Kategorie
zdrowie

Dlaczego nie warto zmuszać dziecka do jedzenia?

Dlaczego jedzenie jest tak ważne?

Nie mam wątpliwości, że działaniom rodziców przyświecają jedynie troska i dbałość o zdrowie dziecka. Przez wiele lat dobry apetyt był synonimem zdrowia i dobrego funkcjonowania. I choć u dorosłych cenimy szczupłą sylwetkę i umiejętność opierania się pokusie, to podświadomie wydaje nam się, że małe dziecko powinno być rumiane, pulchniutkie i umazane czekoladą.
Jesteśmy w zasadzie pierwszym pokoleniem, które dorastało w czasach względnego dobrobytu. Nasi rodzice pamiętają puste półki w sklepach w czasach PRL-u, dziadkowie czas drugiej wojny światowej. Wtedy nic się nie mogło zmarnować. Dla dzieci zostawiało się najlepsze kąski, często kosztem własnego posiłku. Dlatego żeby nadrobić te “pokoleniowe braki”, chcemy dać naszym dzieciom to, co najlepsze. Nawet jeśli to więcej, niż są one w stanie przyjąć.
Dla wielu matek (rodziców!) przygotowanie posiłku jest też wyrazem troski okazywanej członkom rodziny. To ich osobisty trud i wysiłek. Dlatego fakt, że dziecko odmawia zjedzenia posiłku, często (nawet w sposób nieuświadomiony) traktowany jest jako osobista zniewaga.

Zmuszanie do jedzenia jest formą przemocy?

Większość problemów z jedzeniem zaczyna się w momencie rozszerzania diety. Dopóki niemowlę spożywa tylko mleko, jesteśmy w stanie zaufać mu w kwestii regulowania jego apetytu. Większość matek raczej uskarża się na maluchy “wiszące na piersi” niż takie, które mlekiem gardzą.
W momencie rozszerzania diety przestajemy jednak ufać dziecku i zaczynamy spoglądać w tabelki. Mimo iż aktualne oficjalne rekomendacje brzmią: “Rodzic decyduje o tym, co dziecko zje, a dziecko – ile (i czy w ogóle) zje”, ciężko nam tak zupełnie wyłączyć kontrolę i zdać się na dziecięcy apetyt. Pół biedy, jeśli malec plasuje się dobrze w siatkach centylowych. Jeżeli jednak jest poniżej 50. centyla, niepokój rodzica wzrasta podwójnie. Patrząc na dzieci, zapominamy o tym, że mają prawo mieć różną budowę i różne potrzeby – zupełnie jak dorośli.
Tymczasem dziecko nie ma pojęcia o zaleceniach lekarza, o siatkach centylowych i o wymaganiach, które są wobec niego stawiane. Małe dziecko potrzebuje jedzenia, by żyć, poruszać się i rosnąć. Dlatego to, co robi rodzic, jest dla niego kompletnie niezrozumiałe. Świetnie opisuje to Carlos Gonzales w swojej książce “Moje dziecko nie chce jeść”:
“Dla niemowlęcia matka jest wszystkim. (…) Od pewnego czasu jednak coś jest nie tak. Dziecko płacze, bo za dużo zjadło, a matka, zamiast wysłuchać go jak zawsze, zmusza je, by jadło jeszcze więcej. I za każdym razem jest coraz gorzej: łagodne początkowo nalegania szybko przechodzą w krzyki, płacze i groźby. Twoje dziecko nie może pojąć, dlaczego tak się dzieje. Nie wie, czy zjadło więcej czy mniej, niż napisali w książce, niż powiedział pediatra, niż zjada dziecko sąsiadki. Nie słyszało o wapniu, żelazie ani o witaminach. Nie rozumie, że robisz to wszystko tylko dla jego dobra. Wie tylko, że od takiej ilości jedzenia boli je brzuszek, a mimo to wciska mu się jeszcze więcej. Dla niego takie zachowanie matki jest równie niezrozumiałe, co bycie czy wystawiane na noc nago na balkon. Wiele dzieci spędza całe godziny, czasem nawet sześć godzin dziennie, “jedząc”, a dokładniej walcząc z matką nad talerzem pełnym jedzenia. Dziecko nie wie dlaczego. Nie wie, ile to potrwa (innymi słowy, wydaje mu się, że całą wieczność). Nikt nie przyzna mu racji, nikt nie doda otuchy. Osoba, którą kocha najbardziej na świecie, jedyna osoba, której może zaufać, najwyraźniej zwróciła się przeciwko niemu. Cały jego świat rozpada się na kawałki”.
Normy, tabelki, zalecenia, grafiki – to wszystko są uśrednione liczby, które dla małego dziecka nic nie znaczą. Najbardziej kalorycznym posiłkiem, jakie może dostać niemowlę, jest mleko mamy. Cała reszta to pokarmy uzupełniające.
Jeśli chodzi o starsze dzieci, warto zaufać ich intuicji. Stosowanie szantażu, przekupstwa czy włączanie telewizji może zadziałać doraźnie. Warto jednak wziąć pod uwagę fakt, że poza odżywianiem, swoim zachowaniem kształtujemy w dzieciach także pewne wzorce i nawyki żywieniowe, z których będą korzystały przez całe życie. Karmienie na siłę w dłuższej perspektywie przyniesie więcej szkody niż pożytku – dziecko nie będzie potrafiło kontrolować swojego ośrodka głodu i sytości, przez co w późniejszym latach będzie narażone na otyłość lub na zaburzenia łaknienia takie jak bulimia czy anoreksja.
[reklama_col id=”57104, 57105, 57106″]

Co zrobić, gdy dziecko faktycznie nie chce jeść?*

  • Przede wszystkim warto przeanalizować, co to znaczy, że dziecko nie chce jeść.

    Nie je warzyw, owoców, zup? Często rodzicom wydaje się, że w trakcie posiłku dziecko nic nie je, a tymczasem kiedy gruntowanie przeanalizują to, co zjadło w trakcie dnia, okaże się, że było tyle przekąsek w tzw. międzyczasie, że nic dziwnego, że malec odmawia dalszego jedzenia. Dlatego w pierwszej kolejności warto przyjrzeć się temu, co dziecko je w ciągu dnia: niewinny banan, soczek, wafelki ryżowe, choć zdrowe, mogą być bardzo sycące. Może warto zrezygnować z przekąsek?

  • Podczas posiłków nie ma sensu karmić dziecka, zabawiać, podsuwać mu różne dystraktory.

    Malec powinien nauczyć się jeść świadomie. Jeśli uzna, że skończył posiłek, nie warto namawiać go do dodatkowych kęsów. Jeśli dziecko nic nie zjadło, można upewnić się, że rozumie, że następnym posiłkiem będzie na przykład kolacja. Starajmy się nie oferować produktów alternatywnych, a już na pewno nie niezdrowych przekąsek, byleby dziecko zjadło cokolwiek.

  • Stosowanie różnych parafarmaceutyków, “by niejadek zjadł obiadek”, to również nie najlepsze wyjście.

    Pomijając wątpliwy skład tego typu syropków, uważam, że jest to po prostu niehumanitarne. Uciekanie się do podstępu i faszerowanie dziecka substancjami na pobudzenie apetytu to zwyczajna manipulacja i wykorzystywanie swojej przewagi i siły. Zanim uciekniemy się do takich metod, warto zadać sobie pytanie, czy chciałabym (lub chciałbym), żeby mnie ktoś podtuczał bez mojej wiedzy i zgody. Poza tym nie zbadano długoterminowych skutków podawania takich ‘’lekarstw”. Nie wiadomo, czy swoim działaniem nie upośledzą ośrodków głodu i sytości, co może spowodować poważne zaburzenia łaknienia w przyszłości. Jednocześnie fałszywa poprawa apetytu może zaburzyć postawienie prawidłowej diagnozy, w przypadku gdy niechęć do jedzenia faktycznie jest objawem jakiejś choroby.

  • Nie szantażuj, nie przekupuj, nie nagradzaj.

    Warto trzymać się maksymy: “Jemy, aby żyć, nie żyjemy, aby jeść”.

  • Zważ!

    Doskonałym pomysłem wydaje mi się propozycja dr. Gonzalesa. Oto prosty eksperyment, który ma za zadanie dowieść, że dziecko nie jest w stanie zagłodzić się na śmierć. Jak to zrobić? Wystarczy je zważyć. Następnie pozwolić mu jeść tak, jak ma w zwyczaju (trzymając się zalecenia, że rodzic decyduje co, a dziecko ile). Po tygodniu zważyć dziecko ponownie. Jeśli nie straciło na wadze więcej niż kilogram, nie należy się przejmować (wahania do 1 kg są zupełnie fizjologiczne i związane np. z wydalaniem).

* Oczywiście zdarzają się sytuacje, gdy brak apetytu lub niechęć do spożywania określonych pokarmów jest zwiastunem jakiegoś głębszego problemu. Ale z reguły niechęć do jedzenia nie jest wtedy jedynym symptomem i widać problemy także w innych aspektach funkcjonowania. Warto wtedy dla pewności sprawdzić dziecku poziom żelaza, by wykluczyć anemię, i/lub przepadać je pod kątem zaburzeń integracji sensorycznej.

Zachęcając do zjedzenia “jeszcze jednego ziemniaczka” i “jeszcze gryza bułeczki”, a także robiąc z jedzenia narzędzie kontroli, możemy poważnie zaszkodzić zdrowiu dziecka

A polskie dzieci są jedynymi z najszybciej tyjących w Europie! Na pewno duży wpływ na to ma niska jakość spożywanych posiłków (słodycze, słone przekąski, gazowane napoje, fast foody proponowane, by dziecko zjadło “cokolwiek”) i niewystarczająca ilość ruchu, ale ważnym czynnikiem jest tu właśnie przekarmianie. Jako rodzice zapominamy, że maluchy, zupełnie jak dorośli ludzie, mogą mieć różne apetyty i różne zapotrzebowania kaloryczne.
Żywienie dziecka jest obarczone presją społeczną. To, czy “ładnie je”, to w oczach wielu osób osobista zasługa matki. Dlatego tak bardzo zależy nam na tym, by nasze dzieci były dobrze odżywione – świadczy to o nas jako o rodzicach: o naszym statusie materialnym, zdrowiu, dobrobycie czy nawet umiejętnościach kulinarnych. Być może nawet nie uświadamiamy sobie tego, ale zależy nam na tym, by być pozytywnie ocenianym. Nie dajmy jednak wpędzić się w pułapkę – priorytetem jest tu zdrowie i dobre samopoczucie naszych dzieci.
Foto: flikr.com/ansik

Kategorie
zdrowie

Tłuszcze w diecie dzieci – co jeść, a czego unikać

Rodzaje tłuszczów

Dietetycy i lekarze wyróżniają tłuszcze roślinne i zwierzęce (podział ze względu na źródło pochodzenia) oraz nasycone i nienasycone (podział ze względu na budowę).
Tłuszcze stałe to najczęściej tłuszcze nasycone pochodzenia zwierzęcego, takie jak: smalec, masło, śmietana, tłuszcz znajdujący się w wołowinie czy wieprzowinie, ale stałe mogą być także tłuszcze roślinne – np. olej kokosowy. Tłuszcze nienasycone występują w olejach (w temperaturze pokojowej zachowują stan ciekły), najważniejsze z nich to wielonienasycone kwasy omega-6 i omega-3, których organizm człowieka nie jest w stanie sam wyprodukować.
Dziś już wiemy, że warto zdecydowanie zmniejszyć spożycie tłuszczów nasyconych, odpowiedzialnych za wysoki poziom cholesterolu we krwi, który może prowadzić do rozwoju miażdżycy. Podległy Ministerstwu Zdrowia Instytut Żywności i Żywienia wykazuje w swoich analizach, że zmiana żywienia, jaka nastąpiła w XX wieku (zmniejszenie spożycia tłuszczów zwierzęcych na rzecz tłuszczów roślinnych), znacząco przyczyniła się do zmniejszenia umieralności z powodu chorób układu krążenia.
[reklama id=”61831″]

Rola tłuszczów w diecie dziecka

Dieta dzieci wymaga szczególnej uwagi. Rozwijający się organizm potrzebuje zbilansowanych posiłków, które dostarczą mu właściwych składników odżywczych, niezbędnych do budowy tkanek i prawidłowego funkcjonowania.

