demokratycznych stawia się na współpracę i umiejętność budowania relacji w grupie, co w rezultacie przekłada się na rozwój kreatywnego myślenia i zdolność spoglądania na różne zagadnienia z wielu perspektyw. Bardzo ważna jest też nauka samoświadomości – poznawania siebie, rozumienia swoich uczuć i emocji, postaw, potrzeb i odkrywania naturalnych predyspozycji.

Szkoły leśne

Okazuje się, że edukacja nie musi być zamknięta w czterech ścianach. Uczyć można się wszędzie –  w lesie, na łące również. Wszystko jest kwestią odpowiedniego przygotowania dziecka do warunków panujących na zewnątrz.

Leśne przedszkola zaczęły powstawać pierwotnie w Skandynawii (w Danii) w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Od tamtego czasu cieszą się dużą popularnością na całym świecie, ostatnio pojawiają się również w Polsce.

Ideą nurtu leśnej edukacji jest nieustanny kontakt dzieci z przyrodą i czerpanie z niej wszystkiego, co wspiera ich zdrowy, naturalny i wszechstronny rozwój. Wybór filozofii i pedagogiki, z jakiej czerpią leśne przedszkola i szkoły, jest rzeczą bardzo indywidualną. W Polsce najczęściej słyszy się o inspiracjach koncepcją szkoły Montessori, elementami pedagogiki waldorfskiej, demokratycznej, Porozumienia bez Przemocy i rodzicielstwa bliskości. Zasadniczo jednak samo życie w przyrodzie i w zgodzie z jej rytmem jest swoistą pedagogiką tych placówek.

W niewielkich grupach i naturalnym środowisku ćwiczą ważne życiowe umiejętności – pracę zespołową, samodzielność, odpowiedzialność, umiejętność planowania, uważnej obserwacji, krytycznego myślenia i wyciągania wniosków. Bez ocen, dzwonków, siedzenia w ławce nie doświadczają presji edukacyjnej i ciągłego pośpiechu. Leśne placówki to prawdziwa szkoła życia z niepowtarzalnym programem nauczania, którego nie da się odtworzyć w tradycyjnych warunkach.

Bibliografia:

(1) B. Milerski, B. Śliwerski, Leksykon PWN „Pedagogika”, Warszawa 2000, s. 13

(2) dane pobrane z witryny internetowej Związku Szkół i Przedszkoli Waldorfskich w Polsce http://www.zspwp.pl

(3) Eurytmia to w szkole waldorfskiej rodzaj “tańca”/mowy ciała, w ramach którego muzyka i słowa wyrażane są przy pomocy specyficznych ruchów i gestów.

Kategorie
niemowlę

Noszenie – mamy to we krwi! Fragment książki "Noszenie dzieci"

Mniej więcej 10 tysięcy lat temu wędrujący z miejsca na miejsce prehistoryczny myśliwy zbudował dom i osiadł w nim na stałe. A wraz z nim jego dziecko, które do tej pory wszędzie wędrowało z plemieniem, niesione na biodrze matki. Od tego czasu nie zmieniliśmy się tak bardzo, choć nasz tryb życia się zrewolucjonizował. Ludzkie niemowlę nadal jest noszeniakiem, a ewolucyjnie przypisanym mu miejscem pozostaje biodro rodzicielki.

Ludzkie niemowlę jako noszeniak

Na całym świecie opieka okołoporodowa przybiera różne formy. Każda kultura ma swoje uwarunkowania, zależne od miejsca i czasu, w jakim znajduje się dana cywilizacja. W krajach muzułmańskich istnieje zwyczaj, aby nowo narodzonemu dziecku podawać świeżo rozgniecionego w palcach daktyla. Gdzie indziej podczas połogu praktykuje się otulanie matki prześcieradłami namoczonymi w ziołach. W niektórych krajach podaje się świeżo upieczonej mamie gorący rosół z kury. Ortodoksyjny judaizm wymaga obrzezania chłopca w 8 dobie życia. Wietnamczycy, tak jak kiedyś Słowianie, nadają dzieciom imiona tymczasowe, by zmylić złe duchy.
Bez względu na te rytuały jedna rzecz pozostaje wspólna w opiece nad niemowlęciem – noszenie go: na rękach, w chuście, nosidle. Ludzkie niemowlę należy bowiem do biologicznego typu noszeniaków, na dodatek aktywnych. Tak nazywamy grupę ssaków, które matka nosi na swoim ciele.
Jesteśmy ewolucyjnymi noszeniakami ze względu na nasze uwarunkowania gatunkowe i anatomiczne.

