Kategorie
wychowanie

Rodzeństwo jako poligon doświadczalny, czyli kolejność narodzin a zachowanie dziecka

Akceptacja dziecka wpływa na jego prawidłowy rozwój

Zgodnie ze współczesną integracyjną teorią temperamentu na zachowanie dziecka wpływa sposób traktowane go przez rodziców, a także rodzaj środowiska, w jakim się wychowuje. Amerykańscy psychiatrzy dostrzegli, że dobre dopasowanie polegające na zgodności pomiędzy możliwościami, predyspozycjami dziecka a oczekiwaniami i wymaganiami środowiska (rodziców, opiekunów, nauczycieli) determinuje prawidłowy rozwój malucha, w tym adekwatność jego zachowań. Bezwarunkowa akceptacja dziecka, a nie podejmowanie prób, by je zmieniać i dopasowywać do wymagań rodzicielskich, stanowią gwarancję jego harmonijnego rozwoju.

Kolejność narodzin

Etap życia rodziny, na którym pojawia się dziecko, a także to, czy przyszło ono na świat jako jedynak, czy urodziło się w rodzinie wielodzietnej, kształtuje jego osobowość. Ponadto płeć dziecka, a także relacja pomiędzy partnerami/rodzicami oraz historie, jakie wnoszą oni do własnego związku (w tym sposób budowania relacji z otoczeniem), także determinują jego zachowanie. Nawet w najbardziej kochającej i rozumiejącej się rodzinie rodzeństwo nie będzie posiadało identycznego doświadczenia tej rodziny, ponieważ każdy tworzy własną narrację. Każde kolejne dziecko musi zadbać o swoją pozycję.
Zdaniem psychologów kolejność narodzin znacząco determinuje charakter, osobowość, a także wpływa na karierę zawodową i sposób budowania relacji z innymi. Zdaniem L. Blair (psychologa klinicznego), pierworodni, środkowe dzieci, najmłodsze dzieci, a także jedynacy posiadają swoje specyficzne cechy, które w znaczy sposób wynikają z kolejności przyjścia na świat oraz oddziaływań społecznych i rodzicielskich.
[reklama id=”74082″]

Pierwsze

Kiedy na świat przychodzi pierwsze dziecko, rodzice ujawniają w stosunku do niego świadome bądź nieświadome oczekiwania – żeby było najlepsze, najmądrzejsze, najbardziej wysportowane i w ogóle naj. Pierwsze dziecko najsilniej wyczuwa te oczekiwania i mocno się z nimi wiąże. Bardzo mocno identyfikuje się również z samymi rodzicami, co przekłada się na sposób traktowania młodszego rodzeństwa (powiela podejście wychowawcze rodziców w zakresie opieki). Większość pierworodnych jest odpowiedzialna i dobrze zorganizowana. Przejawia przy tym więcej cech przywódczych niż reszta rodzeństwa. Pierwsze dziecko ma „zagwarantowaną” pozycję w rodzinie, reszta musi sobie tę pozycję „wywalczyć”.

Jedyne

Jeśli rodzeństwo pojawia się, kiedy starsze dziecko kończy 6–7 lat, to bardzo często dziecko to przejawiać będzie mimo wszystko cechy jedynaka, ponieważ osobowość, w tym zdolności interpersonalne, kształtują się przez pierwsze sześć, siedem lat życia. Jedynak preferuje towarzystwo osób starszych od siebie. Lubi spędzać czas w samotności. Często jest zorganizowany i charakteryzuje go zdolność do logicznego myślenia. Stawia sobie ambitne cele, ale nie na miarę rówieśników, tylko dorosłych, których traktuje jak punkt odniesienia. Jedynacy mają wiele cech wspólnych z dziećmi pierworodnymi. Jak wynika z badań, gorzej znoszą porażki i nie potrafią współzawodniczyć, choć legitymują się lepszym wykształcenie niż ich koledzy posiadający rodzeństwo. „Piętnem” jedynaka jest dźwiganie dużych oczekiwań rodziców co do przyszłości i dalszych sukcesów zawodowych i edukacyjnych. W przypadku rodzeństwa rozkłada się to co najmniej na dwoje. Zaś jedynacy muszą sobie radzić z tym sami.

Środkowe

Kolejnemu dziecku rodzice z uwagi na posiadane już doświadczenie wychowawcze dają więcej luzu. Rodzi się ono z pewnym kompleksem bycia w cieniu – dorównania starszemu rodzeństwu. Zdarza się, że rola cudownego dziecka jest już zajęta przez najstarsze dziecko, więc młodsze, chcąc zwrócić na siebie uwagę rodziców i pokazać, że też może się w czymś wyróżniać, zaczyna podejmować się działań, które nie do końca spotykają się z akceptacją opiekunów. Z uwagi na konieczność dogadywania się z rodzeństwem środkowe dzieci rozwijają w sobie duże zdolności komunikacyjne i empatyczne. Potrafią negocjować. Często pełnią role mediatorów. Na późniejszym etapie życia to właśnie środkowe dzieci dbają o relacje w rodzinie, inicjują spotkania, cieszą się ze wspólnie spędzanego czasu.

Najmłodsze

Pojawienie się najmłodszego dziecka sprawia, że cała uwaga skupia się głównie na nim. Otrzymuje ono wiele zainteresowania zarówno ze strony rodziców, jak i rodzeństwa, co sprawia, że zaczyna być traktowane jak rodzinna maskotka. Zdarza się, że najmłodsze dziecko zaczyna wchodzić w życie z przeświadczeniem, że jak czegoś chce, to to otrzyma, a przy tym niespecjalnie musi się wysilać i o to zabiegać. Najmłodsze dzieci nie biorą udziału w wyścigach o najlepszy zawód czy najlepsze oceny w rodzinie. Wystarczy im, że po prostu SĄ. Nie potrzebują nic nikomu udowadniać, inaczej niż w przypadku ich środkowego rodzeństwa, które o uwagę rodziców musi nieustannie zabiegać.
Taki wzorzec kolejności narodzin stanowi pewną tendencję, o ile nie jest ona zakłócona granicznymi wydarzeniami w rodzinie (śmierć, choroba itp.).
[reklama id=”68293″]

Kolejność narodzin a zdrowie

Teoria higieny dowodzi, że wystawianie się we wczesnym dzieciństwie na kontakt z wirusami, bakteriami itp. reguluje układ odpornościowy i sprawia, że rzadziej się on aktywuje, kiedy nie ma takiej potrzeby. Dzięki temu, że starsze dzieci przynoszą zarazki do domu (z przedszkola, szkoły), młodsze mają z nimi kontakt bardzo wcześnie. Badania dowodzą, że młodsze dzieci rzadkiej doświadczają ataków astmy niż te, które nie posiadają starszego rodzeństwa.
Matt Perzanowski dostrzegł zależność pomiędzy predyspozycjami zdrowotnymi a posiadaniem rodzeństwa i kolejnością narodzin. Okazuje się, że rozwój prenatalny wpływa na predyspozycje do zapadania na rozmaite alergie i astmę. Przeciwciała matki najsilniej oddziałują na dziecko w przypadku pierwszej ciąży. W przypadku kolejnych ciąż organizm dziecka nie musi tak intensywnie walczyć z układem odpornościowym matki, przez co spokojniej się rozwija, a jego własny układ odpornościowy nie trenuje nadmiernych reakcji. Tym samym skłonność do alergii i astmy maleje.
Rodzeństwo pozwala na zbudowanie kolażu kompetencji, które stanowią podstawę interakcji społecznych. Dziewczynka wychowująca się wyłącznie z braćmi i spędzająca z nimi dużo czasu może zdobyć szereg umiejętności, które sprawią, że w późniejszym życiu łatwiej jej będzie współpracować z mężczyznami niż z kobietami. W przypadku mieszanego rodzeństwa, zakładając jednocześnie, że różnica wieku między nim nie jest większa niż pięć lat, różnice płciowe pozwalają na nabywanie kompetencji związanych z budowaniem relacji partnerskich w przyszłości. Starszy brat będzie rozwijał np. kompetencje opiekuńcze wobec młodszej siostry, które później może wykorzystać przy budowaniu relacji z własną partnerką.
Rodzeństwo to poligon doświadczalny, sala eksperymentów społecznych i przestrzeń do bycia sobą. Wpływa na to, w jaki sposób budujemy swoje relacje z innymi ludźmi, pozwala dostrzegać inną perspektywę, konfrontować swoje racje i uczyć się szanować zdanie innych.

Literatura:

  • L. Blair, „Kolejność narodzin a charakter. Co wpływa na osobowość dziecka?”,  
  • „Splatane więzy” [W:] “Psychologia dla rodziców“, “Wysokie Obcasy” maj 2016.
  • M. Kossobudzka, „Kolejność narodzin może wpływać na twoje zdrowie, wzrost, inteligencję, a nawet seksualność” (wyborcza.pl/1,75400,14711936,Kolejnosc_narodzin_moze_wplywac_na_twoje_zdrowie_.html)

Foto: flikr.com/jeremyhiebert

Kategorie
artykuł sponsorowany rzeczy dla dzieci

Pierwsze urodziny dziecka – 9 kroków organizacji przyjęcia

Najtrudniej mają chyba ci, którzy w rodzinie przecierają rodzicielskie szlaki. Trudno nie zauważyć, że świętowanie urodzin dzieci wyglądało nieco inaczej, gdy obecni młodzi rodzice byli jeszcze mali (zresztą nie tylko to wyglądało inaczej, ale to już inna opowieść).

Przed zorganizowaniem imprezy pojawia się zazwyczaj wiele pytań: czy zależy nam na odświętnej i podniosłej atmosferze jak w eleganckiej restauracji, czy jednak nieco luźniejszej – w domowym zaciszu albo może, jeśli pogoda pozwoli, w ogrodzie na trawie? Dzieci w okolicach pierwszych urodzin nie potrzebują jeszcze kontaktu z innymi, rzadko widywanymi dziećmi. Poczucie bezpieczeństwa daje im niewielka grupa dobrze znanych osób, a zatem dobrze nie wyprawiać dużej imprezy, która może wywołać niepokój dziecka. Oczywisty też wydaje się fakt, że roczniak nie usiedzi przy stole zbyt długo, dobrze zatem zapewnić mu bezpieczną przestrzeń do eksplorowania. Pierwsze urodziny dziecka to także rocznica mamy i taty – dokładnie 12 miesięcy wcześniej zostali rodzicami, a zatem to także ich święto!

Oto 9 kluczowych kroków, o których warto pamiętać, przygotowując mistrzowskie przyjęcie z okazji pierwszych urodzin dziecka:

1. Goście

12 miesięcy to jeszcze nie wiek na wielkie bale i rauty. Towarzystwo nieznanych osób może solenizanta onieśmielać, a wręcz niepokoić. Nie jest to też moment na szalone zabawy rówieśnicze (na kinderbale nadejdzie czas w okolicach przedszkola), stąd dobrze zastanowić się, kto powinien znaleźć się na liście gości. Choć dla nas to wielkie święto, czas wspomnień – szczególnie tego pierwszego dnia, gdy się z dzieckiem poznaliśmy – to jednak nie ma chyba sensu robić z tej okazji małego wesela. Najbliżsi: rodzice, dziadkowie, rodzeństwo rodziców, jeśli pozostaje z maluchem w dobrych relacjach, ewentualnie przyjaciele, którzy często goszczą w domu czy sprawują regularną opiekę nad maluchem. Ważne, aby były to osoby dobrze znane, a nie widywane jedynie od święta, takie z którymi maluch ma dobre relacje, kojarzy je i lubi z nimi spędzać czas.

2. Termin

Spotkanie urodzinowe to nie czas na rozmowy o pracy, dlatego lepiej wybrać weekend, gdy goście będą zrelaksowani i wypoczęci. Jeśli na przyjęciu będą obecne inne dzieci, dobrze byłoby dopasować porę do ich rytmu dnia oraz oczywiście do rytmu głównego gościa, czyli naszego roczniaka. Niech ma okazję przywitać swoich gości i „zdmuchnąć” (o ile da radę, ćwiczenia w dmuchaniu świeczek można rozpocząć na kilka tygodni wcześniej) swoją urodzinową świeczkę na torcie. Może dobrym pomysłem będzie rodzinny podwieczorek? Maluch po popołudniowej drzemce, radosny i wypoczęty, będzie mógł być duszą towarzystwa, a Wam może spadnie z ramion ciężar obaw „a co, jak będzie marudzić?”.