Tłuszcze pełnią wiele funkcji w organizmie, m.in.:

  • Biorą udział we wchłanianiu i transporcie witamin rozpuszczalnych w tłuszczach (A, D, E i K), których niedobór może zaburzać prawidłowy rozwój i wzrost dziecka.
  • Stanowią element budujący błony komórkowe oraz hormony, tym samym wpływają na odpowiedni poziom hormonów i ich właściwy transport.
  • Wspierają rozwój siatkówki oka.
  • Wpływają na rozwój mózgu.

Dodatkowo poprawiają smak i zapach pokarmów, co może mieć duże znaczenie podczas wprowadzania nowych produktów do diety małego dziecka.
W ostatnich latach liczne badaniach naukowe wykazały korzystny wpływ wielonienasyconych kwasów tłuszczowych na organizm człowieka. Badaniami tymi objęto między innymi kwasy omega-3 i omega-6, których organizm ludzki nie jest w stanie syntetyzować (dlatego tak ważne jest, aby były mu one dostarczane wraz z pożywieniem, na przykład pod postacią ryb i owoców morza).
Wśród najważniejszych kwasów omega-3 wyróżniamy: ALA (kwas alfalinolenowy; jest zaangażowany w prawidłową resorpcję kości, utrzymując je w dobrej kondycji), EPA (kwas eikozapentaenowy; odgrywa ważną rolę w funkcjonowaniu układu nerwowego), DPA (kwas dokozapentaenowy), DHA (kwas dokozaheksaenowy; szczególnie ważny w rozwoju układu nerwowego oraz narządów takich jak mózg, serce, siatkówka).

Bardzo duże znaczenie dla organizmu ma stosunek kwasów nienasyconych omega-6 do kwasów omega-3, który w zdrowej diecie powinien wynosić 3:1 lub 2:1. Badania przeprowadzone na Georgetown University pod kierownictwem profesora onkologii Fung Lung Chunga wykazały, że zbyt wysokie spożycie kwasów omega-6 w stosunku do kwasów omega-3 może mieć działanie rakotwórcze ze względu na tworzenie się związków addytywnych powodujących mutacje DNA (gumc.georgetown.edu).

Źródło: ro.uow.edu.au

Badania (ro.uow.edu.au) wykazały, że dzieci z deficytami uwagi (ADHD) mają niski poziom kwasów nienasyconych. Inne badania (ncbi.nlm.nih.gov) sugerują natomiast, że wzbogacenie posiłków w kwasy omega-3 może przyczynić się do złagodzenia objawów tego zaburzenia.

Olej rzepakowy w połączeniu z olejem słonecznikowym to idealny zestaw dla najmłodszych

Małym dzieciom wszelkich niezbędnych kwasów tłuszczowych dostarcza mleko mamy. W drugim roku życia mózg podlega intensywnym zmianom (do których niezbędne są nienasycone kwasy tłuszczowe), dlatego też WHO zaleca karmienie naturalne do końca drugiego roku życia i dłużej. Gdy mleko mamy przestaje być główny pokarmem dziecka, rozszerzając dietę malucha, warto zwrócić uwagę na rodzaje podawanych mu tłuszczów.

Zalecanym tłuszczem dla najmłodszych jest bezerukowy olej rzepakowy. Oto dlaczego:

  1. W oleju rzepakowym występuje idealna proporcja nienasyconych kwasów omega-6 do kwasów omega-3, dlatego olej rzepakowy i słonecznikowy (najlepiej jako gotowa mieszanina w odpowiednich proporcjach) to najlepsza propozycja dla najmłodszych, u których niezbędna jest podaż nienasyconych kwasów tłuszczowych.
  2. Nienasycone kwasy tłuszczowe zawarte w oleju rzepakowym są szczególnie ważne u dzieci ze względu na dynamiczny rozwój ich mózgu i układu nerwowego. Kwasy te biorą również udział w budowaniu nowych komórek oraz wspierają rozwój siatkówki oka.
  3. Olej rzepakowy jest bogaty w witaminy A i E, wspiera też wchłanianie witamin rozpuszczalnych w tłuszczach, czyli A, D, E i K.
  4. Olej rzepakowy pomaga zachować równowagę hormonalną oraz usprawnia transport hormonów w organizmie.

Należy zwrócić szczególną uwagę na to, by podawany olej rzepakowy był naturalny i tłoczony na zimno (najlepiej naturalną metodą).
Olej rzepakowy powinien być także bezerukowy, czyli nie powinien zawierać kwasu erukowego – organicznego związku chemicznego (jednonienasyconego kwasu tłuszczowego omega-9) występującego w rzepaku i gorczycy. Badania wykazały, że wpływa on na otłuszczenie serca i wątroby oraz działa hamująco na wzrost organizmu (stosowna informacja powinna znaleźć się na opakowaniu lub stronie internetowej producenta).

Jak podawać dzieciom właściwe oleje?

Oleje roślinne (a w szczególności olej rzepakowy) to najlepszy dodatek do pierwszych zupek czy kaszek. Najlepiej dodawać je bezpośrednio do potraw. Olejów naturalnie tłoczonych na zimno nie należy podgrzewać ani na nich smażyć.
Zalecana dzienna dawka oleju rzepakowego to:

  • dla osoby dorosłej – 2 łyżki,
  • dla dziecka w wieku 6–12 miesięcy – 31–43 g,
  • dla dzieci od 1 do 3 lat – 33–39 g.

Jedna łyżka oleju to około 12–15 gramów tłuszczu.
Należy pamiętać, że w innych produktach podawanych dziecku (w rybach, awokado, orzechach itp.) również występują tłuszcze, zatem ilość oleju rzepakowego dodawanego do posiłku powinna być odpowiednio dobrana i przeliczona.

Jakie oleje kupować i jak je przechowywać?

  • Najlepsze oleje to te tłoczone na zimno (do 40°C), naturalne, nierafinowane; rafinacja to proces obróbki w wysokich temperaturach z użyciem rozpuszczalników chemicznych, w których nienasycone kwasy tłuszczowe przekształcają się w niebezpieczne tłuszcze trans.
  • Naturalne oleje należy przechowywać w ciemnych butelkach w chłodnym miejscu (najlepiej w lodówce, w temperaturze 4–10°C) i nie dłużej niż 6 miesięcy od daty tłoczenia, aby zawarte w nich kwasy tłuszczowe nie uległy zniszczeniu.
  • Oleje tłoczone na zimno zachowują swoje wartości odżywcze oraz naturalne witaminy i nie są wzbogacane o sztuczne składniki (syntetyczne witaminy czy barwniki).
  • Najbardziej wartościowe są oleje roślinne pochodzące z małych tłoczni, pozyskiwane metodami tradycyjnymi, w przypadku których czas pomiędzy produkcją a dostarczeniem do konsumenta jest jak najkrótszy. Takie oleje dostępne są w polecanej przez nas rodzinnej manufakturze Olini.

Zdrowe i zbilansowane posiłki to podstawa dobrego samopoczucia, a w przypadku dzieci – również prawidłowego rozwoju. Dobry tłuszcz powinien być niezbędnym elementem codziennej diety, nie należy się go bać! Warto wybierać oleje naturalne, rodzimej produkcji i wytwarzane z dbałością o każdy szczegół.

Polecamy naturalny olej dla dziecka (tłoczony na zamówienie) z Olini.pl

Kategorie
zdrowie

10 rzeczy wzmacniających i 10 osłabiających odporność

Mleko mamy

Zdolność do obrony organizmu przed patogenami z wykorzystaniem przeciwciał maluch nabywa od pierwszego dnia życia. Buduje ją m.in. dzięki substancjom znajdującym się w mleku mamy. Znajdziemy w nim, obok białka, tłuszczów, witamin, składników mineralnych, również węglowodany stymulujące namnażanie się dobrych bakterii w jelitach oraz przeciwciała pochodzące od matki. Badania pokazują, że dzieci karmione wyłącznie mlekiem matki w ciągu pierwszych sześciu miesięcy życia chorują nawet kilkakrotnie razy mniej, niż te karmione sztucznym mlekiem. Jeden z powszechnych mitów dotyczących karmienia piersią mówi, że przeciwciała znikają z mleka matki po roku karmienia. To nieprawda – przeciwciała matka dostarcza swojemu dziecku przez cały okres karmienia.

Zrównoważona dieta

A więc taka, która jest bogata w składniki odżywcze, sezonowa, oparta na lokalnych, nieprzetworzonych produktach, naturalna i zdrowa. Zrównoważona dieta jest bogata w warzywa, owoce, pełnoziarniste produkty, nienasycone kwasy tłuszczowe, białko (roślinne bądź zwierzęce). Taka równowaga w diecie pozwala utrzymać ciało w zdrowej kondycji i wzmocnić naszą odporność, szczególnie w trakcie sezonowych przesileń. To właśnie od tego, co jemy, zależy nasze samopoczucie, zdrowie i jakość naszego życia. To, jak odżywia się dziecko, ma realny wpływ na jego kondycję w dorosłym życiu. Im lepiej skomponowana dieta, tym lepiej funkcjonuje cały nasz organizm. I tym lepiej chronimy się przed niesprzyjającymi warunkami zewnętrznymi.

