Kategorie
odżywianie naturalne

11 przepisów na naturalne potrawy wigilijne w wersji „dla dzieci”

Tradycyjna, polska wigilia obfituje w dania tłuste, ciężkostrawne, czasem też silnie alergizujące. Z dużym dystansem warto potraktować potrawy z grzybami, makiem, dużymi kawałkami orzechów (w przypadku najmłodszych dzieci), ale też miodem, gdy mamy w domu małego alergika. Smażona ryba, ciężki, oleisty śledzik, ostry barszcz – zawsze można podać w zdrowszej wersji, która być może przypadnie do gustu nie tylko maluchom, ale też pozostałym członkom rodziny (również tym najbardziej przywiązanym do tradycji). Przedstawiamy kilka pomysłów na to, jak przewietrzyć wigilijne menu:

1. Barszcz kiszony

Ta tradycyjna, wigilijna zupa jest daniem postnym, a buraczany kwas traktowany był przed wiekami jak lekarstwo. W polskich domach podaje się go na różne sposoby – m.in. z uszkami, zabielany a nawet z wędliną. Ponieważ jest potrawą, której przygotowanie wymaga czasu, coraz częściej zastępujemy go sklepowymi gotowcami. My polecamy sięgnąć po jego tradycyjną, choć nieco zmodyfikowaną wersję.

Składniki:

  • 4-5 średnich buraków,
  • 3 łyżki kiszonego żuru,
  • szczypta soli,
  • ziele angielskie,
  • listek laurowy
  • słód zbożowy lub syrop buraczany.

Przygotowanie:

Buraki umyj, pokrój w plasterki i zalej letnią wodą w glinianym naczyniu. Aby zapoczątkować fermentację, dodaj 3 łyżki kiszonego żuru, szczyptę soli, kilka ziaren ziela angielskiego i listek laurowy. Odstaw w ciepłe miejsce na 3-4 dni. Po tym czasie dodaj łyżkę słodu zbożowego lub syropu buraczanego, by uzyskał lekko kwaśno-słodki posmak.

[reklama_col id=”71172, 71173, 71174″]

2. Pasztet z cieciorki z dodatkiem pszenicy

Kruchy pasztet może być smakowitym dodatkiem do pieczywa, a w wersji wigilijnej warto przyrządzić go wyłącznie z warzyw.

Składniki:

  • 0,8 l ugotowanej ciecierzycy,
  • 1/3 l ugotowanej pszenicy,
  • 2 łyżki mąki gryczanej,
  • 3 podsmażane cebule,
  • kilka ząbków czosnku (w zależności od preferencji),
  • 2 łyżki oleju,
  • 1/3 szklanki wywaru z warzyw,
  • sól,
  • sos sojowy.

Przygotowanie:

Ciecierzycę, pszenicę i czosnek zmiel, dodaj pozostałe składniki, przyprawy i dokładnie wymieszaj. Po przełożeniu do formy piecz w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez około godzinę.

3. Chleb razowy na zakwasie

Tradycję pieczenia domowego chleba warto kontynuować również po wigilii, szczególnie że samo pieczenie nie zajmuje zbyt dużo czasu. Tego wymaga natomiast przygotowanie zakwasu, na który przepis znajdziecie tutaj – Jak zrobić zakwas na chleb w domu. Reszta wygląda następująco:

Składniki:

  • 200 g mąki pszennej razowej,
  • 200 g mąki żytniej razowej,
  • 250 g aktywnego zakwasu,
  • 1 łyżeczka soli,
  • 350 ml wody,
  • opcjonalnie – 60 g pestek słonecznika, siemienia lnianego, czarnuszki bądź innych dodatków.

Przygotowanie:

Wszystkie składniki, poza wodą i pestkami, wymieszaj dokładnie w misce. Dolej powoli wodę, ciągle mieszając, do dokładnego połączenia składników. Na końcu dosyp pestki. Blaszkę wyłóż pergaminem, przełóż ciasto do formy, wygładź wierzch mokrą łyżką i posyp pestkami. Odstaw do wyrośnięcia (powinno podwoić swoją objętość). Piecz w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez około godzinę (możesz co jakiś czas podlewać ciasto wodą bądź włożyć na dno piekarnika blachę wylaną wodą).

4. Wegańskie pierogi ruskie

Tradycyjne wigilijne pierogi podaje się z kapustą i grzybami bądź ruskie – z ziemniakami i twarogiem. W zmodyfikowanej wersji możemy też przygotować pierogi z tofu – smakują podobnie jak te ruskie, choć mają znacznie więcej wartości odżywczych, szczególnie gdy nasze tofu zrobione zostało z soi wolnej od GMO lub gdy przygotowaliśmy je wcześniej własnoręcznie w domu.

Składniki:

Farsz:

  • 600 g ziemniaków,
  • 1 duża cebula,
  • olej,
  • 500 g tofu,
  • ½ szklanki wody z kiszonych ogórków,
  • ¼ łyżeczki pieprzu ziołowego,
  • sól.

Ciasto:

  • 4 i ½ szklanki mąki pszennej lub orkiszowej,
  • 2 i ¼ szklanki gorącej wody,
  • 3 łyżki oleju,
  • spora szczypta soli.

Przygotowanie:

W dużym garnku zagotuj osoloną wodę. Obierz ziemniaki, pokrój na połówki i gotuj do miękkości. W tym czasie rozgrzej olej na patelni i duś cebulkę na średnim ogniu. Przy pomocy blendera rozdrobnij tofu i połącz z sokiem z kiszonych ogórków. Dopraw pieprzem ziołowym oraz solą. Ugotowane ziemniaki odcedź i jeszcze gorące rozgnieć tłuczkiem. Dodaj tofu, podsmażoną cebulkę i wymieszaj łyżką.

Z podanych składników przygotuj ciasto. Zmieszaj wszystko ze sobą i zagniataj rękoma, następnie przykryj ściereczką i odstaw na bok. Rozwałkuj ciasto. Przy pomocy szklanki wykrajaj kółka i do każdego wkładaj łyżkę farszu i zaklejaj. Gotowe pierogi wrzuć do wrzącej wody i gotuj do wypłynięcia.

5. Lekkostrawna ryba po grecku

Odpowiednio przygotowane danie rybne będzie wartościowym źródłem białka i cennych, wielonasyconych kwasów tłuszczowych. Te tłuste, smażone i obsypane grubą warstwą panierki, można zastąpić rybą gotowaną na parze, w wywarze jarzynowym bądź w wersji pieczonej. Tak podana potrawa nabierze smaku i zachowa wszelkie dobroczynne dla zdrowia właściwości.

Składniki:

  • filet z dorsza,
  • 1 marchewka,
  • średnia pietruszka,
  • ćwierć średniego selera,
  • 2 cm pora,
  • 2-3 krążki cebuli,
  • 250 g passaty pomidorowej,
  • łyżeczka oleju rzepakowego,
  • łyżka soku z cytryny,
  • odrobina soli, pieprzu, cukru (np. ksylitolu), słodkiej papryki.

Przygotowanie:

Marchew, pietruszkę, pora i seler obierz i zetrzyj na tarce o grubych oczkach. Cebulę obierz i drobno posiekaj. Filet ugotuj na parze. Następnie na patelnię wrzuć rybę, warzywa, passatę. Podlej wodą i duś pod przykryciem, aż warzywa zmiękną a ryba rozpadnie się na kawałeczki. Na koniec odkryj i odparuj potrawę, dodaj sok z cytryny, dopraw do smaku.

6. Bigos w wersji light

Tradycyjny bigos jest tłusty i ciężkostrawny. Ale nie oznacza to wcale, że musimy z niego rezygnować, szczególnie gdy jesteśmy jego wielkimi fanami. Dla maluchów polecamy jego wersję wegańską – nie uraczysz w nim kiełbasy, ale jego smak jest równie niepowtarzalny.

Składniki:

  • 3 łyżki oliwy extra vergine,
  • 1 cebula,
  • 1 ząbek czosnku,
  • 1 marchewka,
  • 500 g kiszonej kapusty,
  • 200 g soczewicy,
  • 10 suszonych śliwek,
  • 25 g suszonych grzybów,
  • 3 łyżki sosu sojowego,
  • 2 łyżki posiekanej natki pietruszki,
  • 3 ziela angielskie,
  • 1 listek laurowy,
  • 3 ziarna jałowca,
  • łyżeczka suszonego oregano i tymianku.

Przygotowanie:

W większym garnku zeszklij na oliwie cebulę i pokrojony w plasterki czosnek. Dodaj startą marchew i smaż przez 2-3 minuty. Dorzuć kiszoną kapustę, soczewicę, pokrojone, suszone śliwki oraz pokruszone, suszone grzyby. Dopraw pieprzem, dodaj przyprawy i smaż, mieszając przez kilka minut. Dolej 3 szklanki wody lub domowego bulionu, sos sojowy, dopraw łyżeczką ksylitolu i – po zagotowaniu – gotuj około 45 minut pod przykryciem. Dodaj natkę pietruszki, ewentualnie odrobinę soli i wymieszaj.

7. Wigilijny kompot bez cukru

Składniki:

  • kwaskowate jabłko,
  • świeża, słodka gruszka,
  • 5 suszonych śliwek,
  • opcjonalnie odrobina ksylitolu.

Przygotowanie:

Śliwki opłucz i posiekaj. Jabłko i gruszkę obierz, pokrój. Składniki gotuj w półtorej szklanki wody, do miękkości. Ostudź i przetrzyj przez sito. Dosłodź ksylitolem, jeśli będzie to konieczne.

8. Domowy majonez

Sałatka warzywna (przepis poniżej) jest łatwym, szybkim i przyjemnym daniem, natomiast problem pojawia się wtedy, gdy chcemy dorzucić do niej majonez – produkt wysokotłuszczowy na bazie jajek i oleju roślinnego, najczęściej słonecznikowego i rzepakowego. Ten, który spotykamy na sklepowych półkach, zazwyczaj produkowany jest ze sproszkowanych jaj z dodatkiem soli, cukru i niezdrowych konserwantów. Tymczasem z łatwością możemy przygotować jego zdrowszą wersję w domu – do tego wysokobiałkową, bo z użyciem wody po ciecierzycy.

Składniki:

  • pół szklanki wody z gotowania ciecierzycy,
  • 10 łyżek oleju,
  • szczypta soli zwykłej,
  • szczypta soli czarnej,
  • czubata łyżeczka musztardy,
  • łyżka octu jabłkowego,
  • szczypta kurkumy,
  • łyżka kleiku ryżowego dla dzieci.

Przygotowanie:

Przestudzoną wodę po ugotowaniu ciecierzycy przelej do miski i włóż do zamrażarki, by lekko się zmroziła (nie zajmie to dłużej, niż godzinę). Następnie przełóż do blendera, dodaj szczyptę soli i miksuj kilka minut, aż zacznie tworzyć się piana. W trakcie blendowania dodaj powoli olej, musztardę i ocet, aż do osiągnięcia gęstej masy o znacznie większej objętości. Dopraw czarną solą, dodaj kurkumę i zagęść kleikiem ryżowym. Majonez gotowy! Możesz go przechowywać w lodówce, w zamkniętym słoiku.

