Kategorie
karmienie piersią

Kiedy nie można karmić piersią?

Prawie 97% kobiet w Polsce zaczyna po porodzie naturalnie karmić swoje dziecko. W dniu wypisu ze szpitala karmi wyłącznie piersią już tylko 75% kobiet. W drugim miesiącu życia dziecka to już tylko 43% kobiet, a po 6 miesiącu… 14%.

Kobiety słyszą, że nie mogą karmić, bo ich piersi lub sutki nie są odpowiednie, że karmienie piersią bezpośrednio po cesarskim cięciu nie jest możliwe, że ich mleko jest złej jakości lub że go w ogóle nie ma, że powoduje alergie u dziecka, jest przyczyną kolek lub dziecięcego niepokoju… Wciąż żywe są mity, które swoją genezą sięgają średniowiecza.

Przeciwwskazaniem do karmienia piersią NIE JEST między innymi:

  • rozmiar piersi („za małe” lub „za duże”)
  • wklęsłe sutki
  • mastektomia jednej piersi
  • zabieg powiększenia piersi
  • poród przez cesarskie cięcie
  • fenyloketonuria u dziecka (karmienie piersią musi być częściowo ograniczone i łączone ze specjalną mieszanką mleczną przeznaczoną dla dzieci z PKU, musi być też konsultowane z lekarzem prowadzącym dziecko)
  • wcześniactwo
  • zespół Downa u dziecka
  • nowotwór u dziecka
  • choroby wirusowe matki (poza HIV i HTLV-1)
  • depresja matki, a także jej leczenie
  • szczepienia u matki
  • większość zabiegów medycznych (w tym: USG, mammografia, rezonans magnetyczny, tomografia komputerowa, znieczulenie, rentgen)
  • tatuaże i body piercing
  • palenie tytoniu
  • kolejna ciąża

Przeczytaj: „Karmię piersią dzieci z fenyloketonurią”. Rozmowa z Magdą Szulc

Przekazywanie kobietom nieprawdziwych informacji dotyczących karmienia piersią i sytuacji, w których jest ono przeciwwskazane, niesie za sobą oczywiste konsekwencje. Powoduje, że coraz mniej matek karmi naturalnie, a te, które zdecydowały się na mleczną drogę”, odstawiają dziecko od piersi, kiedy nie jest to konieczne. Brak rzetelnej wiedzy u personelu medycznego odbiera matce wiarę we własne możliwości, a dziecku – szansę na spokojne naturalne karmienie. Niemowlęta są niepotrzebnie dokarmiane sztucznym mlekiem, co niestety negatywnie wpływa na laktację u matki. Brak wsparcia i zrozumienia, którego doświadczają mamy na początku swojej rodzicielskiej drogi, powoduje, że karmienie staje się trudniejsze i… trwa krócej.
Czy to znaczy, że nie ma żadnych przeciwwskazań, by karmić dziecko swoim mlekiem? Niestety – są.

[natuli2]

Sytuacje wyjątkowe

Zdarzają się przypadki, kiedy karmienie piersią jest wykluczone. Są to sytuacje szczególne i niezbyt częste. Oto niektóre z nich:

  • Galaktozemia u dziecka

    To bardzo rzadka dziedziczna choroba metaboliczna. Objawia się już w 2–4 dobie życia. Jest skutkiem braku enzymu pozwalającego przemieniać galaktozę w glukozę, czyli w cukier, który dostarcza energii komórkom. W takich przypadku dziecko nie może spożywać galaktozy – jednego z cukrów prostych wchodzących w skład laktozy. Ponieważ kobiece mleko zawiera laktozę, karmienie piersią (lub odciąganym mlekiem kobiecym) dziecka z galaktozemią jest niebezpieczne dla jego zdrowia, rozwoju, a często również życia.

Najwcześniejsze objawy galaktozemii to:
– nasilające się wymioty,
– biegunka,
– zmętnienie soczewki oka,
– pogorszenie stanu ogólnego.

Na późniejszym etapie pojawiają się także:
– hipotonia,
– zaburzenia krzepnięcia krwi,
– powiększenie wątroby i śledziony,
– żółtaczka, która trwa znacznie dłużej i ma ostrzejszy przebieg niż u zdrowych noworodków,
– letarg,
– brak przyrostu bądź ubytek masy ciała noworodka,
– obniżone napięcie mięśniowe.

Ważne! Dzieci z galaktozemią muszą być karmione specjalną bezlaktozową mieszanką mleczną!

Obecność galaktozemii stwierdza się wyłącznie na podstawie badań przesiewowych. Jej występowanie szacuje się na nie więcej niż 1 na 40 000 – 1 na 60 000 przypadków w krajach zachodnich, co oznacza około 7 dzieci spośród wszystkich urodzonych w 2017 roku w Polsce.

  • Aktywna, nieleczona gruźlica u matki

Karmienie piersią jest przeciwwskazane, jeśli matka jest w aktywnej fazie choroby – prątkuje – i nie poddaje się leczeniu. Nie udowodniono przenikania prątków gruźlicy do mleka kobiecego, ponieważ jednak choroba przenosi się drogą kropelkową, dziecko bezwzględnie powinno być oddzielone od chorej mamy. Kobieta powinna w tym czasie pobudzać piersi, by utrzymać laktację, i po wyleczeniu choroby normalnie karmić piersią. Dodatni wynik próby tuberkulinowej, gdy nie ma objawów aktywnej choroby, nie jest przeszkodą do podjęcia karmienia piersią.

  • Wirus HIV u matki

Według obecnych zaleceń kobiety, które są nosicielkami wirusa HIV, nie powinny karmić piersią, ponieważ ten retrowirus może być przekazywany z mlekiem kobiecym. Jednocześnie dziecko chorej matki może zostać zakażone już w trakcie ciąży lub w trakcie porodu – jest to jedna z najczęstszych dróg zakażenia noworodka wirusem. Światowa Organizacja Zdrowia na podstawie badań, wskazuje, że dzieci, które zarówno przyjmują leki przeciwretrowirusowe (ARV), jak i są karmione piersią przez zakażoną matkę (która również przyjmuje leki), mają wyraźnie większe szanse na przeżycie i niezarażenie się wirusem HIV. Niestety oficjalnie nie ma jeszcze nowego stanowiska w tej sprawie.

  • Wirus HTLV-1 u matki

Wirus HTLV-1 to jeden z pierwszych odkrytych retrowirusów. Najczęściej wywołuje białaczkę i chłoniaka, jednak choroba nie rozwija się nagle, ale nawet 40–60 lat od zakażenia. Wirus HTLV-1 może być przenoszony przez mleko kobiece, krew i męskie nasienie. Wykrywa się go, podobnie jak wirus HIV, dzięki prostemu badaniu krwi. Rzadko występuje w Polsce, jest szczególnie obecny w Japonii, na Jamajce, Karaibach, Tajwanie, w Afryce, Nowej Gwinei i północnej części Ameryki Południowej.

  • Kuracja przeciwnowotworowa u matki

Kobiety, które przyjmują leki przeciwnowotworowe lub są leczone izotopami promieniotwórczymi, nie mogą karmić piersią ze względu na bezpieczeństwo dziecka. Nie ma natomiast przeszkód, by po zakończeniu terapii wróciły do karmienia. Jeśli kobieta choruje na nowotwór piersi, jest wręcz wskazane, by po zakończeniu leczenia, kiedy ma taką możliwość, karmiła piersią. Im dłuższy ogólny okres karmienia, tym mniejsze ryzyko zachorowania na przedmenopauzalny nowotwór piersi.

  • Przyjmowanie przez matkę jakichkolwiek substancji odurzających

Przyjmowanie jakichkolwiek środków narkotycznych i odurzających – drogą dożylną, pokarmową czy poprzez drogi oddechowe – jest bezwzględnym przeciwwskazaniem do karmienia piersią. Środki te przedostają się do pokarmu i mogą stanowić poważne zagrożenie dla życia dziecka.

Co zrobić, kiedy nie można karmić piersią?

Kobiety mają różne możliwości, by zapewnić dziecku pożywienie. Jednym z najlepszych sposobów jest karmienie dziecka mlekiem z banku mleka kobiecego. Niestety, banki mleka nadal nie są powszechne, a korzystać z niego mogą obecnie wyłącznie dzieci urodzone przed terminem i chore. Jedynie kiedy bank ma nadwyżki, pokarm może być przekazany zdrowym dzieciom urodzonym o czasie.

W przypadku gdy matka nie może ani karmić piersią, ani skorzystać z banku mleka, może postarać się o mleko kobiece od dawczyń. Ważne jest jednak, by znała dobrze dawczynię i by ta miała aktualny komplet badań. Bardzo istotne jest też to, by nie przyjmować mleka z anonimowego źródła lub z ogłoszenia w Internecie.

Kiedy nie ma możliwości uzyskania dla dziecka mleka kobiecego, pozostaje karmienie mlekiem modyfikowanym. Jest ono wytwarzane z mleka krowiego. By dostosować je do potrzeb i możliwości dziecka, obniża się poziom sodu, potasu i chloru, zwiększa zawartość witamin, żelaza i cynku, a także zmienia ilości oraz proporcję białek i tłuszczów. Mleko modyfikowane ma zdecydowanie uboższy skład niż mleko kobiece, jednak czasami pozostaje jedynym rozwiązaniem.

Zanim kobieta zdecyduje się nie podejmować lub zaprzestać karmienia piersią, warto, by upewniła się, czy rzeczywiście jest to konieczność.

Kategorie
zdrowie

8 mitów na temat rozwoju postawy ciała

Jednocześnie czytamy książki o rozwoju motorycznym dzieci (które niestety nie zawsze są oparte na rzetelnej i aktualnej wiedzy), analizujemy tabele rozwojowe, słuchamy rad mam, babć i cioć oraz zaglądamy na fora internetowe. Wszystko po to, by mieć pewność, że nasze dziecko dobrze się rozwija. Niestety, często możemy spotkać się ze sprzecznymi informacjami, co sprawia, że jesteśmy zagubieni i zaniepokojeni. Nie wiemy, które z nich są prawdziwe, a które nie znajdują potwierdzenia w rzeczywistości. Poniżej przedstawiamy 8 mitów dotyczących kształtowania się postawy ciała dziecka, z którymi niemal każdy młody rodzic prędzej czy później się zetknie.

Mit 1: „Bo mama/tata/dziadek też tak ma”

Zdarza się, iż u naszego dziecka zaobserwujemy postawę ciała, chód lub ustawienie części ciała niemal identyczne jak u innego członka rodziny. Tłumaczymy to „mocnymi genami” i zazwyczaj bagatelizujemy. O ile część tych podobieństw jest zupełnie niegroźna, o tyle niektóre wynikają z nieprawidłowych nawyków, których dziecko nabiera, obserwując swoich bliskich. Może to prowadzić do rozwoju wad postawy, zaburzeń pracy narządów wewnętrznych i innych bolesnych dolegliwości. Z tego powodu każde takie podobieństwo warto skonsultować z pediatrą lub fizjoterapeutą, a następnie wyeliminować nieprawidłowe nawyki zarówno u dziecka, jak i u siebie.

Mit 2: „Można sadzać dziecko na swoich kolanach lub z podparciem, gdy tylko opanuje trzymanie głowy w pionie”

W chwili narodzin główka dziecka stanowi ¼ długości jego ciała, a słabe jeszcze mięśnie szyi nie są w stanie jej utrzymać. Dlatego każdy rodzic wie, jak ważne jest podtrzymywanie jej podczas codziennej pielęgnacji. Kiedy około 3 miesiąca życia maluch uczy się trzymania głowy, czujemy, że w trakcie noszenia jest „sztywniejszy”, przez co nabieramy większej pewności podczas opieki nad nim. Dodatkowo, kiedy dziecko złapane za rączki zaczyna się podciągać, jesteśmy przekonani, że „chce już siadać”. Sadzamy je zatem u siebie na kolanach, w krzesełku albo podpieramy poduchami na kanapie, ku wielkiej radości dziecka, które w tej pozycji więcej widzi. Niestety, taka pozycja jest dla niego szkodliwa. Niemowlę, które samo nie potrafi siedzieć, ma wciąż zbyt słabe mięśnie przykręgosłupowe. Jego kręgosłup nie jest w stanie przeciwdziałać sile grawitacji, co może skutkować rozwojem asymetrii, a w przyszłości skoliozy. Podciąganie się dziecka do pozycji siedzącej, kiedy samo jeszcze nie potrafi tej pozycji utrzymać, występuje najczęściej wśród maluchów, które od początku są często noszone w pozycji pionowej lub długo przebywają w leżaczku lub foteliku.
Co zatem zamiast sadzania dziecka? Lepszym rozwiązaniem jest układanie go bokiem na naszych kolanach pod kątem 45 stopni, pleckami do nas (warto pamiętać przy tym, aby zmieniać boki, na których kładziemy dziecko) oraz jak najczęstsze pozwalanie na swobodne przebywanie w pozycji leżącej na brzuszku.