3. Miejsce

W domu czy poza nim? “Kulkolandy” kuszą ofertami urodzinowymi, jednak zdecydowanie nie jest to właściwe miejsce na świętowanie pierwszych urodzin. Na pewno w znanym otoczeniu, wśród znanych osób maluch będzie się czuć bezpieczniej i swobodniej. A gdy nadmiar wrażeń wcześniej wpędzi go w objęcia Morfeusza, wygodniej będzie położyć go spać do własnego łóżka (niezależnie, czy jest to łóżko solenizanta, czy jego rodziców). Dzieci w wieku 12 miesięcy nie potrzebują wielkich atrakcji, a nadmiar hałasu (a o taki nietrudno w centrach zabaw dziecięcych) może je przytłaczać. To, co najważniejsze, to najbliżsi i bezpieczna przestrzeń do eksplorowana. Niewielkim kosztem można stworzyć przyjazny teren – wygodne poduchy, miękkie koce, proste przedmioty do zabawy zamiast sztywnych krzeseł i wysokiego stołu jak przy obiedzie w restauracji. Jeśli pogoda pozwala – można rozważyć przyjęcie w ogrodzie: bieganie boso po trawie, listki, kwiatki, motylki do obserwowania – zabawy sensoryczne w czystej postaci i bez żadnego wysiłku!

4. Atrakcje

Żeby impreza nie przerodziła się w nudne siedzenie przy stole, dobrze jest zadbać o atrakcje dla dużych i małych. Zapewne babcia i dziadek albo ulubiony wujek z ciocią chętnie zapozują do pamiątkowego zdjęcia z bohaterem imprezy. Można zaproponować im zestaw ciekawych rekwizytów rodem z fotobudki: śmieszne okulary, wąsy, a może muchy w grochy – będzie weselej i na pewno oryginalnie!

Jednak przechodzenie z rąk do rąk kolejnych gości może być mało interesujące dla solenizanta. Bo ile można uśmiechać się do obiektywu?
Wynajmowanie dyplomowanego klauna zdecydowanie można sobie odpuścić, podobnie wykwalifikowanego animatora. Pierwsze urodziny to okazja do rodzinnego spotkania. Niewiele potrzeba, żeby impreza była udana i pełna radości, szczególnie w wykonaniu głównego zainteresowanego. Bańki mydlane zawsze wywołują euforię. Podobnie wszelkie zabawy, w których można się pobrudzić, a przy okazji gościom wręczyć pamiątkowe obrazki malowane przez solenizanta farbami (na przykład odcisk jego rocznej rączki). Budowanie wieży z klocków, wyścigi resorówek czy drewniana kolejka na pewno zaangażują wujków i sprawią, że sami poczują się jak dzieci.
Zabawy sensoryczne to zazwyczaj świetne rozwiązanie i mogą się do nich włączyć również przybyli goście:

  • Bujanie w kocu: malucha kładziemy na dużym rozłożonym kocu, a dwie dorosłe osoby delikatnie bujają go na boki. Radocha gwarantowana!
  • Zwijanie malucha w „naleśnik” (koc), a potem rozwijanie, byleby nie nazbyt energicznie.
  • „Gniotki” – wykonane z kolorowych balonów wypełnionych różnymi sypkimi materiałami: mąką, kaszą, grochem, fasolą, ryżem. Świetnie je gnieść, ściskać i rzucać nimi.
  • Szukanie dużych guzików w misce z ryżem (pod czujnym okiem dorosłych).
  • Przesypywanie surowego makaronu i segregowane do różnych miseczek.
  • Pudełko ze skrawkami materiałów o różnej fakturze – to ogromny potencjał do zabawy i gwarantowane zajęcie uwagi małego dziecka.

5. Dekoracje

Pierwsze urodziny są pierwsze, nie da się ukryć. Pierwsze dwanaście miesięcy wspólnego życia, pierwsza wiosna, pierwsze święta, Dzień Dziecka, Dzień Matki – jest co wspominać. Dla rodziców to dość sentymentalny moment. Miło będzie, gdy wnętrze na tę okazję zmieni się w piękną, udekorowaną oryginalnymi dodatkami przestrzeń. Dobrze przemyśleć motyw przewodni: w zależności od preferencji gospodarzy (bo być może kolorowe konfetti nie będzie najlepszym pomysłem, gdy planujemy świętować w udostępnianych przez dziadków czy pradziadków salonach pełnych bibelotów) i wyczucia smaku organizatorów. Dobrane kolorystycznie kule honeycomb, rozety czy pompony wraz z odpowiednimi girlandami będą świetnie wyglądać na pamiątkowych zdjęciach. Klasyczne balony ustępują w ostatnim czasie miejsce oryginalnym balonom w kształcie liter – można stworzyć z nich okolicznościowy napis albo wielkie imię solenizanta.

6. Prezent

Często rodzina zadaje pytanie: a jaki prezent przynieść? Okazuje się, że najlepsza na tym etapie jest drewniana łyżka kuchenna albo dwie pokrywki do garnków. Naprawdę niekonieczne są wysoce skomplikowane zabawki – pomimo zapewnień producentów kolorowych i świecących plastikowych gadżetów, że są niezbędne dla prawidłowego rozwoju najmłodszych. (W piekle jest zapewne specjalne miejsce dla tych, którzy do domu, gdzie mieszkają dzieci, przynoszą głośne, bezlitośnie hałasujące zabawki dźwiękowe!) Jeśli pada pytanie od rodziny, co zatem na ten roczek, można powiedzieć o planowanej zrzutce na drewniany „pchacz” czy duży zestaw klocków lub zorganizować taką składkę wcześniej, aby goście mogli wkroczyć ze wspólnym prezentem na imprezę. Czasem mniej znaczy więcej – więcej możliwości zabawy, więcej czasu, gdy zabawka jest atrakcyjna. Będąc gościem imprezy z okazji pierwszych urodzin, dobrze jest brać pod uwagę możliwości lokalowe rodziców: tona zabawek może im się nie spodobać…

7. Odpuszczanie

Ci, którzy mają dzieci, wiedzą, że czasem plany idą trochę inną drogą niż prawdziwe życie. Dlatego mając dzieci i organizując dla nich atrakcje, trzeba być bardzo elastycznym. Czasem to, co nam, dorosłym, wydaje się strzałem w dziesiątkę, najmłodsi przyjmują z niechęcią albo zdziwieniem. Misterny plan przyjęcia potrafi zburzyć niespodziewane zmęczenie przytłoczonego nadmiarem emocji solenizanta i artystycznie wykonany tort goście mogą bez zgaszonej świeczki. Czasem terminy krzyżują dziecięce choroby albo nastrój psuje nieszczęsne ząbkowanie. Coś gdzieś się wyleje albo ciasteczka wysypią się na podłogę, po czym zostaną rozdeptane przez rozemocjonowanego solenizanta. Trudno. Nie wszystko musi być perfekcyjnie. Roczek syna czy córki to też rok rodzicielstwa! Rok bycia mamą i tatą, a zatem świętujecie wspólnie, nie warto psuć sobie humoru drobnostkami, a do nieprzewidzianych utrudnień dobrze nabrać dystansu. A gdy już goście wyjdą, atmosfera opadnie, pozostanie papier po prezentach i rozsypane konfetti, dobrze jest usiąść na chwilę i powspominać: jak to było kiedyś, gdy po hucznej imprezie można było iść spać i wstać w południe, a pod wieczór dnia następnego rozpocząć sprzątanie. Potem niestety trzeba ogarnąć niedojedzone resztki, niedopite napoje i brudne nakrycia, bo rano nasz „roczniak plus jeden dzień” wstanie jak zwykle z niewyobrażalnymi pokładami energii i lepiej sobie nie wyobrażać, jaki użytek zrobi z poimprezowego bałaganu…

8. Zdrowe przekąski

Urodziny dzieci to nie jest najlepsza okazja na proszony obiad. Zdecydowanie lepiej sprawdza się tu szwedzki stół pełen zdrowych i smacznych przekąsek, podanych na oryginalnych nakryciach (świetnie, gdy nawiązują do dekoracji wnętrza), nadających się również dla najmłodszego uczestnika imprezy. Mogą to być oczywiście świeże warzywa i owoce. Dobrym pomysłem są też owsiane ciasteczka, bardzo proste w wykonaniu:

Składniki:

  • 2 szklanki płatków owsianych,
  • ½ szklanki mleka roślinnego,
  • 2 banany,
  • opcjonalnie 1 łyżeczka sody.

Przygotowanie:

Wszystkie składniki zmiksować i odstawić na chwilę. Następnie wykładać na blachę uprzednio wysmarowaną odrobiną tłuszczu. Piec około 20 minut w temperaturze 180 stopni (po kwadransie należy odwrócić ciasteczka na druga stronę).
Przepis można dowolnie modyfikować. Wystarczy dodać trochę cynamonu, wanilii, naturalnego słodziwa (miód, stewia, cukier kokosowy, ksylitol, erytrytol), żurawinę lub jagody goji.
Dla amatorów bardziej wytrawnych smaków można przygotować domowe krakersy jaglane:

Składniki:

  • 100 g ugotowanej kaszy jaglanej,
  • 70 g mąki pełnoziarnistej (może być gryczana lub jaglana),
  • 30 g ziaren słonecznika,
  • 25 g ziaren siemienia lnianego,
  • 20 g ziaren sezamu czarnego,
  • 20 g ziaren sezamu białego,
  • 100 ml wody,
  • sól i pieprz do smaku.

Przygotowanie:

Ugotować kaszę jaglaną. Gdy ostygnie, zmiksować ją z mąką. Dodać resztę składników, wymieszać, doprawić do smaku. Rozsmarować masę równomiernie na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i wykrawać kształty (romby, trójkąty, kwadraty – wedle uznania). Piec około 45 minut w 180 stopniach.

9. Tort

Oczywiście pozostaje jeszcze tort, gwóźdź programu! Koniecznie taki, aby nasz roczniak również mógł się nim poczęstować. Odpadają zatem tłuste kremy, alkoholowe poncze i sztucznie barwione polewy. Nie odpadają natomiast okolicznościowe dekoracje i oczywiście urodzinowa świeczka!
Przepisów można znaleźć wiele, poniżej jedna z propozycji:

Tort „na szybko”

Ciasto:

  • 250 g mleka roślinnego,
  • 1 łyżeczka naturalnego octu jabłkowego,
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego,
  • 100 ml oleju rzepakowego,
  • 120 g sypkiego słodu (np. cukru kokosowego, ksylitolu, erytrolu),
  • 170 g mieszanki mąki (50 proc. gryczanej, 50 proc. ryżowej),
  • 2 łyżeczki tapioki,
  • 1½ łyżeczki sody oczyszczonej,
  • szczypta soli.

Krem:

  • 250 ml mleka roślinnego,
  • 2 pełne łyżki mąki jaglanej,
  • 2 pełne łyżki tapioki,
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
  • 100 g masła klarowanego,
  • 1–2 łyżki cukru kokosowego,
  • 3–4 łyżki kremu daktylowego.

Dodatki: ekspandowany amarantus, ekspandowana kasza jaglana.

Przygotowanie:

Ciasto:
W mniejszej misce wymieszać mleko z octem jabłkowym i odstawić na 5–10 minut. Następnie dodać ekstrakt waniliowy, olej i dosypać słodu. Całość zmiksować do połączenia składników. Do większej miski przesiać mąki, sodę oraz skrobię. Wymieszać. Przelać mokre składniki do suchych i całość wymieszać mikserem. Tortownicę wyłożyć papierem do pieczenia i wylać do niej ciasto. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piec przez 35–40 minut. Schłodzone ciasto przekroić na pół, by powstały dwie warstwy.
Krem:
Odlać 100 ml mleka, resztę umieścić w niedużym garnku i zagotować. Do odlanego mleka wsypać mąkę jaglaną oraz skrobię, dodać ekstrakt z wanilii i dokładnie wymieszać – do uzyskania gładkiej konsystencji. Do gotującego się mleka stopniowo wlewać dobrze rozmieszany roztwór i energicznie mieszaj powstający budyń, zmniejszając ogień do minimum. Ugotowany, gęsty budyń odstawić do schłodzenia. Masło klarowane, wyjęte wcześniej z lodówki, zmiksować z cukrem kokosowym na gładką masę. Do tak powstałej maślanej masy dodawać po łyżce schłodzonego budyniu. Zmiksować na krem. Odłożyć kilka łyżek do przystrojenia wierzchu tortu. Do reszty kremu dorzucić krem daktylowy i dokładnie zmiksować całość. Wstawić do lodówki. Schłodzoną masą wysmarować spód ciasta, smarując wierzch i brzegi. Na sam wierzch dodać warstwę odłożonego kremu (bez kremu daktylowego). Boki obsypać ekspandowanym amarantusem. Przy pomocy wyciskarki całość przystroić kremem z musem daktylowym.
Pierwsze urodziny zdarzają się tylko raz. Z nostalgią patrzymy, jak szybko zleciało tych dwanaście miesięcy i jak wiele zmieniło w życiu całej rodziny. Mama i tata z pary stali się rodzicami, więc to także ich święto. Mimo iż czasem chciałoby się podzielić swoim szczęściem z całym światem, dobrze jest skupić się na “tu i teraz”. Choć odrobina szaleństwa i efektownych dekoracji doda tej chwili wyjątkowości i zapisze się pięknie na pamiątkowych zdjęciach, jednak to, co najistotniejsze dla dziecka w dniu jego urodzin, to radosna obecność rodziców. Nie zapominajmy o tym.