9. Sałatka warzywna z majonezem

Składniki:

  • pasternak,
  • marchew,
  • seler,
  • pietruszka,
  • cebula,
  • ogórek kiszony,
  • filiżanka ugotowanej fasolki i cieciorki,
  • 3 filiżanki podkiełkowanych nasion rzodkiewki,
  • sól i pieprz do smaku,
  • domowej roboty majonez.

Przygotowanie:

Warzywa (pasternak, marchew, seler, pietruszkę, ziemniaka) podgotuj i pokrój w drobną kostkę. Dodaj posiekaną cebulę, drobno pokrojony ogórek kiszony, fasolkę, cieciorkę oraz nasiona rzodkiewki. Dopraw solą i pieprzem, na koniec dodaj domowego majonezu.

10. Bułeczki z kapustą

Składniki:

  • 50 dag mąki, np. orkiszowej,
  • 1,5 łyżki nierafinowanego cukru,
  • 125 dag masła,
  • 7-8 dag drożdży,
  • 4 żółtka,
  • szklanka mleka roślinnego,
  • kilogram słodkiej, drobno poszatkowanej kapusty,
  • cebula,
  • łyżeczka oleju,
  • 3 liście laurowe,
  • sól i pieprz do smaku.

Przygotowanie:

Kapustę wrzuć do garnka, podlej niewielką ilością wody, dodaj liście laurowe. Duś pod przykryciem, aż całkiem zmięknie. Cebulę posiekaj, podsmaż na oleju, dodaj do kapusty i dopraw solą oraz pieprzem. Farsz przełóż na gęste sito i odstaw do odsączenia – najlepiej na noc.

Przygotuj ciasto. Drożdże pokrusz, rozetrzyj z łyżką cukru i połową szklanki letniego mleka. Postaw w ciepłe miejsce, aż zaczyn wyrośnie. Masło roztop w rondelku, odstaw do ostygnięcia. 3 żółtka utrzyj z pozostałym cukrem. Do mąki dodaj żółtka, zaczyn i masło. Połącz i dolej mleko. Wyrabiaj przez 10 minut. Pozostaw do wyrośnięcia. Z wyrośniętego ciasta odrywaj kawałki, rozgniataj na placuszki, a w środek kładź łyżeczkę farszu. Zlepiaj brzegi i formuj owalne bułeczki. Kładź na blasze wyłożonej pergaminem. Pozostaw do wyrośnięta a następnie piecz w 180 stopniach Celsjusza do zarumienienia.

11. Piernik z marchwi (lub dyni)

Składniki:

  • 3 szklanki mąki razowej,
  • 3 szklanki startej na drobnych oczkach marchwi,
  • 1 i 1/3 szklanki mieszanki słodów zbożowych, syropu buraczanego i miodu,
  • szklanka oleju,
  • 1 łyżeczka przyprawy piernikowej,
  • płaska łyżeczka kakao,
  • 4 płaskie łyżeczki ekologicznego proszku do pieczenia,
  • szklanka orzechów włoskich, laskowych i migdałów,
  • 1 szklanka podprażonych ziaren słonecznika i pestek dyni,
  • 4 jajka.

Przygotowanie:

Białka jaj ubij na półsztywną pianę ze szczyptą soli. Następnie dodaj pojedynczo żółtka i dalej ubijaj. Po ubiciu przygotuj masę piernikową – do przesianej mąki dodaj proszek do pieczenia, przyprawę piernikową, dokładnie wymieszaj i dodaj pozostałe składniki. Pozostaw na około 20 minut. Następnie połącz z jajkami i gotową masę wylej do wysmarowanej olejem tortownicy. Piecz przez około 65 minut w temperaturze ok. 200 stopni Celsjusza.

Kategorie
wychowanie

Pozwólmy dzieciom zakochać się w naturze

Obsewacja

Mały człowiek pewnie już raczkuje, może siedzi, może nawet stawia pierwsze kroki. Czasem wcześniej, czasem później – w zależności od pory roku i podejścia rodziców – w końcu trafia jednak na ziemię (na trawę, leśną ściółkę, śnieg lub inne naturalne podłoże). I zaczyna się…
Może to być mrówka lub pająk albo jakieś inne „coś” z dużą liczbą chudych nóg. Małe, ciekawskie oczy wypatrzyły stworzenie, które wędruje sobie swoją ścieżką. Dziecko OBSERWUJE. To czas, kiedy wszystko wokół jest interesujące; pociąga barwą, dziwnym kształtem, zapachem, ruchem. Dziecko jeszcze nie wie, które bodźce są godne uwagi, na razie chłonie wszystko jak gąbka.
Oczywiście mały człowiek nie jest w tym wszystkim sam. Towarzysze zabaw i spacerów – mama lub tata, babcia lub niania – reagują na wyciągnięty palec, pytające spojrzenie. Opowiadają, objaśniają świat. Czasem prosto, schematycznie, czasem z głęboką refleksją.
[reklama id=”67234″]
I w dużym stopniu od sposobu towarzyszenia dziecku w pierwszych latach życia zależy jego podejście do przyrody – to, czy maluch zostanie w przyszłości obrońcą puszczy czy może zasili szeregi myśliwych…

Komunikaty

Czy chcemy tego, czy nie, nasze komunikaty niosą nie tylko informacje, ale także emocje, wartości, przekonania. Tak jest też w tym przypadku. Dziecko, zaabsorbowane obserwacją zwierzątka, może spotkać się z bardzo różnymi reakcjami. Dorosły towarzysz może powiedzieć nieuważnie: “Tak, śliczne, ale teraz idziemy szybko do domu na obiadek” – co będzie pewnie odebrane mniej więcej jako: Oho, nie warto sobie zawracać tym głowy, szkoda na to czasu.
A może reakcją opiekuna będzie: “Nie dotykaj mrówki, ugryzie cię i będzie bolało”. Tu przekaz jest prosty: Te zwierzęta są niebezpieczne, trzeba uważać, a może nawet więcej – Lepiej uważać na te wszystkie małe, groźne zwierzęta.
Czasem dorosły przekierowuje zainteresowanie dziecka na coś, co według niego jest godne uwagi: “Zobacz, tu mrówka ma główkę, tu sześć nóżek. Policzymy nóżki mrówki: jedna, dwie, trzy… Tak, mrówki mają sześć nóg. A tu rośnie drzewo, policzymy teraz drzewa przy naszej ulicy albo czerwone samochody”. Komunikat również jest czytelny: Ważne są liczby, trzeba trenować się w sprawnym liczeniu.
Dziecko może też usłyszeć inną odpowiedź – otwartą na jego zainteresowanie, na dialog i na samą mrówkę: “To mrówka. Ciekawe, gdzie ona mieszka. Popatrzymy razem na zwierzątko, zobaczymy, dokąd pójdzie. Może szuka czegoś do jedzenia?”. Dziecko czuje, że jego zainteresowanie spotyka się z ciekawością dorosłego: Zauważyłem coś niezwykłego, będziemy razem z mamą badać to coś… Niewiele było trzeba: bliskość, otwartość, podążanie. Pierwszy krok w dziedzinie edukacji przyrodniczej został zrobiony.
Kolejne kroki mały badacz robi w najbliższym otoczeniu, podczas codziennych wyjść i spacerów, obserwując wróble i mazurki w żywopłocie, kaczki na stawie w parku, psa sąsiadów. Coś bliskiego, czemu da się przyglądać na co dzień, wokół siebie. Dla niego ważna jest powtarzalność obserwacji: te same miejsca w kolejnych dniach, porach roku, w słońcu i w deszczu, rano i wieczorem…
[reklama id=”68673″]
Weekendowe rodzinne wycieczki za miasto, do lasu i na łąki to też świetna okazja do prowadzenia obserwacji terenowych i gromadzenia danych. Szczególnie gdy podwórkowe pająki i wróble już nie wystarczają. Warto wtedy wyposażyć się w lupy, pudełeczka do zbierania skarbów, może także w lornetkę i siatkę na patyku do wyławiania wodnych stworzeń. Choć te akcesoria nie są niezbędne, ukierunkują uważność dziecka i podniosą rangę samego badania. Spacer z lupą stanie się wyprawą badawczą, która ma swój cel, nawet jeśli zabawa w wyprawę potrwa tylko chwilę. Przy starszakach sprawdzą się też proste przewodniki, w których na bieżąco można oznaczać spotkane gatunki.

A co poza obserwacją?

Wiedzy o świecie przyrody dostarczą dzieciom wszelkie prace ogrodnicze zależne od rytmu pór roku. W różnej skali: w ogrodzie, na balkonie, na parapecie. Nawet jeśli nie macie własnego ogrodu, możecie zaplanować sianie rzeżuchy, zrywanie pokrzyw na zupę, robienie zielników, zbieranie na herbatę owoców dziko rosnących roślin. Jesienią – budowanie domków dla owadów, zimą – przygotowywanie karmidełek dla zimujących ptaków. Wszystko to pomysły prostych działań, możliwych do wykonania wspólnie z dzieckiem w weekend lub wolne popołudnie.
Wracając do edukacji przez duże E. Jeśli dziecko dowie się na szkolnej lekcji przyrody, że na łące mieszkają stworzenia, które mają szkielet zewnętrzny, jedną nogę i oczy na teleskopowych czułkach (mowa tu oczywiście o ślimakach), i nie będzie mogło dopasować tej informacji do czegoś, co już zna, będzie to dla niego fakt równie abstrakcyjny jak natura fal świetlnych czy fundusze emerytalne. Musi przyjąć na wiarę i zapamiętać. Zupełnie inaczej będzie to wyglądać, gdy dziecko zbierało ślimaki, obserwowało, jak się poruszają, jak gryzą liście. Mogło się z nimi spotkać i je polubić lub wręcz przeciwnie – znienawidzić jako szkodnika w ogrodzie. Wtedy szkolne informacje dopełniają obraz ślimaka, który dziecko ma już w swojej głowie.
W naszych realiach, gdy lekcje przyrody odbywają się wyłącznie w salach szkolnych, a dzieci uczą się z podręczników, na edukację przyrodniczą największy wpływ mają rodzice. I dobrze mieć tego świadomość.
Naprawdę trzeba niewiele, żeby wydarzyło się dużo: zainteresowanie, bliskość, otwartość… A czasem może też wydarzyć się coś jeszcze – to przecież niesamowita szansa na to, by ponownie spojrzeć na świat oczami dziecka i zadziwić się nim na nowo.
 

Kategorie
niemowlę

Dlaczego nie warto rozszerzać diety dziecka przed skończeniem przez nie 6 miesiąca?

