Kategorie
Jesper Juul

Listy do Juula, cz. 71 – Adoptowane dzieci

Pytanie rodzica:

Jesteśmy czteroosobową rodziną: matka, ojciec, syn (12 lat) i córka (10 lat) – oboje zostali przez nas adoptowani. Stoimy właśnie przed wyzwaniem, wobec którego czujemy się bezradni. Nasz syn był zawsze pełen temperamentu i przez wiele lat uczyliśmy go, jak może nad sobą panować. Normalnie jest słodki, empatyczny i inteligentny, dobrze się uczy w szkole, dużo rysuje i chętnie uprawia sport, no i ma dużo przyjaciół. Jego gwałtowne wybuchy stają się teraz coraz rzadsze, ale mimo to martwi nas, że nie mamy do niego żadnego dostępu, kiedy to się dzieje. Dosłownie traci nad sobą wszelką kontrolę i wybucha.

Takie wybuchy mogą być spowodowane przez zupełne błahostki. Na przykład: jego siostra nie chce mu pożyczyć rano gumki do szkoły, a po południu jest wprawdzie dla niego bardzo miła, ale nie chce mu pożyczyć ołówka. I wtedy się zaczyna. Nie jesteśmy w stanie uspokoić go w takich sytuacjach. Niewiele chyba brakuje, żeby posunął się do przemocy.

Na pozór może to wyglądać jak zwykła sprzeczka między rodzeństwem, ale nas to martwi, ponieważ syn się wtedy w ogóle nie kontroluje. Próbowaliśmy już z nim o tym rozmawiać, ale bez skutku. Dodam tylko, że oboje z mężem jesteśmy pedagogami, więc nie brakuje nam doświadczenia z dziećmi.

Odpowiedź Jespera Juula:

Spotykałem wiele dzieci, które zachowywały się podobnie i nierzadko były to dzieci adoptowane. Moim wytłumaczeniem takiego zachowania (oraz ich własnym, które zdradzają, gdy tylko dorosną) jest fakt, że cierpią na bardzo niskie poczucie własnej wartości, które prowadzi do samotności. Nawet zupełne drobiazgi są w stanie usunąć im grunt spod nóg i zupełnie wytrącić z równowagi.

[ksiazki id=”4,5,6″]

Samotność, o której tutaj mówię, nie jest zwykłą samotnością, kiedy komuś brakuje przyjaciół. Chodzi o egzystencjalną samotność, czyli doświadczenie, że tak naprawdę nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć – świadomość, że nikt nie wie, kim naprawdę jestem i jak się kimś takim stałem. To jest poczucie mojej indywidualnej wyjątkowości w świecie, któremu towarzyszy poczucie odpowiedzialności za siebie, w którym nikt mnie nie wyręczy.

Tego rodzaju doświadczenie samotności pojawia się u dzieci najczęściej w wieku nastoletnim, ale u dzieci adoptowanych najczęściej już w czasie adopcji lub w momencie, w którym się o niej dowiadują. W naszej kulturze staramy się taką samotność wypierać ze świadomości, dlatego dzieci, które się z nią zmagają, trafiają najczęściej na dorosłych, którzy nie potrafią z nimi współodczuwać. Być może dlatego, że sami boją się spojrzeć w oczy własnej samotności w oczach drugiego człowieka.

Wiedzcie więc, że takie właśnie może być doświadczenie waszego syna: że nikt go nie rozumie i sam musi poradzić sobie z tą świadomością. To jest powód, dla którego unika rozmowy, kiedy ktoś próbuje nim manipulować. Inne adoptowane dzieci mogą zachowywać się zupełnie inaczej: niektóre przyklejają się do swoich rodziców i chcą jak niemowlęta móc czuć ich miłość na każdym kroku. Nie wiem, od czego to zależy, ale takie różnice zaobserwowałem.

Z kolei niskie poczucie własnej wartości wydaje się zależeć od dwóch rzeczy. Pierwszą jest doświadczenie odrzucenia, czyli poczucie, że nie jestem wart tego, żeby ktoś mnie pokochał. Potrafi siedzieć ono w duszy przez całe życie jak rana.  A drugą jest doświadczenie, że nie stanowię dla nikogo żadnej wartości. I to akurat można zmienić z pomocą rodziców.

Dobra wiadomość jest taka, że z czasem większość dzieci z podobnymi trudnościami uczy się samokontroli. Zanim do tego dojdzie, mogę wam tylko poradzić, abyście w trakcie wybuchów syna pozostawiali w bezpiecznym dystansie i unikali za wszelką cenę robienia mu jakichkolwiek wyrzutów. A kiedy jest spokojny, porozmawiajcie z nim o szczęśliwym i nieszczęśliwym chłopcu, którego w sobie nosi.

Najważniejsze jest, aby takie rozmowy wynikały z prawdziwego zainteresowania i zaangażowania, a nie jakiejkolwiek strategii wychowawczej. Kiedy poczuje, że za waszymi słowami nie ma prawdziwej troski i ciekawości, tylko zamiar, aby w jakiś sposób go zmienić, to poczuje się dokładnie tak samo odrzucony, jak przez swoich biologicznych rodziców. A jeśli będzie stale czuł, że inni nie chcą mieć tak naprawdę z nim nic wspólnego, to do jego egzystencjalnej samotności dojdzie jeszcze samotność społeczna.

Państwa syn dzieli swój los z wieloma innymi dziećmi, które doświadczyły wielkiego bólu. Jego doświadczenie egzystencjalne musi najpierw znaleźć swój wyraz, zanim rozwinie on w sobie w pełni kompetencje społeczne. Nikt nie może go w tym wyręczyć. Profesjonalna pomoc psychologiczna tylko w niewielu wypadkach okazuje się pomocna. Państwa syn potrzebuje teraz przede wszystkim waszej bezwarunkowej miłości i wsparcia w ciągu najbliższych kilku lat.

Niewykluczone, że usłyszycie od niego jeszcze takie zdania, jak ,,Ty mnie nigdy nie rozumiałaś’’ albo ,,Nie ma nikogo, kto mógłby mnie zrozumieć’’. Musicie je po prostu usłyszeć i wytrzymać. A jeśli kiedyś trafi na inne dzieci z podobnym doświadczeniem adopcji, będzie mógł podzielić się z nimi swoim światem. I ci ludzie mogą nawet stać się dla niego przez pewien czas ważniejsi niż rodzice. Jeśli będzie to dla was zbyt bolesne, pomyślcie, że daliście mu od siebie wszystko, co najlepsze. I pomyślcie, że macie właśnie taką rodzinę, jaką chcieliście mieć. Właśnie obie te rzeczy zostały kiedyś odebrane waszemu synowi.

Tekst opublikowany w austriackim piśmie „Der Standard”, udostępniony dzięki wydawnictwu MiND i FamilyLab.

Kategorie
edukacja alternatywna

Dlaczego nie warto UCZYĆ dzieci języka obcego?

A jak to wygląda w przypadku języka powszechnie zwanego obcym?

Dzieci mogą zapoznawać się z językiem na dwa sposoby. Jeden z nich, znany większości dorosłych, to sposób następczy. Jest to metoda tradycyjna, która zakłada uczenie się kolejnego języka w momencie, kiedy języka rodzimego używamy już biegle. Idealnym rozwiązaniem jest sposób symultaniczny, zakładający wprowadzenie dwóch języków równocześnie, w najlepszym wypadku od urodzenia. Sposób ten przywodzi na myśl wychowanie dwujęzyczne, które z powodzeniem może być stosowane przez każdego rodzica, a także każdą placówkę oświatową. Pojęcie “uczenia się“ w tym przypadku najlepiej by było zastąpić sformułowaniem: “kształtowania kompetencji językowych” lub po prostu “przyswajaniem”, czyli akwizycją.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że dla większości osób “nauczanie” nie ma nacechowania pozytywnego. Jednak dla dziecka przyswajanie języka jest kwestią naturalną i powinno być wręcz dobrą zabawą. Ono nie będzie czuło skrępowania, popełniając błędy językowe, nie będzie potrzebowało dodatkowej motywacji. Będzie chłonąć język jak gąbka, co wynika z jego ciekawości świata.

Nie „obcy”

Pojęcie “obcy”, tak jak wspomniane wcześniej “nauczanie”, ma wydźwięk pejoratywny. Używając tego określenia, przekazujemy informację, że jest on nieznany, odległy, a nawet niepokojący i groźny. Szczęśliwie dzieci nie mają tego typu uprzedzeń. Jednakże by nie wywoływać nieprawidłowych skojarzeń, lepiej jest używać pojęcia “drugi język”.

Geniusze do 7 roku życia

Poznawanie języka związane jest bezpośrednio z przetwarzaniem dźwięków. Wszystkie języki świata zawierają ich około ośmiuset, natomiast każdy pojedynczy język składa się jedynie z około czterdziestu różniących się od siebie dźwięków i fonemów. (Fonem to pojęcie abstrakcyjne, które w mowie rzeczywistej realizowane jest przez głoski). Co ciekawe – tuż po urodzeniu umysł dziecka posiada niewiarygodną umiejętność: potrafi rozróżniać wszystkie 800 dźwięków.