Mit 3: „Należy pomagać dziecku w nauce chodzenia”

Kiedy dziecko zaczyna podejmować pierwsze, często nieudane próby chodzenia, staramy mu się w tym pomóc. Podtrzymujemy je, żeby nie upadło, podajemy rękę, zakładamy sztywne buciki („żeby stópki były proste”), kupujemy szelki, skoczki lub – co gorsza – chodziki. Wydaje nam się, że w ten sposób dziecko szybciej opanuje tę umiejętność, a jednocześnie nie zrobi sobie krzywdy. Prawda jest jednak taka, że w ten sposób nie tylko dziecku przeszkadzamy, lecz możemy nawet zaszkodzić. Opanowanie umiejętności chodzenia jest procesem długim i bardzo skomplikowanym. Podejmując pierwsze próby chodzenia, początkowo bokiem przy meblach, a następnie samodzielnie do przodu, dziecko stopniowo wzmacnia mięśnie obręczy biodrowej, uczy się, jak obciążać stopy (stawiając je często w sposób, który napędza rodzicom strachu), trenuje koordynację ruchową oraz równowagę. Stosując wyżej wymienione „pomoce”, zaburzamy ten proces, a dziecko uczy się chodzić według nieprawidłowego wzorca, co w przyszłości może skutkować rozwojem wad postawy.
Jak więc wspomagać dziecko w nauce chodzenia? Zapewniając mu swobodę ruchów oraz dbając o bezpieczne otoczenie. Jeśli zauważymy, że dziecko zaraz się przewróci, oczywiście powinniśmy je podtrzymać, ale tylko do momentu, gdy odzyska równowagę. Następnie lepiej zwolnić chwyt i obserwować, jak kroczy ku samodzielności.

Mit 4: „Dziecko powinno uczyć się chodzić w butach, żeby stopy prawidłowo się rozwijały”

Jak już wyżej wspomniano, podczas podejmowania pierwszych prób chodzenia, dziecko uczy się między innymi, jak obciążać stopy. I robi to ustawiając je w przeróżny sposób – koślawiąc je, podwijając palce, stając na palcach, ustawiając stopy asymetrycznie. To często przeraża rodziców. Wsparci “dobrymi radami”, szybko kupują buciki, żeby stópka „prawidłowo się kształtowała”. Niestety, w ten sposób zabieramy dziecku możliwość nauki obciążania stóp, przenoszenia ciężaru ciała, reakcji równoważnych, a także czucia różnych faktur i nierówności podłoża, przez co stopa może ukształtować się w sposób nieprawidłowy. Znany fizjoterapeuta, Paweł Zawitkowski bardzo obrazowo przedstawia to, jak się czuje małe dziecko w takich sztywnych bucikach. Mianowicie poleca rodzicom, aby wyobrazili sobie siebie chodzących na co dzień w butach narciarskich. Byłoby to zdecydowanie niekomfortowe.
[reklama_col id=”69143, 69152, 69153″]
Jak w takim razie zadbać o prawidłowy rozwój stópek? Najważniejsza jest swoboda. Stopy powinny być bose, a ubrania nie mogą krępować ruchów (nie powinny być też za luźne, żeby nie zsuwały się podczas chodzenia). Na zimnych powierzchniach możemy założyć dziecku skarpetki z antypoślizgowe lub bardzo mięciutkie paputki. Natomiast na dworze powinno ono chodzić w dobrze dopasowanych butach o cienkiej i miękkiej podeszwie, z niską cholewką, szerokimi noskami i zrobionych z naturalnych materiałów, które pozwolą stopie oddychać. Ważne także, aby buciki dobrze trzymały śródstopie (a nie kostki).
Jednak nie możemy zapominać o tym, iż stopa dziecka zaczyna kształtować się znacznie wcześniej, jeszcze zanim zacznie chodzić. Podczas spontanicznej aktywności w łóżeczku, czy na podłodze dziecko chwyta stopy, bierze je do buzi, ociera jedna o drugą, odpycha się nimi o podłoże. To wszystko przygotowuje stopy do przyjęcia pozycji pionowej, a następne do stania. Z tego względu ważne jest, byśmy pozwolili dziecku spędzać jak najwięcej czasu z bosymi stopami już od pierwszych miesięcy życia.

Mit 5: “Chodzenie po twardej podłodze powoduje płaskostopie”

To kolejny mit, który popycha rodziców do zakładania dzieciom butów w domu. Rodzicom często wydaje się, że na takiej podłodze stopa się spłaszczy i po prostu do niej przyklei całą powierzchnią. Nic bardziej mylnego. W rzeczywistości, to właśnie ciągłe chodzenie po miękkim podłożu będzie miało gorszy wpływ na rozwój stóp. Taka powierzchnia powoduje spadek wydolności mięśni oraz stawów stopy. Na miękkim podłożu stopa zapada się, koślawi i spłaszcza, przez co dziecko ma problem z utrzymaniem prawidłowej postawy. Natomiast na twardym podłodze stopa cały czas pracuje (nawet podczas stania, które tylko pozornie jest nieruchome), a dziecko ma możliwość prawidłowego kształtowania równowagi, przenoszenia ciężaru ciała oraz  ruchu przetaczania stopy podczas nauki chodu.

Mit 6: „Dziecko powinno siedzieć w wieku 6 miesięcy, stać w wieku 10 i chodzić, gdy skończy 12 miesięcy”

Zanim dziecko przyjdzie na świat, staramy się jak najlepiej przygotować się do opieki nad nim. Dokładnie studiujemy przebieg prawidłowego rozwoju dziecka. Wiemy, jakich umiejętności będzie się po kolei uczyło oraz kiedy powinno je wykonywać. Gdy okazuje się, że nasze dziecko nie opanowało czegoś w danym miesiącu, zaczynamy się martwić. Jeśli jeszcze okaże się, że dziecko koleżanki lub kuzynki wykonuje tę czynność już od dawna, zdarza nam się wpadać w panikę.
Warto pamiętać, że tabele rozwojowe określające czas, w jakim dziecko powinno umieć wykonać daną czynność, zostały stworzone na podstawie obserwacji rozwoju dzieci. Tabele te mówią jedynie o tym, w jakim terminie statystycznie najwięcej dzieci opanowało określoną umiejętność. Każdy maluch prezentuje jednak indywidualne tempo rozwoju. Z tego względu coraz częściej mówi się o tzw. „oknach rozwojowych”, czyli przedziale czasowym, w którym dana umiejętność może się rozwinąć. Dla wyżej wymienionych czynności takie „okna rozwojowe” to:

  • czas od 6 do 10 miesiąca – dla samodzielnego siedzenia,
  • czas od 10 do 14 miesiąca – dla samodzielnego swobodnego stania (próby stania dziecko może podejmować już wcześniej – między 6 a 10 miesiącem życia),
  • czas od 12 do 18 miesiąca – dla samodzielnego chodzenia.

Jak widać, przedziały te są naprawdę szerokie. Dlatego lepiej skupić uwagę na obserwacji harmonijnego rozwoju dziecka niż na czasie, w którym uczy się ono danej umiejętności.

Mit 7: „Można wozić dziecko w foteliku samochodowym zamiast w gondoli”

Fotelik wpięty do wózka zamiast tradycyjnej gondoli, jest niestety coraz częstszym widokiem nie tylko w centrach handlowych, ale również w parku oraz w mieście. Wydaje się to bardzo wygodne. Żeby wsiąść do samochodu z dzieckiem wystarczy tylko wypiąć fotelik z wózka i przypiąć go pasami/Isofixem. Jeśli dziecko zaśnie, jak już dojedziemy do domu, to możemy fotelik wyciągnąć i przenieść w nim dziecko, aż do łóżeczka. Fotelik może być też świetnym bujaczkiem. Dość powszechne jest przekonanie, że “dziecku na pewno nie dzieje się w nim krzywda, przecież podobną pozycję miało w łonie matki. A że nie może się ruszać? W chustach dziecko także ma ograniczone ruchy, a są one bardzo popularne i szeroko polecane! Poza tym, w Anglii/Irlandii/USA też tak wożą dzieci”.
Niestety, stałe wożenie dziecka w foteliku ma negatywny wpływ na jego rozwój. Małe dziecko, którego mięśnie nie są jeszcze w stanie utrzymać sztywno ciała, siedzi w takim foteliku w sposób asymetryczny, z główką pochyloną na jedną ze stron. To może doprowadzić do rozwoju wad postawy ciała, spłaszczenia główki, a także zaburza prawidłowe, symetryczne wodzenie wzrokiem. Dodatkowo, stałe  unieruchomienie dziecka w jednej pozycji, zaburza jego rozwój ruchowy, prawidłowy rozwój krzywizn kręgosłupa, a także ogranicza doznania sensomotoryczne.
Fotelik został skonstruowany w taki sposób, żeby zapewnić dziecku bezpieczeństwo podczas jazdy samochodem oraz podczas ewentualnego wypadku samochodowego. To są jego główne i jedyne zadania, dlatego należy pamiętać, żeby nasze dziecko nie siedziało w nim więcej niż 2 godziny dziennie (przy zapewnieniu mu swobody ruchu w pozostałych godzinach), a podczas długiej podróży robić częste przerwy na nieskrępowaną aktywność dziecka.

Mit 8: „Wyrośnie z tego”

Każdy rodzic pragnie, żeby jego dziecko rozwijało się w sposób harmonijny i prawidłowy. Kiedy tylko zauważymy coś, co nas niepokoi, konsultujemy się z pediatrą lub fizjoterapeutą. Często możemy wtedy usłyszeć zdanie „wyrośnie z tego”. Rzeczywiście, są takie rzeczy, z których dziecko wyrośnie (m.in. fizjologiczna szpotawość, która w późniejszym czasie przejdzie w fizjologiczną koślawość kolan, fizjologiczne płaskostopie czy dominacja kifozy piersiowej kręgosłupa około 3–4 roku życia). Nie powinno nas to jednak zwalniać z dalszej obserwacji dziecka i kontrolowania stopnia tych fizjologicznych odchyleń, aby nie przegapić momentu, kiedy zmienią się one w poważne wady postawy. Warto wiedzieć, że są także takie odchylenia, z których bez odpowiedniego wspomagania dziecko nie wyrośnie. Mowa tu o przykurczach mięśniowych. Zakres ruchu w stawach wraz z rozwojem powinien się stopniowo zwiększać. Jeśli jednak u dziecka pojawią się przykurcze mięśniowe (np. w wyniku zbyt długiego i częstego siedzenia), to spowodują one zmniejszenie zakresu ruchu w stawach, co z kolei może prowadzić do rozwoju wad postawy oraz zaburzenia pracy całego organizmu. Dlatego należy stale kontrolować, czy dziecko porusza się w sposób swobodny i czy wykonuje płynne ruchy.
Warto także raz na jakiś czas wybrać się z dzieckiem na wizytę kontrolną do fizjoterapeuty lub samemu wykonać proste testy oceniające prawidłowy zakres ruchów w stawach. Do takich testów możemy zaliczyć między innymi test oceniający długość mięśni kulszowo-goleniowych (zmodyfikowany test Laseque’a), test pięta–pośladek (oceniający długość mięśnia prostego uda) czy test ścienny Degi (oceniający prawidłowy zakres ruchu w stawach barkowych).
Omówione wyżej mity są jednymi z wielu, które słyszą młodzi rodzice. Jak więc oddzielić rzetelne informacje od tych niemających z prawdą wiele wspólnego? Przede wszystkim warto pamiętać, że każde dziecko ma indywidualne tempo rozwoju, którego nie należy przyspieszać. Ten rozwój będzie przebiegał w sposób harmonijny, jeśli zapewnimy maluchowi poczucie bliskości, bezpieczeństwo, swobodę ruchów oraz możliwość poruszania się po podłodze. Ważne jest także, żebyśmy bacznie obserwować dziecko i zaufali swojej intuicji, a wtedy na pewno zauważymy i odpowiednio zareagujemy na każdą nieprawidłowość, jaka się pojawi.

Kategorie
zdrowie

Jak Finowie (nie) leczą przeziębienia

Finowie swoje północne lato darzą ogromną sympatią i zamiast w ciepłych krajach – spędzają je w domkach nad jeziorami lub morzem, często bez bieżącej wody, za to obowiązkowo z sauną. Bliskość natury to podstawa – chłód czy deszcz nie potrafią zepsuć przyjemności biegania na bosaka, taplania się w błocie czy kąpieli w jeziorze. Bo w Finlandii do hartowania przykłada się ogromną wagę, i to już od pierwszych tygodni życia.

Lepiej zapobiegać niż leczyć

Codzienne kilkugodzinne spacery, jak również wystawianie wózka na zewnątrz na czas drzemki malucha to praktyki stosowane w Finlandii przez cały rok od pokoleń. Także w przedszkolach dzieci spędzają na dworze kilka godzin dziennie bez względu na pogodę. Jedynym ograniczeniem jest siarczysty mróz. Dla niemowląt temperaturą graniczną jest −10 stopni, dla dzieci powyżej roku −15. Przy większych mrozach wychodzi się na krótko – kilkanaście minut do pół godziny, ale dzień spędzony w całości w czterech ścianach to naprawdę rzadkość. Jednym z ulubionych powiedzeń Finów jest to, że nie ma złej pogody, są tylko nieodpowiednie ubrania. I faktycznie, każde dziecko i każdy dorosły posiadają w swojej garderobie wszystko, co pozwala na spacery, wycieczki czy wizyty na placu zabaw bez względu na panującą za oknem aurę.
Każda chwila jest dobra, by wykorzystać ją na aktywność fizyczną na świeżym powietrzu. Od najmłodszych lat Finowie poruszają się rowerem – przy każdej szkole i przedszkolu zaparkowane są ich setki. Zimą zmieniają tylko opony i nadal pedałują do pracy, szkoły czy na zakupy.
[reklama id=”70761″]

Dobroczynne działanie sauny

Finlandia to ojczyzna sauny. Mówi się, że w kraju zamieszkałym przez pięć milionów mieszkańców saun jest około dwóch milionów. Pobyt w saunie stymuluje krążenie krwi, a co za tym idzie – pozytywnie wpływa na dotlenienie organizmu. Wzmacnia też system immunologiczny, więc w Finlandii korzystają z niej już niemowlęta – na początku w ramionach mamy, przez chwilkę, na najniższym, czyli najchłodniejszym poziomie, z czasem coraz dłużej i w coraz wyższych temperaturach. Ważne jest, by po wizycie w saunie schłodzić organizm. Odważniejsi robią to, polewając się lodowatą wodą, ci mniej odważni używają letniej. Zimą jedną z największych atrakcji dla dzieci jest skakanie prosto z sauny w śnieżne zaspy. Brzmi to ekstremalnie, ale dzieci, którym pozwala się na takie praktyki, z reguły chorują rzadziej i są bardziej odporne na surowy północny klimat.

