Kategorie
wychowanie

Lekcje matematyki – jak zrobić to według potrzeb dzieci?

Czy trzeba użyć magicznych zaklęć i sztuczek, by nauka stała się przyjemnością? Czy wystarczy może skorzystać z wieloletnich badań neurobiologów i neurodydaktyków, którzy wskazują na to, że najcenniejszym czynnikiem motywującym dzieci do nauki jest udostępnienie im środowiska umożliwiającego wykorzystanie twórczego potencjału, z jakim każde z nich przychodzi na świat?

Po co to wszystko?

Bardzo ważne jest, by na początku każdych zajęć opowiedzieć dzieciom, po co mają nauczyć się danego zagadnienia. Gdy na starcie zainteresujemy je opowieścią, w jakiej dziedzinie życia możemy wykorzystać tę wiedzę, mamy dużą szansę na wzbudzenie w nich zainteresowania. Przykłady mogą odnosić się do sytuacji znanych dziecku z życia codziennego. Na przykład: jaką drogę pokonam, okrążając boisko po wewnętrznym torze, a jaką po zewnętrznym? Dlaczego podczas zawodów na bieżni, odbywających się na dłuższym dystansie, zawodnicy nie startują z jednej linii? Pokażmy dzieciom krótki film z zawodów lekkoatletycznych. Jeżeli pogoda sprzyja, wyjdźmy na boisko i eksperymentujmy w terenie. Uczniowie na pewno zapamiętają tę lekcję.
Mózg dziecka staje się najbardziej aktywny i działa najbardziej efektywnie wówczas, gdy coś jest rzeczywiście dla tego dziecka ważne oraz znacząco odnosi się do jego doświadczeń, własnego rozumienia i postrzegania rzeczywistości. W chwili, w której umożliwimy młodemu człowiekowi aktywne wkroczenie w prezentowane na lekcji zagadnienie, przestanie on być jedynie biernym odbiorcą czyichś doświadczeń, uruchomi za to naturalny mechanizm uczenia się poprzez samodzielne tworzenie związków przyczynowo-skutkowych i popełnianie błędów. Dziecko potrzebuje nie tyle uczyć się na podstawie doświadczeń innych (np. nauczyciela), ile próbować samemu je zdobywać – mówi Magdalena Boćko-Mysiorska, pedagog, autorka podręczników i materiałów dydaktycznych (magdalenabockomysiorska.pl).

Różnorodność

Jeśli wszystkie lekcje prowadzimy według tego samego schematu, dzieci szybko się znudzą. Używajmy zatem różnych rekwizytów. Na przykład: przynieśmy na lekcję koło pomiarowe, takie jakiego używają policjanci po pomiaru drogi hamowania pojazdów podczas wypadku. Gdy tematem jest objętość brył, pokażmy dzieciom naczynia o różnych kształtach. Niech same przekonają się, że objętość zależy od wysokości naczynia, kształtu i wielkości podstawy. Zanim zapiszemy wzór, pozwólmy dzieciom samodzielnie doświadczać, postawmy na:

Aktywność i zmysły

Gdy chcemy skutecznie uczyć, pamiętajmy o słowach Konfucjusza: „Powiedz mi, a zapomnę, pokaż mi, a zapamiętam, pozwól mi to zrobić, a zrozumiem”. Cyfry i wzory na kartce często nie wzbudzają emocji. Pozwólmy dzieciom dotykać, słuchać, patrzeć. Wstańmy na chwilę od stolików, pozwólmy dzieciom przemieszczać się po sali. Zróbmy eksperyment, przesypujmy, mieszajmy, odmierzajmy. Dzieci są z natury ciekawe, jednak rutyna zabija tę naturalną skłonność. Stwórzmy zatem przestrzeń, w której dzieci będą mogły działać samodzielnie i nie będą bały się popełniać błędów. Niech zrozumieją, że każde niepowodzenie przybliża do osiągnięcia celu.
[natuli2]
Skoro mózg najlepiej uczy się na podstawie żywych i dynamicznych doświadczeń, izolowanie dziecka od prawdziwego życia i eksplorowania świata nie przyniesie nic dobrego. Najnowsze badania pokazują, jak bardzo szkodliwe dla rozwijającej się inteligencji dziecka jest sztuczne (szkolne) środowisko, pozbawione możliwości autodoświadczania, nauki przez działanie, rutynowe, oferujące niewiele dopasowanych do zainteresowań danego dziecka aktywności i interakcji społecznych. I przeciwnie – to, które jest bliskie naturalnemu środowisku człowieka, z różnorodnymi wyzwaniami poznawczymi, odpowiednią dawką ruchu i ze zróżnicowanymi interakcjami społecznymi, sprzyja plastyczności mózgu i umożliwia młodemu człowiekowi rzeczywisty proces nabywania nowych umiejętności, uczenia się i zapamiętywania.