Choć w Polsce schemat żywienia niemowląt pozwala na wprowadzanie pokarmów stałych po ukończeniu przez dziecko 4 miesiąca życia, liczne badania (1) pokazują, że do 6 miesiąca dziecko otrzymuje wszystkie składniki odżywcze z mlekiem matki lub – gdy to nie jest dostępne – z mleka modyfikowanego. Wyłączne karmienie piersią przez pierwsze 6 miesięcy (bez podawania dodatkowych płynów czy pokarmów) i wstrzymywanie się z wprowadzaniem pokarmów stałych w tym czasie pozwala dziecku na optymalny wzrost i rozwój, niosąc jednocześnie liczne zalety zarówno jemu, jak i matce (2).

Powody, dla których warto czekać z wprowadzaniem pokarmów stałych do czasu, gdy dziecko jest na to gotowe (około 6 miesiąca życia)?

1. Niedojrzały układ pokarmowy

Układ pokarmowy niemowlęcia przed 6 miesiącem życia jest jeszcze niedojrzały i zbyt szybkie wprowadzanie nowych smaków prowadzi często do zatwardzeń i/lub biegunek. Enzymy pozwalające na pełne trawienie kompleksowych tłuszczów, skrobi i węglowodanów nie są produkowane do 6–9 miesiąca życia (6).
Ponadto około 6 miesiąca życia układ odpornościowy dziecka zaczyna wytwarzać własne przeciwciała wyścielające jego jelito cienkie (wcześniej dostarczane w mleku matki), które tworzą pasywny układ odpornościowy (6) – jest to pewnego rodzaju bariera chemiczna niepozwalająca bakteriom i wirusom na atakowanie organizmu dziecka.
[natuli2]

2. Odruch ochronny

Małe dzieci mają odruch ochronny, który powoduje, że wysuwając język, wypluwają wszystko, co znajdzie się w ich ustach. Pozwala on niemowlętom bronić się przed zadławieniem. Odruch ten zanika pomiędzy 4 a 6 miesiącem życia, co ułatwia dziecku jedzenie – umożliwia mu połknięcie tego, co znalazło się w jego buzi.

3. Mniejsze ryzyko zadławienia

Wprowadzanie pokarmów stałych w okresie, gdy dziecko jest na to gotowe, zmniejsza ryzyko zadławienia. Maluch potrafi żuć efektywnie, a mięśnie buzi i języka są wystarczająco rozwinięte, by przeżuty pokarm mógł być kierowany w stronę gardła. Dodatkowo umiejętność samodzielnego siedzenia pozwala dziecku na swobodne przełykanie.

4. Ochrona przed chorobami u dzieci karmionych wyłącznie piersią

Warto wydłużyć czas, przez który dziecko jest karmione wyłącznie piersią, ponieważ mleko matki dostarcza ponad 50 różnych znanych elementów odpornościowych, a także dobrych bakterii, które wyściełają układ trawienny dziecka (3, 4). Chroni to jego organizm przed chorobami oraz pomaga szybciej zwalczyć zaistniałą infekcję.

5. Mniejsze ryzyko infekcji układu pokarmowego

Przed 6 miesiącem życia układ odpornościowy i trawienny nie są jeszcze w pełni dojrzałe. Badania pokazały, że dzieci karmione wyłącznie piersią do 6 miesiąca życia są mniej narażone na infekcje układu pokarmowego (3), będące częstymi powodami leczenia szpitalnego dzieci w tym przedziale wiekowym. Mleko matki zawiera przeciwciała wzmacniające odporność oraz specjalne składniki, które zapobiegają przedostaniu się patogenów do organizmu malucha (7). Po tym czasie dziecko jest dużo bardziej odporne i wprowadzanie pokarmów stałych wiąże się z mniejszym ryzykiem.

6. Niższe ryzyko nadwagi w późniejszym życiu

Badania pokazały, że zbyt szybkie wprowadzenie pokarmów stałych wiąże się z ryzykiem nadwagi w późniejszym latach życia (4). Jest to związane głównie z brakiem umiejętności asertywnego zakomunikowania przez dziecko, że już jest syte (przez odwracanie buzi od łyżki, wytrącanie łyżki z ręki osoby karmiącej czy mocne zamykanie buzi). Wprowadzanie pokarmów stałych, gdy malec nie ma jeszcze wystarczających umiejętności komunikacyjnych, niesie ryzyko przekarmienia go i nie daje mu szansy na regulowanie własnego poczucia sytości.

7. Mniejsze ryzyko niedożywienia

Zastąpienie mleka pokarmami stałymi, których dziecko nie jest w stanie w pełni strawić, niesie za sobą ryzyko niedostarczenia dziecku odpowiedniej ilości składników odżywczych. Ryzyko to jest wyższe, gdy mleko jest zastępowane pokarmami stałymi w szybkim tempie. Paradoksalnie może to prowadzić do niedożywienia. Pokarmy stałe są uboższe w składniki odżywcze niż mleko matki. Na przykład 100 g mleka zawiera 67 kcal (1), a ta sama ilość purée marchewkowego – jedynie 35 kcal. Dlatego tak ważne jest, by mleko pozostało głównym źródłem dziecięcego pożywienia do przynajmniej pierwszego roku życia. Późniejsze wprowadzanie pokarmów stałych pozwala dziecku na ich pełniejsze trawienie i zapewnia dłuższy okres wzrostu na bardziej kalorycznym mleku.

8. Ułatwione zadanie

Wprowadzanie pokarmów stałych, gdy dziecko jest na to gotowe, jest szybsze i skuteczniejsze. Można uniknąć etapu purée, a dziecko może od razu karmić się samo (BLW).

9. Zalety dla mamy

Mamy przez sześć miesięcy karmiące wyłącznie piersią szybciej tracą tzw. zbędne kilogramy (5). Produkcja mleka w pierwszych miesiącach zwiększa zapotrzebowanie na dodatkowe kalorie. Dla mam dzieci karmionych wyłącznie piersią jest to około 595 do 670 kcal dziennie. Jeśli wziąć pod uwagę, że przeciętna kobieta potrzebuje każdego dnia około 2000 kcal, by zdrowo funkcjonować, to kontynuując zrównoważoną dietę po porodzie, łatwiej zużyć zmagazynowane w formie tkanki tłuszczowej pokłady energii.

Co świadczy o tym, że dziecko jest gotowe na wprowadzenie pokarmów stałych?

  1. Dziecko mocno trzyma główkę i siedzi samodzielnie lub z niewielką pomocą. Jest to potrzebne, by maluch mógł z łatwością połknąć jedzenie i by zminimalizować ryzyko zadławienia.
  2. Dziecko potrafi skoordynować oczy, ręce i buzię, czyli potrafi podnieść jedzenie położone przed nim i samodzielnie włożyć je do ust.
  3. Odruch wypluwania zanikł. Dziecko nie wysuwa już języka odruchowo i tym samym nie wypycha tego, co znalazło się w jego buzi.
  4. Dziecko wykazuje zainteresowanie jedzeniem – obserwuje innych domowników, samo podnosi jedzenie i wkłada je sobie do ust.

Co nie świadczy o tym, że dziecko jest gotowe na wprowadzenie pokarmów stałych?

  1. Gryzienie piąstek i palców – może być to oznaką ząbkowania; jest to też normalne zachowanie pozwalające maluchowi na odkrywanie świata i własnego ciała.
  2. Budzenie się w nocy, gdy wcześniej dziecko spało dobrze – może być to oznaką skoku rozwojowego, złego samopoczucia, choroby lub nieodpowiedniej temperatury w pokoju.

Choć wszyscy rodzice chcą dla swoich dzieci tego, co najlepsze, to zalewani nawałem informacji, często nie do końca wiedzą, komu ufać. Niestety, zdarza się również, że nawet pediatrzy, do których rodzice udają się po poradę, nie zawsze mogą pochwalić się najnowszą wiedzą w dziedzinie żywienia niemowląt.
W takich sytuacjach warto zawsze zapoznać się z wynikami najnowszych badań naukowych, jak również przeanalizować rekomendacje wiodących organizacji zdrowotnych, które pomogą w podjęciu odpowiedniej decyzji.
Źródła:
(1) WHO, Nutrient Adequacy Of Exclusive Breastfeeding For The Term Infant During The First Six Months Of Life, Geneva: 2002.
(2) WHO, 2014. Exclusive breastfeeding to reduce the risk of childhood overweight and obesity. http://www.who.int/elena/titles/bbc/breastfeeding_childhood_obesity/en/.
(3) Naylor, A.J., Morrow, A.L., 2001. Developmental Readiness of Normal Full Term Infants to Progress from Exclusive Breastfeeding to the Introduction of Complementary Foods. http://pdf.usaid.gov/pdf_docs/Pnacs461.pdf.
(4) AAP, 2012. Breastfeeding and the Use of Human Milk. http://pediatrics.aappublications.org/content/129/3/e827.full
(5) Kramer M.S., Kakuma, R., 2012. Optimal duration of exclusive breastfeeding. http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1002/14651858.CD003517.pub2/abstract
(6) KellyMom, 2017. Is baby ready for solid foods? (What do the experts say?). https://kellymom.com/ages/older-infant/delay-solids/
(7) Plenge-Bönig, A., Soto-Ramírez, N., Karmaus, W., Petersen, G., Davis, S., Forster, J., 2010. Breastfeeding protects against acute gastroenteritis due to rotavirus in infants. European Journal of Pediatrics, 169(12):1471-6.

Kategorie
wychowanie

Miłość i szacunek… do siebie

Społeczne postrzeganie egoizmu

Słowo “egoista” ma raczej negatywne konotacje. Wiele osób, definiując je, ma na myśli kogoś, kto pamięta wyłącznie o sobie i dba tylko o własne interesy. Liczni współcześni psychologowie i psychoterapeuci próbują jednak odczarować znaczenie tego słowa i pokazać, jak ważny jest dla każdego człowieka jego osobisty dobrostan.

Czym są zdrowy szacunek i miłość do siebie?

K. Miller (psycholożka, psychoterapeutka) określa go jako podstawową potrzebę każdego człowieka, czyli zwyczajne dbanie o siebie. Pisząc językiem analizy transakcyjnej*, zdrowy egoizm odzwierciedla podejście: Ja jestem OK i ty jesteś OK. Człowiek, który kieruje się zdrowym egoizmem, akceptuje własne uczucia (i prawo do ich wyrażania), akceptuje emocje innych osób, a także dążenia do stworzenia najbardziej komfortowych warunków życia z poszanowaniem granic innych. Taki zdrowy egoizm w myśl założenia: “Jeśli nie potrafisz zadbać o siebie, jak możesz zadbać o innych?” stawia siebie przed innymi. Jak to się ma do rodzicielstwa?
[natuli2]
Sztampowym przykładem, podawanym przez wielu specjalistów, jest awaria samolotu, podczas której rodzic jako pierwszy powinien założyć sobie maskę tlenową, by później pomóc swojemu dziecku. Taka kolejność jest jedynym sposobem pozwalającym na uratowanie zarówno siebie, jak i dziecka. Czy zatem zasługuje na potępienie? Raczej nie. Dorosły, który nieustannie spycha siebie na drugi (ostatni) plan, ponieważ dziecko zawsze stawia na pierwszym miejscu, może z czasem doświadczyć frustracji, niezadowolenia i poczucia niesprawiedliwości, co prędzej czy później będzie przekładało się na jakość relacji w domu. Zdrowy egoizm zakłada szacunek do siebie i do własnych potrzeb na równi z poszanowaniem potrzeb dziecka. Zachowanie takiej równowagi pozwala na budowanie relacji pełnej szczerości i naturalności.