Katar to nie choroba

Oczywiście infekcje wirusowe nie omijają Finów, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. Narażone są na nie głównie małe dzieci, które zaczynają uczęszczać do przedszkola. Szacuje się, że łapią one infekcje minimum 6–8 razy w roku, a na początku swojej przedszkolnej kariery – nawet częściej.
Katar i kaszel, jeśli tylko nie towarzyszy im gorączka czy złe samopoczucie, nie są powodem, by zatrzymywać dziecko w domu. Wręcz przeciwnie – spacery nawet w przypadku niemowląt są w Finlandii jednym ze sposobów radzenia sobie z wirusami. W przedszkolach na co dzień dzieci kichają, prychają i zarażają się nawzajem. A wszystko po to, aby organizm, walcząc samodzielnie z mikrobami, jak najszybciej nabrał odporności.
Przeziębień nie leczy się w Finlandii lekami i nie stosuje się specyfików przeciwwirusowych – w myśl zasady, że dziecko z wirusami powinno radzić sobie samo. Użycie medykamentów ogranicza się praktycznie do leków przeciwgorączkowych w przypadku wysokiej temperatury lub dolegliwości bólowych. Najlepszym lekiem na katar jest… chusteczka higieniczna, czyli po prostu dokładne oczyszczanie nosa. W przypadku najmłodszych chusteczkę zastępuje woda morska lub sól fizjologiczna i aspirator.
W zależności od wirusa, który atakuje organizm (do tej pory rozpoznano ponad 200 typów wirusów wywołujących infekcje nazywane potocznie przeziębieniem), objawy takie jak katar czy kaszel mogą ciągnąć się tygodniami. Jeśli jednak samopoczucie dziecka nie ulega pogorszeniu, pozwala mu się kaszleć, uznając, że zapobiega to odkładaniu się wydzieliny w oskrzelach, a co za tym idzie – rozwojowi infekcji bakteryjnej.

Kiedy do lekarza?

Nawet najmłodsze dzieci radzą sobie z wirusami zazwyczaj bez specjalnej ingerencji, jednak zdarza się, że wizyta u lekarza jest konieczna.

W Finlandii zaleca się wizytę u lekarza, gdy:

  • Dziecko zaczyna skarżyć się na ból gardła, ucha czy też mięśni lub budzi się w nocy.
  • Dziecko staje się wyraźnie osłabione.
  • Przeziębienie nie mija w ciągu dwóch tygodni.
  • Gorączka trwa dłużej niż 3 dni.
  • Gorączka przechodzi, po czym po paru dniach pojawia się ponownie.
  • Gorączka jest wysoka i nie udaje się jej zbić domowymi sposobami oraz lekami dostępnymi bez recepty.
  • Pojawiają się problemy z oddychaniem.
  • Oddech staje się świszczący.
  • Oczy zaczynają ropieć.

Nawet w przypadku wystąpienia któregoś z powyższych objawów lekarze nie od razu wytaczają najcięższe działa przeciwko chorobie. Jeśli po osłuchaniu dziecka, obejrzeniu jego gardła i uszu podejrzewają infekcję bakteryjną, zlecają badanie poziomu CRP, stwierdzające stan zapalny lub jego brak. Dopiero gdy wynik wyraźnie wskaże na bakterię, przepisują antybiotyk oraz probiotyki. W przypadku zapalenia górnych dróg oddechowych często najpierw zaleca się stosowanie leków rozszerzających oskrzela, by ułatwić odkasływanie zalegającej wydzieliny, a jeśli to nie pomoże, po 2–3 dniach sięga się po antybiotyk.

Domowe sposoby walki z wirusami

Domowe środki Finów wspomagające walkę z wirusami lub łagodzące objawy przeziębienia są dość skromne. Przy zatkanym nosie poleca się inhalacje zwykłą parą wodną, która rozrzedza wydzielinę i ułatwia pozbycie się jej. Natomiast jako środek delikatnie łagodzący kaszel stosowany jest miód, podawany dzieciom zwłaszcza przed snem. Finowie wierzą również w zapobiegawcze i lecznicze właściwości czosnku i w okresach sprzyjających infekcjom włączają go do swojej diety, a jeśli przeziębienie i tak się przyplącze, zakładają na noc wełniane skarpety wypełnione rozgniecionym czosnkiem. Ten sposób stosują jednak wyłącznie dorośli, ponieważ skóra dzieci jest zbyt delikatna i mogłaby ulec bolesnym podrażnieniom.
Przeziębienia są w Finlandii uznawane za coś co prawda niekomfortowego, ale niezagrażającego specjalnie nikomu (poza osobami z grup podwyższonego ryzyka czy z osłabionym systemem immunologicznym) i traktowane są jako ważny element procesu zdobywania przez dzieci odporności. Element, z którym nie należy zbyt mocno walczyć, by tego procesu nie zakłócać. Wszak północna aura jest surowa i żeby korzystać w pełni z jej uroków, trzeba mieć zdrowie jak ze stali. Hartowanej stali.

Kategorie
zdrowie

Dlaczego wegetarianizm?

Jest kilka odmian wegetarianizmu:

  • Laktoowowegetarianizm – inaczej nazywany owolaktarianizmem, jest najpowszechniejszym rodzajem wegetarianizmu. Wyklucza z diety posiłki mięsne (także ryby), ale pozwala na spożywanie nabiału, jajek i miodu.
  • Laktowegetarianizm – polega na rezygnacji ze spożywania mięsa i jajek, ale dopuszcza stosowanie w diecie mleka i jego przetworów.
  • Owowegetarianizm – ze wszystkich produktów pochodzenia zwierzęcego pozwala na spożywanie tylko jajek.
  • Weganizm – wyklucza nie tylko mięso, ale też wszystkie produkty pochodzenia zwierzęcego, a więc mleko, sery, jajka i miód. Weganie nie używają produktów, w powstaniu których brały udział zwierzęta, czyli: futer, odzieży skórzanej, bawełnianej, jedwabnej, kosmetyków testowanych na zwierzętach i zawierających składniki pochodzące od zwierząt.
  • Frutarianizm – bywa określany jako: fruktarianizm, fruitarianizm, fruktorianizm. Należy do zdecydowanie najbardziej radykalnych form diety wegetariańskiej, bowiem oprócz produktów pochodzenia zwierzęcego wyklucza także jedzenie jakichkolwiek owoców i warzyw, których zerwanie „uśmierca” roślinę. Frutarianie odżywiają się przede wszystkim owocami (stąd ich nazwa), m.in.: jabłkami, bananami, ogórkami, bakłażanami, pomidorami i dyniami.
  • Witarianizm – jego założeniem jest spożywanie wyłącznie świeżych produktów, niegotowanych (choć mogą być podgrzewane do temperatury 41℃), w tym również kawy i herbaty. Witarianie wykluczają soki i inne napoje, zastępując je wodą mineralną. Ich zdaniem gotowanie niszczy enzymy i składniki mineralne znajdujące się w warzywach i owocach.
  • Liquidarianizm – liquidarianie spożywają te same produkty co witarianie (niegotowane), ale przygotowane w inny sposób. Sporządzają z nich soki, które nie obciążają układu trawiennego, oczyszczają organizm, a przy tym dostarczają potrzebnych witamin i minerałów.
  • Sprautarianizm – zwolennicy tego typu diety żywią się głównie kiełkami (nasionami zbóż, warzyw i owoców).

Zdarza się, że do odmian wegetarianizmu zalicza się semiwegetarianizm (jego rodzaje to pollowegetarianizm i pescowegetarianizm), który polega na ograniczeniu ilości spożywanego mięsa, ale nie na całkowitym wykluczeniu go z menu. Wiele osób uważa, że jest to stan przejściowy między jedzeniem a niejedzeniem posiłków mięsnych.

Dlaczego wege?

W wegetarianizmie chodzi głównie o wyeliminowanie mięsa ze swojego jadłospisu, choć dla wielu to życiowa filozofia, postawa wyrażająca się odrzuceniem wszelkich korzyści, których podstawą było cierpienie zwierząt.
Przeczytaj: Czym zastąpić mięso w diecie?

Ten rodzaj diety jest wybierany z wielu powodów. Są to m.in.:

  • Dobro człowieka

    Obecnie większość wytwarzanego przemysłowo mięsa, bez względu na jego rodzaj, pochodzi od zwierząt, którym w celu przyśpieszenia wzrostu podaje się hormony: głównie syntetyczny estradiol i testosteron. Udowodniono, że ich podwyższony poziom ma związek z takimi schorzeniami u kobiet jak endometrioza (rozrost błony śluzowej macicy poza błoną macicy), nowotworami: rakiem sutka, jajnika, szyjki macicy, a w przypadku mężczyzn – z rakiem prostaty i jądra. Do paszy, którą karmi się zwierzęta hodowlane, dodaje się antybiotyki, bo przyśpieszają wzrost i zapobiegają infekcjom; w mięsie znajdują się także cholesterol, pestycydy, dioksyny i wirusy.

  • Dobro zwierząt

    Dla pozyskania mięsa zabija się zwierzęta, które często hodowane są w niewłaściwych warunkach i transportowane w sposób niehumanitarny.
    Przeczytaj: 
    Jaką drogę musi przejść mięso, zanim trafi na twój talerz?

  • Dobro środowiska naturalnego

    Rocznie na całym świecie hoduje się około 50 miliardów zwierząt, które wydalają setki ton odchodów zawierających trujący gaz cieplarniany – metan. Ten z kolei wpływa na efekt cieplarniany i kwaśne deszcze. Ponadto przy hodowli wykorzystuje się około 75% światowych zasobów wody, a wszystko, co związane jest z przemysłem mięsnym, zanieczyszcza wodę trzy razy bardziej niż inne gałęzie przemysłu. Hektar ziemi przeznaczonej na uprawę roli wyżywi 25 osób, a ten przeznaczony na hodowlę zwierząt rzeźnych – 5 osób.

  • Względy religijne

    Niektóre wyznania zakazują spożywania posiłków mięsnych.

Zalety wegetarianizmu:

  • obniża ciśnienie tętnicze krwi,
  • zwiększa ilość błonnika pokarmowego w diecie,
  • zmniejsza ryzyko wystąpienia: otyłości, cukrzycy, nadciśnienia tętniczego, miażdżycy, chorób serca, zaparć, nowotworów jelita grubego, próchnicy zębów, kamicy,
  • ogranicza przyjmowanie toksyn znajdujących się w produktach zwierzęcych,
  • nie przyczynia się do okrutnego i nieludzkiego hodowania i zabijania zwierząt.

Potrawy wegetariańskie mają:

  • wysoką wartość odżywczą,
  • ograniczoną zawartość tłuszczu i nasyconych kwasów tłuszczowych,
  • niską zawartość cholesterolu (lub w ogóle go nie zawierają),
  • wysoką zawartość węglowodanów złożonych,
  • zwiększoną ilość witaminy C,
  • korzystny dla organizmu stosunek sodu do potasu.

Wszystkie odmiany diety wegetariańskiej wymagją wiedzy o komponowaniu wartościowych posiłków. Przed podjęciem decyzji o przejściu na taki styl odżywiania warto poradzić się osób zajmujących się dietą naturalną. Oto kilka wskazówek, gdzie szukać składników potrzebnych do komponowania pełnowartościowych wegetariańskich posiłków:

  • Białko – źródło energii potrzebne do budowy tkanek. Znajduje się w makaronie razowym, brązowym ryżu, orzechach, soi, ziemniakach, słoneczniku i roślinach strączkowych.
  • Tłuszcze – pomagają w przyswajaniu niektórych witamin i są ważnym źródłem energii. Weganie znajdą je w nasionach i orzechach oraz zrobionych z nich olejach i roślinach (np. awokado).
  • Węglowodany – pomagają w utrzymaniu stałej temperatury ciała, wspomagają procesy myślenia. Ich źródłem są pełne ziarna zbóż i grube kasze, a także warzywa strączkowe: soczewica, groch, fasola, ziemniaki i owoce.
  • Witaminy i minerały – większość z nich można znaleźć w owocach, warzywach i zbożach:
    żelazo – występuje w roślinach strączkowych (zwłaszcza w soi), w produktach pełnoziarnistych, ciemnozielonych warzywach (wszystkich warzywach liściowych w zielonym kolorze: natce pietruszki, selerze naciowym, pokrzywie, mniszku lekarskim itd.), suszonych owocach i orzechach,
    wapń – znajduje się w ciemnozielonych liściach roślin, w figach, tofu, zsiadłym mleku z soi, migdałach, orzechach, sezamie i maku.
    witamina B12 – występuje w produktach pochodzenia zwierzęcego (np. serach, jajkach). W diecie wegańskiej źródłem witaminy B12 powinny być suplementy tejże witaminy. 
Kategorie
niemowlę

Czego potrzebuje noworodek?