Kategorie
wychowanie

"Mam tę moc", czyli o motywacji wewnętrznej dziecka

„Każde dziecko rodzi się z naturalną motywacją do samorozwoju: chce odkrywać i poznawać świat, nabywać nowe kompetencje i umiejętności. Bywa, że traktuje się je jako formę, którą należy odpowiednio wypełnić. Dziecko jednak od pierwszych chwil swojego życia jest aktywnym, dążącym do autonomii małym człowiekiem, odpowiedzialnym za własny rozwój. Potrzebuje mieć wpływ na swoje życie i decyzje, a także wybierać, czego chce się nauczyć, co poznać, kim być.”
(fragment z książki: „Dodaj mi skrzydeł. Jak rozwijać u dzieci motywację wewnętrzną?”).

Motywacja z zewnątrz i motywacja wewnętrzna

Motywacja płynąca z zewnątrz opiera się przede wszystkim na wykorzystywaniu kar, stosowaniu nagród, zachęt i nacisków. Ich zadaniem jest nakłonienie dziecka do określonego zachowania. Bardzo często mówi się o niej, że jest motywacją „od–do” („do” otrzymania nagrody i „od” uniknięcia kary). Motywowanie dziecka w takiej odsłonie opiera się w dużej mierze na lęku i strachu. Metoda „kija i marchewki” nie determinuje trwałej zmiany. Stanowi chwilowy zryw energii i działa tylko tu i teraz. Ponadto opiera się na kontroli, odbierając dziecku naturalną potrzebę samostanowienia, czego konsekwencją jest jego podporządkowanie się bądź bunt. O tym, jak trudno zmotywować 3-latka do zjedzenia czegoś, czego nie lubi, wie każdy rodzic. Prawdziwa motywacja to nie próba sił i pokazania, kto tu rządzi. To spotkanie na parkiecie, jak pisze J. Steinke-Kalembka, a nie spotkanie na ringu.
[reklama id=”71723″]

Warto pamiętać, że to dorosły decyduje, która motywacja pozwoli mu realizować cele wychowawcze, czyli to, o co chodzi mu w wychowaniu:

  • Jeśli zależy mu na posłuszeństwie, sterowaniu zachowaniami dziecka, chętniej sięgnie po narzędzia w postaci kar i nagród.
  • Jeśli ma z tyłu głowy budowanie u dziecka wiary w siebie, a także jego poczucie kompetencji, bliższa mu będzie jednak motywacja wewnętrzna.

Motywacja wewnętrzna szanuje bowiem autonomię, opiera się na współpracy rodzic–dziecko oraz na akceptacji. A tylko takie warunki tworzą możliwości wprowadzania trwałych, zinternalizowanych zmian. Ponadto motywacja wewnętrzna rozwija elastyczne myślenie, kreatywność i otwartość, a także wpływa na trwałość relacji z innymi. Warto pamiętać, że nie daje ona efektu natychmiastowego. Budowanie relacji z dzieckiem w oparciu o motywację płynącą z jego wnętrza stanowi proces, którego efekty są trwałe i właśnie, aby takie były, potrzeba czasu.

Od czego zależy motywacja wewnętrzna dziecka?

Kierowanie się wewnętrznymi przekonaniami, a nie poddawanie się zewnętrznym wpływom i sterowaniu jest bardzo ważne w rozwoju dziecka. Uczy je zaufania do podejmowanych wyborów, pokazuje własne kompetencje i wzmacnia poczucie wartości. W interakcji rodzic–dziecko nic nie trafia w próżnię. (Choć czasami może się tak wydawać…). Nastawienia, postawy, a także wyznawane wartości i cele dorosłych stanowią tak naprawdę podstawę do budowania motywacji wewnętrznej dziecka. Dlatego chcąc rozwijać w nim tą wewnętrzną moc, rodzic powinien uważnie przyglądać się również sobie. Sposób budowania relacji z dzieckiem, komunikacja z nim oraz postrzeganie i rozumienie przez dorosłych jego rozwoju stanowią punkt wyjścia do wzbudzania u dziecka energii do inicjowania działania i angażowania się w nie (poparte przy tym poczuciem sensu i wiarą w to, co się robi).
Ponieważ dzieci rodzą się z naturalną chęcią odkrywania i poznawania świata, otaczające je środowisko ma na nie olbrzymi wpływ. Jeśli rodzic będzie zaspokajał psychiczne potrzeb swojego dziecka, tj. potrzebę relacji, autonomii oraz dążenia do rozwoju, stworzy mu tym samym warunki do działania opartego na poczuciu sensu. Warto dążyć również do zrozumienia motywacji samego dziecka, słuchać je i słyszeć (!).

Rodzic jako inspirator

Wiadomo, że dzieci uczą się błyskawicznie przez naśladownictwo. Mogą słyszeć wiele rzeczy na temat tego, co wypada, a co nie, lecz tak naprawdę obserwując dorosłych, kopiują ich zachowania i postawy. Rodzic reagujący lękiem na wszelkie wyzwania i nowości taki sam model przekazuje własnemu dziecku. Jest to szczególnie widoczne wśród małych dzieci, które stoją przed „wyzwaniem” np. wejścia na drabinki. Reakcja rodzica na to zdarzenie wydaje się być kluczowa. Usłyszane: „Jesteś za mały. Nie wchodź, bo spadniesz” umniejsza kompetencje dziecka i sprawia, że (raczej) nie podejmie działania. Natomiast: „Widzę, że chcesz wejść na drabinki. Będę stała z boku” stanowi szansę, że dziecko zacznie się wspinać.
Sposób, w jaki rozmawiamy z dzieckiem, w znacznym stopniu może wpływać na jego motywację do działania. Stosowanie w imię dobrych intencji porównań (nawet „w górę” ): „Maciek ćwiczył dłużej przed testem niż ty, dlatego odniósł sukces” i etykiet: „Jesteś taką mądrą dziewczynką” nie powoduje, że dziecko czuje większą chęć lub energię do działania, wręcz przeciwnie. Sprawia, że może pojawić się wycofanie („Maciek jest lepszy ode mnie”) i dodatkowa odpowiedzialność za powierzoną rolę („Muszę pokazać, że jestem naprawdę mądra. Nie mogę zawieść”).
[reklama id=”76088″]
W budowaniu motywacji wewnętrznej dorosły może stać się inspiratorem dla swojego dziecka. Aby rozwijać jego motywację, może inicjować i zachęcać je do działania, a także pokazywać własne aktywności. Okazując dziecku troskę i akceptację, wspierając w podejmowanych działaniach i pokazując swoje zaangażowanie, będzie wzmacniał jego poczucie sensu. Rodzic, by inspirować swoje dziecko, powinien również dbać o własny rozwój, pielęgnować pasje i zainteresowania. Przede wszystkim jednak powinien dobrze poznać własne dziecko i nauczyć się je słuchać.

Komu na tym zależy?

Zdarza się, że dorośli mają w głowie określone oczekiwania na temat np. zachowania dziecka. Podejmują rozmaite próby „zmotywowania” go i zastanawiają się, dlaczego nic nie działa. Tymczasem skuteczna motywacja opiera się na poczuciu sensu i celowości wykonywania określonego działania.
Warto sobie odpowiedzieć na pytania: Czyj to cel? Komu na tym zależy? Może to rodzice chcą, żeby dziecko miało w pokoju porządek, a ono doskonale odnajduje się w bałaganie? Może mama chce, żeby syn zjadł brukselkę, ponieważ zależy jej na zdrowiu dziecka, tymczasem on nie ma takiego zamiaru? Dziecko nie będzie czuło prawdziwej motywacji, przy realizacji rodzicielskiego celu, jeśli to nie będzie jego własny cel. Musi mieć poczucie sensu, że to, co robi, jest mu do czegoś potrzebne, jest dla niego ważne. A wszystko zaczyna się od wartości…
„Wartości wyznaczają kierunek naszych działań. Można porównać je do Gwiazdy Polarnej, która świeci na nocnym niebie i nie pozwala zabłądzić. Znając swoje wartości i realizując je w codziennym życiu, czujemy się szczęśliwsi i bardziej spełnieni (…). Więź (…) musi być dla dziecka ważna, powinno się czuć bezwarunkowo kochane i akceptowane jako osoba, aby móc otworzyć się na wzorce i wartości, które (rodzic chce – przyp. red.) mu przekazać” (fragment z książki: Dodaj mi skrzydeł. Jak rozwijać u dzieci motywację wewnętrzną?).
Jak pisze J. Steinke-Kalembka, dziecko początkowo nie dostrzega wartości w tym, co robi, podejmuje działanie dlatego, że wie, że rodzicowi na tym zależy. Z czasem zaczyna rozumieć jednak, co jest ważne, i dostrzegać w tym sens. To dziecko wybiera spośród rodzicielskich wartości te odpowiednie dla siebie. Rola dorosłego polega na wspieraniu go w podejmowanych decyzjach.

Kategorie
zdrowie

Dlaczego jesienią nie czas na kalafiora, czyli 10 tradycyjnych metod na walkę z jesiennymi dolegliwościami

Jesienne pożywienie

Jesień jest porą żniw i skupiania w sobie na wszystkich poziomach, czasem gromadzenia paliwa, pożywienia i ciepłych ubrań, czasem, w którym trzeba się przygotować na nadchodzący bezruch zimy. Wszystko w przyrodzie kurczy się i magazynuje energię na długą zimę.
Aby przygotować pożywienie, które odzwierciedla cechy jesieni, musimy uzmysłowić sobie te przemiany, zachodzące także w organizmie ludzkim. Obfitość kurczącej się natury powinna być odzwierciedlona w kuchni poprzez wybór smaków i pokarmów pozwalających na zgromadzenie i skupienie w sobie niezbędnej siły i energii.

Oto 10 metod zapobiegania jesiennym dolegliwościom będących połączeniem tradycji wschodnich i nowoczesnej wiedzy o żywieniu:

1. Więcej smaku kwaśnego

Jesień to pora, w której po letnim rozprężeniu ciało i umysł rozpoczynają ponowną, stopniową kumulację energii. Sprzyjają temu potrawy kwaśne. Zacznij więc wprowadzać powoli do jesiennej diety: chleb na naturalnym zakwasie, kapustę kiszoną, oliwki, ogórki kiszone, por, fasolkę adzuki, herbatkę z owocu róży, ocet winny oraz kwaśne odmiany jabłek, śliwek i winogron. Pij sok z kiszonych buraków i kiszonej kapusty, które dodatkowo budują florę bakteryjną jelit, oraz antygrypinę z grejpfruta (wraz z pestkami – działają jak citrosept).

2. Białe, ostre pokarmy

Jesień to okres ochrony przed stopniowo ogarniającym ziemię zimnem. Wybieraj potrawy ostrzejsze. Rozgrzewają i pomagają rozproszyć zablokowaną przez śluz energię narządów związanych z jesienią, a zatem jelita grubego i płuc. Wszelkie ostre pokarmy takie jak pikantne pieprze i papryczki chili stanowią naturalną ochronę płuc, ale obecnie powinno się dodawać także niewielką ilość białych pokarmów ostrych. Spożywaj więc więcej roślin z rodziny cebulowatych, zwłaszcza czosnku, również rzepę, imbir, chrzan i rzodkiew. Codziennie dodawaj do gotowania biały pieprz. Pomaga on wytworzyć tzw. wewnętrzne wiatry, które według tradycji wschodniej chronią nas przed wiatrem z zewnątrz – główną przyczyną jesiennych przeziębień.

3. Jaglanka na suchość i kaszel

Kiedy jesienią przeważa suchy klimat, ważne jest, by wiedzieć, jak przeciwdziałać jego wpływowi. W tym celu należy spożywać pokarmy nawilżające: szpinak, jęczmień, proso, orzeszki, nasiona sezamu i inne. Używanie niewielkiej ilości soli do gotowania także ma działanie nawilżające suchość. Na szczególne wyróżnienie zasługuje tutaj jaglanka. Ta królowa kasz doskonale wpływa na układ oddechowy, leczy kaszel i zatoki. Ponadto ma niski indeks glikemiczny, czyli wolno uwalnia cukier do krwi, co powoduje długie uczucie sytości i nie uzależnia jak inne potrawy bogate w cukier.

4. Goździk z kurkumą i miód z maliną, czyli naturalne antybiotyki i probiotyki

To pokarmy, których nie może zabraknąć w jesiennej diecie. Goździk, mający działanie silnie odkażające, to niezastąpiony pogromca bólu gardła: wystarczy pożuć kilka sztuk i problem z piekącym gardłem znika. Kurkuma, mająca działanie bakteriobójcze, może być dodawana w małych ilościach do każdej zupy lub pita chociażby w formie złotego mleka.
[reklama_col id=”57859, 58215, 58457″]
Ponadto warto wykonać sobie domowy probiotyk. Maliny (jeszcze można kupić na rynku) zalewamy miodem (najlepiej wielokwiatowym) i trzymamy w temperaturze pokojowej, odwracając co jakiś czas słoik do góry dnem. Po trzech dniach słoiczek wkładamy do lodówki. Tak sfermentowane maliny i sok to naturalny probiotyk, a przy tym doskonały dodatek do kaszy jaglanej czy domowego budyniu, który warto w tym czasie stosować regularnie. Jesienią dobrze jest skupić się na dostarczaniu organizmowi odpowiedniej ilości probiotyków i synbiotyków, by w ten sposób zbudować odporność w jelitach. Innym wspaniałym orężem w walce z grypą i przeziębieniem jest niewątpliwie najmocniejszy naturalny antybiotyk, który warto wykonać samemu w domu. Siekamy: cebulę, czosnek, imbir, papryczkę chilli, korzeń chrzanu i kurkumy i zalewamy organicznym octem winnym; po dwóch tygodniach przecedzamy i wlewamy do buteleczki. Tak przygotowany napitek pijemy po 1 łyżeczce dziennie w celu wzmocnienia i uodpornienia organizmu.