Dzieci wychowywane w środowisku dwujęzycznym od samego urodzenia zapoznawane są z dwoma różnymi systemami fonetycznymi, które to według badań już w pierwszym roku życia są w stanie odróżniać. Po tym okresie zaczynają koncentrować się jedynie na głoskach, które słyszą wokół siebie. Zatracają przy tym pierwotną umiejętność ich rozróżniania.

Prof. Patricia Kuhl z Uniwersytetu im. Waszyngtona stwierdziła, że dzieci do ukończenia 7 roku życia są pod względem językowym geniuszami. W swoich badaniach skupiła się na grupie dzieci do 1 roku życia, czyli na pierwszym krytycznym okresie, kiedy człowiek uczy się dźwięków używanych w języku. W celu zaobserwowania umiejętności rozróżniania głosek “r” i “l”, które znacznie częściej występują w języku angielskim, naukowcy pod jej kierunkiem poddali badaniom półroczne amerykańskie i japońskie niemowlęta. Półroczne dzieci z obu krajów, znające tylko jeden język, radziły sobie dokładnie tak samo. Jednakże już dwa miesiące później zauważono, że te eksponowane na język angielski radziły sobie znacznie lepiej. Jak twierdzi badaczka, wynika to z faktu, że dzieci tworzą od urodzenia “statystyki języka”, a te dla wyżej wymienionych języków są odmienne.

Podczas kolejnego badania przeprowadzonego przez zespół profesor Kuhl grupę amerykańskich niemowląt wystawiono na kontakt z językiem mandaryńskim. Po 12 sesjach z lektorem okazało się, że reagowały one na język dokładnie tak samo, jak dzieci mieszkające przez 10 i pół miesiąca w Tajwanie. Co warte podkreślenia – maluchy badane były za pomocą magnetoencefalografu, czyli urządzenia, które wychwytuje wszelkie zmiany pola magnetycznego mózgu pojawiające się w trakcie myślenia.

Dr Magdalena Olpińska-Szkiełko z Instytutu Komunikacji Specjalistycznej i Interkulturowej w Warszawie, zajmująca się tematyką dwujęzyczności, wskazuje, że dzieci młodsze mają tę przewagę w stosunku do starszych, rozpoczynających naukę drugiego języka, że są w stanie rozwinąć pełną kompetencję w dziedzinie wymowy, używając języka płynnie i bez obcego akcentu.

Mieszanie akcentów

Rodzice często obawiają się, że ich dzieci poznające równocześnie dwa języki będą je mylić bądź zapożyczać słowa. Podmienianie słów nie wynika jednak z mylenia ze sobą języków, a z dążenia dziecka do efektywnej komunikacji, ograniczonej niewystarczającymi zasobami słownictwa. Badania dr Agnes Kovacs, pracownika naukowego z Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego na Węgrzech, udowodniły, że już siedmiomiesięczne niemowlęta wychowywane w środowisku dwujęzycznym potrafią rozróżniać dwa języki, a dodatkowo wykazują lepsze zdolności poznawcze w porównaniu z jednojęzycznymi rówieśnikami.

Biegła znajomość drugiego języka wpływa korzystnie na wiele aspektów życia:

  • Najbardziej oczywisty jest rozwój społeczny, dający możliwość komunikowania się z osobami z innych kręgów kulturowych.
  • Dzieci dwujęzyczne osiągają lepsze wyniki w testach na inteligencję, co potwierdziły wyniki kanadyjskich badań na dzieciach kanadyjsko-francuskich i jedynie francuskich.
  • Osoby dwujęzyczne mają większą zdolność do selekcji informacji niepotrzebnych.
  • Włoscy naukowcy z Uniwersytetów w Milano i Bolzano doszli do wniosku, że ze względu na fakt, iż u osób dwujęzycznych mózg jest zmuszony do ciągłej aktywności, zapobiega to chorobom neurodegeneracyjnym, w tym demencji i chorobie Alzheimera. Psycholingwista Ellen Bialystok z Uniwersytetu w Toronto potwierdza tę tezę, stwierdzając na podstawie swoich badań, że osoby dwujęzyczne wykazywały symptomy choroby Alzheimera kilka lat później w stosunku do tych jednojęzycznych, u których występowało ten sam rodzaj choroby.
  • Osoby dwujęzyczne mają znacznie większą łatwość w przyswajaniu kolejnych języków od osób nieznających języka drugiego.

Błędne jest założenie, że dwujęzyczność to rzadkie zjawisko; wbrew pozorom ponad połowa wszystkich ludzi na świecie włada więcej niż jednym językiem.

Benjamin Franklin powiedział: “Tell me and I forget, teach me and I may remember, involve me and I learn” (Powiedz mi, a zapomnę, naucz mnie, może zapamiętam, zaangażuj mnie, a nauczę się). Stwórzmy dzieciom warunki, by mogły w naturalny sposób przyswajać kolejny język, a zadbamy tym samym o ich rozwój osobowy i społeczny, a w konsekwencji także o ich zdrowie.

Kategorie
niemowlę

Jak to było w PRL-u. Różnice w opiece nad dzieckiem wówczas i dziś

Kiedyś i dziś

W latach 70 -tych i 80-tych XX wieku, aby propagować wiedzę dotyczącą odżywiania i pielęgnacji dziecka, państwo wyposażało młodych rodziców we „Wskazania dla rodziców” pod patronatem Instytutu Matki i Dziecka, wydawane przez Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich. Broszurę można było dostać m.in. w szpitalu, w ośrodkach zdrowia, w punktach położniczych (dzisiejsze szkoły rodzenia) czy w spółdzielniach zdrowia na wsi.
Broszura zawierała nic innego, jak wytyczne dla młodych rodziców, informowała o tym, co jest najlepsze i najzdrowsze dla dziecka.
Rodzice dowiadują się z niej między innymi, że „im młodsze jest dziecko, tym ciężej choruje”. W razie choroby dziecka natychmiast należy zgłosić się do lekarza, nie można radzić się… sąsiadek i znachorów.

Oto kilka wskazówek dotyczących odżywiania dziecka zgodnie z ówczesnymi zaleceniami:

  1. Pokarm matki jest najlepszym pożywieniem dla dziecka, nawet niewielkie ilości pokarmu matki mają ogromne znaczenie dla zdrowia dziecka (na szczęście w tej kwestii nic się nie zmieniło).
  2. Zaleca się, aby przed karmieniem obmyć pierś przegotowaną wodą.
  3. Przy każdym karmieniu dziecko powinno ssać na przemian jedną i drugą pierś przez 10 do 20 minut.
  4. Nie należy karmić w nocy (!).
  5. Należy odciągać niewyssany pokarm.
  6. Pokarm matki dla niemowlęcia powyżej 3 miesiąca życia jest już pokarmem niewystarczającym.

Dziś wiemy, że WHO zaleca, aby karmić niemowlę wyłącznie piersią przez okres pełnych 6 miesięcy, powszechne i zalecane jest także karmienia dziecka na żądanie, nie zaś o stałych, wytyczonych odgórnie porach. To bardzo duża różnica w stosunku do ówczesnych zaleceń.
[reklama id=”76088″]
Nie zmieniły się jednak znacząco wskazówki dotyczące przygotowania posiłków i ich jakości: w latach 80. XX wieku również zalecano zwracanie uwagi na higienę posiłków, wyparzanie naczyń (dziś są sterylizatory), stosowanie najwyższej jakości warzyw i owoców, a także mięsa. Najlepiej było hodować swoje zwierzęta (króliki, kurczęta), uprawiać przydomowy ogródek warzywny (podobnie jak dziś:). W broszurze podano, aby matki nie próbowały np. mleka przez smoczek (by nie przenosić bakterii), jednak powszechne było oblizywanie smoczka, który spadł dziecku na ziemię, żeby oczyścić go z piasku i zanieczyszczeń.
Na kolejnych stronach broszury są opisane kolejne miesiące życia dziecka wraz z zaleceniami żywieniowymi.

Pierwszy miesiąc…

Zalecano, by w pierwszym miesiącu życia karmić niemowlę 7 razy dziennie – o godzinie 6, 9, 12, 15, 18, 21 i 24. Należało przestrzegać 6-godzinnej przerwy w nocnym karmieniu. Można było podawać dziecku rumianek (dziś wiemy, że może uczulać), herbatkę, sok z marchwi lub wodę (uwaga! pól szklanki z jedną płaską łyżeczką cukru). Obecnie nie zaleca się dopajania dzieci karmionych piersią w pierwszych sześciu miesiącach życia, podczas gdy dawniej soki można było podawać niemowlęciu już od trzeciego tygodnia życia (zaczynając od 1 łyżeczki). Codziennie należało także podawać witaminę C, A i D3. Dzisiaj wiele matek nie stosuje żadnej suplementacji u swoich dzieci.

Drugi miesiąc…

Ilość karmień w 2. miesiącu życia zmniejszała się o jedno – zalecano rezygnację z ostatniego karmienia (o godzinie 24). Soki z owoców i warzyw (czyli “soki Bobo Frut”) zalecano w ilości 4-6 łyżeczek dziennie. Zachęcano także rodziców, by wprowadzili do diety dziecka  niezapomniany Vibovit w ilości jednej saszetki dziennie!