[reklama id=”72159″]

Uwarunkowania gatunkowe

Historia osiadłego człowieka rolnika liczy już 10 tysięcy lat. Z punktu widzenia ewolucji to nadal zbyt krótki okres, aby w naszym DNA dokonały się znaczące zmiany. Zatem genetycznie, czyli w najgłębszych obszarach naszego „ja”, jesteśmy nadal koczownikami, którzy przemierzali ziemię w poszukiwaniu pożywienia i miejsca na tymczasowy obóz. Ich dieta była różnorodna, bo niemal każdego dnia jedli co innego, a umiejętności przetrwania w trudnych warunkach – imponujące. Dlatego ludzkie niemowlę w toku ewolucji, aby przystosować się do życia wędrownego, wykształciło wiele cech ułatwiających opiekunom nie tylko noszenie, ale też ogólnie pielęgnację.
Dla poszczególnych gatunków natura wypracowała różne, wynikające z ich potrzeb warianty opieki nad potomstwem.

Wśród potomstwa ssaków można wyróżnić kilka grup, biorąc pod uwagę stopień rozwoju młodych w chwili przyjścia na świat:

  • Noszeniaki: szympansy, goryle, leniwce, ludzie. Przychodzą na świat niesamodzielne. Pewne procesy życiowe, jakie w nich zachodzą, są skorelowane z ciałem matki (temperatura, sen, głód). Od urodzenia są w stanie wędrować wczepione w opiekuna. Mleko matki nie jest bardzo kaloryczne, gdyż noszone młode ma do niego niemal stały dostęp. Można powiedzieć, że matka jest ich „przenośnym gniazdem”.
  • Gniazdowniki: koty, wilki, myszy. Rodzą się niezdolne do samodzielnej egzystencji, najczęściej w mnogim miocie. Początek życia spędzają w bezpiecznym gnieździe. Matka zostawia je tam czasem na dość długo, np. gdy musi polować. Jej pokarm jest wysokobiałkowy, trawi się wolno. Gdy uczą się przemieszczać, stopniowo opuszczają gniazdo.
  • Zagniazdowniki: kozy, owce, konie, krowy etc. Ich młode zaraz po urodzeniu są zdolne do samodzielnej egzystencji.

Ludzkie niemowlęta, które zaliczamy do noszeniaków, mają oczekiwania typowe dla swojej grupy. Traktując je inaczej, rozmijamy się z ich biologicznym uwarunkowaniem. Człowiek rodzi się jako noszeniak, aby być noszonym, a w przyszłości – nosić własne potomstwo. Nie bylibyśmy godni miana Homo sapiens, gdybyśmy nie wspomagali się w noszeniu specjalnie do tego celu skrojonymi kawałkami skóry (ludy pierwotne) lub tkanin (współcześnie): chustami i nosidłami, jak je dzisiaj nazywamy.

Krótkie spojrzenie na historię noszenia dzieci

Noszenie w chuście jest tak stare jak nasz gatunek. Niektórzy antropologowie uważają nawet, że ów kawałek skóry lub materiału do przenoszenia dzieci umożliwił naszym przodkom ekspansję z Afryki przez Azję do Europy, zanim staliśmy się Homo sapiens. Nomadowie mogli przemieszczać się z miejsca na miejsce, nie czekając, aż najmłodsze dzieci w grupie podrosną na tyle, by iść wiele kilometrów na własnych nogach (czyli ok. 4 roku życia). Z tego samego powodu skrócił się także okres pomiędzy kolejnymi ciążami, zwiększając nasz gatunek liczebnie.
Nie stało się to samoistnie. Postawa wyprostowana i zmiany w obrębie kości biodrowej kobiet stanowiły naturalne predyspozycje do noszenia dzieci. Utrudnienie w postaci utraty futra doprowadziło do powstania wynalazku – nosidła.