5. Dobre tłuszcze

Odbudowa witalności skóry nadmiernie wysuszonej działaniem promieni słonecznych może odbywać się poprzez picie jednej łyżeczki dobrego tłuszczu spośród poniższych: oleju z ogórecznika lekarskiego, oleju z czarnuszki, oleju lnianego, oliwy z oliwek, dobrego norweskiego tranu.

6. Strażnik odporności, czyli witamina C

Witaminę C (inaczej kwas L-askorbinowy), wspierającą nasz układ immunologiczny, dostarczamy organizmowi w okresie jesiennym codziennie, najlepiej w formie naturalnej (średnie dzienne zapotrzebowanie dziecka na witaminę C wynosi 40–75 mg, osoby dorosłej 75–100 mg). Niezastąpionym jej źródłem oprócz słynnych cytrusów jest owoc kiwi, czyli chińska jagoda. Jeden owoc ma w swoim składzie dzienną zalecaną dawkę kwasu askorbinowego dla osoby dorosłej. Warto zatem przekonać się do systematycznego jedzenia go. Inny najlepszy dla nas produkt pochodzenia naturalnego bogaty w witaminę C to owoc aceroli, czyli tzw. wiśni z Barbados (najbogatsza znana na świecie krynica tej witaminy, zawiera od 1000 do 4500 mg/100 g – jeden owoc zastąpi tu kilogram cytryn); jest jednak trudno dostępna na naszym rynku, najczęściej w formie sproszkowanej. Kopalnią witaminy C i niezastąpionym suplementem diety w okresie częstych zachorowań będzie również młody jęczmień, który zawiera dawki wszystkich znanych witamin i minerałów – nie bez kozery okrzyknięty został cudownym eliksirem. Ale także: czarna porzeczka (posiada w składzie dużą ilość witaminy P, tzw. bioflawonoidów, która ułatwia przyswajanie kwasu askorbinowego), owoce dzikiej róży, pigwowca japońskiego, truskawki, sok z aloesu oraz czerwona papryka (zawiera trzykrotnie więcej witaminy C niż cytrusy) czy modna dziś miechunka peruwiańska (ok. 11mg/100g, a więc więcej niż jabłko). Na wyróżnienie zasługuje ponadto żurawina, która, stanowiąc dobre źródło witaminy C, zawiera również wiele innych, cennych witamin i składników czyniących ją unikalną i niezwykle przydatną w codziennej profilaktyce, a także w leczeniu stanów zapalnych i infekcji. Warto zatem włączyć ją do jesiennego jadłospisu, ale również pamiętać o niej jako o dodatku leczniczym podczas choroby.
W przypadku zachorowania sama witamina C niestety nie wystarczy. Dostarczana profilaktycznie osobom zdrowym będzie miała jednak znaczny wpływ na zwiększenie odporności i pomoże uniknąć przeziębień na długie miesiące, a nawet lata. Dostarczajmy więc witaminę C naszemu organizmowi z możliwie jak największej liczby różnych źródeł, nie bądźmy monotonni przy wyborze owoców i warzyw. Miejmy ponadto na uwadze fakt, że do prawidłowego metabolizmu tego strażnika odporności niezbędny jest tlen, o którym mało kto pamięta. Jest on najistotniejszy ze wszystkich substancji odżywczych. Dlatego w parze z dostarczaniem organizmowi witaminy C winny pójść kuracje dotleniające.

7. Aktywność fizyczna i ekspozycja na jesienne słońce

Obniżenie poziomu energii może wynikać zarówno z przepracowania, jak i z braku wystarczającej ilości ćwiczeń fizycznych. Powszechnie wiadomo, że nadmierna praca fizyczna wyczerpuje ciało, a brak aktywności doprowadza do zaniku mięśni i niewydolności krążenia (ruch ma także działanie odkwaszające organizm). Dlatego w porze wiatrów nie należy absolutnie rezygnować z aktywności na świeżym powietrzu. Minimum dwie godziny na zewnątrz to wskazana dawka dla każdego. Ponieważ dzień staje się krótszy, warto wykorzystać ostatnie promienie jesiennego słońca i postawić na kontakt z naturą, mający na nas zawsze zbawienny wpływ. Zgromadzone w ten sposób endorfiny stanowić będą niezastąpione oręże do walki z jesienną depresją.

8. Rozgrzewające potrawy i długie gotowanie

Esencja pożywienia jest odbierana poprzez zmysł węchu, który jest związany z płucami. Dlatego cieple aromaty gotowanego, pieczonego i smażonego pożywienia pobudzają apetyt, a skoncentrowane pokarmy i korzenie (warto jeść w tym okresie wszelkie warzywa korzenne) zagęszczają krew, co jest odpowiednim przygotowaniem do chłodniejszej pogody. Jesienne pożywienie winno być zatem gotowane dłużej niż to przygotowywane w lecie, do zupełnej miękkości, co pozwala zgromadzić energie niezbędną do przetrwania nadchodzącej zimy. W celach rozgrzewających rezygnujemy z wychładzającego kalafiora na koszt zupy z soczewicy z dodatkiem chrzanu, dyniowej z imbirem czy rosołku (tzw. zupy mocy). Jeśli zaś chodzi o napoje, odstawiamy miętę i zieloną herbatę, które działają wychładzająco. Zastępujemy je rozgrzewającymi naparami imbirowymi z dodatkiem cytryny, pigwy, miodu, kardamonu, goździków, pieprzu cayenne. Poleca się także herbatki ziołowe, w szczególności: lipową, napar z kwiatów czarnego bzu oraz zalecaną głównie dzieciom herbatkę TLACI (tymianek, lukrecja – działa wykrztuśnie – anyżek, cynamon, imbir gotujemy na wolnym ogniu, pijemy przez dwa tygodnie, później dwa tygodnie przerwy).

9. Błonnik i zero cukru

Aby oczyścić po lecie płuca i jelito grube, należy zwiększyć ilość pożywienia o dużej zawartości błonnika (to niestrawialna część pożywienia – otręby zbóż, miąższ owoców, ściany komórkowe warzyw). Najbardziej racjonalne podejście polega na spożywaniu całej gamy odmian błonnika w postaci pełnowartościowego pożywienia roślinnego (warzywa i owoce). W stanach przeziębienia czy gorączki wskazana jest zupełna rezygnacja z białego cukru. Jest on bowiem naturalną pożywką bakterii i drobnoustrojów, a ponadto na jego trawienie zużywane są nasze zasoby mineralne i energetyczne.

10. Wietrzenie i odpowiednia temperatura sypialni

Wywietrzone i dobrze nawilżone powietrze w sypialni uchroni nas przed nadmiernym wysuszaniem śluzówki gardła oraz skóry (to ważne szczególnie w sezonie grzewczym). W czasie wysokiego stężenia smogu można użyć jonizatora powietrza. Dodatkowo, by zapobiec rozrostowi drobnoustrojów, warto utrzymywać niezbyt wysoką temperaturę pomieszczeń (około 22 stopni).

Kategorie
wychowanie

Dziecko w reklamie, czyli jak rynek manipuluje naszymi dziećmi

Fragment artykułu „Dziecinnie łatwy pieniądz”, „Tygodnik Powszechny” 2017, nr 43.


Joanna Rusinek dla „Tygodnika Powszechnego”

Klient, czyli zysk

Świeżaki to maskotki w kształcie warzyw i owoców. Można je dostać „za darmo” w sklepach Biedronka. Wystarczy uzbierać 60 naklejek-punktów, przyznawanych za zakupy. Za każde wydane 40 zł klient dostaje punkt. Naklejki można też otrzymać, kupując owoce, warzywa i produkty oznaczone specjalnym znakiem oraz po okazaniu karty lojalnościowej. Aby dostać darmowego pluszaka, trzeba więc wydać nawet 2,4 tys. zł, a żeby zebrać cały gang – 9,6 tys. zł.
Promocja ta, mająca zachęcać najmłodszych do jedzenia warzyw i owoców, ma jeszcze jeden cel – pomysłodawcy świeżakowych działań marketingowych starają się uczynić z dzieci przyszłych klientów Biedronki. Wiedzą, że dzieci, u których wyrobiono zamiłowanie do marki, stają się z reguły jej lojalnymi klientami. A tacy są najważniejsi, bo przynoszą największe zyski. Jak podaje socjolog Tomasz Szlendak, jeden klient wierny marce przez całe życie jest dla niej wart ok. 100 tys. dolarów (równowartość ok. 362 tys. zł).

Chodzi nie tylko o dzieci

Producenci, handlowcy i twórcy reklam wiedzą, że aby zwiększyć sprzedaż, należy skierować reklamę do dzieci, które nie tylko posiadają własne pieniądze i samodzielnie je wydają, ale też wpływają na decyzje zakupowe rodziców. Według raportu „Junior Shopper 2015”, już dwa lata temu łączna suma oszczędności wszystkich polskich dzieci w wieku 7–15 lat przekraczała miliard złotych, a większość z nich wydawała swoje pieniądze najczęściej na słodycze, napoje i przekąski.
Fakt, że podczas zakupów dorośli biorą pod uwagę zdanie dzieci, może wydawać się pozytywny. Podobnie bywają interpretowane działania marketingowe skierowane do najmłodszych – potwierdzając jakoby, że są oni traktowani poważnie, jako podmioty obdarzone zdolnością podejmowania słusznych decyzji i samodzielnego dokonywania wyborów.
Kłopot w tym, że nie można tu mówić o prawdziwym upodmiotowieniu. Bo przecież istotą podmiotowości nie jest – przynajmniej na razie – zdolność ulegania reklamie i konsumowania bez umiaru…
[reklama id=”59878″]
Tak naprawdę kierowanie do dzieci przekazów reklamowych uprzedmiotawia je jeszcze bardziej, czyniąc z nich narzędzia służące do wyciągania pieniędzy z portfeli rodziców. Jest to działanie nieetyczne, dlatego tak często przykrywa się je woalką szczytnego celu, np. promocji zdrowego odżywiania. Jabłko w zestawie Happy Meal nie sprawi, że cheeseburgery staną się zdrowsze – i podobnie zachęcanie do jedzenia warzyw i owoców nie zmienia faktu, że tu chodzi o działania marketingowe, których adresatami są dzieci.

Co na to prawo

Jak dotąd nie powstał w Polsce choćby jeden akt prawny regulujący w sposób całościowy kwestię reklamy skierowanej do dzieci. Przepisy dotyczące marketingu są zapisane w różnych ustawach, zakazuje się kierowania do dzieci reklam produktów leczniczych i piwa oraz reklamowania i promocji wyrobów tytoniowych czy papierosów elektronicznych w szkołach, placówkach oświatowych, prasie dziecięcej i młodzieżowej.
W ustawie o wychowaniu w trzeźwości znajduje się zakaz udziału dzieci w reklamach piwa. To jeden z dwóch produktów. Drugim jest… mleko dla niemowląt do 6. miesiąca życia. Ani w reklamach, ani na opakowaniach tego mleka nie wolno zamieszczać wizerunków niemowląt ani żadnych innych obrazów lub tekstów idealizujących karmienie butelką dzieci w pierwszym półroczu życia. Ustawodawca dostrzegł, że udział małych dzieci w reklamie zwiększa jej skuteczność (bo wywołuje u odbiorcy pozytywne emocje, wzrusza, rozczula, ociepla wizerunek marki), i postanowił ochronić rodziców przed jej szkodliwym wpływem.
Poza piwem i mlekiem początkowym wszystkie inne produkty i usługi, których reklama nie jest zabroniona, mogą być reklamowane z wykorzystaniem wizerunków dzieci. I oczywiście są.
Rozkoszne półnagie niemowlęta reklamują zarówno pieluchy, jak i konta internetowe w bankach, kilkulatki – zabawki i sprzęt AGD, nastolatki – chipsy i firmy ubezpieczeniowe. Dzieci w każdym wieku biorą też udział w reklamach leków i suplementów diety, choć same nie mogą być ich odbiorcami. Co ciekawe, prawo farmaceutyczne nie tylko zabrania kierowania do dzieci reklam produktów leczniczych, ale także głosi, że reklama taka nie może zawierać „żadnego elementu, który jest do nich kierowany”.
Jak mają się do tego wręczane chorym dzieciom w gabinetach lekarskich i zabiegowych naklejki z napisem „Dzielny pacjent” i nazwami produktów leczniczych? Albo obrandowane kolorowanki, książeczki, lizaki, cukierki i inne gadżety ocierające łzy po ukłuciu igłą?