Trzeci miesiąc…

W trzecim miesiącu życia nadal karmiono 6 razy w ciągu doby. Można było podawać 10 łyżeczek soku na dobę, a także jedno jabłko skrobane łyżeczką. Podkreśla się informację o tym, że nie należy rezygnować nawet z najmniejszej ilości pokarmu matki.
Zalecano jednak stopniową zmianę pokarmu matki na produkty stałe. W 6 miesiącu życia dziecko powinno się karmić piersią już tylko 2 razy: o godzinie 9 i 16.30. Pozostałe pokarmy to w głównej mierze produkty mleczne.

Z perspektywy czasu

Różnic między ówczesnymi i dzisiejszymi zaleceniami jest sporo. Oczywiście najbardziej oczywista z nich to karmienie “według zegarka” i  zbyt szybkie wprowadzanie produktów stałych do diety dziecka. Bez wątpienia zgadzamy się z tym, że “ (…) pokarm matki, jako wyłączne pożywienie, jest nieodzowny dla niemowlęcia w pierwszych miesiącach życia (…)”. Natomiast kwestionujemy twierdzenie, że “(…) dla niemowlęcia starszego, powyżej 3 miesięcy, jest już pokarmem niewystarczającym.” Dziś mamy wiele rozwiązań, jednak najważniejsze jest najprostsze – karmienie piersią przez pierwsze pełne 6 miesięcy życia dziecka i  wprowadzanie pokarmów stałych w drugim półroczu życia dziecka.

Broszura „Odżywianie i pielęgnowanie dziecka w I półroczu życia”, Warszawa 1978






Kategorie
karmienie piersią

Skład mleka kobiecego (różnice między mlekiem matki a mlekiem modyfikowanym)

Jak to możliwe, że u niemowląt karmionych mlekiem matki następuje programowanie metabolizmu oraz działania niektórych narządów wewnętrznych, co zapobiega wystąpieniu wielu chorób w życiu dorosłym?

Skład mleka matki

Białko

Jego zawartość w składzie pokarmu kobiecego jest zawsze stała i wynosi 0,89 – 1,4 g/100 ml. Białka serwatkowe, które bardzo łatwo się trawią, stanowią 0,64 g/100 ml. Dzięki nim mleko nie zalega w żołądku niemowlęcia. Natomiast 0,25 g/100 ml to kazeina, która zwiększa wchłanianie cynku, miedzi i wapnia do organizmu. Bardzo ważne dla prawidłowego rozwoju dziecka są enzymy trawienne, których w mleku ludzkim jest aż 80. Najważniejsze z nich to: amylaza (odpowiedzialna za trawienie węglowodanów), enzymy lipolityczne (trawienie tłuszczów) i proteolityczne (trawienie białek), a także alfa1-antytrypsyna, która blokuje trawienie białek odpornościowych. Ogromne znaczenie ma obecność enzymów o działaniu przeciwzapalnym i przeciwbakteryjnym, np. laktoperoksydaza, szczególnie istotna w walce z paciorkowcami. Naturalny pokarm zawiera także 18 rodzajów aminokwasów, które wchłaniają się pięć razy szybciej niż podczas karmienia mlekiem krowim.

Tłuszcze

Zapewniają organizmowi dziecka ok. 50% dziennego zapotrzebowania na kalorie, pełniąc zarówno funkcje energetyczne, jak i budulcowe. W składzie pokarmu kobiecego znajdują się m.in. wolne kwasy tłuszczowe, które działają przeciwwirusowo, przeciwgrzybicznie, przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie, a także kwasy PUFA, mające korzystny wpływ na ostrość widzenia, zdolności poznawcze dziecka, odpowiedni rozwój tkanki płucnej i układu nerwowego. Tłuszcze są dobrze wchłaniane i znakomicie przyswajane, co jest bardzo istotne, ponieważ stanowią budulec mózgu i całego układu nerwowego.

[natuli]

Węglowodany

To przede wszystkim laktoza, której stężenie w składzie mleka matki jest stałe i wynosi 7 g/100 ml. Cukier ten składa się z glukozy i galaktozy. Pierwsza z nich odpowiada za prawidłowy rozwój dziecka oraz jego narządów wewnętrznych, np. mózgu, biorąc udział w przebiegu procesów energetycznych. Natomiast galaktoza odpowiedzialna jest za prawidłowe kształtowanie się układu nerwowego. Laktoza ułatwia wchłanianie wapnia z pokarmu.

Innym rodzajem węglowodanów obecnych w mleku matki są oligosacharydy. To prebiotyki, które nie ulegają trawieniu – do tej pory odkryto ponad 200 ich rodzajów! Rola oligosacharydów polega na odżywianiu, ułatwiając tym samym wzrost prawidłowej flory bakteryjnej w układzie pokarmowym dziecka. Bifidobakterie oraz pałeczki kwasu mlekowego mają kluczowe znaczenie w zapobieganiu wystąpienia martwiczego zapalenia jelit u dzieci przedwcześnie urodzonych. Obecność oligosacharydów w mleku matki jest zatem tym czynnikiem, który chroni wcześniaki przed tą poważną, nierzadko śmiertelną komplikacją. Oligosacharydy nie są składnikiem żadnego mleka modyfikowanego.

Bakterie Lactobacillus

Jak wynika z najnowszych amerykańskich badań, pod koniec ciąży bakterie Lactobacillus migrują z jelit matki do specjalnych obszarów w piersi zlokalizowanych pod otoczką i stamtąd przedostają się do mleka kobiety, by po chwili zasiedlić układ pokarmowy dziecka. W jelitach dzieci karmionych naturalnie znajduje się dziesięciokrotnie więcej bifidobakterii niż u dzieci karmionych sztucznie. O znaczeniu tych szczepów bakterii dla zdrowia człowieka słyszymy codziennie, również w reklamach telewizyjnych.

Cholesterol

Składnik błon komórkowych, kwasów żółciowych, niektórych hormonów. W pierwszym roku życia organizm dziecka potrzebuje dużych ilości cholesterolu, przede wszystkim do budowy szybko rozwijającego się mózgu. Cholesterol rzadko jest składnikiem mleka modyfikowanego, a jeśli już w nim występuje, to są to ilości bardzo znikome. Kontakt z dużymi ilościami cholesterolu z mleka kobiecego uczy organizm prawidłowego gospodarowania nim i programuje tory metaboliczne tak, by w życiu dorosłym nie wystąpił zbyt wysoki, szkodliwy dla zdrowia poziom cholesterolu.

Czynniki przeciwinfekcyjne i wspomagające rozwój układu odpornościowego

Ich ilość w składzie pokarmu kobiecego zmienia się na poszczególnych etapach karmienia piersią, zależy także od stanu zdrowia matki. Oto niektóre z nich:

  • nukleotydy: zwiększają produkcję przeciwciał i aktywność komórek walczących z drobnoustrojami (NK – Natural Killers) , a także wzmacniają działanie szczepień,
  • immunoglobulina sekrecyjna (SIgA): działa przeciwwirusowo, przeciwgrzybicznie, przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie, znajdując się w błonie śluzowej układu pokarmowego i oddechowego,
  • żywe komórki krwi: m.in. limfocyty B wytwarzające przeciwciała, makrofagi i neutrofile, czyli komórki żerne, limfocyty T – zabójcy bakterii,
  • hormony: regulują procesy energetyczne,
  • komórki krwi: działają przeciwinfekcyjnie.

Witaminy

 W składzie mleka matki występują wszystkie witaminy niezbędne do prawidłowego rozwoju dziecka:

  • witamina A (60 mg/100 ml): wpływa korzystanie na rozwój siatkówki oka oraz skóry czy błon śluzowych,
  • witamina D (0,01 mg/100 ml): odgrywa ważną rolę w procesie mineralizacji tkanki kostnej noworodka,
  • witamina E (0,35 mg/100 ml): podobnie jak witamina A, chroni przed wolnymi rodnikami.

Mamy karmiące piersią, które stosują dietę wegańską, powinny w trakcie karmienia przyjmować witaminę B12.

Mikroelementy i sole mineralne

Przy efektywnym karmieniu mleko matki w 100% pokrywa zapotrzebowanie dziecka na te składniki. W pokarmie kobiecym znajdują się m.in. miedź (około 40 mg/100 ml), cynk (295 mg/100 ml), wapń (35 mg/100 ml), sód (15 mg/100 ml), fosfor (15 mg/100 ml) i magnez (2,8 mg/100 ml). Żelazo, dzięki laktoferrynie, wchłaniane jest w 50-70%, podczas gdy z mleka krowiego tylko w 10%.