Egotyzm, egocentryzm

Obok zdrowego egoizmu znajduje się egotyzm i egocentryzm, stawiający jednostkę w centrum, gdzie inni ludzie stanowią jedynie środek do zaspokajania potrzeb. Takie podejście zakłada brak szacunku dla innych, a także kierowanie się roszczeniami i żądaniami. Nie ma tu miejsca na podziękowania czy wdzięczność za udzieloną pomoc. Jest za to zrzucanie odpowiedzialności za własny los. Za taką postawą stoi tak naprawdę bardzo często właśnie brak zaspokojenia przez osoby znaczące podstawowych potrzeb danego człowieka, tj. bezwarunkowej miłości i akceptacji. J. Juul mówi nawet, że dzieci, które postępują w taki sposób, otrzymują od rodziców w nadmiarze to, czego tak naprawdę nie potrzebują. Zamiast wspólnego spędzania czasu dostają nowe gadżety, a rodzinne zjedzenie posiłku jest zastąpione samotnym jedzeniem przed TV/komputerem. J. Juul podkreśla, że jakość relacji jest ważniejsza niż ilość czasu poświęcanego drugiemu człowiekowi. Dawanie dzieciom uważności, akceptacji i przede wszystkim towarzyszenie im w stawianiu samodzielnych kroków, a nie bycie obok, pozwala na kształtowanie postawy, która szanuje siebie i innych. Zapobiega kierowaniu się w życiu wyłącznie żądaniami i postawą “należy mi się”.

Wyjątek

Kiedy rodzi się dziecko, świat dorosłych przewraca się (dosłownie i w przenośni) do góry nogami. Pierwsze lata rodzicielstwa wymagają od rodziców relatywizacji własnych potrzeb i stawiania dziecka w centrum, ponieważ nie jest ono zdolne do samodzielnej egzystencji. To naturalne. W takiej sytuacji potrzeby rodzica schodzą na dalszy plan, a potrzeby dziecka poniekąd dyktują to, co ma wydarzyć się każdego dnia.
Z podobnym społecznym zrozumieniem spotyka się również (choć w mniejszym stopniu) egocentryzm dzieci w wieku przedszkolnym (przypadający na okres od 3 do 7 r.ż.). Jest to naturalny etap rozwoju poznawczego. Według J. Piageta przypada on na stadium przedoperacyjne: „Oznacza to, że dziecko informacje na temat wszystkiego tego, co poznaje, dopasowuje do własnego sposobu widzenia. (…) nie jest świadome odmienności punktów widzenia. Uświadamia sobie jedynie własny, w związku z tym nie podejmuje prób zrozumienia zjawisk z perspektywy innej niż swoja” (A. I. Brzezińska „Psychologiczne portrety człowieka”). Dopiero pod koniec tego okresu dzieci zaczynają być zdolne do dostrzegania punktu widzenia innych osób. Do tego czasu rodzic może słyszeć: “To moje!”, “Nie chce się podzielić!”, “Ja to chcę!” itp. I nie świadczy to o “złośliwości” czy “zarozumiałości” młodego człowieka, a jest wyrazem jego postrzegania świata, w którym (dla siebie) stanowi centrum. Dziecko na tym etapie nie jest zdolne do innego traktowania rzeczywistości.
Podobny etap towarzyszy nastolatkom, które, dorastając, doświadczają wielu zmian, nie do końca dla siebie zrozumiałych. Formowanie się tożsamości, kształtowanie poczucia własnej wartości i wszelkie zmiany w sposobie funkcjonowania (poznawczego, emocjonalnego) mocno doświadczają młodzież w tym okresie. Skupienie się na sobie pozwala nastolatkom poznać, co się z nimi dzieje, i zrozumieć, że jest to naturalny krok ku dorosłości. Przeczytaj: Zachowanie nastolatków a zmiany w ich mózgu.

Co nam daje miłość własna w wychowaniu?

Dorośli, którzy pamiętają, że ich zaspokojone potrzeby przekładają się na jakość czasu spędzanego z bliskimi, doświadczają większej satysfakcji z budowania relacji z dziećmi, ponieważ nie towarzyszy im nieustannie myśl: “Ale jestem zmęczona!”, “Napiłabym się kawy zamiast siedzieć i układać wieżę z klocków” itp. Jeśli rodzice zadbają o swój dobrostan, dzieci zyskają fantastycznych towarzyszy zabaw, spokojnych opiekunów i cierpliwych kompanów. Jednak zanim to nastąpi, dorośli muszą sobie przyznać wewnętrzne prawo do myślenia o sobie bez wyrzutów sumienia i do bycia szczerym zarówno wobec siebie, jak i wobec własnego dziecka („Kochanie, jestem teraz zmęczona po pracy. Potrzebuję 15 minut na wypicie kawy i odpoczynek. Potem mogę z tobą poczytać książeczkę”). Jeśli potrzeby dorosłych są zaspokojone, mają oni więcej pozytywnej energii, której naddatek mogą przekazać dalej. Prezentując w domu taką postawę, rodzice pokazują dzieciom, że pamiętanie o sobie to ważna umiejętność, której można się nauczyć na każdym etapie życia. Dzieci w takich domach wyrastają na dorosłych, którzy szanują swoje granice, dążą do zaspokajania własnych pragnień, a przy tym rozumieją potrzeby innych osób.
Literatura:

  1. A. I. Brzezińska: „Psychologiczne portrety człowieka. Praktyczna psychologia rozwojowa”.
  2. K. Miller: „Po pierwsze, nie dbaj o niego”, “Sens”, 2017, nr 10/109.
  3. H. R. Schaffer: „Psychologia dziecka”.

*Analiza transakcyjna – psychologiczna koncepcja E. Berne’a, która odnosi się do stosunków międzyludzkich. Opiera się na wyodrębnieniu trzech stanów Ja: Rodzic, Dziecko, Dorosły i posługiwaniu się schematami w nawiązywaniu relacji z innymi: “Ja jestem OK, ty jesteś OK”, “Ja jestem OK, ty nie jesteś OK”, “Ja nie jestem OK, ty jesteś OK”, “Ja nie jestem OK, ty nie jesteś OK”. W zależności od dominującego schematu jednostka ma tendencję do postrzegania siebie z perspektywy np. bycia gorszym/lepszym w relacji z innymi (“ja nie jestem OK”/”ja jestem OK”) bądź postrzegania innych jako gorszych/lepszych od siebie (“ty nie jesteś OK”/”ty jesteś OK”). Ponadto podczas wchodzenia w interakcje z innymi aktywują się odpowiednie stany Ja: Dziecko, które dąży do zabawy i czerpania radości z życia, Rodzic, który stoi na straży wszelkich powinności, oraz Dorosły, który kieruje się logicznym, konstruktywnym myśleniem.

Kategorie
odżywianie naturalne

Chcesz żeby twoje dziecko jadło zdrowo? Jedz zdrowo!

Nawyki żywieniowe wynosi się z domu. Patrząc na to, co znajduje się w domowej lodówce i na codziennym stole, młody człowiek buduje swój własny stosunek do żywności i żywienia. To rodzice decydują, czym od najmłodszych lat karmią swoje dzieci. Nie muszą godzić się na obecność popularnych pseudoczekoladowych smarowideł do chleba albo słodzonych płatków śniadaniowych. Jedząc zdrowo: sezonowo, lokalnie, opierając swoją dietę na produktach nieprzetworzonych, bez zbędnych dodatków chemicznych – sami, mocą swojego autorytetu, kształtują w dzieciach dobre nawyki.

1. Jedz naturalnie

W codziennym pośpiechu czasem trudno zadbać o zdrową dietę – zarówno swoją, jak i rodziny. Warto spojrzeć jednak na to jako na inwestycję. Wszyscy wiemy, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Dbanie o zdrowe odżywianie to nic innego jak profilaktyka zdrowotna i troska o nasz organizm. Dlatego im bardziej naturalne produkty trafiają na nasz stół, tym lepiej. Dobrze jest zaplanować swoje zakupy (dzięki temu unikniemy też marnowania żywności) i świadomie wybierać to, co zdrowe. Wspólny wyjazd na targ czy do sprawdzonego sprzedawcy to także okazja do rozmów z dziećmi o tym, co jemy, a czego nie i dlaczego tak właśnie jest.

To rodzice uzupełniają zapasy w szafkach czy lodówce i decydują o jakości i rodzajach produktów. I choć z czasem mogą spotkać się z kontestowaniem swoich przekonań (szczególnie gdy dzieci wchodzą w wiek intensywnych kontaktów towarzyskich, domagając się zmian w domowym jadłospisie na wzór pomysłów innych rodziców), to jednak warto, by pozostali w zgodzie ze sobą i tłumaczyli, dlaczego nie należy ulegać reklamom, promocjom i innym sprytnym zabiegom specjalistów od marketingu.

2. Czytaj etykiety

Przemysł spożywczy to obecnie prawdziwa fabryka chemiczna. Liczne skatalogowane dodatki do żywności mają zapewnić lepsze wrażenia organoleptyczne, dłuższy termin przydatności do spożycia czy obniżyć koszty produkcji. A przede wszystkim spowodować, by produkt smakował tak, aby klient chciał sięgać po niego coraz częściej i częściej.

Czasem w z pozoru prostych czy zdrowych produktach można znaleźć zaskakujące składniki, których wcale nie chcielibyśmy spożywać, np. żelatynę w jogurtach, białko roślinne w wędlinach czy wszechobecny cukier. Jest to jeden z powodów, dla których warto czytać etykiety. Im krótsza lista składników, tym lepiej, bo przecież zależy nam na prawdziwym jedzeniu, a nie na imitacji. Przy okazji studiowanie etykiet to również świetna atrakcja dla maluchów uczących się czytać, a jednocześnie przestrzeń do dyskusji, dlaczego niektórych rzeczy nie chcemy jeść.

[natuli2]

3. Jedz warzywa i owoce

WHO zaleca spożywanie minimum 400 g świeżych warzyw i owoców w ciągu dnia (jedna porcja to około 80100 g), przy czym dobrze byłoby, aby owoce stanowiły dwie porcje, a warzywa trzy. Owoce zawierają sporo cukru, dlatego warto zwrócić uwagę na ich ilość w codziennej diecie gdy jest ich zbyt dużo, nadmiar dostarczonej energii może odkładać się w postaci tkanki tłuszczowej. Warzywa czy owoce mogą być dodatkiem do posiłku w formie przetworzonej (zupa, sałatka) lub elementem drugiego śniadania czy podwieczorku. W śniadaniówce każdego ucznia warto znaleźć miejsce na świeżą marchewkę czy ogórka. Zamiast słonych paluszków czy tłustych chipsów w czasie spotkań towarzyskich można zaproponować gościom pokrojone w słupki czy plasterki warzywa albo przygotować je w formie grillowanej.