Pośrednio wprost

Zakaz umieszczania w reklamie bezpośrednich wezwań do kupowania reklamowanych produktów lub nakłaniania do tego rodziców znajduje się również w ustawie o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym. Ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji zakazuje ponadto odwoływania się do uczuć przez wykorzystywanie łatwowierności dzieci.
Gdyby sens tych zapisów był respektowany, w naszym kraju nie tworzono by żadnych reklam skierowanych do dzieci. Każda de facto nawołuje bowiem dzieci do nabywania produktów lub usług. Podobnie każda reklama adresowana do dzieci tak naprawdę zachęca je do wywierania presji na rodziców w celu skłonienia ich do zakupu, nawet jeśli zachęta ta nie jest wyrażona wprost.
Wszystkie reklamy skierowane do dzieci wykorzystują też ich łatwowierność i ufność oraz brak krytycyzmu i umiejętności czekania na spełnienie zachcianek. Dzieci do 8. roku życia nie odróżniają treści reklamowych od innych przekazów medialnych ani fikcji od rzeczywistości, więc wszystkie reklamy są dla nich realne.

Zasady własne

Większe znaczenie dla ochrony dzieci przed szkodliwym wpływem przynajmniej części reklam ma niezależna inicjatywa nadawców, którzy zobowiązali się, że audycjom dla dzieci nie będą towarzyszyły reklamy niezdrowej żywności (słodyczy, napojów bezalkoholowych, chipsów i innych słonych przekąsek), a inne produkty spożywcze będą reklamowane tylko wtedy, gdy spełnią specjalne kryteria żywieniowe. Porozumienie – podpisane przez Telewizję Polską, ITI Neovision, Polsat, Telewizję Puls, TVN, The Walt Disney Company (Polska) i VIMN Poland – weszło w życie na początku 2015 r. Jak wynika z kontroli przeprowadzonej przez Krajową Radę Radiofonii i Telefonii, nadawcy wywiązują się z tego zobowiązania.
Walka ta nie została jeszcze wygrana, bo reklama fast foodu nadal ma się dobrze. Wprawdzie prezentowana w reklamie wersja zestawu Happy Meal – złożona z czterech małych kawałków panierowanego kurczaka, sześciu pomidorków koktajlowych, jabłka i półlitrowej butelki wody mineralnej – spełnia przyjęte przez nadawców kryteria reklamy żywności skierowanej do dzieci, ale każde dziecko wie, że w zestawie zamiast kurczaka może wybrać cheeseburgera, zamiast warzyw – frytki, a zamiast wody – shake’a.

Albo późno, albo wcale

W styczniu zeszłego roku do Sejmu wpłynęła petycja w sprawie ograniczenia reklam z udziałem dzieci oraz reklam do nich skierowanych.
Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak zapewnił, że „popiera wszelkie działania zmierzające do zapewnienia pełniejszej ochrony dzieci w przestrzeni medialnej”.
Minister kultury i dziedzictwa narodowego również poparł postulaty autora petycji, ale uznał, że ewentualne zmiany w prawie trzeba poprzedzić szczegółową analizą kwestii reklamy skierowanej do dzieci i z udziałem dzieci oraz dyskusją z organizacjami zajmującymi się ochroną dzieci i przedstawicielami rynku reklamy.
Z jednej strony to dobrze, bo działania legislacyjne nie zostaną przeprowadzone w pośpiechu. Z drugiej – nie wiadomo, kiedy (i czy w ogóle) to nastąpi.
Autoka korzystała m.in. z: Tomasz Szlendak, „Komercjalizacja dzieciństwa”, „Kultura i Edukacja” nr 2/2005.

Cały artykuł znajdziecie tutaj: „Dziecinnie łatwy pieniądz”, „Tygodnik Powszechny” 2017, nr 43.

Kategorie
wywiady

"Człowiek to jedyny ssak, który odstawia swoje potomstwo, zanim ono będzie na to gotowe". 3 historie o samoodstawieniu się dziecka od piersi

Ich historie to świadectwo, że Matka Natura naprawdę wie, co robi! Jeśli tylko mamy w sobie odpowiednio dużo świadomości, siły i samozaparcia, samoodstawienie jest możliwe. Proces ten przebiega różnie – niektóre dzieci są gotowe na pożegnanie z piersią w wieku 2 lat, a inne dopiero w okolicy 6 roku życia. Nie ma tu jednego schematu i jednego słusznego wzorca! Każda historia, podobnie jak każda mama i dziecko, są inne…

Paulina Śmiałowska, mama prawie 5-letniej Olgi, zwolenniczka rodzicielstwa bliskości, promotorka karmienia piersią, doradca noszenia, doula.

Karmienie piersią od zawsze było dla mnie bardzo naturalne. Kiedy dowiedziałam się o ciąży, było dla mnie jasne, w jaki sposób będę odżywiała swoje dziecko. Nawet przez myśl mi nie przeszło kupowanie butelek czy innych gadżetów służących do karmienia. Nigdy też nie zakładałam, ile będę karmiła. Zapewne wynika to z moich własnych doświadczeń. Mój młodszy brat był karmiony na żądanie do 4 roku życia, sam odstawił się dzień przed swoimi 4 urodzinami. Sama byłam odstawiona bardzo wcześnie i przez kilka lat nadużywałam butli, przez którą mam problemy ze zgryzem. Chciałam oszczędzić tego córce, dlatego raziło mnie, że na pierwszej wizycie położnej dostałam butelkę i próbki mieszanek oraz gazetki koncernów reklamujące mleko modyfikowane i słoiczki! Tym bardziej że wszystkie organizacje prozdrowotne zalecają karmienie wyłącznie piersią przez pierwsze 6 miesięcy, a potem mleko nadal ma być podstawą żywienia niemowląt.

Na szczęście, świadoma możliwości mojego organizmu, dobrze przygotowana przez wspaniałe położne do porodu i wejścia na mleczną drogę, nie miałam żadnych obaw. Wiedziałam, że obie z córką potrzebujemy czasu na nauczenie się siebie i karmienia. Oczywiście zdarzały nam się drobne problemy związane z zatkanymi kanalikami, zastojem czy później poranionymi brodawkami, ale nigdy nie było to nic poważnego. Nie poddawałyśmy się, choć zapewne ułatwieniem było to, że córka była idealnym niemowlakiem. Jadła co 3 godziny, w nocy budziła się 2–3 razy. Byłyśmy wyspane i zadowolone.
Schody pojawiły się, gdy miała około 1,5 roku. Intensywnie eksplorowała świat i odreagowywała w nocy. Nieświadomie gryzła mnie przez sen, budziła się milion razy, jęczała, a w dzień sprawdzała granice. Byłam na skraju wytrzymałości i myślałam o odstawieniu, ale ani ja, ani G. nie byłyśmy gotowe na ten krok. Przemęczyłyśmy się kilka miesięcy i znów było normalnie i bezproblemowo. Kolejne komplikacje pojawiły się, gdy miała 2,5 roku, a potem gdy miała około 3,5 roku. Wydaje mi się, że wraz z wiekiem córka stawała się bardziej wymagająca i częściej się budziła. To często mnie dobijało, bywałam sfrustrowana, ale wiedziałam też, że z dzieckiem nic nie jest pewne i te chwilowe komplikacje miną. Wystarczyło tylko wyluzować i uzbroić się w cierpliwość.
Karmienie piersią dawało nam wolność. Podróżowałyśmy, zwiedzałyśmy, wysypiałyśmy się. Posiłek zawsze był gotowy do podania, niezależnie od sytuacji. Co bardzo mi odpowiadało i ułatwiało życie. Okazało się też ogromną oszczędnością czasu i pieniędzy.
Karmienie naturalne nie zaburzało nam rozszerzania diety, wręcz przeciwnie – pomogło łagodnie przejść do kolejnego etapu już z pomocą BLW. Córka tak jak ja uwielbiała dobrze przyprawione, wyraziste posiłki, jadła sama, piła ze szklanki, dzięki czemu mogliśmy jeść razem i wszyscy byli zadowoleni.
Przez całą mleczną drogę postępowałam intuicyjnie – gdy byłam chora, leczyłam się, jadłam to, na co miałam ochotę, podobnie z napojami, a G. nigdy nie miała problemów z brzuchem. Nigdy też nie była chora. Uważam, że mleko kobiece fantastycznie chroni nasze dzieci, pomaga na katar i wiele innych problemów i jest idealnie dostosowane do potrzeb dziecka.
Dzięki karmieniu piersią mam wrażenie, że moja więź z G. jest silniejsza. W lutym skończy pięć lat. Od dłuższego czasu nie je w dzień. Nie ograniczałam jej karmień, sama je ograniczyła. W nocy jadła tylko raz, maksymalnie dwa, ale od września poszła do przedszkola i znów je częściej. Nie ograniczam jej tego. Ufam, że jak będzie gotowa, to sama zrezygnuje.
[reklama id=”67238″]

Magdalena Stanek – szczęśliwa żona i mama ponaddwuletniej Sary. Z wykształcenia polonistka, z zamiłowania propagatorka rodzicielstwa bliskości i chustonoszenia.

Samoodstawienie dziecka od piersi to coś, co funkcjonuje wśród większości rodziców jako mit. Wielu słyszało, niewielu przeżyło. Co gorsza, osoby będące poniekąd autorytetem także podają je w wątpliwość. Kiedy moje dziecko miało 1,5 roku, usłyszałam od lekarza, że powinnam „zrezygnować już z karmienia dziecka piersią, bo dałam już, co mogłam, a samo nigdy się tego nie wyrzeknie”. Zrezygnowałam, ale z usług pani doktor.

Zacznę jednak po kolei. Początki naszej drogi mlecznej, te szpitalne, były trudne. Mam wrażenie, że w moim szpitalu nadal nie wiedzą, kim jest doradca laktacyjny, a ściskanie obolałych piersi w celu sprawdzenia, czy jest w nich pokarm, nadal funkcjonuje. Jednak dzięki mojej położnej i Hafiji udało się. Marzyłam o tym, by karmić co najmniej pół roku. Karmiłam ponad dwa.
Córka jadła, ile chciała, kiedy chciała i gdzie chciała. Całkowicie podążałam za nią w tej kwestii. Kiedy przyszedł czas na rozszerzanie diety i wprowadzenie wody do menu, wybrałam kubeczek Doidy, dzięki czemu nie musiałam inwestować w butelki i smoczki, które moje dziecko zna po dziś dzień jedynie z obrazków w książeczkach. Pierś nadal była numerem jeden – jako posiłek, napój i remedium na smutki. Kiedy córka skończyła rok, karmienia były już ustabilizowane. Jedno nad ranem, drugie przed drzemką, trzecie przed snem i czwarte w nocy. Czasem zdarzały się jakieś bonusowe. Z czasem zrezygnowała z karmienia porannego. Zaczęła spać dłużej, a po przebudzeniu jadła śniadanie, zazwyczaj kaszkę z owocami. Kaszki gotowane na wodzie albo mleku roślinnym. Kiedy skończyła 1,5 roku, przesypiała już całe noce, nie budząc się na karmienie, więc zostały nam tylko te przed drzemkami. Stan dla mnie wręcz idealny.
Dziecko moje je wszystko, co tak młoda dama jeść może. Je zdrowo, bez cukru i przetworzonej żywności. Oczywiście gusty się zmieniają i są dni, że ukochane niegdyś mięso jest na czarnej liście, ale to wszystko się bardzo szybko zmienia. Mówi się, że ząbkujące dziecko częściej prosi o pierś, odmawia stałego jedzenia. Jednak doskonale wiemy, że każde dziecko jest inne, każde też rozwija się w swoim tempie. Córce właśnie wyrzynały się kolejne zęby, kiedy pewnego dnia sama zrezygnowała z piersi do popołudniowej drzemki. Położyła się i zasnęła obok mnie, na propozycje piersi odpowiadając: „nie cesz” (nie chcesz). Uznałam, że to zapewne stan przejściowy, jednak następnego dnia sytuacja się powtórzyła. A potem kolejnego. I tak zostało nam ostatnie karmienie, dobranockowe. Miałyśmy swój rytuał: mycie zębów, kąpiel, bajeczka/historyjka/relacja dnia i zasypianie przy piersi. Tych bajeczek było coraz więcej, bo dziecię wyłudzało kolejne, a ja dawałam się namówić (śmiech). Marzyłam, że taki stan, to jedno karmienie, utrzyma się może do 3 roku życia. Przeliczyłam się. Po 2 urodzinach córa zaczęła opóźniać sięganie po pierś. Proponowałam, zachęcałam, przypominałam o mleczku, ale coraz częściej słyszałam „potem”.
Z początkiem sierpnia wyjechaliśmy na wakacje do rodziny. Tam sytuacja wyglądała identycznie. No może bardziej ją zachęcałam. Dwa dni po powrocie córa po którymś z rzędu „potem” w odpowiedzi na pierś zasnęła. I od tego czasu zasypia już bez „cycusia”. Cóż. Było mi trochę przykro, ale cieszyłam się, że stało się to samo. Słyszałam mrożące krew w żyłach opowieści koleżanek parkowych, które wybywały z domu na dwa dni, kiedy chciały odstawić dziecko od piersi (że o innych „zabiegach” nie wspomnę). Córa nadal co jakiś czas zagląda do mojego stanika, śmiejąc się w głos (nie mam pojęcia dlaczego), opowiada o „cycusiu z mleczkiem”.
To była wspaniała droga mleczna. Gdybym miała ją podsumować albo znaleźć jakiś sposób na nią, to chyba byłby to… luz. Trzeba go sobie dać, podążać za dzieckiem, nie szarpać się, nie analizować, słuchać siebie i dziecka. Dobrze wiemy, że nikt tak nie podcina skrzydeł matce jak druga matka, dlatego wszelkie dobre rady należy przepuszczać przez gęste sito własnego sumienia, a pomocy szukać u specjalistów. I czekać.