Fazy karmienia – skład pokarmu kobiecego

  • Mleko przedporodowe: może pojawić się już ok. 16. tygodnia ciąży. Jest szczególnie bogate w białko, zawiera natomiast mniejsze ilości laktozy, tłuszczów i glukozy.
  • Mleko wcześniacze: występuje u matek, które urodziły przedwcześnie. Zawiera dużo białka, tłuszczów, żelaza, magnezu, fosforu, wapnia, a mniej laktozy. Jego wartość kaloryczna to 58-70 kcal/100 ml. W przypadku przedwczesnego porodu skład mleka matki dostosowany jest do potrzeb wcześniaka (np. poprzez regulację ilości czynników przeciwinfekcyjnych czy hormonów). Mleko matki wcześniaka dłużej przypomina swym składem siarę niż ma to miejsce u matki dziecka urodzonego o czasie. Jest to swoista mądrość Natury, dzięki której bardzo niedojrzały układ pokarmowy wcześniaka dłużej otrzymuje czynniki chroniące jelita oraz wspomagające ich dojrzewanie i rozwój.
  • Siara: pokarm, który otrzymuje dziecko w ciągu pierwszych 4-6 dni po porodzie. Zawiera duże ilości immunoglobulin i leukocytów (co sprawia, że siara jest pierwszą naturalną szczepionką, którą otrzymuje dziecko zaraz po urodzeniu), karotenu, białka, sodu, a mniej laktozy i tłuszczów. Jego wartość kaloryczna to 48-64 kcal/100 ml. Jego skład: 5,3 g/100 ml laktozy, 2,3 g/100 ml białka, oraz 2,9 g/100 ml tłuszczów.
    Białko zawarte w siarze jest białkiem nieodżywczym, jego jedyną, kluczową dla zdrowia dziecka funkcją jest ochrona jelit. Siara zawiera też czynniki warunkujące rozwój komórek wyścielających jelita dziecka (w komórkach jelit znajdują się specjalne receptory wychwytujące te czynniki). Mleko modyfikowane podane noworodkowi – zanim otrzyma ono siarę – powoduje szybką śmierć komórek nabłonka jelit. Dla dziecka przedwcześnie urodzonego niepodanie siary będzie skutkować wieloma komplikacjami, włącznie z ogromnym ryzykiem wystąpienia martwiczego zapalenia jelit.
  • Mleko przejściowe: zawiera mniejszą ilość białka i immunoglobin, natomiast większą – tłuszczów i laktozy.
  • Mleko dojrzałe: pojawia się ok. 2 tygodnie po porodzie. W jego składzie zwiększa się ilość laktozy i tłuszczów, zmniejsza natomiast ilość białka. Jego kaloryczność to 75 kcal/100 ml. Jego skład: 7,3 g/100 ml laktozy, 0,9 g/100 ml białka, oraz 4,2 g/100 ml tłuszczów.

Powyższa analiza składu pokarmu kobiecego wyjaśnia znaczenie i unikalność jedynie ułamka jego zawartości. Wszystkich, którzy chcieliby poznać znaczenie każdego składnika zapraszamy do zapoznania się z poniższym plakatem.

mleko-matki

Kategorie
wychowanie

Praca nad relacją z dzieckiem zaczyna się od pracy nad sobą

Prawa rodzica i prawa dziecka

Odchodzimy od stereotypu wychowywania poprzez narzucanie zadania, wymuszanie i strach w kierunku budowania relacji dorosły–dziecko opartej na zaufaniu, wzajemnym szacunku, miłości lub akceptacji bez warunków i przede wszystkim dialogu oraz szukaniu rozwiązań, w których obie strony są wygrane.
Oczywiście nadal w codziennym życiu zauważyć można sytuacje, w których prawa dziecka nie są respektowane, a dorosły dominuje i nie dopuszcza dialogu. Niemniej jednak kierunek, w którym jako społeczeństwa, a nawet ludzkość krok po kroku idziemy, pozwala wierzyć, że kolejne pokolenia będą miały większą świadomość, czym jest porozumienie oparte na współpracy, wzajemnym usłyszeniu się, jakie są jego korzyści i jak je osiągnąć.
Chcemy wierzyć, że coraz mniej osób trzeba przekonywać, iż dzieci są darami i by wyrosły na spełnionych i szczęśliwych dorosłych, potrzebują wzrastać w otoczeniu zapewniającym poczucie bezpieczeństwa, ciepło, możliwość bycia zauważonym i możliwość swobodnego wyrażania swoich uczuć i potrzeb. Bo jak już wiele lat temu napisał Janusz Korczak: „Nie ma dzieci – są ludzie”. I czy człowiek jest mały, czy duży, ma prawo do szacunku i bycia wziętym pod uwagę.
By dzieci mogły rozwijać swój potencjał, potrzebują, by w tym procesie towarzyszyli im dorośli. Ważne, by byli to ludzie świadomi swoich potrzeb, uważni na siebie i innych, dbający o relacje i porozumienie, zaangażowani, gotowi na wyzwania – z wielkim i otwartym sercem, by w pełni potrafili przyjąć dar, który dostali pod swoje skrzydła – młodego człowieka.

Praca nad relacją z dzieckiem zaczyna się nie od pracy z dzieckiem, lecz od pracy nad sobą

Gdy na warsztatach Porozumienia bez Przemocy dla rodziców zapraszam uczestników do ćwiczeń np. na temat swojej wizji rodzicielstwa, podkreślam wagę umiejętności nazywania własnych uczuć i potrzeb, radzenia sobie ze swoją złością i frustracją czy bezsilnością, często pada pytanie: „Czemu cały czas rozmawiamy o nas – rodzicach? Mamy się nauczyć, jak dogadywać się z dziećmi…”.
[natuli]
No właśnie, by dogadać się z dzieckiem, stworzyć taką relację, jakiej dla siebie i młodego człowieka chcemy, potrzebujemy najpierw stworzyć harmonijną, zdrową i świadomą relację ze sobą. Czyli jaką? Taką, w której jesteśmy gotowi wziąć odpowiedzialność za swoje uczucia, czyli mamy świadomość, że nasze uczucia wynikają z naszych zaspokojonych lub niezaspokojonych potrzeb i, co więcej, możemy o te potrzeby zadbać na wiele różnych sposobów. Mając świadomość swoich potrzeb, umiejąc nazywać swoje emocje i konstruować konkretne pozytywne prośby, łatwiej nam budować relację partnerską bez wzbudzania u naszego rozmówcy, a szczególnie dziecka, poczucia winy czy brania odpowiedzialności za nasze nastroje i uczucia.

Najpierw warto dogadać się ze sobą. A jak to zrobić?

Każdy z nas jest inny, więc pomysłów jest wiele. Kluczem jednak jest postawienie na siebie, tzn. zadbanie o siebie z taką samą troską i uważnością, jaką kierujemy wobec dzieci. Dajmy sobie prawo do zauważania swoich potrzeb i dbania o nie. Czasem w takich momentach może pojawić się myśl: „Ojej, ale jestem egoistką. Zamiast spędzać czas z dzieckiem idę na spacer, i to sama”. Ja w takich momentach lubię pamiętać, że dzieci szczęśliwych i spełnionych rodziców są również szczęśliwe. Dbając o siebie, rodzice przeciwdziałają frustracjom, kumulowaniu emocji, poczuciu braku sensu, bezsilności i wielu innym procesom, które niejednokrotnie się pojawiają, gdy dbanie o siebie odłożymy na później, a często na dużo później. Spełniony rodzic ma więcej siły, cierpliwości, kreatywności i ochoty, by słuchać z uwagą słów dziecka, budować jego poczucie własnej wartości i dawać mu słowami oraz czynami poczuć, że jest ważny i kochany za to, że po prostu jest.

Niezaspokojone potrzeby rodzica

Wyobraźmy sobie sytuację: dziecko zahacza łokciem o kubek i rozlewa soczek, a rodzic reaguje gwałtownie. Widać, że bardzo się zdenerwował. W tym, co mówi do dziecka, słychać wiele uogólnień i ocen: „bo ty nigdy”, „bo ty zawsze”, „czy ja ciągle…”, „ale jesteś”. To słowa nieadekwatne do opisanej sytuacji. Bo fakty są takie – przez przypadek mały człowiek rozlał soczek. Reakcja rodzica jest mocna i gwałtowna. To, co nam się tutaj ukazuje, to bardzo żywe i jednocześnie niezaspokojone potrzeby rodzica. Być może są to: potrzeba wsparcia, potrzeba współpracy, a może potrzeba odpoczynku czy wręcz tęsknota za czasem dla siebie. Rozlany soczek jest dla rodzica jedynie wyzwalaczem lub przypominaczem o tym, jak bardzo te potrzeby domagają się uwagi. I co więcej, tej uwagi będą się domagać – w różnych sytuacjach, czasem zupełnie nieoczekiwanie, może pojawić się wybuch, oskarżenia, a potem poczucie winy i smutek.
Nie da się uniknąć ani rozlanych soczków, ani mniej przyjemnych emocji. Złość, smutek i bezsilność są taką samą częścią życia jak radość czy entuzjazm. To, co możemy zrobić, to zadbać o siebie, by potem mieć siłę, cierpliwość i otwarte serce, by dbać o dzieci.
Zadbanie o swoje potrzeby nie zawsze wymaga wielkiej rodzinnej rewolucji. Czasem wystarczą działania, które krok po kroku pomogą nam zadbać o inne niż rodzicielstwo, a równie ważne obszary życia. By to się stało, potrzebna jednak jest konsekwencja i gotowość do postawienia swoich potrzeb na równi z potrzebami dziecka.