10 produktów wzmacniających odporność

1. Olej lniany

Badania wykazały, że dzieci przyjmujące pół łyżeczki oleju lnianego dziennie cierpiały na mniej infekcji układu oddechowego niż dzieci, które nie spożywały tego produktu. Wszystko dzięki dużej zawartości kwasów tłuszczowych omega-3, które wzmacniają odporność poprzez zwiększenie aktywności fagocytów – białych krwinek pochłaniających bakterie. Olej lniany można dodawać do owsianki, jogurtu bądź koktajli. Należy spożywać go na zimno.
Przeczytaj: Siemię lniane, olej lniany. Wszystko, co warto o nich wiedzieć

2. Imbir

Kłącze imbiru (zarówno świeże, jak też suszone), zwalcza bakterie chorobotwórcze, pobudza wydzielanie soków trawiennych, poprawia ukrwienie kończyn, skóry i mózgu. Działa przeciwgrzybicznie, przeciwwirusowo, przeciwzapalnie i wzmacniająco na organizm. Można wcierać go w skórę przy przeziębieniach, ale dobrym pomysłem na przemycenie imbiru do codziennej diety malucha jest dodawanie go w postaci przyprawy (suszony nie sproszkowany) do potraw, bądź podawanie w formie imbirowego napoju (0,5 łyżeczki imbiru wystarczy zalać gorącą lub ciepłą wodą, dodać cytrynę i dosłodzić miodem). Pamiętajmy, że jest to napój mocno rozgrzewający i należy podawać go małym dzieciom w niewielkich ilościach. 
Przeczytaj: Imbir – pomoc na kaszel, gorączkę, grypę i przeziębienie

3. Cebula

Cebula jest bogatym źródłem fitoncyd – naturalnych substancji o działaniu bakteriobójczym. Ponadto stanowi świetne źródło witaminy C. Warzywo można oczywiście dodawać do codziennych posiłków, ale sprawdza się również w postaci syropu, który wzmacnia organizm i pomaga zwalczać kaszel. Wystarczy posiekać drobno cebulę i zasypać obficie ksylitolem, bądź zalać miodem. Całość odstawić pod przykryciem. Po pięciu godzinach cebula powinna puścić sok. Wbrew pozorom smakuje to całkiem dobrze i nie trzeba zachęcać dzieci, by pić cebulowy specyfik.
[reklama id=”69757″]

4. Kasza jaglana

Zwana królową wszystkich kasz, jest bogatym źródłem witamin z grupy B, zawiera lecytynę, wapń, potas, żelazo, tryptofan (który jest cennym aminokwasem). Kleik z kaszy jaglanej przygotowany dla malucha, wzmacnia organizm i pomaga w leczeniu przeziębienia. Do kleiku warto dorzucić sezonowe owoce – takie śniadanie z kaszą jaglaną wzmocni organizm, oczyści go i doda energii na cały dzień.
Przeczytaj: Kasza jaglana – królowa kasz

5. Kapusta

Tradycyjna polska kapusta jest doskonałym źródłem witaminy C i K, zawiera sporo witaminy E oraz potasu, a oprócz tego beta-karotenu, błonnika, kwasu foliowego i sporo substancji mineralnych. Znajdująca się w niej siarka działa antyseptycznie na drogi oddechowe, a jej lecznicze właściwości są niezależne od tego, w jakiej postaci ją zjadamy. Jedzenie kapusty wzmacnia odporność, pomaga zwalczyć infekcje, kaszel, grypę.

6. Czosnek

Wyjątkowo skuteczna broń przeciwko infekcjom bakteryjnym, wirusowym oraz pasożytniczym. Świeży, zmiażdżony czosnek wydziela allicyny, czyli substancję, która posiada silniejsze działanie antybiotyczne niż penicylina czy tetracyklina. Można go używać w leczeniu przeziębień, ale też spożywać profilaktycznie dla wzmocnienia organizmu. Czosnek doskonale komponuje się z różnymi potrawami. Można spożywać go w formie syropu: 10 rozgniecionych ząbków czosnku zalewamy szklanką miodu i szklanką soku wyciśniętego z cytryn. Miksturę przelewamy do słoika i przechowujemy w lodówce do kilku tygodni.  

7. Syrop z pędów sosny

Zdrowotne właściwości pędów sosny zawdzięczamy goryczom – związkom wzmacniającym odporność organizmu, a także flawonoidom – które charakteryzują się działaniem przeciwutleniającym, przeciwzapalnym i rozkurczowym. W pędach sosny jest też sporo witaminy C i soli mineralnych. Syrop z pędów sosny ma właściwości wykrztuśne i bakteriobójcze. Można go stosować również profilaktycznie – dodając 1 łyżkę do herbaty bądź wody.

8. Pierzga pszczela

Inaczej pyłek pszczeli, stanowi bardzo cenną odżywkę uzupełniającą dzienne racje żywnościowe w aminokwasy, biopierwiastki i witaminy. Wzmacnia organizm i chroni przed infekcjami. Działa antyanemicznie, detoksykacyjnie, antydepresyjnie, antyalergicznie i antybiotycznie.

9. Migdały

Wystarczy garść migdałów dziennie, by ukoić nerwy, poprawić nastrój i… wzmocnić odporność (co zawdzięczamy witaminom: E i B2). Dzięki temu, że nie są całkowicie trawione, w jelitach stają się pożywką dla dobroczynnych probiotyków, chroniących przed szkodliwymi bakteriami. To jedna z najzdrowszych przekąsek, którą możemy serwować maluchom, o ile nie mają alergii na orzechy.

10. Kiszonki

W Polsce najczęściej spotykamy kiszoną kapustę i ogórki, ale w różnych rejonach świata kisi się również oliwki, jabłka, grzyby czy pomidory. Kiszonki są cennym źródłem błonnika pokarmowego, a także ważnych bakterii fermentacji mlekowej. Dodatkowo, w kiszonych produktach znajdziemy sporo witaminy A, C i witamin z grupy B, które zapewniają odporność naszym organizmom. Dlatego właśnie kiszonki można śmiało włączyć do codziennego jadłospisu, szczególnie zimą, gdy dostęp do świeżych warzyw i owoców jest znacznie ograniczony.
Przeczytaj: Kiszonki – lepsze niż probiotyki

10 rzeczy, które osłabiają odporność

1. Mleko modyfikowane

Mleko modyfikowane powstaje na bazie mleka krowiego i trudno porównywać je z tym, jakie korzyści daje dziecku naturalne karmienie piersią. Aby poprawić odporność niemowlęcia karmionego butelką, dodaje się do sztucznych mieszanek probiotyki i prebiotyki. Te same, które naturalnie występują w mleku kobiecym. Trudno jednak mówić o tym, by były one tak dobrze przyswajalne, jak te z mleka mamy (przyswajalność z mleka kobiecego sięga 100 procent). Natury nie da się podrobić. Dlatego jeśli tylko masz szansę, wybieraj pierś, zamiast mieszanki.

2. Produkty mleczne

Wielkie koncerny spożywcze próbują nam wmówić, że bakterie probiotyczne zawarte w jogurtach podnoszą naszą odporność. Niezależny panel naukowców EFSA przebadał je i stwierdził, że hasła którymi kusi się konsumentów w reklamach nie mają pokrycia w rzeczywistości i produkty te nie działają korzystnie na nasz układ immunologiczny. Korzystniejsza od picia jogurtów probiotycznych może być dieta bogata w prebiotyki, a więc składniki pokarmowe pochodzenia roślinnego, które nie ulegają procesom trawiennym w układzie pokarmowym. Działają one odżywczo na dobroczynne bakterie i stymulują rozwój prawidłowej flory w jelitach. Znajdziemy je w naturalnych produktach typu: cebula, czosnek, pory, szparagi, cykoria, płatki zbożowe.

3. Cukier

Cukier niszczy śledzionę i żołądek, podrażnia układ nerwowy i powoduje zużycie ważnych dla organizmu witamin i soli mineralnych. Przyspiesza też spadek poziomu energii, mimo że pierwszym wrażeniem po zjedzeniu czegoś słodkiego jest intensywne pobudzenie. Ponadto cukier jest substancją silnie uzależniającą. Gdy mamy ochotę na coś słodkiego, sięgnijmy po suszone owoce, bądź wypieki słodzone ksylitolem lub stewią, a nie białym cukrem.

4. Produkty oczyszczone

Produkty z białej mąki (pieczywo, makarony, ciasto do pizzy) pozbawione są substancji mineralnych i witamin, a także błonnika. Dodatkowo są to produkty wysoko przetworzone, upośledzające działanie systemu immunologicznego. Wszystko za sprawą tego, że biała mąka szybko przekształca się w glukozę. Jej zbyt wysoki poziom sprawia, że nasz organizm z trudem radzi sobie z bakteriami i wirusami.

5. Częste spożywanie mięsa

Nadmierne spożycie białka pochodzenia zwierzęcego, może powodować zwiększoną produkcję hormonu IGF-1. To hormon odpowiadający m.in. za rozwój i podział nowych komórek. Naukowcy twierdzą, że jego nadmiar może osłabiać działanie systemu immunologicznego i wpływać na rozwój chorób, m.in. nowotworów. Według zaleceń dietetyków, białko powinno dostarczać około 30 procent kalorii dziennie i nie więcej niż 10 procent z tej sumy może być pochodzenia odzwierzęcego.

6. Owoce cytrusowe

Owoce cytrusowe wychładzają organizm, co jest właściwością korzystną w przypadku osób zamieszkujących regiony o gorącym klimacie. Polską zimą wychłodzenie organizmu nie jest korzystne, a nadmierne spożywanie cytrusów w tym okresie raczej nam nie służy (poza tym, że cytrusy są źródłem witaminy C, możemy ją odnaleźć również w polskich, lokalnych owocach i warzywach – np. cebuli, dzikiej róży). Dużo lepszym napojem rozgrzewającym, zamiast herbaty z cytryną, jest herbata z sokiem malinowym lub wiśniowym. Rozgrzewająco działają też przyprawy takie jak imbir, cynamon czy wanilia.

7. Żywność wysoko przetworzona

Wysoko przetworzona żywność to ta, która w swoim składzie zawiera masę konserwantów i sztucznych dodatków. To wszelkie jedzenie typu fast-food. Powszechnie uznawane za niezdrowe, mocno zanieczyszcza jelita, które są jednym z głównych organów wpływających na kondycję naszej odporności. Im więcej „śmieciowego jedzenia” dajemy naszym dzieciom, tym trudniej ich organizmom walczyć z patogenami.

8. Nadmiar soli

Sól znajdziemy w serach, kiełbasie, wędlinach, kostkach rosołowych… Jej nadmiar w organizmie nie tylko psuje zmysł smaku dzieci (co przyczynia się do tego, że maluch nie chce jeść zbóż i warzyw, a wybiera produkty ze sztucznie wzbogaconym smakiem), ale obciąża nerki oraz korę nadnerczy. Zatrzymuje wodę w organizmie i jest przyczyną powstania nadciśnienia tętniczego w wieku dorosłym.