4. Nie podjadaj

Przekąski to temat rzeka. Z jednej strony pojawiają się już na etapie rozszerzania diety niemowląt, z drugiej wielu ekspertów mówi, aby nie podjadać między posiłkami. Przerwy między kolejnymi porcjami jedzenia są ważne. Kiedyś ludzie naturalnie głodnieli, teraz niektóre dzieci nie mają nawet takiej możliwości – wiecznie częstowane różnego rodzaju drobiazgami: słodzonymi soczkami (tak, to też przekąska), chrupkami, owocami (nie w ramach drugiego śniadania, ale jako „małe co nieco” na placu zabaw czy w czasie budowania wieży z klocków…) właściwie nie czekają na kolejny konkretny posiłek. Wiecznie zapracowany układ pokarmowy nie czuje się z tym dobrze. Warto pamiętać, że jeśli nie chcemy, aby nasze dziecko (szczególnie to starsze) sięgało po coś między posiłkami, sami też tego nie róbmy. Własny przykład jest najlepszą formą edukacji!

5. Jedz śniadania

Czasem w porannym pośpiechu trudno o spokojny czas na ten najważniejszy posiłek dnia. Wzorem południowców wielu rodziców w biegu wypija kawę, resztę śniadania jedząc w drodze do pracy lub już na miejscu (i raczej rzadko jest to treściwa owsianka czy jaglanka). Małe dzieci śniadanie dostają w żłobku lub przedszkolu, jednak dziecko szkolne bez nawyku jedzenia wartościowego posiłku przed wyjściem z domu nie zacznie dnia w pełni swoich intelektualnych możliwości, tak potrzebnych w szkolnej ławce. Mimo iż niekiedy trudno o poranek w duchu slow, warto poszukać strategii na wspólne zdrowe i szybkie śniadania, aby każdy dzień zacząć zastrzykiem dobrej energii.

6. Odżywiaj się sezonowo i lokalnie

Warto już od samego początku pokazywać dzieciom, że inaczej jemy latem, a inaczej zimą. Zwracanie uwagi na porę roku w żywieniu ma duży wpływ na ogólny dobrostan. Zimą warto wprowadzić do diety pokarmy rozgrzewające, pamiętać o ciepłych, długo gotowanych zupach oraz kiszonkach, będących świetnym źródłem witamin i minerałów. Latem i jesienią, gdy dostęp do świeżych warzyw i owoców jest łatwiejszy, dieta może być znacznie bardziej zróżnicowana i kolorowa. Dobrze jest zwrócić uwagę na produkty lokalne, ponieważ im krótsza droga od producenta (rolnika) na talerz, tym lepiej.

7. Pij wodę

Wielu dorosłych jest stale odwodnionych. Wlewanie w siebie hektolitrów kawy i herbaty nie wpływa dobrze na funkcjonowanie organizmu, o tym wiemy wszyscy. Podobnie jest ze słodkimi napojami. Warto więc zadbać o dobry przykład i pokazać dzieciom, po co sięgnąć w chwilach pragnienia. Kolorowe napoje, niejednokrotnie pełne cukru czy chemicznych dodatków, dla nikogo nie są dobrym wyborem. Różnorodne bidony, termosy czy kubki termiczne mogą pomóc w tym, aby zawsze mieć przy sobie swoją porcję wody (np. z dodatkiem ziół, cytryny czy imbiru).

8. Nie jedz junk foodu

Wszechobecne słone czy słodkie przekąski to prawdziwa plaga. Wiele osób nie wyobraża sobie bez nich urodzin czy popołudniowego oglądania filmu. Do tego słodkie, gazowane napoje… Do pewnego etapu to rodzic decyduje o tym, co pojawia się na domowym stole (a także na stoliku kawowym…), dlatego jeśli nie chcemy, aby nasze dzieci utożsamiały dobrą imprezę z tego typu przekąskami, warto zwyczajnie ich nie podawać i nie kupować. Nie ma co liczyć na to, że uda się przekonać malucha, że kusząco chrupiące chipsy są tylko dla dorosłych, albo mościć się na kanapie z szeleszczącą paczką zaraz po położeniu dziecka spać. Lepiej po prostu nie mieć w domu takich “specjałów”!

9. Spożywajcie wspólne posiłki

Najlepszą metodą dbania o dobre nawyki żywieniowe są rodzinne posiłki. To właśnie smaki i aromaty domowego obiadu są jednymi z najwcześniejszych wspomnień. Pojawienie się w rodzinie nowego człowieka bardzo często staje się dla rodziców powodem do przyjrzenia się swojemu sposobowi żywienia. Trudno oczekiwać, że maluch będzie z chęcią pochłaniał buraczki czy marchewkę z groszkiem, jeśli nie będzie miał okazji jej spróbować i zobaczyć, że jedzą ją również mama i tata. Dobrze pamiętać, że spotkania przy wspólnym stole to nie tylko zaspokajanie głodu, ale też budowanie relacji, czas uważności na siebie nawzajem, dzielenia się historią swojego dnia, czas troski o każdego członka rodziny.

Zdrowe nawyki żywieniowe to zdecydowanie nie ciągłe mówienie, co można jeść, a czego nie, lecz dobry przykład oraz konsekwencja w kuchni i na talerzu. Trudno wychować miłośnika zdrowej żywności, samemu żywiąc się fast foodem i nie jedząc regularnie. Dbając o dobre zwyczaje, trzeba mieć w sobie elastyczność i gotowość na ewentualne odstępstwa, ale także świadomość, że nie sposób być idealnym. Bo i nie o to tu chodzi, raczej o troskę o swój organizm, który ma nam służyć jak najdłużej w jak najlepszej kondycji. A dzieci uczą się przez przykład, zatem zanim zaczniemy krytykować ich jadłospis, przyjrzyjmy się własnemu talerzowi.

Kategorie
wychowanie

Czy rodzice powinni być zawsze zgodni?

Co ze „wspólnym frontem”?

Gdy dwoje ludzi zaczyna budować wspólny dom, bardzo szybko ujawniają się różnice między nimi, wynikające choćby z faktu dorastania w innych rodzinach czy z różnych temperamentów. Dopasowanie się na wspólnej przestrzeni wymaga zrozumienia i szacunku dla swoich potrzeb, ale także umiejętności dogadania się, a czasem odpuszczania. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy na świecie ma pojawić się nowy człowiek. To niewykonalne, aby rodzice, dwie dorosłe osoby, zawsze mieli takie samo zdanie w każdej kwestii wychowawczej. Co zatem ze „wspólnym frontem”? Czy trzeba go budować w ukryciu, a potem ex cathedra wygłaszać swoje decyzje przed dziećmi?

Relacja

Samo określenie „wspólny front” nasuwa dość wojenne skojarzenia. Czy na pewno o to chodzi, by rodzice zbroili się razem na wojnę przeciwko dzieciom? W założeniu rodzicielstwa bliskości autorytet osobisty buduje się w oparciu o dobrą relację, pielęgnując więź rodzic–dziecko. Nie ma tu miejsca na przemocowe rozwiązania, sankcje i fortele. Choć być może nie jest to ścieżka wyznawców tradycyjnych metod wychowawczych, to jednak coraz więcej rodziców widzi sens traktowania swoich dzieci tak, jak sami chcieliby być traktowani. Poszukując porozumienia, warto pochylić się nad potrzebami nie tylko dzieci, ale także własnymi i partnera. Nie zawsze jest to jednak oczywiste i proste do odgadnięcia. Tym bardziej przydatna jest tu bezpieczna i głęboka relacja, dzięki której łatwiej odsłonić swoje najczulsze punkty, ufając, że druga strona mimo różnic uszanuje naszą wrażliwość.

Artykuł stworzony we współpracy z warszawską poradnią psychologiczną Dom Rozwoju.

Fundamenty

To, o co warto się postarać i co warto przedyskutować, to baza – fundamentalne zasady, wspólne wartości, które leżą u podstaw bezpieczeństwa dziecka. I wcale nie chodzi tu o religię czy duchowość. Nawet różniąc się w tych obszarach, można budować wartościowy i spokojny związek oraz wychowywać dzieci. Chodzi tu o zbiór “nie-zasad” – takich rzeczy, które oboje rodzice uznają za szkodliwe, zagrażające dziecku, do których żadne z nich nie chciałoby dopuścić. Drugim ważnym elementem fundamentów jest umowa, że każde z rodziców może wejść w relację z dzieckiem na swoich warunkach, a ten drugi nie ingeruje w nią dopóty, dopóki nie zostanie o to poproszony.

Nie jesteśmy tacy sami

Każde dziecko jest inne, podobnie jest z dorosłymi. Tym bardziej niemożliwe jest, aby zawsze i we wszystkim mama i tata mówili i myśleli to samo. Wywodzą się z różnych rodzin, różnych tradycji, nie zawsze więc mają takie same pomysły. Dążenie za wszelką cenę do jednomyślności z góry skazane jest na niepowodzenie. Inność rodziców to dla dzieci piękny przykład, że mimo swoich odmienności i różnic można stworzyć dobry związek, w szacunku dla granic każdego z partnerów, również swoich własnych. Dzięki inności mamy i taty dzieci mają okazję spojrzeć na świat z różnych perspektyw, spróbować ich pasji, pójść przez chwilę po ich śladach. Czas spędzony z tatą różni się od czasu spędzonego z mamą. Nie jest gorszy ani lepszy, jest po prostu inny.

Jaka piękna awantura

Do nieporozumień dochodzi każdego dnia. Przy wybuchowych temperamentach o awanturę naprawdę nietrudno. Dzieci nie lubią, gdy ich rodzice się kłócą, jednak sprzeczki wydają się być nieuniknione, a to, co jest w nich najważniejsze, to moment pogodzenia się. Oczywiście nawet w bardzo ostrej wymianie zdań warto zachować kontrolę i umiar, ale postanowienie „nigdy nie będziemy się kłócić przy dzieciach” może być trudne do spełnienia. Na pewno warto przemyśleć kwestię dobrej komunikacji, może wybrać się na warsztaty z porozumienia bez przemocy, ale nigdy nie da to gwarancji, że w domu zapanuje wszechobecna jednomyślność. Dzieci uczestniczące w wymianie zdań swoich rodziców uczą się, jak spierać się i godzić, dochodzić do porozumienia i rozmawiać w sytuacjach trudnych. A gdy nawet zdarzy się tak, że emocje wezmą górę i „mleko się rozleje”, to przecież też nie koniec świata! Informacja, że rodzice nie są ze stali, mają swoje emocje i umieją przyznać się do błędu, to również ważna kwestia w procesie kształtowania własnych postaw. Bo przecież każdy może czasem popełnić błąd.