Media sprzedają nam cukierkowy obraz macierzyństwa

Dzieci z telewizji nie płaczą albo natychmiast przestają po podaniu im cudownego środka X. Kupka nie śmierdzi. Ubranka praktycznie się nie brudzą. Mama jest uśmiechnięta i nie widać po niej tych wszystkich nieprzespanych nocy – a jeśli widać, to natychmiast zjawia się pomocny tatuś. Dziecko jest zrobione z pierza i miłości, więc noszenie go kilka godzin dziennie to pestka. Poza tym przecież każdy bobas wprost uwielbia leżeć w łóżeczku albo wózku. A rutyna nie zabija miłości.
Lansowanie takiego obrazka to krzywda wyrządzana zarówno dzieciom, jak i rodzicom. Dzieciom – bowiem kształtuje szczególny, nierealny rodzaj oczekiwań wobec nich. Zaś rodzicom – bo jeśli ich dziecko nie pasuje do znanego z telewizji wzorca, podważa to ich wiarę we własne kompetencje. A stąd już prosta droga do oderwania od „intuicyjnego programu rodzicielskiego”, jaki każdy z nas nosi w sobie (tak nazywa ów instynkt Evelin Kirkilionis).
Oliwy do ognia dolewa kształt współczesnej rodziny, w której w rolę opiekunów wcielają się osamotnieni rodzice (a jeszcze częściej tylko matka), „wspierani” jedynie przez tabun satelitów w postaci różnych babć, ciotek i pociotków, bo to przecież kobiety posiadły tajemną wiedzę na temat opieki nad dzieckiem, którą chętnie się podzielą, bo „swoje już wychowały”… Fakt, czy są zadowolone z efektów, najczęściej jest całkowicie pomijany.

Noszeniaki

Tymczasem każde dziecko jest inne. Niektóre zasypiają po każdym karmieniu i budzą się co 3 godziny, niemal od początku przesypiając noce. Inne, tzw. high need babies (polski termin to „dziecko wysokich potrzeb”), to bardzo wrażliwe dzieci. Nie dają się nawet na chwilę odłożyć, skutecznie uniemożliwiając matce skorzystanie z toalety na wiele długich godzin. Znakomita większość zaś nie ma wygórowanych potrzeb, ale jak każdy noszeniak – potrzebuje bliskości.

Evelin Kirkilionis tak w swej książce Dobrze nosić tłumaczy specyfikę ludzkiego niemowlęcia: „Predyspozycje w zakresie zachowań, antropogeneza człowieka i porównanie z naszymi najbliższymi krewnymi, małpami człekokształtnymi, wyraźnie pokazują, że ludzkiego noworodka należy zaliczyć do biologicznego typu młodych zwanego noszeniakami. Noszeniaki przystosowane są do stałego zabierania ich ze sobą przez dorosłych. Aktywne noszeniaki samodzielnie trzymają się matki”. To nic, że „ludzkie niemowlę nie potrafi aktywnie przyczepić się do matki rękami i nogami” – nasz ewolucyjny proces rozwojowy wskazuje wyraźnie, że rozpoczynamy swoje życie jako aktywne noszeniaki.
Nie mamy już futra, więc dziecko i tak nie miałoby za co złapać. Nasze stopy służą głównie do chodzenia, zatem utraciły chwytność (choć u noworodków chwytny odruch rąk i nóg jest nadal bardzo silny).
Właśnie obserwacja odruchów pozwoliła badaczom prawidłowo zaklasyfikować ludzkie niemowlę. Pozycja fizjologicznej żabki, tak celebrowana przez neonatologów, fizjoterapeutów i doradców noszenia dzieci w chustach, jest identyczna u ludzkiego niemowlęcia i gorylątka: „Ugięte, odwiedzione na bok nóżki i przykurczone rączki stanowią dogodną pozycję wyjściową do tego, by (…) wczepić się w futro matki”. Jedyna różnica między niemowlęciem goryla a człowieka polega na ułożeniu stóp – u ludzkiego dziecka są one skierowane do siebie, co pomaga utrzymywać się w pozycji na biodrze. Zaszła tu bowiem ważna ewolucyjna zmiana: miejsce noszenia u człowieka zostało przesunięte z brzucha na biodro. Stało się to m.in. za sprawą tego, że miednica człowieka wraz z przyjęciem pozycji wyprostowanej stała się bardziej wydatna niż u innych człekokształtnych i stanowi nowy punkt „zaczepienia i stabilizacji na ciele matki” (Kirkilionis, Dobrze nosić).

Noworodek powinien być noszony!

Pozostawanie w ramionach rodzica (nie tylko matki) jest zgodne z ludzkim kontinuum, czyli oczekiwaniami, z jakimi noworodek przychodzi na świat. „Na najwcześniejszych etapach rozwoju, zaraz po urodzeniu, świadomość dziecka jest równoznaczna z odczuwaniem. Nie posiada ono zdolności myślenia w sensie rozumowania, świadomej pamięci, refleksji czy osądu. (…) Dziecku, które (…) jest trzymane na ręku, nie przeszkadza brak poczucia upływu czasu – czuje się ono po prostu dobrze. Natomiast dla dziecka nietrzymanego na ręku niemożność złagodzenia cierpienia za pomocą nadziei (która przecież zależy od poczucia czasu) jest najokrutniejszą próbą”, pisze Jean Liedloff w książce W głębi kontinuum.
Bywa, że młody rodzic, cywilizacyjnie oderwany od swego instynktu (bowiem często jego własne dziecko jest pierwszym, które trzyma na rękach), jest targany z jednej strony niejasnym poczuciem, że „coś jest nie tak” (tak próbuje dojść do głosu program rodzicielski i kontinuum), a z drugiej – „dobrymi radami” w stylu „nie noś, bo się przyzwyczai” albo „zostaw, niech się wypłacze”.

Cry it out

Ta ostatnia metoda to prawdziwe barbarzyństwo wyrządzane dziecku, stosowane niestety do tej pory. Niektórzy rodzice spytają: a co w tym złego, jeśli działa? Właśnie ta pozorna skuteczność metody „cry it out” jest najbardziej szkodliwa. Niestety, rodzice polecają ją sobie z pokolenia na pokolenie, zadając cierpienie kolejnym dzieciom. Ale tym, co rzeczywiście powinno nas zaniepokoić w tej metodzie, jest to, że dziecko w pewnym momencie przestaje płakać. Choć niektórzy myślą, że o to właśnie chodzi… Wielu rodzicom, pozostającym w oderwaniu od kontinuum, wydaje się, że dziecko i oni to dwa antagonistyczne bieguny, że z nim można „wygrać” albo „przegrać”. Tymczasem rodzina to drużyna. A dziecko, które w wyniku metody „cry it out” i ich diabelskich odmian (np. metoda 3-5-7 albo metoda dr Karpa) zasypia, traci nadzieję. Pogrąża się w „milczącej pustce” i „martwocie”, jak określa to Liedloff, choć zostało stworzone do kontaktu z ciepłym, tętniącym życiem. Takie dziecko nigdy już nie będzie wiedziało, że jest w porządku, że jego obecność jest pożądana, a i ono samo jest pożądanym elementem społeczeństwa. Liedloff konstatuje: „Bez takiego poczucia człowiek nie wie, na ile wolno mu się domagać wygody, bezpieczeństwa, pomocy, towarzystwa, miłości, przyjaźni, rzeczy materialnych, przyjemności lub radości. (…) Wielu ludzi spędza całe swoje życie na poszukiwaniu dowodu, że istnieją. Kierowcy wyścigowi, zdobywcy górskich szczytów, bohaterowie wojenni i inni śmiałkowie, którzy flirtują ze śmiercią, próbują przekonać się, że naprawdę żyją przez najbardziej bliskie konfrontowanie się z przeciwieństwem życia”.
Znane są nieludzkie eksperymenty na niemowlętach poddawanych tzw. deprywacji sensorycznej, czyli pozbawiane wszelkiej bliskości drugiego człowieka. Niestety, dzieci te umierały. Tego typu bestialskie doświadczenia paradoksalnie pomogły zmienić spojrzenie na opiekę nad niemowlęciem. To tym dzieciom zawdzięczamy takie zwykłe już elementy szpitalnej opieki jak rooming-in na porodówce czy upowszechnienie noszenia w chuście jako sposobu pielęgnacji niemowlęcia. A także przeobrażenie współczesnych domów dziecka w stosunkowo przyjazne miejsca, zwłaszcza jeśli jest to ośrodek preadopcyjny dla naprawdę maleńkich dzieci, dla których bliskość to sprawa kluczowa dla ich dalszego rozwoju.

Czego potrzebuje noworodek?

Po pierwsze bliskość

Jest ważna zarówno dla matki, jak i dla dziecka. Przy czym „niemowlę zna tylko jeden rodzaj związku, a każdy i każda z nas ma w sobie zestaw reakcji na jego sygnały” (Liedloff, W głębi kontinuum). Nie ma znaczenia, czy rolę tę pełni matka czy ojciec. „To rodzice kładą podwaliny pod sposób, w jaki dziecko postrzega swój mały świat, czy może zaufać, że jego potrzeby będą zaspokajane i że nigdy nie zabraknie mu opieki, uwagi i bezpieczeństwa” (Kirkilionis, Dobrze nosić). Już przy narodzinach dochodzi do zjawiska znanego ze świata ptaków: imprintu. U ludzi zachodzi on jednak w odwrotnym kierunku. To matka, dotykając swoje nowo narodzone dziecko i budując z nim więź, zostaje uwarunkowana do miłości i opieki nad nim. Stanowi to rodzaj zabezpieczenia dla przetrwania naszego gatunku.
Dziecko czuje się dobrze, przebywając w ramionach matki. Ale także i ona czuje się dobrze, nosząc swoje dziecko.
Co ciekawe, intensywny dotyk jest przyczyną lepszej wchłanialności pożywienia. Zaobserwowano to u kangurowanych wcześniaków, których przyrost masy ciała był o wiele większy i szybszy niż w przypadku noworodków przebywających tylko w inkubatorze. Do tego odkrycia przyczynił się przypadek. W jednym z krajów Ameryki Południowej zabrakło prądu na oddziale intensywnej opieki neonatologicznej. Położne wyjęły więc wcześniaki z niedziałających inkubatorów i położyły matkom na piersiach. Ku ich zdziwieniu dzieciom nie tylko nic się nie stało, ale zaczęły przybierać na wadze. Metoda ta rozpowszechniła się w krajach rozwijających się, przenika też na oddziały wcześniacze w Europie.

Po drugie kompetencja

Kirkilionis trafnie zauważa: „Przy pierwszym dziecku w naszym kręgu kulturowym rodzice w większości nie mają żadnego doświadczenia w opiece nad niemowlęciem. Wszystko jest nowe, noce są krótkie, zmęczenie staje się nieodłącznym towarzyszem, maleństwo to wciąż zagadka, a jego sygnały na początku wcale nie chcą być jednoznaczne. Mieszanka niewiedzy i niepewności z zasady nie stwarza korzystnych warunków do tego, by (…) aktywować (…) intuicyjny program rodzicielski. Dusza jest pełna zapału, ale ciało… czytaj: matka, jest zmęczone. A tu jeszcze trzeba przyjaźnie i radośnie, szybko, troskliwie itd. reagować na każde wezwanie”.
Chusta bywa w takiej sytuacji ostatnią deską ratunku (a powinna być pierwszym wyborem). Często dzieje się tak, że jeden z rodziców, najczęściej matka, słyszał coś na temat chust i szuka pomocy u certyfikowanego doradcy, którego rolą jako eksperta jest także rozwiewanie wątpliwości. Ojcowie, choć początkowo bywają niechętni chustonoszeniu, nigdy tego nie żałują.
Noszenie zapewnia dziecku bliskość i rodzicielską czułość, ale jest ważne także dla noszącego. Doświadczony rodzic doskonale wyczuwa, kiedy dziecko – wtulone w chustę na jego plecach – śpi, kiedy uważnie się rozgląda, a kiedy za chwilę się obudzi. „Podczas noszenia w bezpośrednim kontakcie fizycznym rodzice wyczuwają każde drgnienie dziecka, wiedzą, kiedy jest śpiące, zaciekawione, czy robi się niespokojne i za chwilę ogłosi, że jest głodne” (Kirkilionis). Szybkie reagowanie na potrzeby dziecka sprawia, że dziecko nabiera pewności, że potrzeby te są w porządku. Działa to w obie strony, gdyż rodzic, widząc efekty swych działań, nabiera pewności siebie. To podbudowuje jego wiarę we własne kompetencje i pozwala na dalszą prawidłową opiekę.