9. Soki z zagęszczanych soków lub przecierów i napoje gazowane

Do produkcji soków zagęszczanych używa się koncentratów, w przypadku których dozwolone jest używanie cukru i syropu glukozowo-fruktozowego. Producent nie ma też obowiązku podawania informacji o wzbogaceniu swojego produktu w cukier, o ile nie dodano go więcej, niż 2 łyżeczki na litr. Napoje gazowane są natomiast jedną, cukrową bombą, która w samych Stanach Zjednoczonych powoduje więcej zgonów, niż spożywanie narkotyków. Takie napoje zawierają także kofeinę, sztuczne barwniki, aromaty i inne szkodliwe dodatki, które szkodzą naszemu zdrowiu i obniżają odporność dziecka. Najzdrowszym napojem, również w czasie przeziębienia, jest przegotowana woda.

10. Smażenie

Za każdym razem, gdy smażymy jedzenie na głębokim tłuszczu, powstają w nim tłuszcze trans oraz wolne rodniki  – rakotwórcze substancje, które mogą osłabiać system odpornościowy. Najlepiej zastąpić smażenie gotowaniem bądź pieczeniem. Szczególnie, że poza osłabianiem układu odpornościowego, tłuszcze trans podwyższają poziom cholesterolu we krwi, prowadząc do chorób układu krążenia. Tłuszcze trans znajdziemy nie tylko w smażonych produktach, ale też w żywności wysoko przetworzonej: ciastkach, chipsach, popcornie, słodyczach, sosach w proszku czy zupkach instant.
Przeczytaj: Pechowa 13-tka, czyli czego dziecko nie powinno jeść
 

Kategorie
niemowlę

Czy niemowlęta faktycznie mogą potrzebować odchudzania?

Przyrosty niemowlęcia bywają stresujące

Jeśli maluch przybiera na wadze zbyt wolno lub jest z natury drobny, zdarza się, że lekarze sugerują dokarmianie, bo ich zdaniem mleko mamy nie jest dla niego wystarczające. Antidotum na ten stan rzeczy to (według nich, rzecz jasna) mleko modyfikowane.
Mogłoby się wydawać, że rodzice dużych maluchów mogą odetchnąć z ulgą. Niestety, bardzo często na forach internetowych pojawiają się posty przerażonych mam proszących o radę w tym temacie, na przykład: Mój synek jest w 90 centylu jeśli chodzi o wagę. Lekarka powiedziała, że jest za gruby, kazała oszukiwać go wodą. Co mam zrobić?
Pierwsza odpowiedź, jaka ciśnie się na usta, brzmi: Zmienić lekarza. A potem na spokojnie zapoznać się z faktami i kontynuować karmienie na żądanie!

Dzieci karmionych piersią nie można przekarmić!

Siatki centylowe to wykres statystyczny, stosowany do oceny rozwoju fizycznego dziecka. Dzięki nim można sprawdzić, jak maluch rośnie i przybiera na wadze. Najczęściej stosowane są te dla dzieci do 5 roku życia, z podziałem na płeć. Powinny być także oddzielne dla dzieci karmionych piersią i mlekiem modyfikowanym, niestety często w gabinetach lekarskich stosuje się wyłącznie te dla dzieci karmionych mieszanką. Powód? Po prostu takie siatki lekarze mają pod ręką, bo dbają o to przedstawiciele firm farmaceutycznych). Siatki centylowe dla dzieci karmionych piersią można znaleźć na stronie WHO.

Jak czytać siatki centylowe?

Centyl to wartość od 1 do 100, porównująca dziecko z wszystkimi jego rówieśnikami. Jeśli maluch jest w 50 centylu, oznacza to, że połowa dzieci w tym wieku ma podobne wymiary. Jeśli jego waga znajduję się w 10 centylu, oznacza to, że 10% dzieci w tym samym wieku waży mniej, a 90% więcej. Dzieci mieszczące się pomiędzy 10 a 90 centylem określane są jako tzw. norma szeroka. Wartości poniżej 10 i powyżej 90 centyla wymagają konsultacji z lekarzem, nie muszą jednak oznaczać, że coś jest nie w porządku z dzieckiem. Uwagi wymagają także ewentualne przeskoki pomiędzy parametrami (maluch, który zawsze był w 50, teraz jest w 10) lub duże dysproporcje pomiędzy wagą a wzrostem.
[natuli2]
Bez względu na to, czy dziecko znajduje się w 50, 60, 85 czy 97 centylu, bez obaw – jeśli jest karmione piersią, nie da się go przekarmić czy spowodować u niego otyłości. Przez pierwsze pół roku warto karmić wyłącznie piersią na żądanie, czyli tak często, jak niemowlę sobie tego życzy. Wyłączne karmienie oznacza natomiast niepodawanie innych pokarmów i płynów, w tym także wody. Narzucanie dziecku sztucznych przerw (na przykład co trzy godziny), podawanie wody czy glukozy (bo „cukier w najczystszej postaci w przeciwieństwie do mleka matki nie tuczy”) zamiast mleka, powoduje zaburzenie naturalnego rytmu karmienia.
Przedwczesne (a więc przed ukończeniem przez dziecko pełnych 6 miesięcy) rozszerzanie diety także nie jest antidotum na duże przyrosty. Mimo że słoiczek owoców jest mniej kaloryczny niż mleko mamy, podawanie stałych pokarmów w momencie, gdy układ pokarmowy malucha nie jest jeszcze gotowy na ich trawienie, może skutkować w przyszłości problemami zdrowotnymi. Optymalny czas na rozszerzanie diety to moment około 6 miesiąca życia – to wtedy większość zdrowych niemowląt sygnalizuje gotowość do rozpoczęcia przygody z nowymi smakami. Nie zmienia to jednak faktu, że w dalszym ciągu podstawą żywienia dziecka w pierwszym roku życia powinno być mleko mamy. Inne pokarmy pozwalają raczej maluchowi na zabawę nowymi smakami, fakturami i konsystencjami.
Podobnego zdania jest także Katarzyna Płaza-Piekarzewska, położna i certyfikowana doradczyni laktacyjna, która w rozmowie z redakcją dziecisawazne.pl zauważa:
WHO i AAP jednogłośnie mówią, że niemowlęta przez pierwsze 6 miesięcy powinny być karmione wyłącznie mlekiem mamy, a ich dieta powinna być rozszerzana pod osłoną pokarmu kobiecego dopiero od 6 miesiąca życia, choć niektóre maluchy wykazują gotowość i chęć do smakowania nowych pokarmów już w 5 miesiącu, a inne – dopiero w 7. Warto zauważyć, że także eksperci – czyli Europejskie Towarzystwo Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci – mówią o rozszerzaniu diety od 17 tygodnia życia, ale nie później niż w 26 tygodni życia dziecka.

Mleko mamy to więcej niż pokarm

Nie zapominajmy, że mleko mamy jest dla dzieckiem zarówno pokarmem, jak i napojem, a pierś zaspokaja również potrzebę bliskości i koi stres. Za pomocą odpowiednio częstego karmienia i zmiany piersi maluszek sam reguluje sobie skład mleka. Jeśli tylko mama jest wrażliwa na te potrzeby, nie ma możliwości, by w jakikolwiek sposób zaszkodziła dziecku, natomiast próby ograniczenia karmień mogą negatywnie odbić się na zdrowiu niemowlęcia lub na laktacji mamy.
Zdaniem Katarzyny Płazy-Piekarzewskiej każdy przypadek warto rozpatrywać indywidualnie:
Przyglądając się wadze dzieci karmiących piersią, można dostrzec, że dzieci przybierają różnie. Niektóre w ciągu tygodnia odrabiają masę urodzeniową, a inne potrzebują na to dwóch tygodni. Ważne jest, żeby każde dziecko traktować indywidualnie, a wzrost analizować na siatkach centylowych przeznaczonych dla niemowląt karmionych piersią. Warto też mieć na uwadze, że czasami pojawiają się pomyłki w liczeniu przyrostów masy ciała i może to wprowadzać niepotrzebny zamęt. Dlatego zalecam ostrożność i uważność w liczeniu.
Należy także pamiętać o tym, że dzieci przybierają na wadze skokowo. Raz średnia przyrostów może wyjść zaskakująco duża, a za kilka tygodni już taka zaskakująca nie będzie. Poza tym warto mieć na względzie, że dziecko przy piersi nie zawsze je. Niemowlęta mają bowiem dwa sposoby ssania: odżywczy i nieodżywczy, dlatego też ograniczanie im piersi mija się z celem. Jeśli dziecko będzie chciało pobrać pokarm z piersi, to je pobierze, jeśli nie, to będzie ssać tak, by pokarm nie poleciał. Dodatkowo wyłączne karmienie piersią przez 6 miesięcy zmniejsza ryzyko wystąpienia w przyszłości otyłości. Warto wiedzieć, że jeśli dziecko niedawno jadło i płacze, to być może potrzebuje bliskości, przytulenia, ponoszenia, a niekoniecznie jedzenia. 

Czy duża waga może mieć negatywne konsekwencje dla zdrowia?

Najprawdopodobniej nie. Dzieci karmione mlekiem mamy (bez względu na to, w którym centylu plasują się w okresie niemowlęcym) są w późniejszych latach w dużo mniejszym stopniu narażone na nadwagę, otyłość i cukrzycę. Nawet jeśli ich rączki i nóżki składają się z samych pulchnych fałdek, bez obaw – skład mleka kobiecego nie powoduje namnażania komórek tłuszczowych (w przeciwieństwie do mleka modyfikowanego, dlatego w tym przypadku należy karmić ściśle według zaleceń, ponieważ istnieje ryzyko przekarmienia malucha).
Jeżeli duża waga dziecka niepokoi rodziców, najlepiej zrobić maluchowi komplet badań, by wykluczyć ewentualne problemy ze zdrowiem. Warto to sprawdzić, zwłaszcza jeśli w czasie ciąży mama cierpiała na nadczynność albo niedoczynność tarczycy lub cukrzycę ciążową. Jednak w większości przypadków niemowlęta są duże, bo taka jest ich uroda, i prędzej czy później wyrastają z tego, zmieniając się w chude jak przecinki przedszkolaki.
Przyglądając się siatkom centylowym, dojrzymy skrajności. Niewielki odsetek populacji będzie w 97 centylu. Gdy dzieci są między 90 a 97 centylem, mówimy o nadwadze, a u dzieci powyżej 97 – o otyłości. Natomiast ewidentne odchylenie od normy wagowej może ocenić lekarz, ponieważ każde dziecko jest inne. W przypadku podejrzenia nadwagi czy otyłości może on zalecić dodatkowe badania i szczegółowo wypytać o harmonogram karmienia piersią. Oczywiście zdarza się, że mamy podają pierś, gdy tylko dziecko zakwili, niekoniecznie sygnalizując głód. A przecież dziecku oprócz jedzenia potrzebny jest czas na tulenie, zabawę, poznawanie swojego ciała i aktywność fizyczną. Oznacza to, że u niewielkiego procenta niemowląt karmionych piersią może pojawić się otyłość. Paradoksalnie karmienie piersią również stanowi czynnik ochronny przed pojawieniem się otyłości w przyszłości. Warto dodać, że skład mleka kobiecego nie sprzyja nadwadze. To, co je matka, też nie ma wpływu na ilość tłuszczów w pokarmie. Nadwaga u maluchów karmionych piersią jest bardzo, bardzo rzadka. Takie dzieci mogą wymagać więcej aktywności fizycznej – tłumaczy Katarzyna Płaza-Piekarzewska.
Niektórzy rodzice obawiają się także, że duża masa ciała może być dla dziecka pewnego rodzaju ograniczeniem lub utrudni mu pokonywanie kolejnych kamieni milowych. Oczywiście zdarza się, że bardzo duże niemowlęta mogą nieco później niż ich rówieśnicy siadać lub wstawać, ale nie jest to żadna reguła. Każde dziecko rozwija się w indywidualnym tempie.
W zasadzie nie wykazano zależności między dużą masa niemowlęcia a opóźnieniem w rozwoju psychoruchowym. Również w mojej praktyce nie znajduję na taką teorię potwierdzenia. Tempo rozwoju niemowlęcia jest sprawą bardzo indywidualną, bardziej uwarunkowaną genetycznie i środowiskowo. To raczej jakość i rozkład napięcia posturalnego, jakie zdrowe niemowlęta dostają w „prezencie” po swoich bliskich, oraz podłoże, na jakim się rozwijają, a także sposoby pielęgnacji i zabawy decydują o tempie rozwoju psychomotorycznego. A co do siatek – warto by jeszcze chyba wspomnieć, że siatki centylowe dotyczą nie tylko masy ciała, ale również wysokości ciała. I problemem na pewno nie jest, jeśli maluch znajduje się w 90 centylu zarówno masy, jak i wysokości. Możemy wówczas mówić, że to duże dziecko i po prostu taka jego uroda. Niepokojące jest natomiast, jeśli nie ma zgodności między wynikami malucha, na przykład masa jest w 90 centylu, a wysokość ciała w 50. To już może, a nawet powinno niepokoić opiekunów – tłumaczy w rozmowie z redakcją fizjoterapeutka, terapeutka metody NDT Bobath oraz integracji sensorycznej Anna Schab.