Autentyczność i zgoda ze sobą

Dzieci mają swoje specjalne “radary” i doskonale wyczuwają, kiedy dorośli nie są szczerzy. A zaufanie opiera się na szczerości. Z tego prostego powodu dzieci bardziej niż jednomyślności potrzebują autentyczności w relacjach. Robienie czegoś wbrew sobie, „bo tak ustaliliśmy”, zazwyczaj szybko zostanie odkryte i uznane za sztuczne, a jednocześnie niesie ze sobą przekaz, że w relacjach trzeba za wszelką cenę dopasować się do drugiej osoby. A przecież rodzicom zależy na tym, by ich dzieci miały swoje zdanie, by nie szły za tłumem i łatwo nie ulegały wpływom. Warto więc być w tym dla nich przykładem.

Nie kompromisy, ale porozumienie

W wielu kręgach pokutuje przekonanie, że wspólne życie to sztuka kompromisów. Każde z partnerów musi z czegoś zrezygnować, tak by wypracować takie rozwiązanie, które będzie do zaakceptowania przez obie strony. Kompromis niesie jednak często ze sobą poczucie krzywdy, straty. Szukanie porozumienia to sztuka, której celem jest doprowadzenie do takiej sytuacji, by każdy czuł, że jego potrzeby są ważne, że ktoś się o nie troszczy, nie zaś, że został zmuszony do ustępstw. W znajdowanie rozwiązań w sytuacjach rodzinnych warto zaangażować również dzieci – ich świeże spojrzenie może czasem podsunąć zupełnie nieoczekiwane pomysły.
Rodzicielstwo to chyba najlepsza szkoła rozwoju osobistego, jeśli tylko zdecydujemy się skorzystać z tej okazji. Stawianie sobie pytań i szukanie na nie odpowiedzi prowadzi czasem w zupełnie nieznane rejony. Zgoda na to, że rodzice nie zawsze muszą mieć takie samo zdanie, wiele ułatwia. Pozwala nie patrzeć na relację partnera z dzieckiem przez pryzmat własnej relacji. Bo dobrze jest, gdy każdy z rodziców wprowadza nieco inny pierwiastek w świat dziecka, pokazując przy tym szacunek dla drugiego człowieka.

Kategorie
wychowanie

Jak rodzicielstwo przez zabawę pomaga rozwiązywać codzienne problemy?

Dlaczego dzieci się bawią?

Każde dziecko, niezależnie od temperamentu, posiada instynkt zabawy, który w pełni rozkwita w okolicach 2-3 roku życia. I choć w oczach dorosłych dziecięca zabawa oznacza rozrywkę, to dla malucha najczęściej jest pracą, z której wynosi dla siebie wiele korzyści. Zabawa jest też jednym z podstawowych sposobów komunikacji, doświadczania świata i uczenia się. Zdaniem niektórych ekspertów, to właśnie w zabawie dzieci mogą naprawdę być sobą.
Lawrence Cohen, amerykański psychoterapeuta, autor koncepcji rodzicielstwa przez zabawę i książki pod tym samym tytułem zabawę traktuje niezwykle poważnie. Tłumaczy, że kryje ona w sobie wiele warstw znaczeń i poza funkcją rozrywkową, pełni niezwykle ważne funkcje poznawcze, przystosowawcze i rozładowujące napięcia. Pomaga nam także zbudować z dziećmi niepowtarzalną bliskość, przy czym nie ogranicza się wyłącznie do beztroskich interakcji. Rodzicielstwo przez zabawę można bowiem realizować na głębokim poziomie niezależnie od tego, co robimy: wypełniając obowiązki domowe, odrabiając lekcje, przytulając się, a nawet – wprowadzając dyscyplinę.
[natuli2]

Jak rodzicielstwo przez zabawę pomaga rozwiązywać codzienne problemy?

Gdy dziecko ma problemy z nawiązywaniem relacji z rówieśnikami, doświadczyło trudnych emocji w szkole, nie chce wyjść do przedszkola bądź pojechać do babci, koncepcja rodzicielstwa przez zabawę pozwala dorosłym wyjść ze sztywnego gorsetu kogoś, kto stoi ponad tym wszystkim i zobaczyć w dziecku prawdziwe emocje, a także zrozumieć je na głębokim poziomie. Pozwala też rozwiązywać wiele problemów, bo zabawa ma terapeutyczną moc, która uzdrawia i odbudowuje więzi. Zamiast ocen, nakazów i zakazów, złości i grożenia palcem, proponuje wejście w świat pełen śmiechu i radości. W tym świecie można usłyszeć i zobaczyć wiele, gdy pozostaje się uważnym na to, co dzieje się w dziecku. W rzeczywistości rodzicielstwo przez zabawę może być też narzędziem do utrzymania dyscypliny ukierunkowanej na relację i współpracę. Takiej, która wychodzi poza stereotypowe myślenie, że „moje dziecko jest niegrzeczne” i proponuje wersję alternatywną: „my mamy problem, my możemy znaleźć sposób, by z niego wyjść”.
Przeczytaj: Dyscyplina – czy dzisiaj warto myśleć o niej tak samo, jak myśleli nasi rodzice?

Dlaczego nie jest to tak łatwe, jak mogłoby się wydawać?

Nasze pokolenie nie miało zbyt wiele okazji do zabawy z dorosłymi w dzieciństwie. Rodzice byli zajęci swoimi sprawami, a my całe dnie spędzaliśmy najpierw w kojcu, potem przed telewizorem, a na koniec – wśród znajomych. Czas na zabawę pojawił się stosunkowo niedawno, a specjaliści od wczesnego dzieciństwa zgodnie przyznają, że jego wydłużenie wywarło dobroczynny wpływ na rozwój dzieci. Dziś rodzice coraz częściej deklarują, że chcą się bawić ze swoimi dziećmi, choć jednocześnie wielu z nich odczuwa frustrację, nie potrafiąc w sposób otwarty i spontaniczny wejść do tego zapomnianego przez siebie świata.

Czas jest ważny!

Najlepszym sposobem podążania za dzieckiem może być zarezerwowanie sobie godziny, w której dziecko samo podejmuje wszystkie decyzje. Cohen mówi, że jest to bardzo dokładna mapa, która pozwala wejść o kilometr głębiej na terytorium dziecka. Rezerwacja takiej godziny oznacza, że rodzic rezygnuje ze spoglądania w ekran telefonu i jest całkowicie skupiony na dziecku. To pomysł, który poza budowaniem relacji, pozwala rozwiązywać konkretne problemy. Gdy wszystko jest dobrze, chwila na zabawę dla wszystkich uczestników jest źródłem olbrzymiej radości. Jeśli natomiast pojawia się jakaś trudność, pozwala ją dostrzec i przepracować (co nie znaczy, że proces ten będzie bezbolesny). Bez sugerowania dziecku, w co będziemy się bawić, z dowolnością tematów a nawet szansą na to, by przełamywać codzienne zakazy, możemy dotrzeć do takich rzeczy, o których nie mielibyśmy pojęcia, gdybyśmy nie znaleźli takiego czasu, w którym dziecko może poczuć się na tyle bezpiecznie, by podzielić się z nami swoimi problemami.
W gruncie rzeczy rodzicielstwo przez zabawę znacznie wykracza poza zwykłą zabawę, a pozwala być i rozwijać się razem z dzieckiem. Jest szansą na to, by docierać do własnych potrzeb i emocji, wspierać malucha w odnajdywaniu samego siebie, w byciu twórczym, w nawiązywaniu głębokich relacji.
Głęboka więź, za którą tak tęsknimy, skrywa się za codzienną rutyną bycia rodzicem, nauczycielem i przyjacielem. Ludzkie relacje ulegają bezustannym zmianom, przechodzą od nawiązywania więzi do jej zerwania i do ponownego nawiązania. Rodzicielstwo przez zabawę może być naszym przewodnikiem, który przeprowadzi nas przez wszystkie te przemiany. Kiedy dołączamy do dzieci w świecie zabawy, otwieramy drzwi do ich życia wewnętrznego i spotykamy się z nimi serce w serce. – J. Cohen, „Rodzicielstwo przez zabawę”.

Kategorie
wychowanie

Lęk w rodzicielstwie. Dlaczego warto go zrozumieć

To naturalne, że się boimy. Jesteśmy rodzicami

Moment, kiedy zostajemy rodzicami, jest punktem przełomowym, w którym uruchamia się w nas wiele lęków. Powstają, ponieważ znaleźliśmy się w nowej roli życiowej, ponieważ mamy poczucie, że nad wieloma rzeczami nie mamy kontroli. Naturalny lęk o dobro i bezpieczeństwo dziecka towarzyszy rodzicowi zawsze, niezależnie od tego czy ma ono miesiąc, rok, czy kończy liceum (Czy będzie zdrowe; Szczepić czy nie szczepić; Czy może samo oddalać się w sklepie; Czy to bezpieczne, żeby samo wracało ze szkoły do domu…). Z jednej strony to naturalne i wpisane w rolę rodzica, z drugiej może eskalować do poziomu, w którym nasza lękliwość udziela się dziecku.

Skąd biorą się lęki?

Oprócz naturalnych obaw zawsze towarzyszących rodzicielstwu, lęki biorą się także z poczucia braku kompetencji, z nieudanych prób sprostania oczekiwaniom społecznym, z tego, że nie mamy dobrych relacji z sobą samym. Chcemy mieć kontrolę nad wszystkim, chcemy zapobiegać, chronić, kierujemy się wyobrażeniami a nie intuicją. I tak, zagrożeniem dla dziecka może być wszystko – „nie puszczę do sklepu, bo boję się, że nie wróci do domu”, „nie będzie się huśtać, bo spadnie i zedrze sobie kolano”. Rodzic helikopter to taki, który nie daje szansy dorosnąć swojemu dziecku.
[reklama id=”76088″]
Pozbawianie małego człowieka szansy podejmowania wyzwań, mierzenia się z porażkami, stawiania czoła przeciwnościom czy ponoszenia odpowiedzialności, ma poważne konsekwencje w dorosłym życiu. W dzieciństwie chodzi bowiem o beztroskę. O to, że gdy upadnę, otrzepię kolana i pobiegnę dalej. Podniosę się, by nauczyć się tego, że porażka nie jest barierą i że jeśli podejmę kolejną próbę, być może osiągnę sukces.

Co może zrobić rodzic, by nie przelewać na dziecko własnych lęków?