Sylwia Dziechciarz-Moskot – mama 6-letniej Leny. Jest zwolenniczką wychowywania w duchu rodzicielstwa bliskości. Interesuje się niekonwencjonalnymi metodami leczenia, namiętnie kupuje i czyta „bliskościowe” książki.

Mam 36 lat i jestem mamą 6-letniej Lenki. Jeszcze przed jej narodzinami wiedziałam, że swoje dziecko będę karmić piersią, nie wiedziałam jednak, że tak długo – do samoodstawienia, czyli 5 lat i 10 mcy. To wyszło samo, naturalnie, jako odpowiedź na jej potrzeby. Początki nie były łatwe, w szpitalu w pierwszej dobie dostała mleko modyfikowane, ponieważ nie potrafiłam przystawić jej do piersi, a ona nie mogła chwycić sutka. Nie poddawałam się jednak i dzięki mojemu uporowi udało się. Córka zaczęła ssać, a ja już nigdy nie podałam jej mleka z butelki.

Na początku nie wiedziałam, że dziecko karmione piersią może upominać się o nią co chwilę i że jest to całkiem normalne i w żadnym wypadku nie świadczy o tym, że się nie najada lub o tym, że mam chude mleko. Podawałam jej pierś za każdym razem, gdy o nią prosiła, czasem co 15–30 minut. Trwało to parę miesięcy, później przerwy między karmieniami się wydłużały. Córka nie akceptowała smoczka, a miała dużą potrzebę ssania, więc czasami byłam do jej dyspozycji 24 godziny na dobę. To normalne w początkowym okresie, w końcu mówi się, że pierwsze 3 miesiące życia dziecka to 4 trymestr ciąży. Lenka jest typem High Need Baby, dla niej pierś była nie tylko do karmienia, ale zaspokajała jej potrzebę bliskości, potrzebę ssania. W nocy do 4 roku życia potrafiła się budzić do piersi co 2 godziny. W 4 miesiącu życia budziła się nawet co godzinę albo częściej, a spowodowane to było intensywnym rozwojem układu nerwowego i mózgu. Wiedziałam, że nocne mleko jest ważne dla jej rozwijającego się mózgu i że budzi się również po to, by zaspokoić swoją potrzebę bliskości, dlatego też nigdy nie odmawiałam jej piersi ani nie oduczałam na siłę nocnych karmień.

Gdy córka skończyła rok, pomyślałam, że będę ją karmić do drugiego roku życia. W tym czasie trafiłam na różne artykuły na temat korzyści z długiego karmienia, trafiłam na forum matek długo karmiących, dowiedziałam się, że mleko matki w drugim roku laktacji ma mnóstwo przeciwciał, dlatego dziecko w wieku 2 lat potrafi się upominać o pierś co chwilę. U nas też tak było – córka potrafiła wołać o pierś co godzinę. Widziałam, jak wspaniale się rozwija, że nie choruje, jak pozytywne wpływa to na psychikę, emocje, dlatego też postanowiłam, że nie będę jej na siłę odstawiać. Zaufałam jej, swojej intuicji i pozwoliłam, żeby wszystko potoczyło się naturalnie, wedle jej potrzeb. Spotkałam się z krytyką, oburzeniem, ale to wynikało z braku wiedzy na temat laktacji, mleka matki i potrzeb dziecka. Człowiek to jedyny ssak, który odstawia swoje potomstwo, zanim ono będzie na to gotowe. Dla mnie piersi służą do karmienia, a dziecko przy piersi nie ma nic wspólnego z seksualnością, jak to niektórzy argumentowali. To cywilizacja zrobiła z piersi obiekt seksualny, a karmienie czymś, czego należy się wstydzić i co trzeba zasłaniać w miejscach publicznych. Ja nie miałam z tym problemu, karmiłam córkę do drugiego roku życia także w miejscach publicznych, tam gdzie akurat potrzebowała. Potem już tylko w zaciszu domowym. Wzięłyśmy udział w projekcie fotograficznym The Milky Way, jestem też z córką w kalendarzu La Leche League z 2015 r.
Mleko matki jest najlepsze dla dziecka, dlatego nie widziałam powodu, aby zabierać jej swoje, a zastąpić mlekiem z fabryki albo krowim. Sposób podania mi nie przeszkadzał – nie miałam zahamowań, aby podać jej pierś, w końcu to moje dziecko. Dzięki długiemu karmieniu piersią córka nie przechodziła poważniejszych chorób, jedynie przeziębienia z katarem, kaszlem i jelitówkę. To wszystko. Za każdym razem leczyłam ją naturalnymi sposobami, dzięki temu udało nam się uniknąć antybiotyku, a to chyba nieźle jak na 6 lat.
Kiedyś zapytałam córkę, dlaczego lubi pić moje mleko, odpowiedziała mi, cytuję: “żeby żyć” (śmiech). Odkąd Lenka skończyła 5 lat, upominała się o pierś tylko raz dziennie, do spania. Przełom nastąpił, gdy córce zaczęły wypadać mleczne zęby – z chwilą utraty górnych zaczęła robić sobie parodniowe przerwy. Widziałam po niej i czułam, że zanika jej odruch ssania. Zresztą sama mi mówiła, że jej źle ssać i że zrobi sobie na jakiś czas przerwę od piersi. Wiedziałam, że to niemożliwe, żeby do tego wróciła, więc wybrałyśmy sobie datę 12 sierpnia na uroczyste zakończenie karmienia, wtedy to wypadało dokładnie 5 lat i 10 miesięcy naszej wspólnej drogi mlecznej. Córka od tego momentu zasypia wtulona we mnie, z rączką na moich piersiach. Samoodstawienie w naszym przypadku było takie, jak sobie wyobrażałam – bez oduczania na siłę, bez płaczu, nerwów i stresu.

Kategorie
wychowanie

Czy faktycznie myślisz, to co myślisz? O wielkiej roli przekonań w naszym życiu

Anthony de Mello tak mówi o przekonaniach:
“Jest tylko jedna przyczyna nieszczęścia: fałszywe przekonania, które masz w głowie. Przekonania tak popularne, tak ogólnie uznane, że nigdy nie wpadniesz na to, by je podważyć”.
Być może te słowa wywołają zdumienie, być może opór, a może refleksję… Przecież całe nasze życie utkane jest z przekonań:

  • jesteśmy o czymś całkowicie przekonani,
  • walczymy o swoje przekonania,
  • domagamy się szacunku dla nich,
  • w oparciu o nie podejmujemy ważne decyzje,
  • jesteśmy ich tak pewni, że nic i nikt nie przekona nas do innej opcji…
  • Czym są przekonania?

    To nic innego jak cała paleta naszych opinii, wyobrażeń, idei na temat świata, wartości, ludzi, nas samych etc. Przekonanie to przeświadczenie lub poczucie, że to, co o czymś myślimy lub mówimy, jest prawdą. Ten nasz sposób myślenia uważamy za właściwy.
    Przekonania wpływają na jakość naszych doświadczeń, tworząc (najczęściej nie w pełni świadomy sposób) obraz naszej rzeczywistości. Posługujemy się nimi, traktujemy jako fundament życia.

    Źródła przekonań

    Wiele z nich ma swoje korzenie w naszym dzieciństwie – obdarowali nas nimi rodzice, dziadkowie, nauczyciele. Znaczenie ma to, za co opiekunowie nas chwalili, co krytykowali, dlaczego nas nagradzali lub karali.
    Niektóre z przekonań dostaliśmy od osób dla nas ważnych – przyjaciół, partnerów.
    Spora grupa przekonań powstaje na bazie naszych osobistych doświadczeń, inne zaś są tak rozpowszechnione, że przynależą całym grupom społecznym.
    [natuli2]

    Oto kilka przykładów:

    • Na pieniądze trzeba ciężko pracować.
    • Rudzi są fałszywi – nie można im ufać.
    • Nie zasługuję na miłość.
    • Nie mogę być finansowo zależna od męża.
    • Chłopaki nie płaczą.
    • Głową rodziny jest mężczyzna.
    • Dzieci muszą być posłuszne rodzicom/Dzieci i ryby głosu nie mają.
    • Nie urodzi wrona sokoła.
    • Mam słomiany zapał.
    • Zawsze znajdę pracę.
    • Cokolwiek się nie wydarzy, mamy siebie.
    • Najważniejsze, że jesteśmy zdrowi.
    • Żadna praca nie hańbi.
    • Kłopoty mijają.
    • Kto, jak nie my.
    • Zawsze warto próbować.
    • Potrafię to, ale nie zawsze mi się to udaje.
    • Warto prosić o pomoc.

    I moje ulubione, zasłyszane na warsztacie z Agnieszką Pietlicką: „Są dwa uda: albo się uda, albo się nie uda”.

    Rola przekonań

    Każde z nich ma wielką moc. Zarówno te wspierające, jak i te ograniczające. Wiele przekonań nas uskrzydla, dodaje motywacji i energii do działania, pomaga kształtować satysfakcjonujące życie. Jednak te, które podcinają nam skrzydła, prawdziwie zatruwają naszą codzienność, choć często nie jesteśmy tego świadomi.
    Przekonania mają także za zadanie porządkować naszą rzeczywistość, upraszczać ją nam – mamy swoje zdanie na temat szczepień, diety, wychowania dzieci, ugrupowań politycznych, myśliwych, mężczyzn, kobiet etc. Poruszamy się w bezpiecznych i przewidywalnych dla nas ramach, nawet przekonania negatywne zaspokajają bowiem nasze potrzeby. Na przykład jeśli jakaś kobieta doświadczyła zdrady od dwóch kolejnych partnerów, to najprawdopodobniej będzie przekonana, że nie warto ufać mężczyznom. Takie przekonanie chroni ją przed kolejnym ewentualnym zranieniem. Kiedy pierwszoklasista wciąż słyszy, że mu się nie udaje, że za mało pracuje, może pomyśleć, że jest do niczego – takie przeświadczenie zniechęci go do kolejnych wyzwań i oszczędzi mu rozczarowania. I choć na pewnym etapie tego typu przekonania bywają pomocne, zaspokajają ważne dla nas potrzeby, to z czasem, gdy nasza sytuacja życiowa się zmienia, a one pozostają skostniałe – zaczynają nas blokować na różnych płaszczyznach naszego życia.

    Punkt zwrotny

    Gdy uświadomiliśmy sobie istnienie naszych przekonań i ich wpływu na nasze życie, warto sprawdzić:

    • czy faktycznie nam służą?
    • jakich obszarów dotyczą?
    • czy moja mapa świata pozwala mi na spokojne i szczęśliwe życie?
    • czy dzięki niej mogę realizować moje plany?

    Warto poprzyglądać się swoim fundamentalnym przekonaniom krok po kroku:

    • co myślę o sobie?
    • co myślę o swoich możliwościach?
    • czym jest dla mnie życie?
    • jak postrzegam swoją przeszłość?
    • jak widzę swoją przyszłość?
    • co myślę o pieniądzach?
    • czym jest dla mnie miłość?
    • jak postrzegam swój związek?
    • co myślę o swojej pracy?
    • co myślę o ludziach w ogóle?

    Tych pytań może być znacznie więcej. Po udzieleniu sobie na nie odpowiedzi (najlepiej pisemnie) zastanówmy się, co czujemy, gdy to właśnie myślimy, przyjrzyjmy się naszym reakcjom w ciele – może nieświadomie zaciskamy szczęki, może napinamy plecy albo czujemy ucisk w żołądku. Następnie sprawdźmy, jakie działania podejmujemy pod wpływem tych myśli.
    Możemy też zacząć od przekonań bardziej prozaicznych:

    • Nie mam czasu na przyjemności.
    • Wszystko jest na mojej głowie.
    • Moja teściowa ciągle się wtrąca.
    • Nie mogę polegać na moich kolegach z pracy.
    • Nikt mi nie pomaga.
    • Żona mnie nie docenia.
    • On ciągle dokucza siostrze itd.