Otyłość to choroba cywilizacyjna

Otyłość jest chorobą cywilizacyjną i niestety cierpi na nią coraz większa liczba dzieci i młodzieży. Można więc przypuszczać, że tym, co przyświeca większości lekarzy, gdy zalecają ograniczenie karmienia i pilnowanie wagi dziecka, jest wyłącznie troska. Jednak nadwaga i otyłość u dzieci i młodzieży to nie wina przekarmiania niemowląt mlekiem mamy! Śmiało można powiedzieć, że jest wręcz przeciwnie – karmienie piersią to jeden z czynników, które działają ochronnie i w skali całego życia obniżają ryzyko zapadnięcia na tzw. choroby cywilizacyjne. Oczywiście mleko mamy nie jest panaceum na wszystkie choroby. Niezwykle ważne jest także właściwe rozszerzanie diety dziecka i zdrowe żywienie w latach późniejszych, a także dbanie o aktywny ruch na świeżym powietrzu.

Nadwadze i otyłości u dzieci i młodzieży sprzyja m.in.:

  • przedwczesne rozszerzanie diety
  • zbyt duża ilość białka w diecie
  • jedzenie żywności przetworzonej
  • częste spożywanie soków i napojów
  • spożywanie dużych ilości cukru (często ukrytego pod postacią pozornie zdrowych kaszek instant, serków homogenizowanych, jogurtów etc.)
  • podawanie dziecku zbyt dużych porcji jedzenia (infantandtoddlerforum.org bardzo praktyczna ściąga, która pokazuje realne zapotrzebowanie dziecka na produkty spożywcze)
  • nakłanianie dziecka do jedzenia, karmienie „przy okazji” lub ukradkiem, zabawianie przy jedzeniu
  • brak ruchu

Zbyt wysoka masa ciała rzadko jest sprawą genów, częściej to kwestia niezdrowych nawyków żywieniowych. Karmiąc dziecko piersią na żądanie, nie można go przekarmić ani spowodować u niego otyłości. Dlatego nie ma żadnych medycznych podstaw do tego, by odchudzać niemowlęta karmione mlekiem mamy. I jeśli tylko odpowiednio zadbamy o zdrową i zbilansowaną dietę na późniejszych etapach życia oraz zapewnimy dziecku dużą dawkę ruchu, będziemy na dobrej drodze, by ochronić je przed ewentualną nadwagą i otyłością.

Kategorie
karmienie piersią

Jak ludzkość poradziła sobie bez mleka modyfikowanego?

Starożytność

W czasach starożytnych mleko matki uważane było za święte. Wykarmienie swojego dziecka stanowiło obowiązek matki, jeśli jednak nie była ona w stanie tego zrobić, korzystano z pomocy mamki. Niestety na tego typu usługi mogły sobie pozwolić tylko zamożne rodziny.

W starożytnej Mezopotamii matki karmiące były gloryfikowane – babilońska bogini Astarte była właśnie Matką Karmiącą. Według pism babilońskich kobiety karmiły piersią przez okres 2–3 lat po urodzeniu dziecka.

Porady dotyczące karmienia piersią można znaleźć już w starożytnych papirusach. Jeden z nich, znaleziony w Egipcie i datowany na 1550 roku p.n.e., zaleca: „By mieć zapas mleka w piersi dla oseska, należy rozgrzać ości miecznika w oliwie i natrzeć nim plecy matki karmiącej”. Opis ten jest równocześnie potwierdzeniem, iż już w czasach starożytnego Egiptu kobietom nieobce były problemy z laktacją.

[natuli2]

Ze względu na wysoką śmiertelność niemowląt w starożytnym Egipcie karmienie piersią było jednym z najlepszych sposobów na zapewnienie zdrowia niemowlęciu w tak niehigienicznych warunkach. Przedłużona laktacja stanowiła korzyść również dla matki, zmniejszała bowiem ryzyko zbyt wczesnego poczęcia dziecka poprzez hormonalne hamowanie owulacji.

Kwestia karmienia piersią była niezwykle ważna również w starożytnej Grecji. Potwierdzają to liczne rzeźby greckich bogiń. Kora, Demeter i Gaja pokazywane były jako matki karmiące, a Artemida z Efezu przedstawiona jako matka posiadająca wiele piersi.

Arystoteles uważał karmienie piersią za matczyny obowiązek i sprzeciwiał się wykorzystywaniu do tego mamek.

Starożytny lekarz – Paweł z Eginy, w jednym ze swoich dzieł dotyczącym karmienia piersią sugerował, by wybierając mamkę, poszukiwać kobiety, której wiek wynosił od 25 do 35 lat, biust był dobrze rozwinięty, a najlepiej, gdyby niedawno urodziła syna. Powinna unikać słonych i pikantnych potraw i rozpusty. Kobietom karmiącym zalecał również regularne ćwiczenie ramion przy pracy na krosnach.

Soranus z Efezu, żyjący na przełomie I i II wieku filozof i prekursor położnictwa, napisał rozprawę naukową dotyczącą karmienia. Opisał w nim „test paznokcia”, który oceniał jakość i konsystencję kobiecego mleka. Gdy kroplę pokarmu umieszczano na paznokciu, a następnie poruszano palcem, mleko nie powinno rozlać się po całej powierzchni paznokcia ani nie powinno być tak gęste, by do niego przylgnąć.

W Rzymie kobiety pochodzące z bogatych rodziny niechętnie karmiły piersią. Najczęściej wyręczały się greckimi mamkami, a w późniejszym czasie – chrześcijankami, co było krytykowane przez Cycerona i Tacyta. Wierzyli oni bowiem, że karmienie piersią było nawiązywaniem więzi, która zamieni się w miłość do ojczyzny.

W okresie świetności Cesarstwa Rzymskiego – pomiędzy 300 rokiem p.n.e. a 400 rokiem n.e. – z mamkami zawierane były kontrakty, na podstawie których miały one obowiązek karmić porzucone niemowlęta – w większości niechciane dziewczynki, przygarniane przez ludzi majętnych, by w przyszłości stały się niewolnicami. Mamki, które same również były niewolnicami, miały za zadanie karmić niemowlęta do ukończenia przez nie 3 roku życia. Kontrakty regulowały również czas trwania karmienia oraz konieczność zapewnienia mamce odzieży, lampy oliwnej i wynagrodzenia za usługę.

Mimo że mamki były najpopularniejszą alternatywą dla matek karmiących piersią, istnieją dowody, iż już w czasach starożytnych poszukiwano metod sztucznego karmienia. Gliniane naczynia dla niemowląt znajdowane były w grobach nowo narodzonych dzieci już w 2000 roku p.n.e. Były podłużnego kształtu i posiadały ustnik przypominający kształtem sutek. Pierwotnie sądzono, iż miały to być pojemniki do napełniania lamp oliwnych, jednak analiza chemiczna ujawniła ślady kazeiny pochodzącej z mleka krowiego. Może być to dowodem, iż w czasach starożytnych używano tego rodzaju mleka jako substytutu mleka matki.

Średniowiecze

Kobiety z niższych klas społecznych karmiły piersią swoje dzieci nie tylko dlatego, że nie mogły sobie pozwolić na zatrudnienie mamki, ale również ze względu na fakt, że ich praca w domu i na roli umożliwiała im swobodne karmienie. W tym samym czasie zaczęły się pojawiać pierwsze zastrzeżenia dotyczące korzystania z usług mamek. Uważano bowiem, że mleko, które podawane jest niemowlęciu, może przenosić zarówno fizyczne, jak i psychiczne cechy kobiety karmiącej.

Gdy matka zmarła lub była chora, szukano alternatywy – maczano w mleku zwierzęcym chleb lub szmatkę i podawano dziecku. Zdecydowanie najpopularniejsze było mleko krowie, choć korzystano także z mleka koziego, owczego, oślego, a nawet z mleka klaczy. Używano do tego różnych naczyń z drewna, ceramiki oraz krowich rogów. Wśród osób zamożnych i wyższych sfer społecznych korzystanie z mamki było nadal popularne.

Renesans

Przez cały okres Odrodzenia wynajmowanie mamek było najlepszą znaną alternatywą karmienia piersią przez matkę. Zaczęto jednak dostrzegać wady tej metody.

Rok 1472 to początek drukowanych prac pediatrycznych. Thomas Phaer, pediatra angielskiego pochodzenia, napisał w 1545 roku pierwszy podręcznik pt. „Księga dzieci”, w którym opisał kryteria wyboru mamki, test paznokcia, a także środki pobudzające laktację. Był zdania, że mleko mamki przekazuje temperament i obyczaje, a także choroby. Simon de Vallambert – lekarz, który jako pierwszy stworzył w języku francuskim traktat o żywieniu niemowląt – zalecał używanie rogu krowiego z mlekiem krowim lub kozim po trzecim miesiącu życia. Jako pierwszy wspomniał też o ryzyku przeniesienia kiły z mamki na niemowlę.