Praca z własnymi lękami jest nie do przecenienia. Warto jednocześnie pamiętać, że dzieci nie wychowują się w konfiguracji 1:1, a poprzez rozliczne relacje z innymi ludźmi. To, czego my nie możemy/nie potrafimy im oferować, z powodzeniem mogą dostać od innej osoby – drugiego rodzica, bliskich z rodziny, nauczycieli, instruktorów na obozach czy trenerów. – mówi Małgorzata Musiał, autorka książki „Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny” Im większy wachlarz postaw i reakcji wobec różnych sytuacji otrzymają, tym częściej będą mogły świadomie wybierać, z czego w danej chwili chcą skorzystać. Jeśli zatem rozpoznajemy gdzieś swoje własne ograniczenie i blokady, warto zrobić w tym miejscu przestrzeń komuś, kto pewnie poprowadzi przez ten obszar nasze dziecko.
Jak wyważyć potrzebę opieki z tym, żeby nie ograniczać dziecka w doświadczaniu świata? Stanąć ze sobą twarzą w twarz i przyjrzeć się temu, co wywołuje nasze lęki. Czy boję się, że jeśli dziecko nie zje obiadu teraz, będzie chodziło głodne? Może lepszą strategią jest zostawić obiad na później bądź spakować go w pojemnik i zaserwować podczas spaceru. Czy boję się, że maluch spadnie z drabinek i zedrze sobie kolano? Zastanowić się, jak wielkie znaczenie dla dziecka ma nasze wsparcie („Czy czujesz się bezpiecznie?”). Powiedzieć sobie i jemu „Wierzę, że potrafisz. Spróbuj!”, „Widzę, jak wysoko wszedłeś”.
Można też oczywiście wyrazić swój lęk w taki sposób, by mówić o sobie i swoich uczuciach, zamiast przelewać lęki na drugą stronę. Powiedzieć: „boję się, że spadniesz”, „boję się, że gdy wyjdziemy – zgłodniejesz”, pozostawiając jednocześnie dziecku miejsce na to, by samo zdecydowało, co z naszym lękiem zrobi.

Kategorie
ciąża i poród

Ciąża i poród w Finlandii

Ciężarne kobiety nie rezygnują z życia zawodowego ani z hobby i jeśli tylko ciąża przebiega prawidłowo, pracują, podróżują, uprawiają sporty (oczywiście w wymiarze bezpiecznym dla ich odmiennego stanu), jednym słowem – cieszą się życiem bez zakazów, nakazów i rezygnowania z przyjemności, dbając jednocześnie o dobro noszonego pod sercem dziecka.

Urlop macierzyński zaczyna się oficjalnie 5 tygodni przed szacowanym terminem porodu. Wtedy przyszłe mamy koncentrują się na sobie i dziecku, odpoczywają, zbierają siły przed jednym z ważniejszych wydarzeń w ich życiu. A jak wygląda opieka medyczna w tym wyjątkowym okresie?

Poradnia matki i dziecka

Gdy kobieta mieszkająca w Finlandii zorientuje się, że jest w ciąży, umawia się na wizytę u pielęgniarki w poradni matki i dziecka. I to właśnie ta pielęgniarka, przeszkolona w kierunku opieki nad ciężarnymi, regularnie spotyka się z przyszłą mamą aż do rozwiązania. A także po nim.

Spotkania w poradni odbywają się mniej więcej raz w miesiącu, pod koniec ciąży ich częstotliwość wzrasta. W przypadku ciąży zagrożonej wizyt jest więcej lub ciężarna zostaje skierowana pod opiekę lekarza, ewentualnie położnej odpowiedzialnej za monitorowanie ciąż zwiększonego ryzyka.

Podczas pierwszego spotkania (około 8–10 tygodnia ciąży) wykonywane jest szczegółowe badanie krwi oraz przeprowadzany dokładny wywiad na temat ogólnego stanu zdrowia ciężarnej, poprzednich ciąż oraz przebiegu porodów. Kobieta zostaje poinformowana o dostępie do badań prenatalnych, które należą się każdej przyszłej mamie, ale nie są obowiązkowe. Samo monitorowanie ciąży teoretycznie jest również dobrowolne, jednak jeśli ciężarna z tego zrezygnuje i nie zgłosi się do poradni przed końcem szesnastego tygodnia ciąży, nie będzie mogła korzystać z zasiłku macierzyńskiego.

[natuli2]

Podczas każdej wizyty wykonuje się podstawowe badania – pomiar ciśnienia, wagi, poziomu hemoglobiny we krwi oraz ewentualnej obecności białka i cukru w moczu. Za pomocą aparatu Dopplera monitoruje się również pracę serca dziecka, a także mierzy wysokość dna macicy. Jakiekolwiek niepokojące objawy są powodem do skierowania przyszłej mamy do lekarza, jednak jeśli ciąża przebiega prawidłowo, uznawana jest za stan fizjologiczny i wszelkie badania specjalistyczne ograniczone są do niezbędnego, acz wystarczającego minimum.

Badania prenatalne i wizyty u lekarza

Każdej ciężarnej mieszkającej w Finlandii przysługują dwa badania USG:

  • tak zwane genetyczne, wykonywane między 10 a 13 tygodniem ciąży,
  • oraz połówkowe, między 18 a 21 tygodniem.

Jeżeli pojawią się wątpliwości lub lekarz zdecyduje o takiej potrzebie, badań jest więcej.

Aby oszacować ryzyko wystąpienia u płodu wad genetycznych, między 8 a 12 tygodniem jest też wykonywany test podwójny (test PAPP-A), który, jak cała reszta, jest badaniem dobrowolnym, sugerowanym głównie kobietom w wieku powyżej 30–35 lat.

Poza regularnymi spotkaniami z pielęgniarką ciężarna dwa razy odwiedza lekarza (często jest to lekarz ogólny, nie ginekolog) – w pierwszej połowie i pod koniec ciąży. Podczas ostatniej wizyty sprawdza on ułożenie dziecka, szacuje jego wagę – czasami wspomagając się krótkim badaniem USG, czasem opierając się tylko na badaniu palpacyjnym przez powłoki brzuszne mamy. Jeżeli dziecko ułożone jest inaczej niż główką w dół lub jego wielkość odbiega od standardowej czy też lekarz stwierdzi inne czynniki mogące utrudnić poród drogami natury, kieruje kobietę do szpitala na konsultację i dokładniejsze badania.

Poród

Tylko 16,4% ciąż jest w Finlandii rozwiązywanych drogą cesarskiego cięcia, z czego mniej niż połowa to zabiegi wcześniej zaplanowane. Powodem decyzji o wykonaniu cięcia są wskazania medyczne, nie istnieje zjawisko cesarki na życzenie. Jeśli przyszła mama zasygnalizuje, że poród ją przeraża, zostaje skierowana na terapię mającą na celu ten strach zminimalizować, a gdy to nie pomoże, lęk może zostać uznany za wskazanie do wykonania operacji.

Jeżeli dziecko do 36 tygodnia ciąży jest ułożone miednicowo, kobieta jest kierowana na próbę zewnętrznego obrócenia go, a gdy to się nie powiedzie, wykonuje się rezonans magnetyczny obszaru miednicy, by sprawdzić, czy jej parametry pozwolą na poród drogami natury. Jednak w tym wypadku, nawet jeśli okaże się, że ze względów anatomicznych nie ma przeciwwskazań do porodu naturalnego, decyzję zostawia się kobiecie.

Ciężarna może wybrać szpital, w którym chce rodzić. Gdy pojawią się skurcze lub odejdą wody płodowe, kobieta zazwyczaj dzwoni na oddział porodowy wybranego szpitala, by upewnić się, jak wygląda sytuacja z miejscami. Wtedy również dostaje informacje na temat tego, kiedy powinna przyjechać. Jeśli ciąża przebiegała bezproblemowo i zaplanowany jest poród siłami natury, zaleca się jak najdłuższe pozostanie w domu, aby uniknąć niepotrzebnego spędzenia wielu godzin w obcym, szpitalnym otoczeniu, ryzyka spowolnienia akcji porodowej, a także ewentualnego odesłania do domu, jeśli okaże się, że na rozwiązanie trzeba jeszcze sporo poczekać. Przyjazd do szpitala zaleca się, gdy skurcze powtarzają się regularnie co 4–5 minut lub minęły 24 godziny od odejścia wód płodowych, a skurcze się nie pojawiły, a także gdy wody są zielonkawe lub wystąpi krwawienie. Zaraz po przyjeździe pobiera się wymaz w celu badania na obecność paciorkowców z grupy GBS. Jeśli wynik jest pozytywny, rodząca otrzymuje antybiotyk. Odchodzi się od wykonywania tego badania w 36 tygodniu ciąży, ponieważ w momencie porodu jego wynik może nie być już aktualny.

Gdy akcja porodowa jest już mocno zaawansowana, rodząca wraz z osobą towarzyszącą i ewentualnie doulą zajmuje salę porodową, wyposażoną we wszystko, co może ułatwić jej ten czas – krzesło porodowe, piłki, maty, łazienkę z prysznicem. Sale są jednoosobowe, a przebieg porodu monitoruje położna. Lekarz interweniuje wyłącznie wtedy, gdy pojawią się komplikacje. Rodząca ma prawo do bezpłatnego znieczulenia oraz wyboru między znieczuleniem zewnątrzoponowym, gazem rozweselającym a metodami alternatywnymi takimi jak TENS czy akupunktura. Może też po prostu zdecydować się na ciepłe okłady lub prysznic. W niektórych salach znajduje się wanna, ale nie jest to standardem. Nie jest nim również nacinanie krocza, które wykonuje się w wyjątkowych przypadkach, a robi to położna.

Po urodzeniu dziecka

Od razu po urodzeniu, jeszcze przed przecięciem pępowiny, dziecko kładzione jest na klatce piersiowej mamy. Leży tak, podczas gdy mama rodzi łożysko i gdy położna zszywa ewentualne pęknięcia krocza. Ważenie, mierzenie, pierwsze badanie lekarskie oraz podanie witaminy K odbywają się, gdy kobieta idzie pod prysznic. Maleństwo nie ma wykonywanego zabiegu Credego ani podawanych żadnych szczepień. Nie jest również myte, pierwsza kąpiel odbywa się najczęściej dopiero w domu.

Jeszcze w sali porodowej kobieta dostaje posiłek i dopiero po nim zostaje przeniesiona z dzieckiem na oddział położniczy. Mama i dziecko spędzają w szpitalu 2–3 dni (po cięciu cesarskim 4–5 dni), podczas których położne i pielęgniarki pomagają w pielęgnacji maleństwa, pokazują, jak przystawiać je do piersi, w razie potrzeby jest też możliwość skorzystania z porady doradczyń laktacyjnych oraz użycia elektrycznego laktatora. W wielu szpitalach zaleca się mamom, by trzymały swoje dzieci non stop w kontakcie skóra do skóry i odkładały je wyłącznie na czas posiłków i wizyt w toalecie czy łazience.

Niemal każdy szpital posiada kilka pokoi rodzinnych, w których może zatrzymać się cała rodzina, większość pacjentek przebywa jednak w salach 2–4-osobowych, w których łóżka oddzielone są zasłonami. Tata maleństwa oraz rodzeństwo mogą być w szpitalu od rana do wieczora, dla gości wyznaczone są godziny odwiedzin.