    Zastanów się:

  • Jakie twoje potrzeby zaspokaja czas spędzony z dzieckiem i z rodziną? Wypisz je.
  • Jakie twoje potrzeby są obecnie niezaspokojone i domagają się uwagi. Wypisz je.
  • Wybierz jedną z niezaspokojonych potrzeb wypisanych powyżej i zaplanuj, jak możesz ją bardziej zaprosić do swojego codziennego życia.
    – Wypisz co najmniej pięć różnych pomysłów zadbania o tę niespełnioną potrzebę.
    – Zdecyduj, jakie działania chcesz konkretnie podjąć, by ją zaspokoić.
    – Kiedy możesz podjąć te działania?
    – Co będzie ci do tego potrzebne?
    – Kogo poprosisz o wsparcie?
    – Od czego zaczniesz, jaki będzie twój pierwszy krok?

Zastanów się także, jak ty lub twoja rodzina skorzystacie na tym, że zadbasz o swoją niezaspokojoną do tej pory potrzebę. Jak zadbanie o nią wpłynie na twoje dzieci, na partnera i na inne osoby?
Foto: flikr.com/jamesgoodmanphotography

Kategorie
niemowlę

8 mitów dotyczących snu dziecka

Co ciekawe, rodzice czują tak dużą presję społeczną w kwestii, która właściwie w niewielkim stopniu jest zależna od nich. Wbrew powszechnym opiniom sen dziecka (jego długość, częstotliwość pobudek etc.) nie jest żadnym miernikiem rodzicielskich kompetencji. A jednak z jakiegoś powodu, gdy pada pytanie: “A czy przesypia już całą noc?”, czujemy pot spływający po plecach. Dlatego pora rozprawić się z najpopularniejszymi mitami na temat snu dziecka.

8 mitów dotyczących snu dziecka:

1. Po ukończeniu 6 (10, 12 etc.) miesiąca życia dziecko powinno przesypiać już całe noce

Otóż nie. Jak dowodzą doniesienia antropologów, nasze dzieci są genetycznie zaprogramowane do nocnych pobudek. To atawizm, który został odziedziczony po naszych pierwotnych przodkach, prowadzących koczowniczy tryb życia. Obrazowo przedstawia to Carlos González w książce “Mocno mnie przytul”:
W środku nocy obydwie pierwotne kobiety obudziły się i z nieznanych nam powodów odeszły, pozostawiając dzieci na ziemi. Jeden z maluchów należał do grupy dzieci, które budzą się co półtorej godziny, a drugi do tych, które przesypiają całą noc. Jak myślisz, który z nich nie obudził się już nigdy więcej?”.
Fazy snu dziecka, podobnie jak osoby dorosłej, mają różne cykle. To zupełnie normalne zjawisko, że podczas przejścia od jednej fazy do drugiej następuje częściowe wybudzenie (podobnie jest u osób dorosłych, choć przeważnie nie zdajemy sobie z tego sprawy). Jeśli dziecko ma poczucie bezpieczeństwa, czuje zapach i obecność matki, najprawdopodobniej z łatwością znów znajdzie się w objęciach Morfeusza. Jeśli jednak matki obok nie ma, dziecko może się rozbudzić i zacząć ją wzywać – dla niego bycie samemu to sytuacja zagrożenia. Im dłużej matka będzie zwlekać z reakcją, tym bardziej dziecko się rozbudzi i trudniej będzie je uspokoić. Wbrew temu, co sądzą niektórzy “eksperci”, to nie jest manipulacja. Częste nocne pobudki to mechanizm obronny, chroniący dziecko przed śmiercią. W czasach kiedy ludzie przemieszczali się z miejsca na miejsce, ciągłe pobudki i głośny płacz były sposobem na utrzymanie matki w pobliżu lub przywołaniem innej dorosłej osoby.
[reklama id=”72159″]
Kiedy dziecko powinno przesypiać całe noce? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Są dzieci, które już w wieku 6 tygodni potrafią spać 6–7 godzin bez pobudki (co nie oznacza, że ta sytuacja nie ulegnie zmianie, np. podczas skoków rozwojowych, ząbkowania etc.) Są też takie, które mają 4 lata i na palcach jednej ręki można zliczyć ich przespane bez pobudek noce. Jedno i drugie jest zupełnie normalnym zjawiskiem.

2. Dziecko nie powinno zasypiać przy piersi

“Tylko proszę nie pozwolić zrobić z siebie smoczka” – to stwierdzenie pada często jeszcze na oddziale położniczym. Według instruktażu udzielanego przez niektóre położne dziecko powinno jeść przez 10–15 minut z jednej piersi, a potem spokojnie zasypiać na 2–3 godziny (to oczywisty znak, że jest najedzone). Nic bardziej mylnego (i przy okazji bardziej krzywdzącego dla młodych matek i ich budzącej się laktacji). Otóż dziecko powinno móc spędzać przy piersi tyle czasu, ile ma na to ochotę. Owszem, jedne dzieci będą się najadały w 5–10 minut i zasypiały na mityczne 3 godziny. Inne będą ssały co pół godziny, z przerwami przysypiając i zmieniając piersi. Dla dopiero budzącej się laktacji to bardzo ważne, by dostosować się do potrzeb dziecka. Poza tym możliwość ssania i swobodnego zmieniania piersi jest jednym ze sposobów zapewnienia sobie przez dziecko optymalnych składników.
A fakt zasypiania malucha przy piersi jest w zupełności normalny. Zapominamy, że to smoczek jest substytutem piersi, nie odwrotnie. Ssanie piersi poza mlekiem daje dziecku poczucie bezpieczeństwa, koi lęki, smutki, frustracje i złe samopoczucie. To naturalne, że najedzony i zrelaksowany maluszek po prostu zasypia. Jak twierdzi Magda Karpienia – pierwsza w Polsce liderka międzynarodowej organizacji La Leche League:
Natura wyposażyła kobietę w niesamowite macierzyńskie narzędzie. Karmiąc dziecko piersią, możemy zaspokoić bardzo wiele jego potrzeb jednocześnie. Opieka nad dzieckiem jest tak zajmująca i często po ludzku męcząca, że możliwość zaspokojenia jego podstawowych potrzeb poprzez wykonywanie nieskomplikowanej czynności jest naprawdę błogosławieństwem. (…) Usypiając dziecko przy piersi nie robisz mu krzywdy. Nie kreujesz złych nawyków. Nawiązujesz i pielęgnujesz niesamowitą więź, oddajesz czas, który jest tylko dla was dwojga. To zaowocuje. Oksytocyna relaksuje również ciebie, więc śmiało zaśnij z dzieckiem i odpocznij. Ten czas, gdy maluch zasypia przy piersi, jest naprawdę krótki w skali całego jego życia.
Przeczytaj także: Smoczek jest zamiennikiem piersi, nie odwrotnie.
[reklama id=”67238″]

3. Niemowlęta po 6 (10, 12 etc.) nie powinny być karmione w nocy

Karmienie dziecka na żądanie jest w porządku przez pierwsze 2–3 miesiące. Mniej więcej w tym czasie zaczynają się pytania od rodziny i lekarzy, czy dziecko przesypia już całe noce. Jeśli nocne pobudki utrzymują się także w drugim półroczu życia, werdykt jest jeden: nie najada się. Antidotum na ten stan jest mleko modyfikowane, ewentualnie sycąca kaszka (z solidną porcją cukru w składzie).
Tymczasem budzenie się na pierś w wieku 3, 6, 12, a nawet 24 (!) miesięcy jest nie tylko normalne, ale zdrowe i potrzebne dziecku. Nocne mleko jest bardzo bogate w kwasy tłuszczowe, które pełnią niezwykle ważną rolę we wspieraniu funkcjonowania centralnego układu nerwowego. Innymi słowy nocne karmienia mają pozytywny wpływ na rozwój i funkcjonowanie mózgu malucha. Poza tym nocne mleko jest zdecydowanie bardziej kaloryczne. Z psychologicznego punktu widzenia im starsze dziecko, tym więcej wyzwań rozwojowych na jego drodze. Nocne pobudki to sposób odreagowania trudnych emocji, frustracji, napięć. Matczyna pierś jest naturalnym remedium na te stany.

4. Współspanie z rodzicami ma negatywny wpływ na rozwój psychiczny dziecka

Ten mit łączy w sobie dwie zasadnicze obawy. Pierwsza z nich dotyczy obszaru autonomii i samodzielności. W naszym społeczeństwie pokutuje bardzo silne przekonanie, że dziecko powinno być jak najszybciej uczone samodzielności. Powinno samo spać, umieć “zająć się sobą” (cokolwiek to znaczy), zostawać pod opieką babci/dziadka/ cioci/opiekunki, chodzić o własnych nogach, a nie “kazać się nosić” i ogółem być jak najmniej angażujące dla opiekuna. Słuchając tego typu wynurzeń i “dobrych rad”, można się zastanawiać, po co w ogóle mieć dzieci…
Tymczasem badania dowodzą, że „popychanie” malucha w stronę samodzielności niczego nie przyspiesza. Dzieci śpiące ze swoimi opiekunami, długo karmione piersią, noszone w chustach nie są w przyszłości mniej samodzielnie i nadmiernie uzależnione od swoich rodziców. Wprost przeciwnie. Ponieważ rodzice podążali za ich potrzebami i były one zaspokajane w sposób naturalny (dziecko nie musiało walczyć o ich zaspokojenie) – dorastały w poczuciu bezpieczeństwa i mogły swobodnie decydować o separacji z rodzicami, gdy były na to gotowe. Współczesna kultura bardzo ceni sobie samodzielność, jednak psychologia jednoznacznie potwierdza, że dzieci, które mają wykształcony bezpieczny styl nawiązywania więzi, są dużo bardziej skłonne do eksplorowania i poznawania otaczającego świata. Spanie z dzieckiem to wspaniały sposób na budowanie więzi, a dodatkowo wsparcie jego rozwoju.
Drugi aspekt dotyczy dużo bardziej złożonego zagadnienia – seksualności dziecka. Ponieważ łóżko rodziców w opinii społecznej kojarzy się z seksem, zapraszanie dziecka do małżeńskiej sypialni jest w tym rozumieniu niezdrowe (zarówno dla relacji partnerów, jak i dziecka). Tymczasem trudno rozpatrywać rozwój seksualny człowieka z tej perspektywy. W toku edukacji (także seksualnej) dziecko poznaje normy i granice, zaczyna budować swoją autonomię i raczej na długo przed tym okresem wyniesie się z sypialni rodziców (czy ktoś zna nastolatka, który chce spać z rodzicami?).