Noszenie dzieci w społecznościach tradycyjnych

W kulturach, których byt zależał od nieustannej pracy dorosłych członków plemienia, noszenie stanowiło normę społeczną. Dzięki chuście lub nosidłom matka mogła wrócić do pracy wkrótce po porodzie i mieć noworodka blisko siebie. Chusta zapewniała dziecku stały kontakt z matką i dostęp do jej piersi zgodnie z zapotrzebowaniem, a całej wspólnocie harmonijne funkcjonowanie.
Powszechność nosidła bez względu na szerokość geograficzną i epokę świadczy o zdolnościach adaptacyjnych gatunku ludzkiego. Można zatem bez przesady powiedzieć, że chustonoszenie stanowi kulturowe dziedzictwo ludzkości.
Z dala od cywilizacji ciągłość tej tradycji została zachowana: matki i inni członkowie plemienia noszą swoje dzieci w chustach i nosidłach. Formy nosideł, jakie obserwujemy w obecnie żyjących kulturach tradycyjnych, są wynikiem długotrwałej ewolucji kulturowej i poszukiwania optymalnych narzędzi codziennego użytku, podobnie jak współczesny kształt fotela wyewoluował z doświadczeń naszych przodków, którzy poszukiwali dla siebie komfortowego siedziska. W przypadku narzędzi do noszenia dzieci brano pod uwagę klimat, intensywność i rodzaj wykonywanej pracy.
W kulturach tradycyjnych dzieci są nieustannie noszone przez kogoś z plemienia.

Ludzkie niemowlę potrzebuje:

  • ciepła,
  • ruchu,
  • bezpieczeństwa,
  • pożywienia,
  • bliskości i dotyku.

Nasze dzieci rodzą się z takimi samymi oczekiwaniami jak ich maleńcy przodkowie. Pragną bliskości opiekuna, ciepła, piersi mamy i bycia noszonymi (kołysanymi, bujanymi). I nie ma znaczenia, czy urodziły się w zachodnim świecie, wśród ludów pierwotnych, współcześnie, czy setki lat temu. Te potrzeby są uniwersalne, wynikają wprost z ich ewolucyjnych i anatomicznych uwarunkowań, a bliskość i noszenie dziecka naturalnie wspierają rozwój mózgu dziecka (więcej w rozdziale: Noszenie i rozwój mózgu).

Czego możemy nauczyć się od kultur tradycyjnych?

Noszenie dzieci w kulturach tradycyjnych to wiedza pradawna, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Podczas gdy cały cywilizowany świat boryka się z kłopotami ze snem i napięciami u swoich dzieci, matka z kultury tradycyjnej nawet nie wie, że coś takiego jak problem z niemowlęciem w ogóle jest możliwe. Ich dzieci stale zaspokajają potrzebę kontaktu fizycznego z opiekunem (m.in. dzięki noszeniu i spaniu blisko rodzica), są więc spokojne, płaczą mniej, ich fazy snu głębokiego są długie. Dzięki temu dziecko jest wypoczęte, rozluźnione i uważne.
Mimo że społeczności tradycyjne nie wiedzą nic o profilaktyce dysplazji stawów biodrowych, ich noszone dzieci nie cierpią na tę dolegliwość. Pozycja, jaką przyjmuje dziecko noszone na biodrze albo plecach, wspiera profilaktykę dysplazji, gdyż aktywnie sprzyja osadzaniu kości udowej w panewce biodrowej. Wady postawy w tych społecznościach to rzadkość.

My, ludzie cywilizowani, moglibyśmy czerpać tę mądrość od kultur tradycyjnych:

  • nosić dzieci, a tym samym zapewniać im stałą bliskość i nieograniczony dostęp do pokarmu,
  • spać razem z dziećmi,
  • od początku traktować dziecko jako naturalną część wspólnoty (a nie jej punkt centralny).

Noszenie dzieci to dziedzictwo kulturowe ludzkości, które skutkuje generacją szczęśliwych, spokojnych ludzi.

Inne książki wydane przez Wydawnictwo Natuli i Dziecisawazne.pl do kupienia tylko w naszej Księgarni Natuli

Kategorie
karmienie piersią

Jak ściągać, przechowywać i podawać mleko mamy?

W jakich sytuacjach należy odciągać pokarm?

1. Inicjacja laktacji

Odciąganie pokarmu jest niezwykle istotne, gdy z jakiś przyczyn mama nie może przystawić noworodka bezpośrednio po porodzie. Zazwyczaj dzieje się tak wtedy, gdy mamy do czynienia z maluchem urodzonym przedwcześnie lub w złym stanie zdrowia.  Zdarza się też tak, że niektóre noworodki mają trudność z właściwym przystawieniem do piersi i pobieraniem optymalnej ilości pokarmu. W takich sytuacjach bardzo ważna jest wczesna praca z laktatorem, w celu rozpoczęcia laktacji i doprowadzenia produkcji pokarmu do odpowiedniego poziomu.