Po trzecie stymulacja wczesnorozwojowa

Noszenie w chuście zapewnia dziecku stymulację sprzyjającą rozwojowi jego mózgu zarówno na poziomie neuronalnym, jak i kognitywnym. W chuście nie ma możliwości przebodźcowania dziecka, tak powszechnie spotykanego w naszym świecie pełnym świateł i hałasów. Dziecko samo dozuje sobie liczbę dostarczanym bodźców – jeśli poczuje się zmęczone, wtula się w rodzica i zasypia. Takiej możliwości nie daje jednak pozycja „przodem do świata”, która jest po prostu nieprawidłowa i nie powinna być stosowana.  
Dzieci noszone w chuście najczęściej są lepiej rozwinięte motorycznie niż rówieśnicy, np. wcześniej trzymają sztywno główkę lub raczkują. Są też silniejsze fizycznie. Oprócz badań przeprowadzanych w naszym kręgu kulturowym można tutaj przywołać przykład społeczeństw tradycyjnych: „dzieci z różnych kultur afrykańskich dużo wcześniej potrafią na przykład stabilnie trzymać główkę, a pod względem rozwoju motorycznego ogólnie wyprzedzają dzieci dorastające w zachodnim świecie” (Kirkilionis). Dzieje się tak za sprawą powszechnego stosowania chust w krajach afrykańskich (choć tamtejsze metody wiązania znacznie odbiegają od europejskich wytycznych i niejeden doradca noszenia złapałby się za głowę, widząc, w jaki sposób afrykańska matka potrafi zamotać swoje dziecko).
Jest to ściśle powiązane ze stymulacją tzw. układu przedsionkowo-proprioceptywnego dziecka. Odpowiada on za percepcję wzrokową, poczucie części własnego ciała, za postrzeganie ciała wobec reszty rzeczywistości oraz za percepcję innych przedmiotów w przestrzeni (czy znajdują się blisko, czy daleko, wysoko czy nisko, czy się poruszają, a jeśli tak, to z jaką prędkością). Ale to nie wszystko. Odpowiada także za motorykę małą, ruchy ręka–oko, ruchy głowy i oczu oraz motorykę dużą i zmysł równowagi. Jest więc kluczowy dla prawidłowego rozwoju dziecka. Nie rodzimy się z tymi wszystkimi umiejętnościami, musimy je nabyć w zrównoważonym rozwoju w procesie zwanym integracją sensoryczną. A ponieważ rozwój dziecka przebiega dwukierunkowo, psycho-ruchowo, pobudzając narządy ruchu, dziecko rozwija jednocześnie funkcje neuronalne, np. mowę.
Noszenie bardziej aktywizuje dziecko motorycznie niż leżenie, zatem układ przedsionkowo-proprioceptywny dzięki noszeniu w chuście dostaje olbrzymie wsparcie. Otrzymuje też inne bodźce niż podczas jazdy w wózku. Rodzic, wykonując codzienne czynności, na co pozwala mu chusta, lub maszerując z dzieckiem podczas spaceru, przyczynia się do powstania u niego ruchów kompensacyjnych – ciało dziecka musi za rodzicem nadążyć, więc wykonuje w tym celu mnóstwo maleńkich ruchów. Pozornie bierny mały człowiek cały czas „pracuje” swoimi mięśniami i szkieletem.
Cały nadmiar energii pochodzącej z pożywienia, którego dziecko jeszcze nie umie spożytkować, jest przenoszony na rodzica. Stąd maluchy codziennie noszone w chustach są spokojniejsze, nie muszą bowiem szukać ujścia dla olbrzymich pokładów energii.
Ciało dziecka przemieszcza się względem podłoża, oddziałuje na nie grawitacja, z którą także uczy się obchodzić. Co prawda w wiązaniach polecanych dla niesiedzących niemowląt, czyli kangurze, plecaku prostym i kieszonce, nie występuje pionizacja, to ułożenie dziecka przebiega prostopadle do podłoża, z czym również musi poradzić sobie jego mózg. Stymulacja zachodzi sama, można powiedzieć mimochodem.
Na tych wszystkich obszarach będą bazowały późniejsze doświadczenia i umiejętności młodego człowieka.

Po czwarte odpoczynek

Kiedy w rodzinie pojawia się dziecko, słowo “odpoczynek” nabiera nowego znaczenia. Często dzieje się tak, że zmęczenie dorosłych wydaje się schodzić na dalszy plan, rodzic staje w opozycji wobec niemowlęcia, które „nie pozwala mu zasnąć”, „nie pozwala mu odpocząć”. To doskonały moment na wsparcie ze strony rodziny czy szerszej grupy, „plemienia”. Niestety, bardzo często pozostaje ono jedynie w sferze marzeń.
Warto tutaj podkreślić raz jeszcze, że dwoje ludzi, nawet bardzo kochających się i empatycznych, nie stanowi wystarczającej grupy potrzebnej do wychowania dziecka. Po pierwsze – przebiega to ze szkodą dla samego niemowlęcia, które potrzebuje w swoim otoczeniu więcej osób, niż potrafi wykorzystać (jak określa to Liedloff). Po drugie – taka nuklearna rodzina, wymysł naszych czasów, to całkowicie nienaturalne środowisko także dla dwójki dorosłych ludzi, przed którymi stawia się wręcz nierealne wyzwania.
Jednak wśród takich wyśrubowanych wymogów codzienności także widać światełko w tunelu. Jest nim zmiana postawy. Dziecko nie jest naszym rywalem w wykonywaniu codziennych obowiązków. Ono powinno być ich biernym uczestnikiem. Jest wiele codziennych czynności, które bez problemu można wykonać z dzieckiem: przybijanie gwoździa, korzystanie z toalety, odkurzanie, prasowanie, wycieranie kurzu, słanie łóżka, podlewanie ogródka, zakupy, rozpalanie w piecu. W zasadzie wszystko oprócz prysznica, wieszania firanek i prowadzenia auta.
Doświadczony doradca noszenia wie, że ucząc rodziców korzystania z narzędzia, jakim jest chusta, pomaga im poprawić jakość życia. Z dzieckiem w chuście da się napić kawy, usiąść w fotelu albo na piłce i poczytać książkę, a niekiedy nawet zdrzemnąć. Pozwala to, by macierzyństwo wróciło w prastare koleiny, a dziecko czuło, że wszystko toczy się we właściwym porządku. Matka i dziecko to jedno, jak u zarania dziejów ludzkości. Nawet jeśli miało mieć włosy kręcone, a oczy niebieskie.

Kategorie
zdrowie

Niesamowite właściwości pyłku pszczelego

Znany od tysięcy lat

Pyłek pszczeli znany był już starożytnym lekarzom. Egipcjanie, Rzymianie i Grecy chwalili jego odżywcze wartości i nazywali „życiodajnym pyłem”. Według Hipokratesa, który jest uznawany za ojca współczesnej medycyny, pyłek pszczeli był naturalnym rozwiązaniem leczniczym, a starożytni mieszkańcy Chin stosowali go jako lek odmładzający.

Czym jest pyłek pszczeli?

Pyłek kwiatowy zbierany jest przez pszczoły. To oprócz miodu ich podstawowy pokarm. Pyłek ma kształt niewielkiej wielkości żółtobrązowych kuleczek, które – zmieszane z odrobiną nektaru, miodu lub śliny – gromadzone są przez pszczoły w ulu i magazynowane jako pokarm dla młodych.

Skład pyłku pszczelego to:

  • w 30% – strawne węglowodany
  • w 26% – cukry (głównie fruktoza i glukoza)
  • w 23% – białka (w tym 10 procent niezbędnych aminokwasów)
  • w 5% – lipidy (w tym niezbędne kwasy tłuszczowe)
  • w 2% – związki fenolowe
  • w 1,6% – minerały (w tym wapń, fosfor, magnez, sód, potas, żelazo, miedź, cynk, mangan, krzem i selen)
  • w 0,6% – rozpuszczalne w wodzie kwasy i witaminy (w tym B1, B2, B6 i C)
  • w 0,1% – witaminy rozpuszczalne w tłuszczach (w tym witaminy A, E i D)

Pyłek kwiatowy zawiera praktycznie wszystkie składniki odżywcze, których potrzebuje ludzki organizm do prawidłowego funkcjonowania.
[natuli2]

Najważniejsze zalety spożywania pyłku kwiatowego:

  • Posiada wysoką wartość odżywczą

    Z powodzeniem może być stosowany zarówno przez dzieci, jak i dorosłych, u których zauważa się problemy z apetytem lub stwierdza stan niedożywienia. Wskazany jest w okresie rekonwalescencji oraz po przebytych operacjach. Ze względu na dużą zawartość białka i łatwo przyswajalnego żelaza może być stosowany przez wegetarian jako naturalny suplement diety, zapobiegający niedoborom tych składników.

  • Wzmacnia system odpornościowy

    Ma właściwości przeciwwirusowe. W roku 2014 w „Food and Chemical Toxicology”, opublikowano wnioski z badania, w trakcie którego poddano analizie substancje czynne pochodzące z ośmiu próbek pyłku pszczelego z różnych źródeł. Udowodniono, iż każda z próbek wykazywała działanie przeciwdrobnoustrojowe.

  • Zmniejsza stres

    Ze względu na wartości odżywcze pyłek pszczeli poprawia dopływ krwi do tkanek nerwowych, przez co wzmacnia system nerwowy.

  • Wspomaga odchudzanie

    Jest produktem niskokalorycznym – dwie łyżeczki pyłku to tylko 40 kcal i około 4 g cukru. Wspomniana ilość zapewnia też 8% dziennej dawki błonnika. Aminokwasy zawarte w pyłku wspomagają metabolizm. Nie ma jednak żadnych naukowych dowodów na to, iż pyłek pszczeli jest produktem odchudzającym.

  • Jest wskazany dla miłośników kawy

    Wysoka zawartość magnezu w pyłku niweluje skutki picia dużej ilości kawy. Ciekawostkę może stanowić fakt, iż pyłek sam działa podobnie – dodaje energii.

  • Działa przeciwalergicznie

    Znajdująca się w pyłku substancja czynna, antyhistamina, ma działanie antyalergiczne, tym samym zwiększa immunologiczne reakcje organizmu.

  • Wykazuje silne działanie antybiotyczne, zwalcza chorobotwórcze bakterie

    Badania przeprowadzone przez prof. dr. hab. Bogdana Kędzię potwierdziły, iż pyłek pszczeli hamuje rozwój bakterii i grzybów drożdżoidalnych powodujących zakażenia skóry.

  • Łagodzi objawy menopauzy

    W 2015 roku w Niemczech zaobserwowano, że kobiety będące w trakcie leczenia raka piersi, którym włączono dodatkową suplementację miodem i pyłkiem pszczelim, zauważyły znaczną poprawę samopoczucia. Badania wykazały, że substancje odżywcze zawarte w pyłku mają korzystny wpływ na równoważenie poziomu hormonów. Aż 70% kobiet przyjmujących produkt zaobserwowało u siebie poprawę nastroju i wzrost energii.

  • Wspomaga płodność

    Stymuluje owulację, chroni przed poronieniem i poprawia spermatogenezę (proces powstawania i dojrzewania plemników).

  • Redukuje stany zapalne

    Działanie przeciwzapalne pyłku pszczelego porównywane jest do działania takich leków jak naproxen. W artykule opublikowanym w 2010 roku w „Pharmaceutical Biology” grupa tureckich naukowców z Uniwersytetu w Ankarze, powołując się na przeprowadzone przez siebie badania, wskazała, że pyłek pszczeli skutecznie leczy choroby reumatyczne, a także: astmę, zapalenie oskrzeli i wrzody.

  • Pomaga przy niedokrwistości

    Pyłek pszczeli jest produktem bogatym w łatwo przyswajalne żelazo.

  • Wpływa pozytywnie na odnowę komórkową

    Rosyjscy naukowcy – N. Mankowski i D.G. Czebotariew – potwierdzili, iż pyłek pszczeli stymuluje odnowę komórkową. Stwierdzili oni, że odmłodzenie komórek skóry i ciała może być wspierane przez podawanie poliamin, mikroelementów, enzymów i aminokwasów obecnych w pyłku pszczelim. Te składniki odżywcze są potrzebne organizmowi do tworzenia nowej tkanki.

  • Działa antynowotworowo

    Badania przeprowadzone przez Eiichiego Furusawę z Uniwersytetu w Honolulu wykazały, iż wodny wyciąg z pyłku kwiatowego może być stosowany jako lek wzmagający działanie leków nowotworowych (długość życia chorych zwierząt poddanych badaniom wydłużyła się o 70% w przypadku podawania samego leku, a o 291% w przypadku terapii lekami i wyciągiem z pyłku kwiatowego).

Kto nie może przyjmować pyłku pszczelego?

Pomimo wszystkich swoich wspaniałych właściwości pyłek kwiatowy nie może być stosowany przez wszystkich. U niektórych może on wywoływać poważną reakcję alergiczną, w tym duszności, pokrzywkę, obrzęk, a nawet doprowadzić do wstrząsu anafilaktycznego. Bezwzględnie nie mogą go spożywać osoby, u których stwierdzono uczulenie pokarmowe na pyłek pszczeli.

  • Choć alergia na sam pyłek jest bardzo rzadka, to powinny na niego uważać także osoby uczulone na pyłki kwiatów, drzew i roślin i przed podjęciem decyzji o przyjmowaniu go zdecydowanie powinny przedyskutować tę kwestię z lekarzem.
  • Kolejną grupą osób, dla których terapia pyłkiem może nie być w pełni bezpieczna, są kobiety w ciąży. Istnieje obawa, że pyłek pszczeli ma działanie stymulujące macicę i w konsekwencji zagraża ciąży.
  • Nie ma także wystarczających badań klinicznych, aby udowodnić, że jest on bezpieczny podczas karmienia piersią.
  • Ponadto pyłku nie powinny stosować osoby, u których stwierdzono: ciężkie uszkodzenie nerek, skłonności do zaburzeń żołądkowo-jelitowych czy nowotwór gruczołu krokowego.