    Po sporządzeniu listy i zaobserwowaniu swoich reakcji, odczuć, określeniu sytuacji, w których te przekonania się pojawiają, po przeanalizowaniu swojego zachowania wywoływanego tymi myślami zastanówmy się:

    • czy te przekonania zaspokajają moje potrzeby?
    • które z nich?
    • w jaki sposób?
    • co dzięki nim uzyskuję?

    Przemyślmy też:

    • czego mnie pozbawiają?
    • czy zaspokajanie moich potrzeb poprzez konkretne przekonanie odbywa się kosztem innych osób?
    • czy to przekonanie jest prawdziwe?

    Jeśli dopuścimy myśl o tym, że może być inaczej, niż nam się wydaje – od dziesięciu lat na przykład – to jesteśmy na dobrej drodze do zmiany. Oczywiście to droga raz łatwiejsza, raz trudniejsza. Nie da się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestać wierzyć w coś, co się dobrze znało, i zacząć z dnia na dzień ufać nowemu. Nie sprawdza się także całkowite odwracanie przekonania np.: „Nikt mi nie pomaga” na „Wszyscy mi pomagają”, bo to oszukiwanie siebie. Ale myśl: „Są tacy, którzy mi pomagają” otwiera na sprawdzanie jej w rzeczywistości. Wtedy też odnotujmy swoje uczucia rodzące się pod jej wpływem, przyjrzyjmy się reakcjom ciała. Kiedy dostrzeżemy różnicę, możemy zastąpić stare przekonanie nowym.
    Możemy poszukać jakiegoś słowa lub gestu, które będą nam o nim przypominały, można je zapisać na kartce i powiesić na lodówce, by nam się utrwalały.
    Praca z przekonaniami pokazuje, że każdy z nas może być świadomym reżyserem swojego życia. Ich transformacja jest najlepszym sposobem na zmianę swoich reakcji, osiąganie życiowych celów i szczęśliwe, spełnione życie. Przekonania mają przecież wielką moc.

    Kategorie
    naturopatia

    Migdałki – wycinać czy nie?

    Czym są powiększone migdały?

    U dzieci w wieku od 3 do 7 lat często dochodzi do powiększania się migdałka gardłowego i migdałków podniebiennych. Jest to następstwem nawracających infekcji wirusowych i bakteryjnych górnych dróg oddechowych, alergii, refluksu żołądkowo-przełykowego oraz narażenia na dym tytoniowy. Znaczny przerost migdałka gardłowego powoduje gorszą drożność nosa i wyciek wydzieliny, mowę nosową, upośledzenie węchu, chrapanie. U dziecka pojawiają się nawracające zapalenia uszu, zatok przynosowych, czasem przewlekłe wysiękowe zapalenie ucha z pogorszeniem słuchu. Przy długotrwałym, nieleczonym przeroście migdałka gardłowego obserwuje się twarz adenoidalną: wydłużoną, z otwartymi ustami i wadą zgryzu. Przerost migdałka gardłowego prowadzi również do zaburzeń wymowy − tu najczęściej występuje „kluskowata” mowa, także chrapanie i zaburzenia snu. Dziecko częściej zapada na infekcje dróg oddechowych, może mieć trudności w połykaniu. Negatywnym efektem przerostu obu typów migdałków mogą być zaburzenia zachowania, trudności szkolne, czasem niedowaga.

    Dziecko ma powiększone migdałki i wciąż choruje, lekarz radzi, by je wyciąć, to problem sam się rozwiąże. To dobry pomysł?

    Niekoniecznie. Choć są oczywiście sytuacje, w których trzeba to zrobić. Migdałki podniebienne to część układu chłonnego i pierwsza obrona przed wirusami bakteriami i innymi chorobotwórczymi drobnoustrojami. Jeśli pochopnie je usuniemy, dziecko co prawda nie zapadnie już na anginę, ale zacznie zapadać np. na zapalenia oskrzeli czy płuc. Najnowsze standardy leczenia zakładają więc wycinanie migdałków jedynie wtedy, gdy dziecko cierpi z powodu nawracających zapaleń migdałków o podłożu paciorkowcowym. W celu diagnostyki trzeba zrobić wymaz z gardła i jeśli okaże się, że to paciorkowiec β-hemolizujący z grupy A (bakteria Streptococcus pyogenes) jest winny – to zdecydowanie lepiej zdecydować się na zabieg usunięcia migdałków. Zakażenie tym paciorkowcem może bowiem doprowadzić do ciężkich powikłań. Niektóre pojawiają się na tyle późno, że w ogóle nie kojarzymy ich z tym, że dziecko przebyło jakiś czas temu anginę. Stan zapalny migdałków stanowi ognisko zakażenia i jego efektem mogą być takie schorzenia jak m.in. popaciorkowcowe zapalenie kłębuszków nerkowych, popaciorkowcowe zapalenie stawów, zapalenie mięśnia sercowego.

    Jeśli jednak to nie jest zakażenie paciorkowcowe, nie wycinamy migdałków, tylko…?

    Leczymy przyczyny zapaleń. Informację o tym, co je wywołuje, otrzymamy po analizie wymazu z gardła. Często przyczyną nawracających zapaleń mogą być np. Candida albicans (drożdżak), gronkowiec złocisty albo Escherichia coli. Zapamiętajmy jednak, że ani przewlekłe nosicielstwo bakterii innych niż Streptococcus pyogenes, ani grzybica nie są w żadnym wypadku wskazaniami do wycinania migdałków.

    Co zatem robić? Dziecko jest chore przynajmniej raz na miesiąc, opuszcza szkołę, bierze antybiotyki… Domowe sposoby łagodzą objawy, ale na dłuższą metę nie działają.

    Są lekarze, którzy polecają szczepionkę. Są dwa rodzaje takich środków. Pierwsze z nich to środki biologiczne zawierające liofilizaty bakterii. Należą do nich takie preparaty jak Broncho-Vaxom, Ismigen. Z mojej praktyki wynika jednak, że tylko część dzieci dobrze reaguje na takie leki i przestaje chorować, innym niestety one nie pomagają. Druga możliwość to podanie leków homeopatycznych o działaniu stymulującym odporność przeciwbakteryjną, np. w przypadku wykrycia gronkowca podajemy Staphylococcinum, a jeśli chorobę wywołuje bakteria E. coli – Colibacillinum. Terapię taką powinien zawsze przepisać i prowadzić wykwalifikowany lekarz.

    W wielu przypadkach do przerostu migdałków podniebiennych, a także trzeciego migdała dochodzi na tle alergicznym. Na przykład przy alergii na białko mleka krowiego albo białko jaja kurzego częstym objawem są przewlekłe stany zapalne błony śluzowej. W rezultacie nie jest ona w stanie obronić organizmu przed infekcją. Jeśli dziecko wciąż choruje, warto zrobić test z oznaczający przeciwciała IgE dla alergenów (do trzeciego roku życia nie wykonuje się u dzieci innego rodzaju testów alergicznych). Jeśli uda się wykryć alergen – najlepszym leczeniem jest leczenie przyczynowe, czyli eliminacja alergenu z diety dziecka. Takie postępowanie w przypadku np. skazy białkowej czy nietolerancji białek mleka krowiego daje spektakularne efekty i często ratuje dzieci przed niepotrzebnym usunięciem migdałków.

    A czy przerost trzeciego migdałka jest wskazaniem do operacji?

    Tak, jeśli jest tak rozrośnięty, że uciska trąbkę słuchową, dochodzi do gromadzenia się płynu wysiękowego w uchu środkowym, w konsekwencji do przewlekłego zapalenia ucha środkowego, a nawet niedosłuchu. Leczenie homeopatyczne może znacznie zmniejszyć obrzęk i stan zapalny błony śluzowej trąbki słuchowej oraz przerost trzeciego migdałka. Sięgamy tu po takie preparaty jak: Apis mellifica, Poumon histamine, Kalium muriaticum, Mercurius dulcis. Leki te, połączone z dietą eliminacyjną, w przypadku alergii dają bardzo dobre efekty i często pozwalają uniknąć traumatycznej dla dziecka operacji.

    Kategorie
    niemowlę

    Chusta i nosidło ergonomiczne. Korzyści dla dziecka i rodzica

    Pierwsze dziecko woziłam w wózku, a czasem nosiłam na rękach, a moje drobne ciało bolało. Babcie aż huczały, że rozpieszczę zanadto swoje dziecię, lecz chciałam je nosić i dawać mu swoją bliskość i poczucie bezpieczeństwa wtedy, kiedy ono tego potrzebuje. Dlatego w ciąży z drugim dzieckiem zdecydowałam, że będę je nosić w chuście lub nosidełku. Kupiłam potrzebny sprzęt i wyszkoliłam się w prawidłowym motaniu. Dziś, kiedy moje dwa brzdące są już dawno biegająco-skaczące, jedno wózkowe, a drugie chustowe – podpowiem, czy warto nosić oraz jaki środek transportu wybrać?

    Chusta

    Cały świat zwraca uwagę na rodzicielstwo bliskości oraz bycie ekorodziną. Ten trend zawitał i do nas. Swoje pociechy noszą celebryci, np. Julia Roberts, Gwen Stefani, Angelina Jolie, Nicole Kidman, Kate Hudson, a w Polsce m.in. Reni Jusis.
    Jednak chustonoszenie to nie kwestia mody i lansu, przynajmniej dla większości świadomych rodziców. Taki sposób noszenia oseska ma same zalety.

    Korzyści z chustonoszenia dla dziecka:

    • zaspokaja potrzebę bliskości, miłości i bezpieczeństwa, co wpływa na lepszy rozwój,
    • maluch łatwiej zasypia i lepiej śpi,
    • dziecko jest spokojniejsze, rzadziej i krócej płacze,
    • przynosi ulgę w niemowlęcych dolegliwościach takich jak kolki, ulewania, zaparcia,
    • niemowlę może obserwować świat z naszej perspektywy,
    • szybciej się uczy we wczesnym dzieciństwie oraz na dalszych etapach życia,
    • u wcześniaków kangurowanie – bliskie chustonoszeniu – reguluje podstawowe umiejętności fizjologiczne, np. samodzielne oddychanie, ssanie, utrzymywanie stałej temperatury ciała, oraz stymuluje prawidłowy rozwój układu nerwowego,
    • podobno dzieci noszone długo w chustach nie przechodzą buntu dwulatka.

    Korzyści z chustonoszenia dla dziecka i rodziców:

    • przynosi poczucie zadowolenia i spełnienia,
    • ułatwia i przyspieszania proces tworzenia się więzi,
    • to sposób na wspólne spędzanie czasu.

    Korzyści z chustonoszenia dla rodziców:

    • to wygodny sposób przemieszczania się z maluchem – dzięki dokładnemu wiązaniu kręgosłup nie boli! To było dla mnie duże, ale i miłe zaskoczenie,
    • umożliwia swobodne wypełnianie wielu obowiązków, ponieważ uwalnia dłonie,
    • daje poczucie komfortu i intymności podczas publicznego karmienia piersią,
    • zmniejsza ryzyko depresji poporodowej,
    • stymuluje laktację,
    • rodzice są bardziej wypoczęci, spokojni, czują się kompetentni.

    Fizjoterapeuci mogliby dodać wiele do tego, co wymieniłam. Przede wszystkim to, że jest to wygodny i zdrowy sposób noszenia zarówno dla noworodków, niemowląt, małych dzieci, jak i dla samych rodziców!

    Jak zawiązać chustę, by była w pełni bezpieczna i spełniała swe walory?

    W większych miastach organizowane są warsztaty motania, czyli wiązania chust. Są również dostępne w internecie instrukcje w postaci rysunków i zdjęć oraz dokładne filmiki instruktażowe. Zachęcam jednak do nauki pod okiem instruktora (przynajmniej na początku), który nauczy nas szybciej i lepiej, niż zrobilibyśmy to na podstawie obrazów, skoryguje także ewentualne błędy oraz doradzi, jaki rodzaj chusty wybrać.

    W sklepach dostępne są różne rodzaje chust, tysiące ich wzorów, kilka długości.

    Rodzaj chusty dobiera się do sposobu noszenia, np. może będziemy chcieli za każdym razem wiązać chustę od nowa, a może tylko wkładać do niej malca, można wykorzystywać wiele wiązań lub tylko jedno, nosić noworodka oraz dziecko już chodzące. Najbardziej uniwersalną chustą jest chusta tkana (nie elastyczna). Długość dobiera się zarówno do sposobu wiązania, jak i postury rodzica. Najbardziej popularna jest długość 5,6 metra.