5. Dziecko powinno umieć zasypiać samodzielnie

Najedzone dziecko odłożone do łóżeczka powinno zasypiać samo. Bujanie, kołysanie, zasypianie przy piersi – to wszystko sprzyja budowaniu złych nawyków. Płacz, który towarzyszy odkładaniu dziecka do łóżeczka, to zwyczajna próba sił i manipulacja. Wystarczy nie zwracać uwagi i wkrótce się podda… Ale czy na pewno?
To prawda, najczęściej po kilku dniach intensywnego treningu dzieci faktycznie przestają płakać. Ale czy dlatego, że polubiły swoje łóżeczko, czy może raczej straciły wiarę w opiekuna i zrozumiały, że ich płacz nie ma dla nikogo najmniejszego znaczenia? Takie postępowanie wbrew pozorom nie uczy dziecka samodzielności, jak twierdzą trenerzy snu. Wręcz przeciwnie. Dzieci tracą wiarę w odzew rodzica, poddają się z bezsilności, a czasem po prostu zasypiają z fizycznego wyczerpania.
Długotrwałe wypłakiwanie się może powodować olbrzymie spustoszenie w mózgu niemowlęcia. Podczas płaczu w organizmie dziecka zaczyna być wytwarzany kortyzol, czyli tzw. hormon stresu. Jeśli maluch szybko znajdzie pocieszenie w ramionach opiekuna, wszystko jest w porządku. Natomiast jeśli płacze długo, stężenie kortyzolu w jego organizmie może osiągnąć niepokojący poziom. U dzieci poddawanych treningowi zasypiania podwyższony poziom kortyzolu utrzymuje się przez kilka dni! I – jak pokazują badania – nawet jeśli maluch już nie płacze i sam zasypia w łóżeczku, wcale nie czuje się bezpieczny.
Straty, które dokonają się w tym okresie, są w zasadzie nieodwracalne. Silny stres i traumatyczne doświadczenia przebyte w wieku dziecięcym powodują obumieranie komórek w części mózgu zwanej hipokampem. Będzie ona w przyszłości odpowiedzialna m.in. za uczenie się. Tak więc poprzez metodę “cry it out” można trwale upośledzić funkcjonowanie dziecka zarówno w aspekcie społecznym, emocjonalnym, jak i poznawczym. 
Dzieci, które śpią w pobliżu rodziców, mają bardziej stabilną temperaturę ciała, regularny rytm serca i mniej długich przerw w oddychaniu w porównaniu do dzieci, które śpią same. Mają także niższy poziom kortyzolu, czyli hormonu stresu, a ich sen jest głębszy, spokojniejszy, bardziej wydajny. Naukowcy dowodzą, że współspanie jest nie tylko nieszkodliwe, ale wręcz sprzyja rozwojowi neurologicznemu dzieci i niemowląt. Małe dzieci powinny spać z rodzicami przez minimum pierwsze 3 lata życia.

6. Trener snu to dobra inwestycja

Pomimo że oferta wygląda kusząco i wydają się być odpowiedzią na wszystkie rodzicielskie bolączki, angażowanie “eksperta”, który nauczy dziecko spać, to kiepski pomysł. Ingerencja osób trzecich zaburza naturalne potrzeby dziecka. Bardzo często też rodzice próbują narzucić maluchowi sztywne ramy czasowe, które w zupełności mijają się z jego rzeczywistymi potrzebami: na siłę kładą aktywne niemowlę w zaciemnionym pokoju lub próbują zabawiać senne dziecko, by wytrzymało “jeszcze chwilę”. Wpływa to negatywnie na jakość snu maluszka, może zwiększać ryzyko SIDS (zespołu nagłej śmierci łóżeczkowej) i rozregulowuje jego kształtujący się biorytm. Izolowanie dziecka od matki nie pomaga także mamom, które dopiero odnajdują się w nowej roli. W przypadku depresji poporodowej zamiast polepszać samopoczucie, może nawet pogłębiać jej symptomy. Może to negatywnie wpłynąć na karmienie piersią, zwłaszcza jeśli trening ma miejsce w pierwszych miesiącach życia. Nie wspominając o tym, że korzystanie z usług “specjalisty” odbiera rodzicom poczucie kompetencji.

7. Spanie w jednym łóżku z rodzicami zwiększa ryzyko SIDS

Nic bardziej mylnego. Wielu naukowców podkreśla, że wspólny sen może zmniejszać ryzyko SIDS (z ang. Sudden Infant Death Syndrome) – zespołu nagłego zgonu niemowląt. Za jego najbardziej prawdopodobne przyczyny uważa się: niedobór serotoniny, bezdech, wady serca, zakażenie bakteriami i uwarunkowania genetyczne. Specjaliści zauważają, że bezdech (jedna z głównych przyczyn SIDS) występuje u każdego niemowlęcia, a niebezpieczny staje się wówczas, gdy się przedłuża. Wspólne spanie z dzieckiem pozwala szybciej reagować i kontrolować jego czynności życiowe.
Warto jednak pamiętać o kilku ważnych czynnikach: lepiej zrezygnować ze wspólnego spania po spożyciu alkoholu, narkotyków, środków nasennych, gdy jedno z rodziców jest palaczem lub gdy rodzice są mocno otyli. Należy również zadbać o bezpieczeństwo maluszka, tak by nie miał możliwości spaść z łóżka ani wpaść w żadna szczelinę. 

8. Spanie w jednym łóżku z rodzicami rujnuje życie seksualne partnerów

To jeden z argumentów, który często pojawia się u przeciwników co-sleepingu. Jak twierdzi Karolina Piotrowska – psycholożka i seksuolożka:
Jeśli rodzice mają być parą, to ważne jest, aby ich życie seksualne było dostosowane do ich potrzeb, satysfakcjonujące i inspirujące. Do tego, aby życie seksualne było udane, potrzebne są zaspokojone pewne warunki. Pierwszym z nich jest potrzeba wzajemnej bliskiej relacji, intymności, czasu jedynie dla siebie. Zwykle przestrzenią do seksualnych uniesień jest właśnie sypialnia. Dzieląc ją z dzieckiem, sprawiamy, że tracimy miejsce eksploracji siebie w roli kochanków. Z tej perspektywy istotne są wszystkie pytania, które pozwolą nam jako parze cieszyć się swoją cielesnością. Wymaga to wypracowania nowego podejścia, kreatywności, gotowości na zmiany.
Udane pożycie seksualne zależy od wielu czynników. Ale bez wątpienia jednym z głównych aspektów jest relacja między partnerami, jej jakość, poczucie bezpieczeństwa. Seks jest niejako wypadkową tego, co dzieje się w związku w innych obszarach.

Kategorie
recenzje

Sówka Mądra Główka – zabawa i nauka

To nieprawda, że szczęśliwe dzieciństwo to nicnierobienie. Nawet małe dziecko nie znosi nudy i chętnie podejmuje ciekawe, dostosowane do jego możliwości działania i aktywności (np. ćwiczy sprawność chwytania, namiętnie wyrzucając z kojca czy wózka wszystkie dające się chwycić rzeczy). Rodzice wiedzą także, że w pierwszych latach po narodzinach kontynuowany jest proces tworzenia architektury mózgu – migracji komórek nerwowych, wytwarzania połączeń między nimi. W przyszłości od bogactwa tych połączeń będą uzależnione możliwości uczenia się dziecka. A im bardziej aktywny jest rozwijający się mózg, tym więcej takich połączeń wytwarza. 

Sówka Mądra Główka w Natuli.pl

Sówka Mądra Główka to propozycja odpowiadająca na te potrzeby

To produkty edukacyjne, pobudzające ciekawość dziecka, podsuwające mu obiekty do uważnego obserwowania, przekształcania, wykorzystywania do różnych działań i czynności, po prostu do zabawy. A kilkuletnie dziecko najszybciej i najskuteczniej uczy się mimowolnie, właśnie w trakcie zabawy, nie myśląc o zdobywaniu wiedzy czy umiejętności. To się po prostu dzieje przy okazji, mimochodem. I takie efekty dają gry i zabawy z Mądrą Sową.