Zastosowanie w kosmetyce

Pyłek może być stosowany zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Pielęgnuje skórę, przeciwdziała pojawianiu się oznak starzenia. Potrafi również złagodzić zmiany trądzikowe, a także niweluje przebarwienia i pękające naczynka.
Badania dermatologiczne i farmakologiczne pod kierunkiem prof. Ryszarda Czarneckiego wykazały, że preparaty z zawartością pyłku pszczelego posiadały zdolność odnowy komórek i tkanek skóry. Dzieje się tak, ponieważ wspomniane ekstrakty są bogate w kwasy nukleinowe (RNA i DNA), aminokwasy, niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe (linolowy i α-linolenowy), enzymy, związki fenolowe (flawonoidy i kwasy fenolowe), fitosterole, hormony, witaminy i biopierwiastki.

Domowa maseczka do twarzy z dodatkiem pyłku pszczelego:

Dokładnie wymieszać:

  • 2 łyżki pyłku pszczelego,
  • 2 łyżki miodu,
  • 1 żółtko jaja kurzego,
  • 1 łyżkę twarogu.

Uzyskaną masę nałożyć na oczyszczoną skórę twarzy i szyi. Po 30 minutach zmyć letnią wodą.

Kuracja pyłkiem pszczelim

W okresie jesiennym i wiosennym kuracja pyłkowa może pomóc podnieść odporność organizmu. Czas leczenia wynosi 1–3 miesiące. Kurację można powtarzać 2–4 razy w roku.
Pyłek kwiatowy można spożywać na wiele sposobów. Ze względu na swój gorzki posmak warto mieszać go z miodem, twarożkiem, dżemem. Istotne jest też, by pyłek rozgnieść, dzięki temu będzie lepiej przyswajalny.

Proponowane dzienne dawki:

  • dzieci od 3 do 5 lat – 10 g,
  • dzieci od 6 do 12 lat – 15 g,
  • dzieci powyżej 12 lat i dorośli – 20 g,
  • dorośli (leczniczo) – 30–40 g.

Łyżeczka do herbaty zawiera około 5 g pyłku.
Warto wiedzieć, że pyłek kwiatowy nierozdrobniony, dokładnie żuty przed połknięciem, jest wykorzystywany przez organizm tylko w około 10–15%. Po rozdrobnieniu mechanicznym lub napęcznieniu dostępność składników biologicznych pyłku wzrasta – wynosi od 60 do 80%.

Kategorie
zdrowie

Zbiera, podnosi i modeluje czy… sprawia, że piersi wiotczeją? Cała prawda o biustonoszu

Kojarzycie tę historię z paleniem staników na feministycznych manifestacjach? Zaczęło się w 1968 roku, gdy nieformalna grupa kobiet, paląc staniki, oprotestowała pokaz piękności Miss America w Atlantic City. Miał to być protest zwracający wówczas uwagę na uprzedmiotowienie kobiet w amerykańskiej kulturze. W rzeczywistości poza stanikami palono wówczas również sztuczne rzęsy, egzemplarze “Playboya”, pasy wyszczuplające, pończochy, patelnie, rondle i mopy. Ale tylko staniki przeszły do historii. Dlaczego? Bo jakoś podskórnie każda z nas czuje, że uwolnienie się od nich w naszej kulturze jest wyjątkowo trudne.
Przez lata wmówiono nam, że jeśli nie będziemy ich nosić, to nasze piersi szybko staną się obwisłe, a kręgosłupy zaczną boleć. Staniki miały również wywoływać zdrowy nawyk prostowania pleców. Tymczasem naukowcy donoszą, że to, co przez lata uznawano za niezaprzeczalną prawdę, można zacząć spokojnie kontestować.
Tak można bowiem podsumować efekty 15-letnich badań prowadzonych przez ekspertów z Uniwersyteckiego Centrum Szpitalnego w Besancon i Uniwersytetu Franche-Comte, które rozpoczęły się w 1997 roku. Na ich czele stanął Jean-Denis Rouillon – specjalista medycyny sportowej – udowadniając, że kobiece ciało nie odnosi praktycznie żadnych korzyści z noszenia biustonosza – zarówno medycznych, jak też psychologicznych czy anatomicznych. Badanie przeprowadzone zostało na grupie 330 wolontariuszek w wieku od 18 do 35 lat.
Profesor Rouillon podzielił kobiety na dwie grupy, nakazując jednej z nich regularne noszenie biustonoszy, drugiej zaś – całkowite zrezygnowanie z tej części garderoby. Autor badania regularnie dokonywał pomiarów piersi. Panie pytane były też o to, czy odczuwają bóle pleców albo dyskomfort podczas wykonywania codziennych czynności, kiedy nie noszą stanika.

Brak stanika to „lepszy” biust?

Okazało się, że kobiety, które nie nosiły biustonoszy, miały lepiej rozwinięte naturalne mechanizmy podtrzymujące piersi. Dzięki temu ich biust był bardziej jędrny i mniej opadał. Dodatkowo ich piersi podnosiły się w porównaniu do pozycji ramion średnio o 7 milimetrów. Dzięki temu kobiety te miały znacznie mniej problemów z utrzymaniem prawidłowej postawy ciała. Nienoszenie staników usprawniało również funkcjonowanie systemu oddechowego oraz poprawiało kondycję skóry.
Według badania 42 proc. kobiet odczuwało dyskomfort przez pierwsze trzy miesiące chodzenia bez biustonosza. Potem w pełni do tego przywykły. Żadna z uczestniczek nie doświadczyła też bólu pleców ani nie skarżyła się, by brak tej części garderoby w jakikolwiek sposób ograniczał je w wykonywaniu codziennych czynności, w tym – w uprawianiu sportu.

Biustonosz tak – ale w podeszłym wieku

Przeciwwagę dla tej grupy badanych stanowiły kobiety noszące biustonosz od wczesnych lat młodości. U nich biust wiotczał szybciej z braku naturalnych mechanizmów podtrzymujących odpowiednią pozycję i kształt piersi.
Rouillon ostudził jednak zapędy tych kobiet, które chciałyby swoje biustonosze natychmiast wyrzucić do śmieci. Mogą one bowiem, szczególnie kobietom w podeszłym wieku i mającym problemy z otyłością, pomagać podtrzymywać biust. Dr Joanna Scurr z Uniwersytetu Portsmouth przeprowadziła badanie dowodzące, że nawet podczas tak spokojnego wysiłku, jakim jest spacerowanie, kobiece piersi poruszają się do 33 proc. bardziej w stosunku do pozycji stojącej. Jeśli więc uprawiamy sport i jesteśmy posiadaczkami dużych piersi, lepiej założyć stanik. Sport bez stanika może bowiem narazić nasze piersi na urazy.

A co z piersiami podczas karmienia piersią?

W naszej kulturze utarło się również, że długie karmienie piersią powoduje, że biust opada, wiotczeje i traci na atrakcyjności. Mit obwisłej piersi spowodowanej karmieniem jest na tyle duży, że część kobiet całkowicie rezygnuje z karmienia właśnie z tego względu. Naukowcy dowodzą jednak, że wiotczenie nie ma nic wspólnego z samym karmieniem i związane jest z wieloma innymi czynnikami. Do najczęstszych należą: wiek, liczba ciąż (im więcej, tym bardziej zwiotczały biust), za duże rozmiary staników w ciąży, wysokie BMI oraz… palenie papierosów.

Kategorie
niemowlę

Noszone dzieci płaczą mniej

Czym jest płacz dziecka i czemu służy?

Kiedy Jean Liedloff rozpoczęła swoje badania nad społecznością Indian Yequana, jej uwagę zwrócił spokój dzieci. Niemowlęta, trzymane nieustannie na rękach, „są łagodne i niewymagające (…). Nasze niemowlęta wierzgają nogami, gwałtownie machają rękami, wyginają sztywny kręgosłup w napięty łuk” (W głębi kontinuum).
Dlaczego „dzikie” dzieci są spokojniejsze i płaczą mniej? Czy społeczeństwa tradycyjne posiadły jakiś tajemniczy sposób pielęgnacji, który nam gdzieś umknął? Czy ma to jakiś związek z tym prastarym wynalazkiem ludzkości, jakim jest chusta do noszenia dzieci?

Płacz dziecka:

  • To umiejętność pozwalająca przetrwać jednostkom i gatunkowi.
  • Stanowi automatyczną reakcję na dyskomfort i ma sprawić, by ten dyskomfort ustąpił.
    Płacz niemowlęcia (spowodowany np. głodem, zimnem, gorącem, uwieraniem ubrania czy bólem) jest tak drażniący i przenikliwy, że nie da się przejść obok niego obojętnie.
  • Jest jedynym posiadanym przez dziecko narzędziem skutecznej komunikacji.
    Z tego powodu powinien spotkać się z jak najszybszą reakcją ze strony opiekuna. Dziecko co prawda nie ma poczucia czasu, ale zwlekając z odpowiedzią, wyrządzamy mu wielką krzywdę. Pozbawiamy je motywacji do dalszych interakcji (także tych pozytywnych). Dajemy mu odczuć, że jego potrzeby są nieważne lub mniej ważne.
  • To burzliwe zjawisko hormonalne i neuronalne.
    Podczas płaczu w przysadce mózgowej wydziela się hormon adrenokortykotropowy, który pobudza korę nadnerczy do produkcji kortyzolu, nazywanego hormonem stresu. A ten w nadmiarze jest szkodliwy: osłabia odporność, prowadzi do otyłości, uszkadza komórki mózgowe, może powodować nadciśnienie i zaburzenia tętna. To nic innego jak skutki długotrwałej sytuacji stresowej.

Płacz to komunikacja

Reagując natychmiast na płacz dziecka, nie tylko przyczyniamy się do obniżenia u niemowlęcia poziomu hormonów stresu. Dopuszczamy także do głosu nasz wrodzony „program rodzicielski” oraz zadzierzgamy więź z dzieckiem, przyjmując, że płacz jest jego zwykłym kanałem komunikacji, który wymaga odpowiedzi.
Liedloff zauważa: „Niemowlę słyszy i akceptuje swój płacz, lecz o ile matka (…) zna ten dźwięk od niepamiętnych czasów i wie, co on oznacza, niemowlę tego nie wie. Czuje tylko, że jest to działanie, które ma spowodować poprawę sytuacji” (W głębi kontinuum). Jeśli tak się nie dzieje, więź zostaje zerwana.

Płacz a rozwój

Przyjmuje się, że szczyt płaczu noworodka przypada około szóstego tygodnia życia. Oznacza to, że dziecko prawdopodobnie nigdy więcej nie będzie płakało tyle co wtedy. Sytuacja wygląda trochę inaczej w przypadku high need babies, u których po osiągnięciu szczytu tendencja spadkowa nie jest widoczna przez długi czas.
Przyczyną owego „płaczu bez powodu” jest niedojrzałość układu nerwowego noworodka. Okres pierwszych trzech miesięcy życia nazywa się także „czwartym trymestrem ciąży”. To prezent od ewolucji. Każde ludzkie dziecko po prostu rodzi się trzy miesiące wcześniej niż powinno, a to ze względu na nasz najcenniejszy organ – mózg. Gdyby natura pozwoliła nam czekać, aż układ nerwowy, a wraz z nim mózg, dojrzeje, czaszka dziecka nie przeszłaby przez kanał rodny kobiety. Dlatego – jak stwierdza Jean Liedloff – „narodziny to nie koniec linii montażowej”.
Dziecko po przyjściu na świat doznaje szoku. Aby pomóc mu oswoić się z nowymi bodźcami, uciekamy się do różnych środków. Są przyjazne porody, przytłumione dźwięki, naturalne lub sztuczne szumy, wreszcie chusta. Noworodek, ciasno w nią owinięty, znajdując się tuż przy ciele opiekuna, bezboleśnie wchodzi w nieznaną mu rzeczywistość. Szybciej zdobywa umiejętność samoregulacji, a przebywając w stanie pomiędzy jawą a snem, wtulony w ciało rodzica, bez ustanku uczy się otoczenia.
W 1986 r. w szpitalu pediatrycznym w Winterthur (Szwajcaria) pod kierownictwem dr. med. Ursa Hunzikera przeprowadzono badania nad wpływem noszenia na płacz niemowląt*. Rezultaty były zaskakujące. Obie grupy, kontrolna i „noszona”, startowały z mniej więcej tego samego pułapu 1,6 godz. płaczu dziennie w trzecim tygodniu życia. W grupie kontrolnej płacz się nasilał, a jego szczyt nastąpił w szóstym tygodniu (2,1 godz. dziennie), natomiast wśród noszonych niemowląt dał się zauważyć nieoczekiwany spadek płaczu (do 1,1 godz.), który utrzymywał się do dwunastego tygodnia. Wraz z redukcją płaczu zaobserwowano wzrost „zadowolonej aktywności” (w okresach dokładnie odpowiadających zmniejszonej płaczliwości). Zjawisko nie wpłynęło jednak na niemowlęcą umiejętność zasypiania. Najwyraźniej tego dziecko musi się nauczyć w późniejszym okresie i nie sposób tego przyspieszyć.