XVI–XVIII wiek

W Europie w XVI–XVIII wieku wynajmowanie mamek było regułą w zamożnych rodzinach. Zadaniem matki był wybór karmicielki, która była pod jej ścisłą kontrolą. Karmienie piersią w rodzinach arystokratycznych stanowiło rzadkość. Kobiety z wyższych sfer uważały je za niemodne i rujnujące figurę. Żony prawników, kupców i lekarzy nie karmiły, gdyż tańsze okazywało się zatrudnienie mamki aniżeli służby, która w zastępstwie karmiącej żony zajęłaby się domem i pomogła przy prowadzeniu firmy męża.
W tym samym okresie pojawił się ruch na rzecz karmienia piersią. Michael Ettmuller – chirurg niemiecki – był pierwszym, który zalecał picie mleka matki od okresu siary, co wcześniej uznawane było za szkodliwe dla dziecka.

W Europie Zachodniej na przestrzeni XVI–XVIII wieku popularne stawało się karmienie niemowląt papką lub panadą. Pierwsza z mieszanek składała się z gorącej wody i mąki lub chleba moczonego w wodzie bądź mleku i jajku. Druga była zbożem gotowanym w bulionie. Papka i panada podawane były jako suplement dla niemowląt karmionych mlekiem zwierzęcym.

Do 1700 roku wiele naczyń służących do karmienia niemowląt było wykonanych ze stopu cyny z ołowiem lub ze srebra. W 1770 roku Hugh Smith wynalazł „garnuszek do ssania”. Przypominał on dzbanek do kawy i zakończony był rynienką z małymi dziurkami, na których zawiązywano szmatkę, co pozwalało mleku wypłynąć.

W XVIII w. pojawiły się pierwsze analizy porównawcze mleka ludzkiego i zwierzęcego. W 1760 roku Jean Charles Desessartz, profesor chirurgii francuskiego pochodzenia, udowadniał na podstawie przeprowadzonych przez siebie badań, iż mleko matki jest najlepszym pokarmem dla dzieci.

XIX i XX wiek

Wzrost kosztów utrzymania i niskie wynagrodzenia mężczyzn spowodowały, iż kobiety zmuszony były szukać dla siebie zatrudnienia, co uniemożliwiało im karmienie piersią po urodzeniu dziecka. Usługi mamki stały się ogólnodostępne. Mamkami były w większości wiejskie kobiety, które starały się podreperować domowy budżet, przyjmując do swego domu dzieci na wykarmienie i wychowanie.

Niemowlęta pozostawiano pod ich opieką zazwyczaj do czasu, gdy nabyły umiejętność chodzenia lub, niestety, do przedwczesnej śmierci. Mamki przyjmowały do siebie większą liczbę dzieci, niż były w stanie wykarmić, i podawały im sztuczny pokarm. Zgodnie z prawem były one zobligowane do uzyskania licencji od lokalnych władz zezwalającej im na karmienie niemowląt, a także do ujawniania śmierci każdego dziecka, które pozostawało pod ich opieką. Przepisy te były jednak powszechnie ignorowane, a brak nadzoru ze strony władz przyczynił się do wysokiej umieralności niemowląt (70%).

W tym okresie popularne stało się sztuczne karmienie, a co za tym idzie – pojawiły się specjalne butelki dla niemowląt. Niestety, naczynia te trudno było wyczyścić, co prowadziło do namnażania się bakterii, a w konsekwencji powodowało wysoką zachorowalność. Na początku XIX w. używanie nieprawidłowo wyczyszczonych naczyń doprowadziło do śmierci ⅓ niemowląt karmionych sztucznie.

W 1865 roku niemiecki chemik Justus von Liebig opracował metody produkcji pokarmu dla niemowląt – najpierw w formie płynnej, potem w sproszkowanej, by przedłużyć jego zdatność do spożycia. Produkt składał się z mleka krowiego, pszenicy, mąki słodowej i wodorowęglanu potasu. Do końca XIX wieku istniało już 27 marek posiadających patenty do produkcji żywności przeznaczonej dla niemowląt.

XX wiek

W tym stuleciu duży odsetek niemowląt karmiono mieszanką głównie za sprawą reklamy. Duże firmy produkujące sztuczne mleko starały się przekonać pracowników służby zdrowia i rodziców, że taki sposób karmienia jest dla dzieci najbezpieczniejszy. Jako sprzeciw wobec tego typu praktyk i alternatywa dla sztucznych mieszanek zaczęły pojawiać się pierwsze banki mleka kobiecego, w których mleko matki od kilku kobiet było przed dystrybucją łączone i pasteryzowane. Pierwsze z nich zostały otwarte w 1910 roku w Bostonie i w Londynie – w szpitalu Queen Charlotte’s Hospital.

W Stanach Zjednoczonych od 1931 do 1935 roku duża część niemowląt (40–70%) była początkowo karmiona piersią, podczas gdy w latach 1946–1950 odsetek ten spadł do 20–50%. Sztuczne mleko zyskiwało na popularności.

Stopniowo poprawiał się skład preparatów, wzbogacono je o niezbędne składniki, takie jak podstawowe witaminy i minerały. W 1938 roku Stany Zjednoczone wprowadziły nowe przepisy dotyczące bezpieczeństwa preparatów do początkowego żywienia niemowląt – nowa ustawa o żywności i lekach zawierała odniesienie do żywności specjalnego przeznaczenia żywieniowego, w tym preparatów do początkowego żywienia niemowląt

XXI wiek

Od lat 70. XX wieku liczba dzieci karmionych piersią wzrasta. Obecnie powszechnie przyjmuje się, że karmienie naturalne zmniejsza ryzyko wielu poważnych chorób, takich jak ostre zapalenie ucha środkowego, nieswoiste zapalenie żołądkowo-jelitowe, ciężkie zakażenia dolnych dróg oddechowych, atopowe zapalenie skóry, astma, otyłość, cukrzyca typu 1 i 2, białaczka dziecięca, zespół nagłej śmierci niemowląt (SIDS) i martwicze zapalenie jelit.

Karmienie piersią wpływa pozytywnie nie tylko na zdrowie matki i dziecka, lecz także na gospodarkę, ponieważ ma przełożenie na niskie wskaźniki hospitalizacji i zachorowalności. Co ciekawe, dorośli, którzy w okresie niemowlęcym byli karmieni mlekiem matki, mają zazwyczaj wyższe IQ. Świadczą o tym wnioski płynące z badań przedstawionych w 2015 roku w czasopiśmie „Lancet”.

W 1982 roku w Brazylii zebrano dane dotyczące sposobu karmienia i środowiska pochodzenia ponad 5000 niemowląt. W latach 2012–2013 prawie 3500 już dorosłych osób z tej grupy ponownie wzięło udział w badaniu, które miało pokazać, jak sposób karmienia wpłynął na ich IQ, edukację i dochód. Udowodniono, iż dzieci karmione piersią rok lub dłużej, po ukończeniu 30 roku życia miały średnio o 4 punkty wyższy iloraz inteligencji, ich ścieżka edukacji była dłuższa i osiągały wyższy przychód miesięczny.

W XXI wieku rządy wielu krajów zdecydowały się włączyć w propagowanie karmienia piersią. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) odegrała dużą rolę w promowaniu karmienia naturalnego szczególnie wśród mam poniżej 25 roku życia, dążąc tym samym do ograniczenia stosowania preparatów do początkowego żywienia niemowląt. Opracowano Międzynarodowy Kodeks Marketingu Produktów Zastępujących Mleko Kobiece. Został on przyjęty jako obowiązujący dokument na 34. Ogólnym Zgromadzeniu WHO w maju 1981 roku. Na podstawie jego ustaleń firmy produkujące mieszanki są zobowiązane do poprzedzenia informacji dotyczących swojego produktu wzmianką, iż karmienie piersią jest najlepszym sposobem karmienia dzieci.

Wciąż trwa jednak walka pomiędzy korporacjami promującymi mleko modyfikowane a WHO.
Obecnie Światowa Organizacja Zdrowia zaleca, by niemowlęta były karmione wyłącznie piersią przez pierwsze sześć miesięcy życia oraz by karmienie naturalne trwało dwa lata lub dłużej.

Podsumowaniem niech będzie cytat z broszury międzynarodowej organizacji zajmującej się wspieraniem matek karmiących – La Leche League: „Z małą główką przyłożoną do piersi i mlekiem rozgrzewającym wnętrze twoje dziecko poznaje szczególną bliskość z tobą, zyskuje solidny fundament w ważnej dziedzinie życia, uczy się o miłości”.

Kategorie
zdrowie

10 zabaw, które pomogą zadbać o prawidłową postawę dziecka

Wady postawy nie tylko zaburzają budowę ciała dziecka, ale również prowadzą do ograniczenia zakresu ruchów w stawach, zwiększają wydatek energetyczny organizmu, zaburzają pracę narządów wewnętrznych – nieleczone mogą prowadzić do rozwoju przewlekłych zespołów bólowych, a w późniejszych latach przedwczesnych zmian zwyrodnieniowych. Z tego względu ważne jest, abyśmy dbali o właściwy jej rozwój już od najmłodszych lat.

Prawidłowa postawa ciała jest różna w zależności od wieku i charakteryzuje się:

U małego dziecka:

  • niewystawaniem barków do przodu,
  • ustawieniem tyłu głowy i pleców w jednej linii,
  • wypukłym brzuchem,
  • nieznaczną lordozą lędźwiową,
  • całym tułowiem pochylonym do przodu,
  • lekkim zgięciem stawów biodrowych i kolanowych,
  • płaskostopiem do 4-5. roku życia,
  • do około 3. roku życia szpotawością kolan, która około 4. roku życia przechodzi w fizjologiczną koślawość.

U dziecka w wieku szkolnym:

  • nieco spłaszczoną klatką piersiową, przez co wyraźniejsze staje się zaokrąglenie barków,
  • nieco mniej wypukłym brzuchem,
  • wyraźniejszą lordozą lędźwiową,
  • prostymi kończynami dolnymi,
  • nieco mniejszym zgięciem stawów biodrowych i kolanowych,
  • zanikiem płaskostopia.

[reklama id=”70761″]
Każdy rodzic wie, że czasem ciężko jest nakłonić małe dziecko do wykonywania i powtarzania nudnych ćwiczeń. Tu z pomocą przychodzą zabawy gimnastyczne, które pomogą  zadbać o prawidłową postawę naszego dziecka, a przy okazji także naszą. Wszystkie wymienione ćwiczenia można swobodnie mieszać i wplatać w inne zabawy lub urozmaicić nimi zwykłe poruszanie się po domu.