Dla najmłodszych dzieci, które nie potrafią jeszcze trzymać niczego w dłoni, ale już potrafią śledzić przedmioty wzrokiem (dzieci 2–3-miesięczne) Sówka przewidziała świetne, konturowe rysunki, głównie czarno-białe, ale także w innych kontrastujących kolorach, pomagające małemu niemowlakowi wprawiać się w śledzeniu konturów przedmiotów.

Wszystkie produkty w tej serii są dobrej jakości, odporne na ślinienie i obgryzanie, oczywiście nietoksyczne i hipoalergiczne. I naprawdę śliczne! Dzieci z przyjemnością zajmują się nimi, przy okazji doskonaląc spostrzeganie, ćwicząc wyobraźnię, myślenie, poznając nowe słowa i łącząc je z rysunkami zwierząt, owoców czy przedmiotów z codziennych sytuacji. Mają także okazję usprawniać i ćwiczyć ruchy dłoni, osiągając coraz lepszą koordynację pracy zmysłów i mięśni. Przyda się w kolejnych okresach rozwojowych!

O grach – dla rodziców

Z grami i zabawami z serii Sowa Mądra Głowa spotkałam się po raz pierwszy przed siedmioma laty, kiedy od kilku miesięcy były już na rynku. Wywołały moje profesjonalne zainteresowanie, bo już w sklepie dostrzegłam ich możliwości w zakresie wspierania rozwoju dziecka – w placówkach przedszkolnych i szkolnych, gabinetach pedagogów, psychologów, logopedów. Wkrótce zaczęłam je kupować z myślą o prywatnym użytku – zabawach z wnukiem (w tej chwili już z dwójką wnucząt).

Wybierając zabawki zwracam uwagę na wiele ich aspektów – muszą umożliwiać dziecku dobrą, ale i mądrą zabawę, pobudzać je do wykonywania różnych czynności (odpadają w przedbiegach wszystkie te, gdzie dziecko ma być głównie biernym obserwatorem), mają angażować zmysły, umysł i mięśnie dziecka, a na dodatek wywoływać różne emocje i najlepiej mieć charakter społeczny, to znaczy wymagać bawienia się co najmniej w dwójkę. Oczywiście jeszcze muszą być spełnione moje wymagania dotyczące estetyki, solidności, bezpieczeństwa. Szybko zorientowałam się, że gry i zabawy serii Sowa Mądra Głowa spełniają wszystkie te kryteria z nawiązką.  Oczywiście są wśród nich zupełnie genialne i po prostu dobre (choć to pewnie mocno subiektywna ocena), ale kiepskiej i nieudanej nie spotkałam.

Chyba najbardziej urzeka mnie, że bawiąc się z Mądrą Sową można nie tylko wspaniale spędzić czas na ciekawej dla dziecka i emocjonującej zabawie, ale jednocześnie stymulować jego rozwój niemal we wszystkich sferach (no, może poza budowaniem muskulatury – choć już sprawność dłoni to oczywiście bywa nieźle ćwiczona przez te gry). Czy to nie przesada oczekiwać takich efektów od zabawy? Dobrze wiemy, jakie wymagania stawia dziś przed człowiekiem rzeczywistość, dlatego już od najmłodszych lat rodzice starają się (oczywiście z umiarem, bez doprowadzania do przemęczenia) wyposażać swoje dzieci w umiejętności i kompetencje, dzięki którym łatwiej będą mogły sprostać napotykanym wymaganiom. Jednocześnie pamiętać musimy, że kilkuletnie dziecko najszybciej i najskuteczniej uczy się mimowolnie, w trakcie zabawy, nie myśląc o zdobywaniu wiedzy czy umiejętności. To się po prostu dzieje przy okazji, mimochodem. I takie właśnie efekty dają gry i zabawy z Mądrą Sową.

Kategorie
artykuł sponsorowany rzeczy dla dzieci

Było sobie życie, czyli jak nasze dzieciństwo łączy się z dzieciństwem naszych dzieci!

Nasze dzieci nie znają już tego uczucia – nie muszą przecież czekać cały tydzień na kolejny odcinek! Okazuje się jednak, że znają sam serial i uwielbiają go tak samo jak ich rodzice. Szybki rekonesans wśród znajomych przekonał mnie, że Było sobie życie to absolutny must have wśród współczesnych polskich dzieci. Oznacza to, że kreskówkę Alberta Barillégo jako jedną z niewielu produkcji można określić mianem kultowej – bez wątpienia mimo upływu lat nie straciła na atrakcyjności. Dla kolejnego pokolenia, przyzwyczajonego przecież do innej techniki animacji, do innych kolorów i dużo bardziej dynamicznego tempa akcji – jest nadal hitem.

Czy jest w ogóle ktoś, kto nie wie, o czym jest Było sobie życie?

Przypomnę na wszelki wypadek. Akcja wszystkich odcinków toczy się we wnętrzu ludzkiego ciała. Widzowie poznają anatomię i fizjologię człowieka. Dzięki wprowadzeniu spersonifikowanych bohaterów, takich jak bakterie, krwinki czy wirusy, oraz utworzeniu w ciele człowieka logistycznego centrum dowodzenia z kultową postacią Mistrza – Albertowi Barillému udało się najbardziej skomplikowane mechanizmy działania ludzkiego ciała wytłumaczyć w naprawdę zrozumiały, a przede wszystkim bardzo atrakcyjny sposób. Cała fabuła filmu łączy elementy wiedzy o anatomii i fizjologii z fantastyką i pokazuje funkcjonowanie organizmu jako nieustającą walkę dobra ze złem. Dzięki temu wnętrze ludzkiego ciała staje się areną fascynujących przygód.

Było sobie życie to nie tylko kultowy serial, to także ciekawa historia z polskimi akcentami

Czy wiecie, że Albert Barillé był z pochodzenia Polakiem? Urodził się w Warszawie i jako kilkulatek wyjechał z rodzicami do Francji. To jeszcze nie wszystko. Wyobraźcie sobie, że przez wiele lat był producentem i dystrybutorem filmów dla dzieci i kupował dla francuskiej telewizji na przykład naszego Bolka i Lolka, a potem sam wyprodukował w Semaforze serial o misiu Colargolu. Chciałoby się powiedzieć: jaki ten świat jest mały…
Było sobie życie wcale nie jest pierwszym serialem w serii. Najpierw w 1978 roku powstał Był sobie człowiek – serial o historii naszej cywilizacji – a następnie w 1982 roku Był sobie kosmos  – o tajemnicach układu słonecznego. Potem dopiero pojawiły się najpopularniejsze chyba Było sobie życie (w 1987), Były sobie Ameryki (1988) – o historii Ameryki sprzed czasów Kolumba, Byli sobie wynalazcy (1996) – o najsłynniejszych naukowcach i wynalazcach, Byli sobie odkrywcy (1998) – o najsłynniejszych podróżnikach oraz Była sobie Ziemia (2008) – niezwykle ważny serial o zagrożeniach dla naszej planety, ekologii i zrównoważonym rozwoju. Wszystkie serie łączy postać Mistrza – białobrodego mędrca i przewodnika po świecie nauki.
Pochodzenie Alberta Barillégo i jego przygody z naszą animacją dla dzieci to nie jedyne polskie akcenty w historii serii. Otóż po wielu latach Janusz Feliks, ojciec wówczas ośmiolatki, pragnął pokazać swojej córce ukochany serial z dzieciństwa. Zadzwonił bezpośrednio do Alberta Barillégo i… otrzymał licencję na wszystkie jego seriale z serii Było sobie… Janusz Feliks założył firmę Hippocampus, ale nie poprzestał jedynie na dystrybuowaniu filmów Barillégo w Polsce. Fascynują go one do tego stopnia, że na ich podstawie wymyślił… gry planszowe. Przyznam szczerze, że byłam pewna, że to po prostu planszówki na francuskiej licencji, tymczasem to polski pomysł – właśnie Janusza Feliksa. Muszę przyznać, że gra Było sobie życie jest jedną z ulubionych planszówek moich dzieci, a i dorośli ją doceniają – za grafikę, ciekawą mechanikę, dopasowanie do graczy w różnym wieku. Jest naprawdę świetna. Teraz Hippocampus oferuje całą rodzinę gier dla dzieci oraz wszystkie filmy Barillégo.

Przyznam szczerze, że bardzo lubię wszystkie części serialu i nie wiem, czy potrafiłabym wskazać najlepszy. Do Było sobie życie z pewnością mam jednak największy sentyment…
Sentymenty sentymentami, ale jako rodzic widzę, że produkcje Alberta Barillégo i gry Janusza Feliksa to najbardziej udany mariaż edukacji i zabawy pod słońcem – musicie bowiem przyznać, że to połączenie nie zawsze się udaje i często zabawki edukacyjne to w rzeczywistości ani zabawa, ani edukacja. W tym przypadku to naprawdę działa, a ogrom wiedzy, jaki dzieci przyswajają dzięki Było sobie…, i przyjemność, jaką z tego mają, są nie do przecenienia.  

Kategorie
wychowanie

Czym jest wstyd i dlaczego tak destrukcyjnie wpływa na nasze życie?

Czym jest wstyd?