Samoregulacja, czyli jak samemu o siebie zadbać

Zdolność do samoregulacji idzie w parze z rozwojem układu nerwowego. Samoregulacja to zdolność kierowania swoją bieżącą aktywnością. Wymaga trudnej sztuki odczytywania sygnałów płynących z naszego ciała i adekwatnej reakcji na nie: “Jeśli jestem zmęczony – idę spać”, “Chce mi się jeść – robię sobie kanapkę”, “Jestem smutny – idę się przytulić”, “Jeśli mam ochotę się pobawić – robię to”. Każdy rodzic z łatwością zauważa jednak, że kilkuletnie dzieci, nie mówiąc o niemowlętach, nie posiadają umiejętności szybkiego rozpoznawania swoich potrzeb i reakcji na nie, która cechuje dorosłych (a i to nie wszystkich).
Przeciętny wieczór dwu-, trzylatka wygląda bowiem tak: jeśli dziecko jest zmęczone i senne, wtedy aktywnie się bawi, wydaje się pogodne, zaś rodzice niefrasobliwie pozwalają mu na napływ stresorów w postaci intensywnej zabawy i bajek w telewizji. Niestety, podejście „niech się zmęczy” skutkuje tym, że poziom pobudzenia jest u dziecka tak wysoki, że mimo wyczerpania nie jest w stanie zasnąć. Krótko mówiąc, zmęczony dorosły zasypia jak kamień. Zmęczone dziecko nie zaśnie i nie uspokoi się. Chyba że… odpocznie.
Umiejętność samoregulacji nabywamy z wiekiem, wraz z rozwojem psychoruchowym. Warunkiem tego ostatniego jest zaś prawidłowy przebieg integracji sensorycznej w obszarze układu nerwowego.

Człowiek rozwija się poprzez dotyk

Dotyk jest kluczowy dla rozwoju człowieka. Rozróżnienie na dotyk przyjemny i nieprzyjemny następuje już na poziomie neuronalnym. Badania nad dotykiem**, przeprowadzone w 2012 roku m.in. przez parę naukowców – Indię Morrison i Francisa McGlone’a – dowodzą, iż każdy dotyk inicjuje dokładnie dwa sygnały przesyłane do mózgu. Od ich interpretacji zależy, czy pobudzone zostaną wolne, niezmielinizowane włókna, odpowiadające za odczuwanie głębokiego bólu, temperatury i miłego dotyku, czy szybkie włókna mielinowe, czego efektem jest natychmiastowa reakcja na ukłucie, pchnięcia, nacisk czy poczucie przestrzeni. Jedynie w przypadku aktywacji tych pierwszych włókien, włókien CT, doznajemy uczucia przyjemności.
Badając przypadki patologiczne oraz analizując dokonania innego neurologa, Håkana Olaussona, naukowcy doszli do wniosku, że dotyk nadaje dziecku społeczny kontekst.

Co znaczy społeczny dotyk?

McGlone wyjaśnia, że ludzkie dziecko to istota społeczna, której mózg wymaga pobudzania, aby móc się rozwijać. I podobnie jak dorośli wklepują w twarz kremy nie po to, zdaniem McGlone’a, by zachować młody wygląd, a raczej aby pobudzić włókna CT i sprawić sobie przyjemność, tak niemowlę niemal bez przerwy chce czuć miły dotyk. To atawizm. Część mózgu odpowiedzialna za aktywację włókien CT znajduje się głęboko w starej części układu limbicznego, co też zdaje się pokrywać z hipotezą, że jesteśmy społeczeństwem motywowanym dotykiem: lubimy się dotykać, więc chcemy przebywać blisko siebie.
W historii ludzkości znane są przypadki deprywacji sensorycznej. Dzieci pozbawione dotyku umierały. Jednocześnie wiemy, że u kangurowanych wcześniaków następuje szybszy przyrost masy ciała w stosunku do tych przedwcześnie urodzonych maluchów, które pozostają w inkubatorach.

Otuleni dotykiem

Chusta zapewnia nieprzerwany kontakt opiekuna z dzieckiem, także skóra do skóry, jeśli temperatura otoczenia na to pozwala. Dzieci pielęgnowane w ten sposób łatwiej uspokoić. Ale chusta daje coś jeszcze – stymulację układu przedsionkowo-proprioceptywnego, czyli zmysłu ruchu i równowagi. „Pobudzanie układu przedsionkowo-proprioceptywnego sprawia, że niemowlęta są spokojniejsze i bardziej zrównoważone, wspiera rozwój fizyczny dziecka i upodabnia jego świat do znajomego, »przewidzianego« początkowo ewolucyjnie, zatwierdzonego otoczenia” (Evelin Kirkilionis, Dobrze nosić).
Noszenie mamy w genach – wiedziały to już nasze babki. Nosiły więc swoje dzieci wszędzie (np. w pole). Ale nie tylko nosiły, także kołysały w kołyskach. Kołyska stanowi bowiem właśnie taki zastępczy stymulant układu ruchu i równowagi. Jednak dopiero w zestawieniu z dotykiem ludzkiego ciała dokonuje się cud – niemowlę przestaje płakać i zasypia w słodkich objęciach.

Chusta na… wszystko

Niemowlę wraz z pożywieniem kumuluje energię, której nie ma jak rozładować, póki jeszcze nie nauczyło się samodzielnie poruszać. Dzięki chuście, pozostając bierne w ramionach opiekuna, przenosi na niego swój nadmiar energii. Matka porusza się, wykonując codzienne czynności, być może tańczy albo podskakuje. Zaś maluch w jej ramionach nie płacze i jest rozluźniony, bo w ten sposób pozbywa się nadwyżek kumulowanej energii. „Bierne niemowlę, w zaciszu swojego kontinuum, gdy zaspokoi swoje oczekiwania stałego kontaktu fizycznego, nie dąży do rozładowania energii, pozostawiając to aktywnemu dorosłemu lub dziecku, które je trzyma” (Liedloff, W głębi kontinuum).
Chusta daje też niepowtarzalne doświadczenie słodkiego dreszczu, gdy dzieje się coś nieoczekiwanego: zaszczeka pies albo zatrąbi auto. Wówczas u bardzo małych dzieci niosący je w chuście rodzic może poczuć rzeczywisty, fizyczny dreszcz: „Oto tam dzieją się rzeczy straszne, ja zaś jestem bezpieczne i kochane”.
Ważną sprawą może być również wzorzec reakcji matki na płacz dziecka obecny w społecznościach prymitywnych. Mitem jest, że „dzikie” dzieci w ogóle nie płaczą. Owszem, płaczą, ale nie jest to ten znany nam „nieutulony płacz”. Wysyłają komunikat i natychmiast dostają odpowiedź. Liedloff pisze: „Jeśli z jakiegoś powodu dziecko zapłacze, kiedy dorośli zajęci są rozmową, matka, chcąc odwrócić jego uwagę, syczy mu cicho do ucha. Gdy to zawiedzie, odchodzi z nim na bok i czeka, aż się uspokoi. Nie przeciwstawia się woli dziecka (…), nie okazując w żaden sposób niezadowolenia i nie dając poznać, że osądza jego zachowanie” (W głębi kontinuum).
Powyższy opis zachowania stanowi bardzo głęboką refleksję nad stosunkiem rodzica do dziecka. Społeczeństwa tradycyjne cechuje bowiem ogromny szacunek do dziecka jako istoty ludzkiej, do jego emocji i potrzeb. To jest to, co dopiero w XX w. musiał przypominać nam Janusz Korczak, mówiąc „Nie ma dzieci. Są ludzie”.
* The influence of carrying on infant crying, Excerpt from a trial by dr med. Urs A. Hunziker
**the-scientist.com/?articles.view/articleNo/32487/title/Pleasant-to-the-Touch/

Kategorie
niemowlę

5 rzeczy, które nie rozpieszczają, a wspierają rozwój

Bliskość – nowe tabu

Jak zauważa Carlos Gonzalez w swojej książce “Mocno mnie przytul”, społeczeństwo, w którym żyjemy, choć z założenia otwarte i tolerancyjne, ma bardzo mało tolerancji dla potrzeb matki i dziecka. Wskazuje na istnienie nowych współczesnych tabu oraz dzieli je na trzy kategorie:

  • tabu związane z płaczem: zabrania się zwracać uwagę na płaczące dzieci, brać je na ręce i dawać im to, o co proszą;
  • tabu związane ze snem: zabrania się usypiać dzieci na rękach lub przy piersi, śpiewać im albo kołysać je do snu, a także spać z nimi;
  • tabu związane z karmieniem piersią: zabrania się przystawiać dziecko do piersi w dowolnym momencie lub miejscu, a także karmić piersią “zbyt duże” dziecko.

Zachodnia cywilizacja ceni niezależność i samodzielność. Dzieci, które od urodzenia przesypiają całe noce, jedzą w równych odstępach czasowych, leżą same w łóżeczku i nie domagają się uwagi, uchodzą w opinii społecznej za “grzeczne” (pytanie, czy naprawdę istnieją). Natomiast wszelkiego rodzaju przejawy rodzicielskiej czułości są rozpatrywane jako “uleganie”, “rozpieszczanie” lub “przywiązywanie dziecka do siebie”.

5 rzeczy, które nie rozpieszczają, a wspierają rozwój

1. Noszenie na rękach – “Nie noś, bo rozpieścisz!”

Ludzkie dzieci należą do gatunku “noszeniaków”. Potrzeba noszenia nie jest wymysłem, a ewolucyjnym przystosowaniem umożliwiającym przetrwanie. To pozostałość po koczowniczym trybie życia, który wiedli nasi przodkowie. Można śmiało powiedzieć, że noszenie jest wpisane w naszą biologię. Świadczy o tym fakt, że noworodki przychodzą na świat wyposażone w odruchy, które jednoznacznie wskazują na przystosowanie dzieci do bycia noszonym przez rodziców (najczęściej przez matkę), czyli odruch chwytny i odruch zaciskania ud i rączek w momencie wykonywania przez osobą noszącą gwałtownych ruchów.
Istnieją także badania, które potwierdzają korzystny wpływ noszenia dzieci na wspomaganie pracy ich układu odpornościowego. Dzieje się tak dlatego, że bliski kontakt matki i niemowlęcia powoduje spadek poziomu białek prozapalnych w organizmie malucha. Można zatem śmiało powiedzieć, że noszenie to inwestycja w zdrowie malucha.
[reklama id=”72159″]

2. Bujanie i kołysanie – “Jeśli się przyzwyczai do bujania, to nigdy nie uśnie samodzielnie”

Dlaczego niemowlęta lubią być bujane i kołysane? Bo to doświadczenie, które “pamiętają” z brzucha mamy. Tym sposobem nie tylko nie rozpieścimy malucha, ale wręcz wspomożemy jego rozwój intelektualny i ruchowy. Bujanie pomaga w tworzeniu nowych połączeń między neuronami. Dodatkowo łagodny ruch sprzyja rozwojowi układu przedsionkowego, co w późniejszych latach przełoży się na prawidłową koordynację ruchową i właściwie działający zmysł równowagi. Malec zyskuje też świadomość swojego ciała i uczy się umiejscawiać je w przestrzeni, a zatem rozwija wyobraźnię przestrzenną. I wzmacnia mięśnie posturalne.

3. Reagowanie, gdy zapłacze – “Pozwól mu trochę popłakać, to ćwiczy płuca”

Płacz niemowlęcia to nic innego jak forma komunikacji. W ten sposób maluch informuje otoczenie o swoich potrzebach: głodzie, chłodzie, senności, ale także o potrzebie przytulenia czy kontaktu z drugim człowiekiem. Nie ma w tym nic dziwnego, że najedzony i przewinięty niemowlak nie chce leżeć sam odłożony do łóżeczka i płaczem domaga się wzięcia na ręce. Przychodzimy na świat jako istoty społeczne, dlatego od pierwszych dni życia łakniemy bliskości. Poza tym w przypadku małych dzieci, które nie potrafią regulować swoich stanów fizycznych i emocjonalnych, rodzice są takim “zewnętrznym regulatorem”. Dziecko, którego potrzeby są zaspokajane z uwagą i empatią, wyrasta na pewnego siebie, świadomego człowieka.
Alternatywą jest niereagowanie, a zatem pozostawienie dziecka samemu sobie, by się “wypłakało”. To rozwiązanie naraża je na długotrwały stres, który może doprowadzić do nieodwracalnych zmian w mózgu i upośledzić jego funkcjonowanie, a także:

  • zahamować rozwój tkanki nerwowej mózgu i zablokować możliwości tworzenia się nowych połączeń między neuronami,
  • zmniejszyć odporności organizmu,
  • spowodować problemy z termoregulacją,
  • zaburzyć rytm serca,
  • spowodować wzrost ciśnienia krwi w mózgu,
  • skrócić fazy snu głębokiego, który jest bardzo ważny dla rosnącego i rozwijającego się organizmu.

Dzieje się tak dlatego, że podczas płaczu w organizmie dziecka zaczyna być wytwarzany kortyzol, czyli tzw. hormon stresu. Jeśli maluch szybko znajdzie pocieszenie w ramionach opiekuna, wszystko jest w porządku. Natomiast jeśli płacze długo, stężenie kortyzolu w jego organizmie może osiągnąć niepokojący poziom. Mózg dziecka poddanego długotrwałemu działaniu stresu przypomina swoją strukturą mózg człowieka w depresji. Zmiany, które się w nim dokonają, w zasadzie są nieodwracalne. Badania pokazują także, że stres i traumatyczne przeżycia w okresie wczesnego dzieciństwa mogą powodować obumieranie komórek w hipokampie – części mózgu odpowiedzialnej za uczenie się*.