    Nosidełko ergonomiczne

    Podczas tegorocznego urlopu nad polskim wybrzeżem nie mogłam się nadziwić, ile maluszków noszono w nosidełkach. To coraz bardziej popularny nowoczesny gadżet zastępujący tradycyjną chustę. O ile wybierzemy nosidełko ergonomiczne dobrego producenta (nie mylić z popularnym wisiadłem), będzie służyć nam i dziecku nawet aż do trzeciego roku jego życia. Później jest duże prawdopodobieństwo, że wykorzysta je inna rodzina (można je sprzedać, pożyczyć lub przekazać). W nosidłach ergonomicznych można nosić dziecko od momentu, kiedy potrafi siedzieć samodzielnie (chyba, że jest dostosowane do noszenia mniejszego dziecka).
    Przeczytaj: Czym się różni wisiadło od dobrego nosidła dla dziecka.
    Jeśli mamy zamiar używać nosidełka codziennie lub od czasu do czasu, ale przez kilka godzin za jednym razem, nie możemy kupić byle jakiego sprzętu. Dobre nosidełko powinno być:

    • łatwe i szybkie w zakładaniu (w zakładaniu go na siebie i wkładaniu dziecka). Nie trzeba chodzić na kursy wiązania ani szukać instrukcji w internecie. Wystarczy założyć nosidełko, przygotować je odpowiednio do rozwoju fizycznego malucha, włożyć go do środka, zapiąć pasy bezpieczeństwa. I w drogę!
    • dopasowane do rozwoju fizycznego dziecka – dziecko najszybciej rozwija się w pierwszych trzech latach życia. Rodzi się z nie w pełni wykształconymi m.in. układami mięśniowym oraz szkieletowym. Początkowo maluszek nie trzyma główki, lecz z czasem staje się bardziej stabilny i świadomy ruchów swojego ciała. Zaczyna się obracać, siadać, raczkować, stawać, wreszcie chodzić. Jeżeli na każdym etapie rozwoju fizycznego chcielibyśmy malca nosić w nosidle, musielibyśmy mieć ich kilka – po jednym na każdy etap – po to, by nie zaburzać rozwoju. Są także nosidła przeznaczone dla dzieci 0-3 letnich,
    • wygodne dla dziecka i rodzica – kiedy spacerowałam z chustą lub nosidełkiem, zaczepiali mnie ludzie i pytali, jak wytrzymuje to mój kręgosłup. Rzeczywiście od dobrych kilku lat mam problemy z kręgosłupem, jednak nie zauważyłam, by pogłębiały się one przez chustonoszenie. Było mi wygodnie!
    • bezpieczne – nosidełko powinno posiadać pasy bezpieczeństwa z dobrym systemem odpinania i zapinania. Takim, by dziecko nie dało rady go rozpracować. Na rynku są nosidełka projektowane wspólnie z ortopedami oraz pediatrami,
    • idealne na spacery – pod kurtkę czy na kurtkę, jako kto woli… A dla dziecka na chłodniejsze dni można dokupić specjalnie dopasowany śpiworek lub okryć je kocykiem,
    • łatwe w czyszczeniu – maluszki ślinią się niemiłosiernie, dlatego nie powinno być żadnego problemu z czyszczeniem materiału, z którego wykonane jest nosidło. Wystarczy przetrzeć je czystą, wilgotną ściereczką i nie ma śladu. Jeśli komuś zależy, jest możliwość dokupienia śliniaka, który idealnie pasuje do nosidełka.

    Znam coraz więcej rodzin, które w ogóle nie używają wózków – ani gondoli, ani spacerówki. Swoje maluchy motają w tradycyjne chusty bądź wkładają w nowoczesne nosidełka. Kiedy urodziłam drugie dziecko po krótkim teście wybrałam chustę. Swoją córkę motałam do około jej ósmego miesiąca życia. Był to cudowny czas. Mała od razu się uspokajała się, szybko zasypiała, a obudzona bezpiecznie obserwowała świat z wyższej wysokości. Była szczęśliwa, tak samo, jak i ja. Chustonoszenie okazało się wygodne, zapomniałam o bólu kręgosłupa i rąk, a poza tym z powodzeniem mogłam wypełniać swoje obowiązki, mając wolne obie dłonie. Niestety, kiedy córka zaczęła chodzić, ciasne wiązania nie dawały jej już tyle komfortu. Przy motaniu okropnie się niecierpliwiła, dlatego na tym etapie wybrałyśmy nosidełko. Okazało się równie praktyczne, choć przewyższa chustę w tempie zakładania go i wkładania do niego dziecka. Jest to zdecydowanie mniej skomplikowane.
    Chusta i nosidełko kosztują mniej więcej tyle samo – około kilkuset złotych. Ponieważ nosidełka są bardziej nowoczesne, można do nich dokupić dodatki: śpiworki, kocyki, śliniaki itp. Z chustami nie są związane gadżety, chyba że obszerne kurtki, tzw. kurtki dla dwojga.
    Czerpałam większą przyjemność z noszenia córki w chuście, mój mąż wolał nosidełko, córka natomiast zmieniała zdanie w zależności od fazy rozwojowej. Jak widać, wybór nie jest łatwy. Trzeba świadomie go przemyśleć, biorąc pod uwagę wiele czynników, nie tylko te estetyczne. Zanim podejmiecie decyzję, może warto skorzystać z wypożyczalni, które są już coraz bardziej popularne i dostępne. Opłaca się pożyczyć chustę lub nosidło na kilka dni, jednak na dłuższy czas koszty wypożyczenia przewyższają zakup nowego środka transportu dla maluszka.

    Kategorie
    wychowanie

    "Jeśli mamy osiągnąć prawdziwy pokój na tym świecie". O globalnej roli rodzicielstwa

    „Jeśli mamy osiągnąć prawdziwy pokój na tym świecie, jeśli chcemy prowadzić prawdziwą wojnę przeciwko wojnie, musimy zacząć od dzieci. Gdy pozwolimy im dorastać w swojej naturalnej niewinności, nie będziemy zmuszeni dłużej walczyć i podejmować bezowocnych, jałowych decyzji. Zamiast tego powinniśmy podążać z miłością i pokojem, by pokryć nimi wszystkie zakątki tego świata. Pokój i miłość – to wartości, których świadomie lub nieświadomie cały świat jest spragniony”.

    Mahatma Gandhi

    Pragnienie pokoju to wrodzona ludzka potrzeba

    Pragnienie pokoju jest dla człowieka niemal wrodzone. Zaczyna się w momencie narodzin. Każde niemowlę promienieje, gdy w domu jest spokój. I odwrotnie – jest zakłopotane i przerażone, gdy dookoła słyszy krzyk i podniesione głosy rodziców. Dla małego dziecka konflikt jest sytuacją niepokojącą i niezrozumiałą. Także jako dorośli jesteśmy przerażeni, zasmuceni, a czasami zszokowani przejawami brutalności. Nadal wierzymy, że życie może i powinno przebiegać w pokoju. Ale wiemy też, że każdego dnia w różnych zakątkach świata toczą się walki, wojny i konflikty. Każdego dnia na świecie giną tysiące ludzi. Dlaczego tak się dzieje? Skoro jako dzieci tak bardzo pragniemy pokoju i wspólnoty, to co się z nami dzieje, że, gdy dorastamy, stajemy się tak podatni na konflikty, waśnie i rozłamy? Czy można temu jakoś zapobiec?

    Uważne i troskliwe rodzicielstwo pomoże wyeliminować przejawy agresji

    Gdy każdy dzień przynosi kolejne smutne i szokujące doniesienia, czujemy się przytłoczeni i oszołomieni. Zadajemy sobie pytania: czy tej tragedii można jakoś zapobiec? I choć nie ma nic złego w tych pytaniach – być może pozwolą one uniknąć kolejnych aktów przemocy w przyszłości – do tego, by w społeczeństwie zaszła prawdziwa zmiana, potrzebny jest o wiele szerszy kontekst.
    Zdaniem amerykańskiego psychiatry dr. Elliotta Barkera klucz do redukcji agresji (a co za tym idzie – pokoju na świecie) tkwi w wychowaniu: „Co robimy, by zredukować ilość psychopatów lub przejawów psychopatii w naszym społeczeństwie? Raczej powinniśmy zapytać: co robimy, by zwiększyć ilość jednostek, które mają dobrze rozwiniętą inteligencje emocjonalną, a zatem zdolność zaufania, empatii i przywiązania”.
    Czy to w ogóle leży w naszym zasięgu? Oczywiście! W zasadzie wszystko opiera się na wsparciu młodych rodziców.

    Oto kilka sposobów, które mogą pomóc to osiągnąć:

    • Kluczem jest świadome planowanie rodziny. Zachęcajmy, uświadamiajmy i edukujmy młodych ludzi, aby uważnie przeanalizowali swoją gotowość do opieki nad dzieckiem, zanim zdecydują się na powiększenie rodziny.
    • Twórzmy lokalne grupy wsparcia, które koncentrują się na wspieraniu młodych matek w tworzeniu więzi z dzieckiem (La Leche Leauge, Mlekoteka, Pozytywnie o Porodzie).
    • Zapewniajmy młodym rodzicom wsparcie zaraz po narodzinach dziecka, by mieli możliwość skupić się tylko na budowaniu więzi.
    • Edukujmy rodziców o zaletach wynikających z karmienia piersią (aż do samoodstawienia).
    • Edukujmy społeczeństwo, by na płacz dziecka reagować jak najszybciej i ze współczuciem (koniec z wypłakiwaniem się!).
    • Zachęcajmy rodziców do wynajdywania różnych form komunikacji z dzieckiem (np. język migowy), tak by właściwie odczytywać jego potrzeby, zanim nauczy się mówić.
    • Edukujmy rodziców na temat zalet wynikających ze współspania z dzieckiem (zamiast szerzyć mit, że powoduje SIDS).
    • Promujmy chustonoszenie i kontakt skóra do skóry.
    • Chrońmy rodziców i dzieci przed nadmiarem gadżetów, które mogą utrudnić rzeczywiste budowanie więzi.
    • Uczmy rodziców rozwiązywania konfliktów i radzenia sobie z trudnościami za pomocą innych środków niż kary i straszenie. Zamiast tego mówmy o współpracy, miłości i komunikacji bez przemocy. Pozwólmy dzieciom wyrażać swoje zdanie, bądźmy otwarci i nieosądzający. Rozwijajmy umiejętności komunikacyjne, które pozwolą nam lepiej porozumiewać się w rodzinie i dbać o nasze potrzeby. Szerzmy świadomość, jak istotne jest, by traktować dzieci z godnością i szacunkiem.
    • Interweniujmy, gdy widzimy, że potrzeby i uczucia dzieci nie są słyszane.
    • Wspierajmy alternatywne formy nauczania: np. edukacje domową i szkoły demokratyczne, które pielęgnują w dziecku naturalną chęć do uczenia się.
    • Walczmy o prawa dzieci: w domu, w szkole, generalnie – wszędzie.

    Nade wszystko przypominajmy rodzicom, by traktować poważnie uczucia i potrzeby dzieci od dnia narodzin

    Wszyscy staramy się postępować tak, by było to jak najlepsze dla naszych dzieci. Jednak bardzo często w natłoku różnych, często sprzecznych, porad i informacji trudno zaufać swojej intuicji. Trudno także wyzbyć się wyuczonych wzorców. Nie brakuje zwolenników kar, klapsów, time outów, wypłakiwania się. Przecież dziecko nie może „wejść rodzicowi na głowę”. Rady te, choć wypowiadane w dobrej wierze, rodzą w dziecku gniew i frustracje, które z czasem mogą prowadzić do zachowań agresywnych. Mogą także oddziaływać negatywnie na samoocenę dziecka i jego więź z rodzicami. Bez silnej, szczerej relacji z kimś, komu można w pełni zaufać, dziecko nie potrafi przezwyciężyć napotkanych trudności. Jedynym sposobem na skanalizowanie frustracji, gniewu, rozpaczy, bezradności i innych negatywnych emocji jest właśnie agresja. Tymczasem filary rodzicielstwa bliskości: karmienie piersią, chustonoszenie, spanie z dzieckiem i reagowanie na płacz przynoszą dziecku bardzo wiele wymiernych korzyści.  Rozwijają zdolność empatii, odporność emocjonalną i dają dziecku bazę do nawiązywania w późniejszych latach relacji opartych na wzajemnym szacunku i ufności. Te praktyki są także pożyteczne dla rodziców: dzięki nim relacje z dzieckiem mogą być o wiele łatwiejsze.

    „Jeśli mamy osiągnąć prawdziwy pokój na tym świecie”

    Najbardziej konstruktywną rzeczą, jaką możemy zrobić, by budować pokojowy świat, jest skupienie się na zwiększeniu inteligencji emocjonalnej i zdolności do odczuwania empatii w naszych dzieciach. Już od wielu dekad psychologowie podkreślają, jak dużą rolę w tym procesie odgrywa zaspokajanie potrzeb dziecka ze zrozumieniem i współczuciem. Więź oparta na zaufaniu, a nie na lęku nauczy dziecko przezwyciężać codzienne trudności. Odnosząc się do dziecka z cierpliwością, empatią i zrozumieniem, budujemy w nim kapitał, który będzie potrafiło wykorzystać w dorosłym życiu podczas rozwiązywania problemów. Edukujmy społeczeństwo, jak ważny jest rozwój emocjonalny w pierwszych latach życia dziecka – to okres krytyczny. Nasze działania w tym czasie mogą nie tylko zapobiec wielu tragediom, ale przede wszystkim oferują naszym dzieciom najlepszy start w stronę szczęśliwego i satysfakcjonującego życia.