Dobrze, by odciąganie rozpocząć w ciągu pierwszych 6 h godzin od porodu. Najlepiej, jeśli pierwsze krople siary  zostaną zebrane już w 1-2 h po porodzie. Pierwszy pokarm może być pobierany strzykawką (ilości siary z reguły są minimalne, ale to pokarm niezwykle skoncentrowany i bardzo ważny dla noworodka). W dalszej kolejności należy rozpocząć regularną pracę z laktatorem. W pierwszych dobach kluczowa jest systematyczność, dlatego warto stymulować piersi do pracy minimum 8 x na dobę.  Nie trzeba mieć własnego laktatora, można korzystać ze szpitalnego, w wielu miastach są również wypożyczalnie takiego sprzętu. Laktator klasy szpitalnej w pierwszych dniach będzie bardziej optymalny niż jego odpowiedniki przeznaczone do domowego użytku. Dobrze, by miał nieregularny rytm ssania – taki tryb pracy najlepiej imituje sposób ssania noworodka w pierwszych dniach życia.

[reklama id=”72276″]

2. Zwiększenie produkcji pokarmu

Czasem konieczne jest zwiększenie podaży pokarmu i/lub dokarmianie dziecka odciągniętym mlekiem. Gdy malec ssie słabo lub nieefektywnie, ma problemy z przybieraniem na wadze lub ilość mleka jest po prostu nieprzystająca do potrzeb dziecka warto popracować z laktatorem zamiast dokarmiać niemowlę mlekiem modyfikowanym. W takich sytuacjach technika pracy z laktatorem może być inna niż w przypadku inicjacji laktacji: zazwyczaj zaleca się odciąganie pokarmu bezpośrednio po karmieniu (w celu “opróżnienia” piersi i pobudzenia ich do pracy, ponieważ “puste” piersi produkują więcej pokarmu). Jeśli zwiększenie produkcji pokarmu jest konieczne, ze względu na słabe przyrosty dziecka, koniecznie należy skonsultować się z doradcą laktacyjnym, który ustali jak często i w jakich ilościach dziecko powinno być dokarmiane i podpowie jak optymalnie stymulować piersi do pracy.

3. Potrzeba zostawienia dziecka pod opieką innej osoby

Jeśli laktacja jest ustabilizowana i na odpowiednim poziomie wystarczy popracować z laktatorem między karmieniami 2-3 dni przed planowanym wyjściem, żeby nieco zwiększyć podaż mleka. Można także dodatkowo skorzystać z muszli laktacyjnych, które zbierają mleko wypływające z drugiej piersi w trakcie karmienia. Najlepiej byłoby odciągnąć pożądaną ilość na raz, ale jeśli nie jest to możliwe, można łączyć pokarm ściągany w przeciągu 24 h, po uprzednim schłodzeniu (nie mieszamy pokarmu o różnych temperaturach!).

Jeśli zaś przerwy w karmieniu mają być regularne (mama wraca do pracy/ na uczelnię, etc) mama powinna odciągać mleko regularnie w porach, w których do tej pory przystawiała dziecko do piersi.

4. Odbarczenie piersi

Konieczność odbarczenia piersi może pojawić się w momencie nawału (choć optymalnie, byłoby skorzystać z pomocy dziecka, żeby nie pobudzić laktacji jeszcze bardziej), zastoju, obrzęku lub stanu zapalnego. W takich sytuacjach mleko można ściągnąć laktatorem lub ręcznie WYŁĄCZNIE do uczucia ulgi – by nie prowokować większej produkcji.

5. Sprowokowanie wypływu mleka

Niektóre niemowlęta są niezwykle niecierpliwe i mają problem z czekaniem aż mleko zacznie płynąć w pożądanej ilości lub wręcz odwrotnie, niektóre mamy mają hiperaktywny wypływ mleka i wtedy pokarm tryska, zalewając wszystko dookoła a maleństwo nie nadąża z łykaniem i bardzo się denerwuje. W takich sytuacjach można popracować z laktatorem przez chwilę przed przystawieniem dziecka do piersi lub odciągnąć ręcznie odrobinę mleka.