1. „Kukułka”

Siadamy razem z dzieckiem w siadzie skrzyżnym („po turecku”), z rękami ułożonymi w “skrzydełka” czyli dłońmi uniesionymi na wysokość barków, zgiętymi łokciami i ściągniętymi łopatkami. Pod pupę podkładamy poduszkę lub złożony koc tak, żeby pośladki były na wysokości kolan. Pilnujemy, by plecy były cały czas proste. Na umówiony sygnał, zaczynamy udawać kukułki wychodzące z zegara. Mówiąc „kuku”, wysuwamy głowę do przodu a następnie maksymalnie ją cofamy. Ruch wykonujemy samą głową, tułów powinien zostać nieruchomy. Należy zwrócić uwagę, aby głowa pozostawała dłużej w pozycji cofniętej oraz by przez całe ćwiczenie była ustawiona prosto.
W tym ćwiczeniu wyrabiamy nawyk prawidłowego ustawienia głowy, dbamy o fizjologiczne wygięcie kręgosłupa szyjnego oraz wzmacniamy mięśnie ściągające łopatki.

2. „Skradający się kotek”

Ustawiamy się w pozycji klęku podpartego, ze zgiętymi łokciami. Palce rąk skierowane są do wewnątrz, klatka piersiowa oraz głowa trzymane są nisko nad podłogą. Na umówiony sygnał zaczynamy skradać się jak kotek: najpierw przenosimy ręce, a następnie przyciągamy jedną nogę do przodu a drugą – wyprostowaną zostawiamy z tyłu.
W tym ćwiczeniu głównie odciążamy kręgosłup od osiowego obciążenia, rozciągamy mięśnie biodrowo-lędźwiowe oraz wzmacniamy mięśnie ściągające łopatki.

3. „Raki”

Przyjmujemy pozycję „raka” – ustawiamy się w podporze tyłem, z palcami dłoni skierowanymi w stronę stóp, z ugiętymi nogami oraz z wysoko uniesionymi biodrami (najlepiej na wysokości kolan). W ten sposób poruszamy się zarówno w przód, jak i w tył. Możemy modyfikować tą zabawę organizując wyścig raków lub grając w „rakową piłkę nożną”. Należy zwrócić uwagę, by podczas zabawy biodra dziecka uniesione były na wysokość kolan a barki nie wysuwały się do przodu.
W tym ćwiczeniu odciążamy kręgosłup od osiowego obciążenia, rozciągamy mięśnie piersiowe oraz wzmacniamy mięśnie pośladkowe, mięśnie ściągające łopatki i mięśnie prostownika grzbietu w odcinku piersiowym.

4. „Bociany”

Stajemy razem z dzieckiem w postawie skorygowanej: głowa w przedłużeniu kręgosłupa, barki cofnięte i luźno opuszczone, łopatki lekko ściągnięte, brzuch napięty, nogi rozstawione na szerokość bioder, kolana wyprostowane (przyjmowania takiej pozycji możemy nauczyć dziecko początkowo przy ścianie). Wspinamy się na palce, prostujemy  ramiona i unosimy je w bok ( do wysokości barków). Na sygnał, zaczynamy chodzić jak bociany – wysoko unosząc kolana oraz wykonujemy powolne ruchy ramion w górę i w dół – jak bocian skrzydłami. Pamiętamy przy tym, aby plecy były cały czas wyprostowane, a głowa trzymana wysoko.
W tym ćwiczeniu wyrabiamy przede wszystkim nawyk przyjmowania prawidłowej postawy ciała.

5. „Łapki”

Kładziemy się na brzuchu z buzią zwróconą do siebie, w odległości około 0,5 metra  (jeżeli leżenie w tej pozycji będzie powodowało ból kręgosłupa, to możemy podłożyć  pod miednicę poduszkę, aby zmniejszyć nieco wygięcie w odcinku lędźwiowym). Wyciągamy przed siebie uniesione nad podłogę ramiona, dłonie dziecka zwrócone są do góry a nasze do dołu nad rękami dziecka. Dziecko stara się szybkim ruchem przenieść swoje ręce nad nasze i lekko nas klepnąć w ręce z góry. My w tym czasie próbujemy szybko cofnąć ręce, uniemożliwiając dziecku trafienie.
W tym ćwiczeniu odciążamy kręgosłup   od obciążenia osiowego, wzmacniamy mięśnie karku oraz mięśnie prostownika grzbietu w odcinku piersiowym.

6. „Wrzuć piłkę do bramki”

Do tej zabawy potrzebujemy piłkę. Jedno z nas jest „piłkarzem” a drugie “bramką”. Piłkarz kładzie się na brzuchu, ze złączonymi i wyprostowanymi nogami, głową w stronę drugiej osoby. Bramka ustawia się bokiem do piłkarza w podporze tyłem, z dłońmi skierowanymi palcami w stronę stóp, ściągniętymi łopatkami i biodrami uniesionymi na wysokość kolan. Piłkarz stara się trafić do bramki piłką. Po kilku rzutach zamieniamy się miejscami. Zabawę tę można modyfikować – „bramka” może utrudniać zadanie „piłkarzowi” i przesuwać się w przód lub w tył. Ważne jest, aby podczas tej zabawy pilnować prawidłowego utrzymania pozycji.
W tym ćwiczeniu wzmacniamy mięśnie pośladkowe, mięśnie ściągające pośladki i mięśnie prostownika grzbietu w odcinku piersiowym oraz odciążamy kręgosłup od osiowego obciążenia.

7. „Wyścig wielbłądów”

Wyznaczamy linię startu i mety. Siadamy na linii startu tyłem do wyznaczonej trasy wyścigu, w pozycji siadu prostego z podparciem rękami z tyłu (ręce zwrócone palcami ku tyłowi, łopatki ściągnięte, plecy proste). Na sygnał startu, przyjmujemy pozycję na czworakach ( prostujemy ręce oraz nogi i unosimy biodra w górę ) i w ten sposób biegniemy do mety. Wyścig możemy dowolnie utrudniać, na przykład kładąc na trasie przeszkody do ominięcia lub turlając piłkę.
W tym ćwiczeniu rozciągamy mięśnie prostownika grzbietu w odcinku lędźwiowym, mięśnie czworoboczne lędźwi, a także mięśnie kulszowo-goleniowe.

8. „Dźwig”

Do tej zabawy potrzebne nam będą woreczki z grochem (za woreczki doskonale posłużą skarpetki wypełnione grochem i zawiązane na supełek).
Siadamy z ugiętymi nogami i stopami wspartymi o podłogę. Wyprostowane ręce opieramy o podłogę za nami (palce rąk zwrócone ku tyłowi), plecy są wyprostowane, a łopatki ściągnięte. Każde z nas ma swój woreczek, położony na podłodze obok stóp. Na hasło „Dźwig pracuje” palcami jednej stopy łapiemy woreczek, podnosimy go do góry i prostujemy nogę. Następnie, odpychając się dłońmi o podłogi, wykonujemy pełny obrót na pośladkach w miejscu i odkładamy woreczek. Na hasło „dźwig odpoczywa” wracamy do pozycji wyjściowej. Po kilku cyklach pracy „dźwigu” (pamiętamy o zmianie nóg oraz o utrzymaniu pozycji), na hasło „dźwig się zepsuł” siadamy w siadzie prostym podpartym. Następnie rozpoczynamy „naprawianie dźwigu”: wykonujemy skłon w przód i dotykamy najpierw jednej, a potem drugiej stopy. Po tej czynności możemy wrócić do pozycji wyjściowej.
W tym ćwiczeniu wzmacniamy mięśnie brzucha i mięśnie wysklepiające stopy oraz rozciągamy mięśnie kulszowo-goleniowe.

9. „Gazeta”

Do tej zabawy potrzebna nam będzie gazeta.
Stajemy w pozycji skorygowanej, bez skarpetek. Każdy dostaje po kilka stron gazet, które kładzie na podłodze obok swoich stóp. Na sygnał „start” staramy się podrzeć gazetę na kawałki samymi palcami stóp (nie stajemy na gazecie). Następnie zbieramy wszystkie swoje kawałki gazety za pomocą stóp: podnosimy jeden kawałek palcami prawej stopy i podajemy do lewej ręki, kolejny kawałek podnosimy palcami lewej stopy do prawej ręki.
Innym wariantem tej zabawy może być próba uformowania stopami kulki z gazety.
Przez całą zabawę staramy się utrzymać proste plecy.
W tym ćwiczeniu wzmacniamy mięśnie wysklepiające stopy.

10 „Bezradne żuczki”

Przyjmujemy pozycję klęku podpartego. Zaczynamy „marsz żuczków” – chodzimy na czworakach w podobny sposób, jak w „skradającym się kotku”, z zostawianiem wyprostowanej nogi z tyłu. Na hasło „bezradne żuczki” kładziemy się na plecach i naśladujemy rękami i nogami ruchy żuczka przewróconego na grzbiet. Staramy się nie odrywać barków od podłogi. Następnie na hasło „żuczki odpoczywają”, kładziemy ręce i nogi na podłodze i odpoczywamy.
W tym ćwiczeniu wzmacniamy mięśnie brzucha, rozciągamy mięśnie biodrowo-lędźwiowe oraz odciążamy kręgosłup od obciążenia osiowego.

Źródła:

Owczarek S, Bondarowicz M, “Zabawy i gry ruchowe w gimnastyce korekcyjnej”, WSiP, Warszawa, 2011

Kategorie
niemowlę

Wszystko zaczyna się w ramionach rodzica, czyli o wpływie noszenia na osobowość dziecka

Poczucie własnej wartości a samoocena

Samoocena zawsze powstaje w oparciu o innych. Wywiera ona silny wpływ na zakres naszych zachowań społecznych. Może być niska mówimy wtedy o kompleksach, albo wysoka wówczas mamy do czynienia z pewnością siebie. Jednak przekonanie, że jestem mądry, zdolny i piękny lub brzydki i głupi nie mają nic wspólnego z tym, jaki jestem naprawdę.
Poczucie własnej wartości nie jest oceną człowieka. Jest stwierdzeniem, że jestem w porządku, na swoim miejscu i robiąc to, co robię. Nieważne, czy robię to źle, czy dobrze. Istotne, że wykorzystuję swój potencjał, że jestem jego świadomy (a także świadomy swoich ograniczeń).
Jesper Juul w książce Rodzic jako przywódca stada przeciwstawia „pewność siebie” (czyli wysoką samoocenę) poczuciu własnej wartości: „Grzeczne dziewczynki mają często dużo pewności siebie, ponieważ otrzymują wiele pozytywnego feedbacku, dobre stopnie w szkole, dużo pochwał i zachęt. Niestety, ich poczucie własnej wartości jest niskie, ponieważ nikt nie okazuje im prawdziwego zainteresowania”.

Integralna osobowość

Poczucie własnej wartości składa się na integralność jednostki. To ona wyznacza psychiczne i fizyczne granice człowieka. Dziecko ma dużo szczęścia, jeśli wzrasta w rodzinie, w której szanuje się integralność jej poszczególnych członków. Aby szanować swoją integralność, wystarczy szanować potrzeby: swoje i innych.
Fundamentalnymi potrzebami człowieka są m.in.: potrzeba snu, odpoczynku, zaspokojenie głodu i bliskość. Wzajemne zaspokajanie potrzeb i troska o siebie nawzajem przez poszczególnych członków rodziny buduje w dziecku bazę, do której będzie mogło wracać przez całe swoje życie. Tą bazą jest przekonanie, że każdy (a więc także i ja) jest ważny.