Brené Brown, amerykańska badaczka, która poświęciła ponad dziesięć lat na badanie tego doświadczenia, określa je jako lęk przed zerwaniem poczucia więzi. Ono zaś wraz z poczuciem przynależności i miłością stanowi fundament naszego życia, nadając mu sens i znaczenie.
Kiedy pojawia się ten lęk? Za każdym razem, gdy czegoś nie zrobiliśmy lub zrobiliśmy coś, co nie spełniło oczekiwań naszych bliskich, gdy nie zrealizowaliśmy zamierzeń, nie osiągnęliśmy wyznaczonych celów, zaczynamy się zastanawiać, czy zasłużyliśmy na miłość. Nasze niedoskonałości i niedociągnięcia sprawiają, że myślimy o sobie, iż nie jesteśmy warci przynależności i akceptacji. A ponieważ jesteśmy niedoskonali, to się wstydzimy. Trwamy jak w zaklętym kręgu, uwięzieni przez własne lęki przed popełnianiem błędów, poniżeniem, odrzuceniem.
Tymczasem wstyd to prawdziwy ból, porównywalny z bólem fizycznym. Trudno go leczyć, bo przez długie lata pozostaje w ukryciu – wstydzimy się przecież mówić o tym, co wstydliwe. Jednak „tylko wtedy, gdy jesteśmy wystarczająco odważni, by zgłębić ciemność, będziemy mogli poznać nieskończoną moc naszego światła” (J. K. Rowling).
[natuli2]

Jak rozpoznać mrok wstydu?

Na podstawie swoich badań Brené Brown wyróżniła aż dwanaście „kategorii wstydu”, które mogą dotyczyć:

  1. wyglądu,
  2. statusu zawodowego i materialnego,
  3. rodzicielstwa,
  4. macierzyństwa/ojcostwa,
  5. rodziny/pochodzenia,
  6. stanu zdrowia,
  7. uzależnień,
  8. seksu,
  9. procesu starzenia się,
  10. wyznania,
  11. traumatycznych doświadczeń,
  12. wpływu na nasze życie stereotypów i etykietek.

Wstydem jest bezpłodność, nadwaga, bycie na odwyku, zdrada męża/żony, nieposiadanie partnera/partnerki, praca w markecie, wyładowywanie złości na dzieciach, spędzanie wakacji na wsi, rozpadające się małżeństwo, odczuwanie strachu z powodu kłótni rodziców…
Czasem, żeby odczuwać wstyd, potrzebny jest drugi człowiek, który to poczucie wywołuje – swoją krytyką, porównywaniem czy poniżaniem. Jednak często sami, bazując niejednokrotnie na doświadczeniach z dzieciństwa, jesteśmy dla siebie zarówno nadawcami, jaki i adresatami wstydu.

Wstyd to nie to samo co poczucie żalu

Wielu dorosłych uważa, że warto zawstydzać dzieci, kiedy postępują niewłaściwie. Wierzą, że wstyd jest motorem zmiany i hamulcem niepożądanych reakcji.
Owszem, wstyd jest hamulcem, ale dla rozwoju zdrowego poczucia własnej wartości, samoakceptacji, pewności siebie. Owszem, bywa początkiem zmiany, ale takiej, która pojawia się kosztem dziecięcych granic i godności osobistej.
Bo wstyd to nie to samo co żal po tym, jak odkryliśmy, że nasze słowa lub czyny kogoś zraniły, zasmuciły, skrzywdziły. To nie dyskomfort, który odczuwamy, bo postąpiliśmy niezgodnie z naszymi wartościami. To nie żal z powodu tego, że nie umieliśmy w tej konkretnej sytuacji postąpić inaczej, nie dlatego że nie chcieliśmy, ale nie umieliśmy. Tylko tak przeżywany smutek może prowadzić do refleksji i zmiany.
Wstyd każe myśleć o sobie „jestem zły”. Czymś innym jest myśleć „zrobiłem coś źle i chcę to zrobić inaczej”. Wstyd destrukcyjnie wpływa na nasze wewnętrzne przekonanie, że możemy coś zmieniać i robić lepiej.

Naukowcy o wstydzie

Nie istnieją żadne dane, które potwierdzałyby jakiekolwiek pozytywne skutki doświadczania wstydu. Nie jest on czynnikiem regulującym właściwe zachowanie. Przeżywając wstyd, doświadczamy rozdzielenia i osamotnienia, desperacko próbujemy odzyskać poczucie przynależności i wspólnoty. Pragniemy czuć się godnymi miłości.
Strach przed wstydem popycha wielu do autodestrukcyjnych zachowań. Badacze wymieniają m. in.: różnego rodzaju uzależnienia, agresję, przemoc, depresję, zaburzenia odżywiania oraz tyranizowanie innych osób.

Do najbardziej znanych i niestety nieskutecznych sposobów radzenia sobie z tym upokarzającym uczuciem należą:

  • „oddalanie się” – człowiek przeżywający wstyd wycofuje się z relacji, ukrywa się, oddziela milczeniem, maskuje tajemnicami;
  • pozorne „zbliżanie się” – niektórzy próbują łagodzić sytuację, usprawiedliwiają się, pobłażają sobie , chcą się przypodobać;
  • „miotanie się” – jeszcze inni reagują na wstyd agresją, wyładowują trudne emocje na innych, próbują uzyskać nad nimi władzę.

Każdy z nas w zależności od motywacji, zaangażowanych osób, okoliczności stosuje wymiennie każdą z tych strategii po to, by odciąć się od bólu i cierpienia, których źródłem jest wstyd, jednocześnie odcinając się od kontaktu z drugim człowiekiem.

Odkrycie doktor Brown

Okazuje się, że tylko pozostawanie w relacji może skutecznie leczyć doświadczenie wstydu. Jak to zrobić? Przecież dla wielu z nas to druga skóra. Jak wejść w tę przerażającą i paraliżującą ciemność, by się nie zgubić i odnaleźć drogę do światła?
Brené Brown odkryła, że panaceum na wstyd jest empatia. Tylko w autentycznej relacji, poprzez szczerość i odwagę mówienia o nim możemy wyjść z niego ze współczuciem dla siebie nawzajem i silniejszą więzią z drugim człowiekiem. Przejście od wstydu do empatii to droga z ciemności do pełnego mocy światła.

Kroki do uzdrowienia

1. Rozpoznanie wstydu, odkrycie i zrozumienie jego przyczyn

Jakie słowa lub oczekiwanie go wywołały? Niektóre pochodzą z naszego dzieciństwa, jedne zawdzięczamy nauczycielom, inne rówieśnikom. Przyjrzyjmy im się, zapiszmy je.

2. Kształtowanie krytycznej świadomości

Czy te słowa, oczekiwania są realistyczne? Jak się mają do naszego życia? Czy mają z nim związek? Czy nie wynikają z tego, czego chcą od nas inni ludzie?

3. Poszukiwanie człowieka

Nie doświadczymy uzdrowienia, jeśli nie znajdziemy człowieka, któremu opowiemy naszą historię o wstydzie – on lubi milczenie, w ukryciu rośnie w siłę. Tylko wówczas, gdy głośno o nim opowiemy, przestaje mieć nad nami władzę.

4. Empatia dla wstydu

Jakie potrzeby i uczucia skrywają się za naszym wstydem? Za czym tęsknimy, czego nam brakuje? Co przeżywamy, gdy mówimy o naszym wstydzie? Czego poszukujemy?
Te cztery kroki bezpiecznie przeprowadzą nas po bezdrożach wstydu. Praktykowane jak najczęściej zdecydowanie pomagają oswajać wstyd i zmniejszać jego ciężar.

Pierwsza pomoc

Brené Brown dzieli się sprawdzoną strategią na szybką reanimację naszego poczucia wartości i kontaktu ze sobą po doświadczeniu wstydu:

  1. Zdobądź się na odwagę i wyjdź do ludzi – choć najbardziej chcielibyśmy się ukryć przed całym światem, a czasem nawet zniknąć. Wstyd uwielbia sekrety, ale najlepszym sposobem walki z nim jest podzielenie się swoją historią z kimś, kto nas kocha.
  2. Mów do siebie z miłością – tak jak do osoby, którą kochamy, z delikatnością i czułością, zamiast siebie obrażać, wpędzać w poczucie winy i upokarzać.
  3. Przejmij odpowiedzialność za swoją historię – w ten sposób możemy stać się jej narratorem, a nie bohaterem i napisać zupełnie inne zakończenie. Zakopując ją, stajemy się jej niewolnikami, pozbawiamy się w ten sposób szansy na świadome życie i intencjonalne wybory.

Warto w taki sposób towarzyszyć także dzieciom – wysłuchując ich, gdy doświadczają wstydu, kiedy mierzą się z negatywnymi myślami o sobie, kiedy szukają miłości, która złagodzi ból wywołany upokorzeniem. Próbując pomóc im zrozumieć przyczyny wstydu, wyposażamy je w najlepsze narzędzie samoobrony przed jego dalekosiężnymi skutkami. Opowiadając o własnych doświadczeniach z nim związanych, pokazujemy dzieciom, że nie są same, że wszyscy doświadczamy wstydu, że nie warto go ukrywać, lecz o nim rozmawiać.