6. Współpraca z bankiem mleka

Współpraca z bankiem mleka odbywa się na ściśle określonych zasadach, a kobieta które chce podarować swój pokarm, musi przejść rozmowę i badania wstępne (które wykluczają chociażby zakażenie wirusem HIV i zapalenie wątroby typu B i C). Po przejściu weryfikacji współpraca jest ustalana indywidualnie.

Jak pracować z laktatorem?

Częstotliwość i sposób pracy z laktatorem zależy od tego w jakim celu chcemy pozyskać mleko. Jeśli stymulacja piersi jest konieczna ze względów medycznych (noworodek nie jest w stanie pobierać pokarmu lub ssie nieefektywnie, pokarmu jest za mało) to niezbędna jest konsultacja z doradcą laktacyjnym lub innym specjalistą (położną, neonatologiem, pediatrą), który wyda indywidualne zalecenia. Najbardziej ogólnie mówiąc, przyjmuje się zasadę, że częstotliwość stymulacji piersi powinna być zbliżona do rytmu karmienia naturalnego.

Sposób odciągania zależy od rodzaju laktatora. Jeśli pracujemy z laktatorem symultanicznym, obie piersi są  stymulowane w tym samym czasie i pokarm pobierany jest z obu piersi na raz.  W takim przypadku wystarczy stymulować piersi przez ok 10-15 min od momentu zaobserwowania wypływu mleka. Laktator symultaniczny jest najbardziej optymalny i zapewnia największą podaż mleka o większej zawartości tłuszczu.

Przy użyciu laktatora sekwencyjnego konieczna jest zmiana piersi. Jeśli laktator jest dwufazowy, wystarczy stymulować obie piersi przez 10-15 min każdą . Jeśli laktator jest jednofazowy i konieczne jest odciąganie pełne (w celu inicjacji laktacji, gdy przystawienie dziecka do piersi jest niemożliwe) najbardziej popularną metodą stymulacji jest metoda 7-5-3.

Polega ona na naprzemiennej stymulacji piersi wg schematu:

5-7 min odciąganie z 1 piersi                5-7 min odciąganie z 2 piersi

3-5 min odciąganie z 1 piersi                3-5 min odciąganie z 2 piersi

2-3 min odciąganie z 1 piersi                2-3 min odciąganie z 2 piersi

Cały cykl trwa jednorazowo od 20-30 minut. Jeśli dziecko nie jest przystawiane do piersi stymulacja powinna się odbywać minimum 8x na dobę, w przypadku starszych niemowląt minimum 6x na dobę lub więcej (przerwa nie powinna być dłuższa niż 6h).

Odciąganie częściowe stosowane przy odbarczaniu piersi lub między karmieniami trwa zazwyczaj kilka minut – zaleca się kontynuowanie do uczucia ulgi. Jeśli dziecko jest karmione piersią, a chcemy jedynie zwiększyć podaż pokarmu, można zastosować tzw. power pumping.

Metoda power pumping polega na stymulacji piersi 3 dni przez 1 h dziennie w cyklu:

  • 5 min pracy z laktatorem – 15 min przerwy lub
  • 10 min pracy z laktatorem -10 min przerwy

W czym przechowywać pokarm?

Najlepiej zaopatrzyć się w specjalnie przeznaczone do tego celu pojemniki (to mogą być kubeczki lub woreczki).  Są one przystosowane do przechowywania pokarmu kobiecego i ubytek dobroczynnych właściwości mleka jest w nich najmniejszy. Jeśli jednak odciąganie jest akcydentalne, można przechowywać pokarm w szklanych pojemnikach lub plastikowych pojemnikach do przechowywania żywności.

Jeśli odciągnie odbywa się regularnie, koniecznie trzeba opisywać zapasy datą i godziną ściągania, tak by potem podawać pokarm w odpowiedniej kolejności.

Jak podawać pokarm?