Wywoływanie porodu

Jeśli termin porodu minął, a dziecku nie śpieszy się na świat, fińska służba zdrowia, jak w wielu innych przypadkach, zdaje się na naturę. Czterdziesty tydzień uważany jest za przekroczenie umownego terminu, nie zaś za przenoszenie ciąży, zaleca się więc spokojne odczekanie kolejnych 10–14 dni, w których kobieta kilka razy spotyka się ze swoją pielęgniarką, by sprawdzić pracę serca dziecka i ogólny stan przyszłej mamy. Po tym czasie zapada decyzja o wywołaniu porodu. Ponieważ dąży się do tego, by był on procesem jak najmniej sterowanym, bez zbędnej medykalizacji i ingerencji, zaczyna się od zaaplikowania globulki z prostaglandynami. Jeśli to nie pomoże, zakłada się cewnik Foleya, następnym krokiem jest przebicie pęcherza płodowego. Podanie oksytocyny to ostateczność.

Walizka czy torebka

Gdy przyszła mama przygotowuje się do pobytu w fińskim szpitalu wie, że walizka nie będzie jej potrzebna. Wystarczy zwykła damska torebka, w której zmieści się karta ubezpieczeniowa, książeczka ciąży z odnotowanymi wszystkimi wizytami w poradni i spotkaniami z lekarzem, telefon z ładowarką, szczoteczka do zębów, przybory do włosów i ewentualnie kosmetyki pielęgnacyjne czy do makijażu, jeśli kobieta czuje się lepiej z delikatnie poprawiona urodą. Całą resztę zapewnia szpital: zarówno to, czego potrzebuje kobieta (koszule, jednorazową bieliznę, wkładki higieniczne, środki czystości, ręczniki, a nawet kapcie i skarpetki), jak i noworodek (ubranka, pieluchy, w razie potrzeby przebadane i pasteryzowane mleko od dawczyń oraz mleko modyfikowane). Ubrania na wyjście dla mamy i dziecka świeżo upieczony tata przynosi zazwyczaj w dniu ich powrotu do domu.

Po wyjściu ze szpitala

Po wyjściu ze szpitala kobieta i jej dziecko wracają pod opiekę poradni. W niej aż do szóstego roku życia odbywają są wszystkie kontrole i bilanse rozwoju dziecka oraz szczepienia (dobrowolne). Kobieta po połogu ma badanie lekarskie, które jest w pewnym sensie obowiązkowe, ponieważ niestawienie się na nie powoduje wstrzymanie wypłaty zasiłku macierzyńskiego. W ten sposób fiński system opieki zdrowotnej motywuje kobiety do dbania o własne zdrowie i zapewnia wczesną interwencję, jeśli zajdzie jej potrzeba.

Porody domowe

W 2015 roku tylko 47 dzieci przyszło na świat w domu, co stanowi maleńki ułamek wszystkich urodzeń, których w sumie odnotowano 55 588.
Jeżeli przyszła mama zdecyduje się urodzić dziecko w domu, na jej barkach spoczywa znalezienie osób, które będą monitorowały przebieg całej akcji. Ona też pokrywa koszty związane z ich obecnością.

Porody odbywające się w domu podlegają szczegółowym wytycznym, m.in.:

  • w domu powinny być obecne dwie osoby posiadające uprawnienia położnicze, mogą być to dwie położne lub lekarz i położna;
  • ciężarna powinna mieć za sobą przynajmniej jeden naturalny poród, pierworódkom i kobietom po cięciu cesarskim lub porodzie kleszczowym poród domowy jest stanowczo odradzany;
  • należy ustalić jak najszybszą trasę przejazdu do szpitala położniczego, w razie gdyby okazało się to konieczne (przejazd nie powinien trwać dłużej niż 20 minut),
  • poród powinien nastąpić między 38 a 42 tygodniem ciąży,
  • konieczne jest udokumentowanie przebiegu porodu przez osoby go monitorujące;
  • zaraz po urodzeniu niezbędna jest kontrola saturacji dziecka, a w przypadku wartości niższych niż 95% – bezzwłoczne przewiezienie go do szpitala;
  • noworodek powinien przejść kontrolę neonatologiczną 2–4 dni po urodzeniu.

Warto wspomnieć, że standardy opieki nad ciężarnymi w Finlandii mogą różnić się w zależności od gminy, w której kobieta mieszka. Różnice obejmują częstotliwość wizyt w poradni czy też wytyczne dotyczące niektórych badań. Wspólne jest jedno – podejście do zdrowej, prawidłowej ciąży i porodu jako do naturalnego, niewymagającego interwencji medycznych wydarzenia w życiu kobiety.

Kategorie
niemowlę

Poród naturalny i karmienie piersią a rozwój flory bakteryjnej dziecka

U noworodka flora bakteryjna zaczyna kształtować się od momentu narodzin i zależy od takich czynników, jak sposób porodu (naturalny czy przez cięcie cesarskie), odżywanie niemowlęcia (pokarm matki czy sztuczny), skład flory bakteryjnej matki i otoczenia, antybiotyki podawane matce i noworodkowi.

Poród a flora bakteryjna

Uważa się, że przewód pokarmowy noworodka jest sterylny, pozbawiony bakterii. W momencie narodzin, w czasie porodu naturalnego dziecko styka się z bakteriami własnej mamy, obecnymi w kanale rodnym. Przy porodzie przez cięcie cesarskie styka się najpierw z bakteriami w otoczeniu. Bakterie zaczynają wyścig w celu zasiedlenia przewodu pokarmowego dziecka. Dostają się najpierw do jamy ustnej a potem do dalszych części przewodu pokarmowego.
Zasiedlenie organizmu dziecka bakteriami własnej mamy sprawia, że jego flora bakteryjna od początku jest „zdrowsza”. Dobroczynne bakterie (a te od mamy są najlepsze) nie tylko warunkują właściwe trawienie i wchłanianie pokarmów oraz wypróżnianie maluszka. Pełnią także rolę ochronną przed szkodliwymi bakteriami i wirusami, zmniejszając skłonność do infekcji dróg oddechowych i przewodu pokarmowego (biegunki).
[natuli2]

Karmienie a flora bakteryjna

Pewne składniki mleka matki mają korzystne działanie zarówno na dojrzewanie błony śluzowej przewodu pokarmowego, jak i rozwój prawidłowej flory jelitowej. Oznacza to po prostu, że dziecko karmione naturalnie będzie miało zdrową florę bakteryjną. Z kolei dojrzewanie i dobra szczelność błony śluzowej przewodu pokarmowego to podstawa zdrowia na całe przyszłe życie. Jej prawidłowe funkcjonowanie to warunek dobrego trawienia i wchłaniania pokarmu, ale także funkcjonowania układu odpornościowego, ponieważ większa jego część (około 80%) tam właśnie jest umiejscowiona.

Dalszy rozwój a flora bakteryjna

Kiedy dziecko raczkuje i stara się wziąć do buzi wszystko co się da, bakterie z otoczenia dalej kształtują jego mikroflorę. Na powierzchni gleby i roślin znajduje się (a raczej powinno się znajdować) wiele korzystnych bakterii, na przykład z grupy Lactobacillus.
Dziecko bawiąc się na podwórku i biorąc do ust przedmioty zanieczyszczone ziemią lub jedząc niedokładnie umyte owoce i warzywa dodatkowo „wzbogaca” swoją florę bakteryjną o znajdujące się tam bakterie (dlatego nie mamy biegunek po jedzeniu surowych warzyw w naszym kraju, ale jeśli spróbujemy tego w którymś z krajów egzotycznych, możemy ją dostać, ponieważ tamtejszy „zestaw” bakterii jest dla nas obcy).
Kontakt z osobami z otoczenia,  jedzenie ze wspólnego talerza, oblizywanie smoczka czy łyżeczki dziecka też powoduje przenoszenie bakterii. Odpowiedź na pytanie, czy jest to zjawisko korzystne czy nie, nie jest jednoznaczna. Jeżeli dziecko ma kontakt ze zdrowymi osobami z bliskiej rodziny, może być to korzystne, bo dostanie „porcję” dobrych bakterii.
Jedno z badań przeprowadzonych u niemowląt wykazało, że oblizywanie przez rodziców smoczka dziecka przed włożeniem go do buzi może zmniejszać ryzyko rozwoju alergii, prawdopodobnie poprzez stymulację immunologiczną przez bakterie pochodzące ze śliny rodziców. Nie polecałabym jednak takiego postępowania w przypadku, gdy rodzic jest nosicielem niekorzystnych bakterii (ma na przykład przewlekłe, nieleczone zapalenie zatok).
Stymulacja sama w sobie jest potrzebna – układ odpornościowy potrzebuje jej dla prawidłowego rozwoju. Jeżeli jednak jest ona zbyt duża, także nie jest to dobre. Klasycznym przykładem takiej sytuacji jest pójście do przedszkola. Następuje wówczas spotkanie dziecka z bakteriami koleżanek i kolegów i – u niektórych dzieci, które dotychczas nie chorowały – zaczynają się nawracające infekcje.

Zaburzenia flory bakteryjnej

Dziecko urodzone naturalne i karmione piersią będzie w dorosłym życiu mniej skłonne do chorób autoagresywnych, w których układ odpornościowy „myli” komórki własne z bakteryjnymi i atakuje je.
Okazuje się też, że zaburzenia flory bakteryjnej mogą sprzyjać wielu chorobom przewlekłym takim jak otyłość, cukrzyca, choroby serca, zapalenie stawów, nowotwory. Niektóre badania na zwierzętach sugerują, że choroby takie jak Alzheimer czy stwardnienie rozsiane mogą zaczynać się od komórek nerwowych w jelitach, a nie w mózgu.
W badaniach na zwierzętach stwierdzono także, że podawanie żywych bakterii może korzystnie wpływać na zachowanie zwierząt: poprawiać ich nastrój, zmniejszać lęki, zwiększać koncentrację i pamięć. U ludzi nie ma na razie badań potwierdzających taką hipotezę, ale nie znamy jeszcze dokładnie wszystkich mechanizmów zachodzących w naszym organizmie. Wiadomo, że dzieci z autyzmem czy zespołem Aspergera wykazują zmiany w składzie flory bakteryjnej w porównaniu ze zdrowymi dziećmi. Niektórzy badacze sugerują, że zaburzenia w zachowaniu mogą być spowodowane obecnością szkodliwych bakterii i wytwarzanych przez nie toksyn.

Dlaczego więc tak ważny jest rozwój prawidłowej flory bakteryjnej u dziecka?

Przewód pokarmowy to niezwykle złożony system, decydujący o bardzo ważnych dla prawidłowego wzrostu i rozwoju dziecka funkcjach: trawieniu i wchłanianiu pokarmów oraz odporności m.in. na infekcje, skłonności do alergii, ale także zapadalności w dorosłym życiu na choroby przewlekłe. Znaczącą rolę w tych procesach odgrywa prawidłowa flora bakteryjna przewodu pokarmowego. Dlatego dbałość o nią jest najlepszą profilaktyką zdrowia dziecka.