Jean Liedloff źródeł integralnej osobowości upatruje we wczesnym dzieciństwie: „Niemowlę trzymane na rękach czuje, że wszystko na świecie toczy się we właściwym porządku. Jedyna pozytywna tożsamość, jaką zna, opiera się na założeniu, że wszystko z nim w porządku, że jest dobre i mile widziane” (Liedloff, W głębi kontinuum).

Nabywanie kompetencji w ramionach matki

Przebywanie w ramionach matki (oraz w chuście) wspiera w niemowlęciu poczucie, że wszystko jest z nim w porządku. Dzięki biernemu współuczestnictwu w życiu społeczności maluch poznaje rządzące nią prawidła. Staje się jej członkiem.
Dodatkowo żadna z jego integralnych potrzeb nie jest pomijana. Nieustanna bliskość, pierś matki, gdy jest głodne, bodźce poznawcze – oto, czym żyje od samego początku. Jest ważne i nabiera tej pewności, ale jednocześnie nie jest najważniejsze, nie tkwi w centrum.
Jako dzieci dowiadujemy się o tym, że jesteśmy ważni, dzięki swoim rodzicom, którzy otaczają nas miłością i opieką. To buduje nasz wszechświat. Liedloff łączy to poczucie z ewolucyjnym oczekiwaniem, z którym każdy z nas przychodzi na świat: „Przeświadczenie o tym, że jest się w porządku, to podstawowe uczucie dotyczące siebie właściwe jednostkom naszego gatunku. Ewolucja przygotowała nas do zachowań uwarunkowanych tym właśnie uczuciem; wszelkie inne zachowanie (…) nie będzie służyć żadnej z naszych relacji, czy to w obrębie ja, czy to poza nim. Bez takiego poczucia człowiek nie wie, na ile wolno mu się domagać wygody, bezpieczeństwa, pomocy, towarzystwa, miłości, przyjaźni, rzeczy materialnych, przyjemności lub radości” (Liedloff, W głębi kontinuum).
Podobnie jak noszenie w ramionach w początkowym okresie życia jest spełnieniem podstawowej dziecięcej potrzeby, tak „to, czego dziecko doświadcza, spełnia jego oczekiwania, przechodzi więc ono stopniowo do nowych doświadczeń i pragnień, które także są zaspokajane” (Liedloff, W głębi kontinuum).
Noszone dziecko czuje, że jest w porządku, że stanowi część społeczności, w której wzrasta. Stopniowo budzi się jego instynkt społeczny, który nie pozwoli mu działać na szkodę – swoją lub swego plemienia. Prawidłowy rozwój tego instynktu jest niezbędny do budowania zrębów poczucia własnej wartości.
Liedloff tak o tym pisze: „[malec – przyp. aut.] Zdążył już do tej pory przywyknąć do poczucia, że jest »w porządku« i »dobry«, i za takiego jest też uważany, a jego rozwijające się impulsy społeczne pozostają w zgodzie z impulsami społecznymi innych członków plemienia. Kiedy więc jakaś czynność spotyka się z dezaprobatą, dziecko wie, że przedmiotem krytyki nie jest ono samo, lecz to, co zrobiło; tym samym jest motywowane do współpracy. Nic mu nie każe bronić się przed członkami plemienia (…), bo są oni dla niego wypróbowanymi i prawdziwymi sojusznikami” (Liedloff, W głębi kontinuum).

O niezaspokojonej potrzebie

Jak widać, przy uważnym wsparciu opiekunów dziecko ma możliwość realizacji siebie takim, jakim stworzyła je ewolucja. Dopóki ten układ jest zachowany, dopóty wszystko działa.
Za przykład naszego „ewolucyjnego przygotowania”, które traci rację bytu bez poczucia własnej wartości, można uznać instynkt samozachowawczy (który tak naprawdę jest zbiorem odruchów). Istnieje on po to, aby chronić jednostki przed śmiercią. Wiadomo, że istnieje wiele ryzykownych zachowań, podczas których instynkt samozachowawczy ulega „zawieszeniu” – co niejednokrotnie prowadzi do tragedii. Trudno sobie wyobrazić, by ewolucja tak nas skonstruowała, byśmy igrali ze śmiercią, spacerując po gzymsie czterdziestopiętrowego wieżowca. W takim zachowaniu, jeśli nie prowadzi do ocalenia innej jednostki, należałoby się raczej dopatrywać jakiegoś braku rozwojowego.
W naszej kulturze wciąż pokutuje mit o rozpieszczaniu, o tym, że bliskość prowadzi do wychowywania roszczeniowych i niesamodzielnych dzieci. O tym, jak błędne jest to podejście, mówią współczesne badania dotyczące więzi (Anscombe, Anisfeld). Twarda szkoła, przedwczesne usamodzielnianie na siłę i tzw. zimny chów prowadzą do ukształtowania w dziecku lękliwej postawy, gdyż brakuje mu bezpiecznej bazy do budowania relacji i poznawania świata.
Zamiast piersi i zapachu mamy maluch dostaje kolejne przytulanki. Zamiast bliskości ciała opiekuna – trening zasypiania. Zamiast słów wsparcia niosących przekaz „Jestem po twojej stronie, choć może mi się nie podobać, co zrobiłeś” – uwagi, żeby się nie mazał (jeśli jest chłopcem) albo nie histeryzował (jeśli jest dziewczynką). Zmuszanie do dzielenia się zabawkami daje mu poczucie, że jego potrzeby nie są ważne. „Cel wychowawczy »wczesna autonomia« często prowadzi do »wczesnej niepewności«” (E. Kirkilionis, Dobrze nosić).

Najważniejsza jest więź

Evelin Kirkilionis wskazuje na wagę bezpiecznej więzi dziecka z opiekunem (a więc takiej, która wychodzi dokładnie naprzeciw jego rzeczywistym potrzebom) w rozwoju samodzielności: „Bezpieczna więź z rodzicami pozwala dzieciom szybko zacząć samodzielnie i kompetentnie badać swoje otoczenie. Mieć pewność co do więzi z rodzicami oznacza samodzielnie rezygnować z bliskości mamy i taty i poszerzać swoją przestrzeń działania. Dzieci o bezpiecznej więzi z rodzicami już pod koniec pierwszego roku życia są raczej gotowe, by reagować na wskazówki rodziców i postępować zgodnie z nimi. Początkowy wkład emocjonalny »opłaca się« więc rodzicom już dość wcześnie” (E. Kirkilionis, Dobrze nosić).

Poznać swój potencjał

Dzieci o bezpiecznym modelu przywiązania szybciej nabywają kompetencji społecznych, np. potrafią dłużej bawić się same. Trudniej je, oczywiście także jako dorosłych, zirytować. Same wyszukują sobie partnerów interakcji, a jako dorosłe będą unikać zawierania związków tylko w celu uzyskania akceptacji.
Są także szybciej skłonne do eksploracji otaczającego je świata. Chętniej oddalają się od matki (szukając jednakże co jakiś czas jej obecności). Są bardziej odważne, ale instynkt społeczny nie pozwala im na brawurę. To pozwala im na wczesnym etapie rozwoju odkryć swój potencjał. Wieża z klocków jest podstawą do samozadowolenia, ale nie sprawia, że czują się „lepsze”, bo one już czują się bardzo dobrze. Udana (bądź nie) budowla nie ma na to wpływu.

Co ma do tego chusta?

Czy hipoteza zakładająca łączenie tak fundamentalnych cech osobowości dziecka z faktem, czy było noszone lub nie, nie jest zbyt daleko posunięta?
Chusta wspiera rodziców w budowaniu bliskiej relacji z dzieckiem. Poprzez nieustanny kontakt fizyczny, intensywną bliskość rodzic uczy się rozumieć i wychodzić naprzeciw potrzebom dziecka. Odpowiedź na te potrzeby staje się – nawet po krótkim okresie chustowania – wręcz instynktowna.
Dziecko noszone w chuście czuje, że jest kimś wartościowym. Społeczność je akceptuje. Jednocześnie fakt, że opiekun uczestniczy w życiu wspólnoty w sposób niemal nieograniczony, budzi w nim zdrowy stosunek do samego siebie.
Te dwa elementy działają tylko w zestawie: stała obecność i bierne współuczestnictwo. Bowiem gdy dziecko przebywa w centrum zainteresowania rodziny, zaczyna się dziać coś niedobrego. Jesper Juul tak o tym pisze: „Nastawienie dziecka można wyrazić w taki sposób »Skoro dorośli wokół mnie są stale zajęci tylko kolejnymi krokami mojego rozwoju, to znaczy, że nie jestem okay taki, jaki jestem teraz«. I takie przekonanie nie pozwala rozwinąć mu właściwego poczucia samego siebie. To poczucie siebie jest warunkiem i składnikiem poczucia własnej wartości” (Juul, Rodzic jako przywódca stada).

Oswoić siebie

Buntownicze zachowania pojawiają się tam, gdzie dziecko szuka potwierdzenia swojej wartości, a otrzymuje przekaz: „Pokochamy cię, jak będziesz taki, jak chcemy”. Rodzice, oczekując od dziecka spełnienia ich własnych potrzeb, kontynuują sztafetę niepewności. Brakuje im często troskliwej uwagi, by odczytać potrzeby swojego dziecka (potrzeby, a nie zachcianki). Zaś „Każda dobra relacja między dwojgiem ludzi wymaga zdolności obu stron do bycia obecnym uważnym tu i teraz” (Juul, Rodzic jako przywódca stada).
Podstawą takiej relacji jest „zdrowy stosunek do samego siebie” (Juul). Tu znów pojawia się chusta, dzięki której nie musimy całkowicie rezygnować z życia, gdy rodzi się dziecko, a wręcz przeciwnie – powinniśmy wziąć w tym życiu pełny udział. W ten sposób, mimo że przez około osiemnaście miesięcy jesteśmy do pełnej dyspozycji dziecka, pokazujemy mu na naszym przykładzie, co oznacza szacunek do siebie. Uczymy poczucia samego siebie.

Poza psychologią

Nie można pominąć fizycznego aspektu noszenia, mianowicie rozwoju układu ruchu i zmysłu równowagi. Badania pokazują, że to właśnie od zmysłu równowagi  – który pozwala nam odczuwać w przestrzeni własne ciało, a także inne przedmioty – zależy wiele psychologicznych umiejętności, np. samoregulacja, czyli dostrzeganie i zaspokajanie własnych potrzeb. Stymulując ten zmysł poprzez noszenie w chuście i dotyk, także wspieramy rozwój poczucia samego siebie, a zatem, pośrednio, poczucie własnej wartości. Na tej kanwie można tkać płótno życia.