  • Świeży pokarm można podawać od razu, nie wymaga podgrzewania.
  • Można podawać pokarm w temperaturze pokojowej (przyjmuje się, że lepiej by był za chłodny niż za ciepły)
  • Pokarm wyjęty z lodówki najlepiej podgrzewać w kąpieli wodnej lub podgrzewaczu. Maksymalna temp. podgrzewania to 36-37 stopni. Nie należy go gotować ani podgrzewać w mikrofali, ponieważ powoduje to utratę cennych składników odżywczych.
  • Pokarm w wyniku przechowywania może się rozwarstwiać, wówczas należy delikatnie obracać naczyniem w celu połączenia warstw. Nie należy potrząsać pojemnikiem!
  • Można mieszać pokarm odciągnięty w czasie 12-24 h po uprzednim wychłodzeniu. Nie wolno mieszać mleka o różnej temperaturze!
  • Jeśli dziecko nie zjadło całej porcji mleka w czasie karmienia, można podać resztę w przeciągu 1-2 h. Później należy pokarm wylać (ewentualnie można dodać do kąpieli lub wykorzystać do celów kosmetycznych).
  • Nie wolno ponownie zamrażać raz rozmrożonego pokarmu.
  • Warto pamiętać o tym, że mleko nie musi być podawane w butelce. Są różne rozwiązania, które nie zaburzają odruchu ssania (karmienie strzykawką, pipetą, kubeczkiem, łyżeczką, po palcu).

Jak przechowywać pokarm?

8 podstawowych zasad higieny:

1. Przed rozpoczęciem pracy z laktatorem należy dokładnie umyć ręce wodą z mydłem.

2. Odciąganie pokarmu powinno się odbywać  w czystym miejscu, w żadnym wypadku nie należy robić tego w łazience czy w toalecie.

3. Przed odciąganiem dobrze jest wziąć ciepły prysznic lub zrobić piersiom ciepły okład – może to pomóc uwolnić wypływ mleka. Ale nie jest to konieczność – nie trzeba myć piersi przed karmieniem.

4. Po każdym odciąganiu mleka laktator należy rozłożyć na części i dokładnie umyć ciepłą wodą z płynem do mycia naczyń części, które miały kontakt z mlekiem.

5. Niektóre laktatory można myć w zmywarce w temp. 60 stopni(wszystko zależy od rekomendacji producenta).

6. Po umyciu sprzęt należy zdezynfekować. Można to zrobić przez zanurzenie we wrzątku na 5-10 min,  w sprzedaży dostępne są także specjalne wyparzacze lub woreczki do sterylizacji w kuchence mikrofalowej. Częstotliwość dezynfekcji jest uzależniona od wieku dziecka:

  • noworodki i dzieci urodzone przed czasem – dezynfekcja jest konieczna po każdym użyciu
  • niemowlęta od 2 miesiąca życia – wymagana jest sterylizacja 1 raz dziennie
  • starsze niemowlęta – wskazana jest sterylizacja 2-3 razy w tygodniu

7. Umyty, wysterylizowany i osuszony laktator należy złożyć i przechowywać w czystym i suchym pojemniku.

8. Podczas odciągania mleka ważna jest prywatność, intymność i skupienie. Stres i pośpiech mogą utrudniać wypływ mleka, zaburzają bowiem odruch oksytocynowy.

Źródło: CNOL

Kategorie
niemowlę

8 dowodów na to, że chusta (nosidło) ułatwia podróżowanie

“Podróżować jest bosko”, śpiewała Kora Jackowska. Nieważne, czy podróżowanie jest wpisane w wasz styl życia, czy tylko raz, dwa razy do roku wyjeżdżacie na ferie/wakacje. Ważne, że nie trzeba tego zmieniać, gdy rodzi się dziecko!
Wystarczy zaopatrzyć się w… kawałek kolorowej szmaty.

Wszystko zaczęło się od „nosidła”

Kiedy człowiek znalazł nowe zastosowanie dla kawałka skóry dzikiego zwierzęcia i przerobił je na nosidło, rozwój naszego gatunku nabrał rozpędu. Dzięki temu wynalazkowi człowiekowi łatwiej było przemieszczać się nawet z niemowlęciem u boku. Współcześni nomadowie – inaczej nazywani turystami – korzystają ze nowoczesnych wersji chust i nosideł, by kontynuować tę prastarą tradycję. Bo noszenie dzieci bardzo ułatwia podróżowanie – to proste narzędzie jakim jest chusta (lub nosidło) sprawia, że podróżowanie z niemowlęciem to przyjemność zarówno dla rodziców, jak i dla dziecka.