4. Usypianie przy piersi – “Robi sobie z ciebie smoczek”

Jak twierdzi Magda Karpienia, autorka książki „Karmienie piersią”:

Zasypianie przy piersi dziecka karmionego mlekiem matki jest najbardziej naturalnym i prawidłowym sposobem usypiania. I nie ma znaczenia, czy dziecko ma 2 tygodnie, czy 2 lata – zasypianie przy piersi jest dla niego właściwe.
Ssanie piersi to nie tylko pobieranie pokarmu, to dla malucha także relaks i ukojenie po dniu pełnym wrażeń i wyzwań rozwojowych. Bliskość mamy daje poczucie bezpieczeństwa, a mleko zaspokaja głód i zawiera substancję, która pomaga maluszkowi się wyciszyć i zasnąć. To taki naturalny regulator rytmu dobowego. Nie ma obaw, że dziecko nauczy się złych nawyków. Bo czy jest coś złego w zasypianiu u boku najbliższej osoby w poczuciu komfortu i bezpieczeństwa? (Przeczytaj: Usypianie – kiedy dziecko czuje się naprawdę dobrze, a kiedy nie…)

5. Spanie z dzieckiem – “Dziecko powinno umieć samo zasypiać w swoim łóżeczku. Inaczej nigdy nie będzie chciało spać samo”

Wbrew obiegowej opinii, że dzieci powinny przesypiać całe noce, najlepiej w swoim łóżeczku, pojawia się coraz więcej doniesień, które potwierdzają pozytywny wpływ współspania na więź między matką i dzieckiem oraz na rozwój fizyczny niemowlęcia. Naukowcy dowodzą, że współspanie jest nie tylko nieszkodliwe, ale wręcz sprzyja rozwojowi neurologicznemu dzieci i niemowląt; a małe dzieci powinny spać z rodzicami przez minimum pierwsze 3 lata życia**.
Dzieje się tak dlatego, że bliskość rodzica ma niezwykle pozytywny wpływ na funkcje życiowe niemowlęcia. Maluchy, które śpią w pobliżu rodziców, mają bardziej stabilną temperaturę ciała, regularny rytm serca i mniej długich przerw w oddychaniu w porównaniu do dzieci, które śpią same. Mają także niższy poziom kortyzolu, czyli hormonu stresu, a ich sen jest głębszy, spokojniejszy, bardziej wydajny.

Bezpieczny styl przywiązania

Wbrew temu, jak wychowanie postrzega duża część społeczeństwa, reagowanie na potrzeby dziecka nie ma nic wspólnego z rozpieszczaniem. Wręcz przeciwnie: noszenie, bujanie, tulenie nie tylko nie wyrządzi maluchowi krzywdy, ale przyczynia się do jego optymalnego rozwoju.
Relacja, która nawiąże się między matką a dzieckiem, warunkuje jego dalszy rozwój emocjonalny, społeczny i poznawczy. Od tego, czy rodzic reaguje empatycznie na płacz malucha, zależy, jaki obraz siebie i otaczającego świata zbuduje niemowlę: czy będzie to miejsce przyjazne i bezpieczne, czy dziecko będzie czuło się jego wartościową częścią, czy będzie czuło, że ma wpływ na otoczenie, czy wręcz przeciwnie – otaczający świat będzie zimny i bezduszny, a ludzie niegodni zaufania… Dziś wiemy, że jeśli dziecko jest w stanie stworzyć bezpieczną i trwałą więź z głównym opiekunem, będzie w stanie tworzyć zdrowe relacje z innymi ludźmi.
Czułe i uważne rodzicielstwo przekłada się nie tylko na korzyści psychologiczne, ale warunkuje także prawidłowy rozwój fizjologiczny i poznawczy malucha.
Źródło:
* naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,28167,silny-stres-zabija-komorki-mozgowe.html
**dailymail.co.uk/health/article-2054393/Bad-news-dads-Babies-share-mothers-bed-age-good-hearts.html

 

Kategorie
niemowlę

Co-sleeping – dlaczego warto współspać z dzieckiem i jak robić to bezpiecznie

Dzieje się tak, ponieważ jest on niezwykle ważny – pozwala na regenerację sił i przygotowanie ciała i umysłu do kolejnego dnia. Jednak jest on również jedną z pierwszych rzeczy, na której brak cierpią rodzice po pojawieniu się na świecie dziecka. Nowi rodzice szybko zauważają, że – by utrzymać energię potrzebną do opieki nad maluchem – muszą znaleźć sposób na zapewnienie sobie odpowiedniej ilości dobroczynnego snu.
Choć noworodki śpią średnio około 16–17 godzin dziennie, zazwyczaj jest to suma krótkich 1–4-godzinnych drzemek. Maluch budzi się, bo potrzebuje rodziców, by ci zaspokoili jego potrzeby. Może mu przeszkadzać głód, samotność, strach, zimno, ciepło lub coś zupełnie innego. Oznacza to wielokrotne wybudzanie się dziecka nie tylko w dzień, ale również w nocy.
Co-sleeping (spanie w jednym łóżku razem z dziećmi) może być dobrym rozwiązaniem dla wielu rodziców, którzy próbują zrównoważyć swoje i dziecka potrzeby dotyczące snu. Jest to bardzo naturalna forma wypoczynku wśród wielu kultur, przynosząca liczne korzyści zarówno dziecku, jak i dorosłym. Nie jest przypadkiem, że kultury, w których co-sleeping jest najpopularniejszą metodą spania, odnotowują najniższy wskaźnik depresji poporodowej u matek. W społeczeństwie Zachodu moda na oddzielanie niemowlęcia od matki w czasie snu zaczęła się dopiero w ubiegłym wieku (1).

Współspanie ma wiele korzyści, między innymi:

  1. Pozwala rodzicom wypocząć.
    Badania pokazują, że rodzice, którzy śpią razem z dzieckiem, są bardziej wyspani. Mogą szybko odpowiedzieć na potrzeby dziecka – nakarmić je, przytulić, zapewnić o bliskości. I to bez wstawania z łóżka! (2)
  2. Poprawia jakość snu dziecka.
    Dzieci mniej płaczą w nocy i spokojniej śpią, kiedy wiedzą i czują, że rodzic jest blisko. (3)
  3. Ułatwia karmienie piersią.
    Dziecko śpi tuż obok matki, więc ta może szybko i wygodnie nakarmić malucha bez wstawania z łóżka, nie musi też w pełni się rozbudzać. (4)
  4. Pozwala na budowanie silnej więzi.
    Dziecko czuje stałą obecność rodzica, a jego potrzeby są szybko zaspokajane – to przekłada się na wzmacnianie relacji między rodzicem a dzieckiem. (5)

Współspanie a “rozpieszczanie dzieci”

Wśród rodziców popularna jest opinia, że spanie z dzieckiem może je rozpieszczać. Nie jest to prawdą! Badania pokazały, że co-sleeping zapewnia możliwość szybkiego odpowiadania na potrzeby dziecka, co pomaga mu w regulacji swoich emocji (6). Są to podstawy wychowania emocjonalnie dojrzałych dorosłych.

Współspanie a śmierć łóżeczkowa

Wspólne spanie z maluchem jest również błędnie wiązane ze zwiększonym ryzykiem śmierci łóżeczkowej, jednak badania pokazują, że robienie tego w sposób bezpieczny zmniejsza to ryzyko (7).

Zasady bezpiecznego co-sleepingu:

1. Dziecko należy zawsze kłaść do spania na plecach

Od kiedy na początku lat 90. rozpoczęto w Wielkiej Brytanii kampanię promującą układanie dzieci do snu na plecach (ang. “Back to Sleep”), przypadki SIDS (ang. Sudden infant death syndrome; nagła śmierć łóżeczkowa) spadły w tym kraju o 81% (z 2000 przypadków rocznie w latach 80. do 217 w 2017 roku). Naukowcy udowodnili, że kładzenie dziecka do spania w pozycji innej niż na plecach (szczególnie na brzuszku) jest jednym z głównych czynników ryzyka (8). Wyniki te były potwierdzone również w wielu innych krajach.

2. Dziecko powinno spać na twardym materacu bez poduszek

Poduszki i grube koce mogą ograniczać swobodną cyrkulację powietrza wokół nosa dziecka. Maluch może przypadkowo nakryć się kołderką lub kocykiem i mieć problem ze ściągnięciem ich. Ponadto noworodki i niemowlęta mają słabe mięśnie szyi i karku, które nie pozwalają na pełną kontrolę ruchów głowy. Kładąc dziecko na miękkim podłożu lub na poduszce, dodatkowo ograniczamy jego możliwość ruchów. Jest to szczególnie niebezpieczne, gdy dziecko przez przypadek przekręci główkę w stronę poduszki i będzie miało trudności z oddychaniem. Dlatego ważne jest, by unikać kładzenia niemowląt na poduszkach i grubych kocach, które mogą stać się dla nich pułapką.

3. W czasie snu w otoczeniu dziecka nie powinno być żadnych poduszek, miękkich maskotek, kocyków czy innych przedmiotów, w które mogłoby się zaplątać

Poduszki, miękkie maskotki i luźne kocyki także mogą stanowić przeszkodę w swobodnym oddychaniu, jeśli dziecko przekręci się i przypadkowo przysłoni nos lub usta. Niemowlę powinno mieć wokół siebie tyle wolnej przestrzeni, by nawet w przypadku, gdyby przekręciło się lub przeturlało, nic nie przysłoniło mu twarzy.

4. Temperatura w pomieszczeniu powinna być odpowiednia

Rodzice często boją się, by dziecku nie było za zimno. Przegrzanie malucha w tym przypadku jest jednak dużo bardziej niebezpieczne (9). Niemowlęta powinny spać w pokoju, w którym dorosłym również spałoby się dobrze (czyli w temperaturze około 18–20℃). Paradoksalnie przegrzanie jest bardziej prawdopodobne zimą, gdy wszystkie grzejniki są włączone, a rodzicom dodatkowo wydaje się, że malucha należy ciepło ubrać do spania. Najlepiej jednak, by był on ubrany w podobny sposób do rodziców. Niemowlę nie potrzebuje dodatkowych warstw ubrań. Jego ciepłotę ciała można sprawdzić, dotykając jego karku lub brzuszka. Rączki i stópki tak małych dzieci zazwyczaj są chłodniejsze, dlatego nie są dobrym sposobem określania ciepłoty ciała.

5. Nie powinno być żadnych luk i krawędzi pomiędzy materacem a ramą łóżka lub ścianą

Materac łóżka powinien być ciasno dopasowany do ramy łóżka lub ściany. Nie powinno być żadnych luk i wolnych przestrzeni, do których dziecko mogłoby wpaść. Niemowlęta umiejętności zdobyte w ciągu dnia ćwiczą często również nocą. Przekręcanie się z pleców na brzuszek i z powrotem, próby siadania i ustawiania się do pozycji do raczkowania powodują, że maluch rzadko pozostaje w jednym miejscu w czasie snu. Wiele dzieci jest niezwykle ruchliwych, dlatego ważne jest, by w miejscu ich spania nie było żadnych dziur ani luk, do których mogłyby wpaść i z których nie potrafiłyby się wydostać.

6. Nie powinno się spać razem z dzieckiem, jeśli któryś z dorosłych spożywał alkohol, lekarstwa powodujące senność, narkotyki lub gdy pali papierosy

Produkty te powodują wzmożoną senność i rodzice śpią po nich dużo głębiej niż normalnie. Są przez to mniej wrażliwi na obecność dziecka w tym samym łóżku, co zwiększa ryzyko przygniecenia malucha lub zakrycia go kołdrą lub kocem. Badania pokazały, że duża liczba przypadków śmierci łóżeczkowej była związana z faktem, że przynajmniej jeden z rodziców palił papierosy, pił alkohol lub był pod wpływem leków powodujących senność (10).

7. Nie powinno się spać z dzieckiem na fotelach czy innych meblach, które mogłyby zwiększać ryzyko, że dziecko spadnie lub się przeturla i utknie

Szczególnie w pierwszych tygodniach, gdy przystosowują się do życia z noworodkiem, rodzice często są nieustannie zmęczeni. Może się zdarzyć, że trzymając maluszka w rękach, mogą przysnąć na kanapie lub w fotelu. Wspólna bliskość, ciepło i oksytocyna zalewająca organizmy rodzica i dziecka potęgują to prawdopodobieństwo. Najlepszym rozwiązaniem jest przenieść się do dobrze przygotowanego i bezpiecznego łóżka, tym samym pozwalając sobie na dużo lepszej jakości sen.
Sen odgrywa bardzo ważną rolę w regeneracji organizmu i jest niezwykle potrzebny zarówno dziecku, jak i rodzicom. Współspanie jest dobrym sposobem, by zapewnić odpowiednią dawkę snu wszystkim członkom rodziny. Bardzo ważne, by robić to z głową i zadbać o bezpieczeństwo. Wtedy będziemy mogli spokojnie wpaść w objęcia Morfeusza.

Źródła:

(1) Attachment Parenting International (API), http://www.attachmentparenting.org/principles/night
(2) NCBI: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1201416/
(3) Comparisons of neonatal night time sleep-wake patterns in nursery versus rooming environments, Keefe, 1987
(4) Bed-Sharing at 3 Months and Breast-Feeding at 1 Year in Southern Brazil. Santos et al, 2009; Randomised trial of sidecar crib use on breastfeeding duration (NECOT). Ball et al, 2011
(5) Reasons to bed-share: why parents sleep with their infants. Ball, 2002
(6) The relationship between rooming-in/not rooming-in and breast-feeding variables, Yamauchi & Yamanouchi, 1990; Comparisons of neonatal night time sleep-wake patterns in nursery versus rooming environments, Keefe, 1987
(7) Attachment Parenting International (API), http://www.attachmentparenting.org/infantsleepsafety
(8) NIH: Safe to Sleep, https://www1.nichd.nih.gov/sts/campaign/science/Pages/backsleeping.aspx
(9) National Institute of Health, https://www.nih.gov/news-events/news-releases/nih-alerts-caregivers-increase-sids-risk-during-cold-weather
(10) British Medical Journal, http://www.bmj.com/content/339/bmj.b3666.full