8 dowodów na to, że chusta (nosidło) ułatwia podróżowanie:

  1. Chusta zajmuje mało miejsca w bagażu. Nosidło trochę więcej, ale nadal możemy je zmieścić w bagażu podręcznym.
  2. Chusta jest wielofunkcyjna. W podróży posłuży za kocyk, hamak czy przewijak.
  3. Chusta pomaga w kryzysie. W nagłych sytuacjach można włożyć dziecko do chusty lub nosidła i spacerować z nim po korytarzu samolotu czy pociągu.
  4. Chusta pomaga w przemieszczaniu się, kiedy jesteśmy już na miejscu. Ułatwia podróż transportem publicznym, przeciskanie się przez wąskie przejścia, wspinaczkę.
  5. Z chustą lub nosidłem spacer po plaży jest znacznie prostszy i przyjemniejszy (nie trzeba trzymać dziecka na rękach w niewygodnej pozycji ani pchać przed sobą wózka, którego koła grzęzną w piasku).
  6. Chusta uwalnia ręce. Niosąc dziecko w chuście, możemy ciągnąć za sobą walizkę (np. na lotnisku, dworcu).
  7. Chusta niweluje u dziecka stres związany z nowym miejscem – dziecko w chuście jest zawsze u siebie, tak blisko rodzica, jak tylko się da. I czuje się bezpiecznie.
  8. Chusta rozwiązuje problem snu w obcych miejscach lub podczas długiego przebywania poza pokojem hotelowym.

O czym warto pamiętać planując podróż?

Przygotowanie

Pakując chustę do walizki warto pamiętać, że najlepiej, aby była to chusta, którą dziecko dobrze zna i kojarzy jej zapach.
W przypadku nosidła konieczne jest zapoznanie się z obsługą konkretnego modelu, aby w podróży uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek i panicznego szukania instrukcji.
Jeśli do tej pory nie nosiliście dziecka w chuście czy nosidle, być może warto przed podróżą umówić się na spotkanie z doradcą noszenia. Profesjonalista pomoże wam też dobrać rodzaj narzędzia odpowiedni do celu podróży.
Być może daleka podróż będzie pretekstem, by poznać sposoby noszenia dzieci unikalne dla danego rejonu świata? W tym celu najprawdopodobniej trzeba będzie zejść z utartych turystycznych szlaków…

[reklama id=”72159″]

Wybierając chustę lub nosidło w podróż warto wziąć pod uwagę kilka czynników:

  1. cel podróży – dużą popularnością cieszą się obecnie ciepłe kraje (Tunezja, Maroko, Egipt w Afryce Północnej, Bali, Tajlandia, Indonezja w Azji), ale coraz więcej rodzin wybiera również północne kierunki (Islandia, Skandynawia). Warto potraktować poważnie prognozy pogody dla danego regionu i zabrać dostosowane do niej narzędzie do noszenia oraz ubranka dla dziecka;
  2. długość podróży i pobytu – biorąc pod uwagę np. długi lot, można zaplanować adekwatny bagaż podręczny. Trudno jest się motać w chustę na pokładzie samolotu. Może zatem lepiej rozważyć nosidło? Albo wiązanie chusty w podwójny X (koalę), które można wykonać przed odprawą, a następnie jedynie włożyć dziecko i dociągnąć?
  3. warunki na miejscu – poza pogodą warto wziąć pod uwagę warunki, jakie zastaniemy u celu podróży np. zakwaterowanie (hotel czy kemping), sposób przemieszczania się po kraju, region, w którym będziemy przebywać (miasto czy dziki obszar).

Ciepłe kraje

Chusta

Jeśli wybieramy się do ciepłych krajów, warto pamiętać, że może tam być naprawdę gorąco. Odpowiednie będą chusty z lnem (koniecznie używane, bo nowe są bardzo sztywne i trudne w użytkowaniu przez pierwszych kilka miesięcy), bambusem, konopiami, seacell, tencelem lub z cienkiej bawełny. Spośród wymienionych najwygodniejszy będzie len, gdyż jest gruby i mocny (nawet wielogodzinne obciążenie nie będzie aż tak bardzo odczuwalne dla rodzica), a jednocześnie znakomicie odprowadza wilgoć. Jeśli zaś planujemy zażywać kąpieli, mamy do dyspozycji ciekawą ofertę chust do wody. Kolor również ma znaczenie. Arabowie już dawno temu odkryli, że jasne barwy (żółty, biały, czerwony, różowy) odbijają światło słoneczne, podczas gdy ciemniejsze je absorbują.
Jeśli nie ma żadnych przeciwwskazań zdrowotnych do asymetrycznego noszenia, można wziąć ze sobą chustę kółkową, rebozo albo tongę. Są banalne w obsłudze i przewiewne, gdyż nie otulają szczelnie ani dziecka, ani noszącego. Pamiętajmy jednak, że wiązanie na biodrze nie zapewnia 100% swobody noszącemu.

Nosidło

Najlepszym nosidłem podróżnym jest zdecydowanie kompaktowe onbuhimo, czyli nosidło bez pasa biodrowego. Warto też zwrócić uwagę, czy materiał, z którego jest wykonane, posiada filtry UV.
Ubranko dla dziecka powinno być luźne i przewiewne, najlepiej z lnu albo cienkiej bawełny. Koniecznie pamiętajmy o ochronie głowy i stópek. Nie zaszkodzi także zabrać lub kupić na miejscu przeciwsłoneczny parasol. Nogi dziecka można dodatkowo osłonić wilgotną pieluchą, przewiązaną w pasie rodzica.

Zimne rejony

Chusta

Chłodniejszy klimat wymaga zastosowania innych narzędzi. Na zimę warto wybrać chustę z wełną (najpopularniejsze to domieszka merino, ale też kaszmir lub alpaka) lub z grubej bawełny.
Dobrze przed wyjazdem poćwiczyć wiązania warstwowe np. podwójny X, podwójny hamak, plecak hanti, dzięki którym dziecku będzie cieplej (co dwie warstwy, to nie jedna!).
Jeśli podróżujecie z naprawdę małym dzieckiem (ważącym do 7 kg) być może dobrym rozwiązaniem będzie chusta elastyczna (z domieszką sztucznych włókien). Zakłada się ją nieco inaczej niż chustę tkaną, nie dociąga. Wystarczy natomiast założyć ją raz i można wielokrotnie wkładać do niej dziecko i je z niej wyjmować (co może mieć duże znaczenie w podróży). Podobne zastosowanie ma wiązanie podwójny X, z tym, że nie jest odpowiednie dla najmłodszych, niesiadających jeszcze niemowląt.

Nosidło

Jeśli zabieracie nosidło, upewnijcie się, że zmieści się ono pod kurtką do noszenia lub pod obszerną odzieżą wierzchnią (np. nie będą dziecku wystawać stopy). Powinno być ergonomiczne, czyli wygodne dla dziecka i rodzica.

Cechy dobrego nosidła to:

  • daje wsparcie nóżkom dziecka od kolanka do kolanka,
  • nie powoduje nacisku na nerw kulszowy (zapewnia tyłozgięcie miednicy),
  • zapewnia podparcie na całej długości plecków dziecka,
  • nie posiada żadnych usztywnień,
  • można je wygodnie regulować,
  • ma kaptur.

Ważnym elementem wyprawy na daleką Północ będzie odpowiednie ubranie. Należy pamiętać, że przy skórze dziecka powinny znajdować się jak najbardziej naturalne włókna (wełna) albo włókna sztuczne. Należy unikać bielizny bawełnianej, ponieważ nie odprowadza ona wilgoci i dziecko po prostu w niej zmarznie. Bezwzględnie należy pamiętać o osłonięciu nóżek, rączek i główki (kominiarka!).

Podróże kształcą

Jean Liedloff, badaczka społeczności tradycyjnych, w swojej słynnej książce W głębi kontinuum powtarza wielokrotnie, że dziecko powinno wszędzie towarzyszyć dorosłym. Potwierdzają to również najnowsze badania nad rozwojem mózgu dziecka – niemowlę rozwija się społecznie, jeśli przebywa wśród innych ludzi. Wszelka społeczna deprywacja prowadzi do deficytów na tym polu.
Podróże z małymi dziećmi (już od pierwszych miesięcy życia) bardzo dobrze wpływają na ich rozwój poznawczy, mimo że dzieci przed 3. rokiem życia nie posiadają jeszcze w pełni rozwiniętej pamięci epizodycznej (miejsc i zdarzeń), ani semantycznej (faktów i wyobrażeń). Krótko mówiąc – częste przebywanie wśród innych ludzi, pomaga dziecku przyswoić i zintegrować informacje o świecie.