Gry

Wprowadźmy element rozrywki, grajmy w bingo, memory, wojnę – przygotowane do tematu lekcji. Aby nauczyć dzieci nazw brył, można przygotować pary kart z obrazkami przedstawiającymi sześcian, prostopadłościan, walec itp. Dzieci próbując znaleźć pary, będą przyswajały przy tym ich nazwy. Starsze można zaangażować w samodzielne zaprojektowanie gier. Młodsze mogą wycinać i sklejać te przygotowane przez nauczyciela. Możemy użyć jednej z dostępnych na rynku gier uczących logicznego myślenia. Na pewno sprawdzą się jako rozgrzewka przed lekcją lub przerywnik między skomplikowanymi zadaniami.

Odpowiedzialność

Spróbujmy powierzyć odpowiedzialne zadanie uczniom. Na przykład niech osoba dobrze radząca sobie z tematem wytłumaczy zadanie innym. Uczenie kolegów wymaga zaangażowania, porządkuje wiedzę i jest świetną formą powtórzenia materiału. Czasem, by wytłumaczyć coś innym, trzeba przyjrzeć się zagadnieniu z innej strony, pokazać je z innej perspektywy. Przyczynia się to do lepszego zrozumienia danego tematu. Uczymy w ten sposób dzieci współpracy i umożliwiamy im poczucie mocy sprawczej, niezbędnej do ich prawidłowego rozwoju poznawczego i społecznego. Pokazujemy, że ufamy ich kompetencjom, ale jesteśmy też zawsze gotowi przyjść im z pomocą.
Istnieje wiele badań mówiących o tym, że kiedy pozwalamy dzieciom na wykonywanie różnych czynności samodzielnie, dzieci te nie tylko uczą się szybciej i zapamiętują więcej nowych informacji, lecz także rozwijają swoją autonomię w różnych obszarach codziennego funkcjonowania. Dzięki temu zwiększa się ich szansa na stanie się samodzielnymi i spełnionymi dorosłymi, niezależnie od środowiska społecznego, w którym dorastają.

Bez pośpiechu

Czasem wydaje nam się, że będzie lepiej i szybciej, gdy sami opowiemy dzieciom, jak rozwiązać dany problem. Przecież my już to wiemy i możemy im to niejako podać na tacy. Wystarczy, że zapamiętają. Wiedza tak zdobyta jest może i szybciej przyswojona, ale na pewno łatwiej też ulatuje. Pozwólmy dzieciom samodzielnie eksperymentować, odkrywać, dochodzić do wniosków. Choć poświęcimy na ten etap więcej czasu, doświadczenia, które same zdobędą, pozostaną w ich umysłach na zawsze.

Kategorie
zdrowie

Mięśnie dna miednicy – co każda kobieta powinna o nich wiedzieć?

Wiele świeżo upieczonych mam, ale także tych z dłuższym stażem, nie byłoby w stanie odpowiedzieć na powyższe pytania. Ba, zdziwiłyby się, że takowe mięśnie w ogóle u nich można znaleźć. W szkole się o tym nie mówi, w środowisku domowym też, a kiedy już kobieta zajdzie w ciążę, lekarz oraz położna, z którymi ma kontakt, również często na ten temat milczą. Sporadycznie mamy słyszą coś o mięśniach Kegla, nie jest to jednak sprecyzowane i tak naprawdę nie wiadomo, jaka jest ich rola oraz co robić, by działały prawidłowo przez długie lata.

Co to są za mięśnie?

Mięśnie dna miednicy są rozpięte pomiędzy kostnymi ograniczeniami miednicy mniejszej – od kości ogonowej (z tyłu) aż po spojenie łonowe (z przodu). Niczym podłoga (z ang. Pelvic floor muscles) powinny stanowić stabilną podporę dla organizmu. Pełnią one kilka bardzo ważnych ról w życiu kobiet, w tym oczywiście młodych mam.
Mięśnie dna miednicy to mięśnie poprzecznie prążkowane, mamy więc pełną kontrolę nad ich działaniem, jednak ze względu na ich położenie nie możemy zobaczyć, jak pracują, ich aktywność jest bardzo delikatna. Sposób ich ćwiczenia jest też zupełnie różny od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajone przy innych partiach mięśni. Znaczenie ma również fakt, że efekty pracy nie są widoczne od razu, potrzebna jest wytrwałość, cierpliwość i konsekwencja. Jednak na pewno warto, prawidłowa praca dna miednicy poprawia bowiem jakość życia.
Siła tych mięśni nie jest tak duża, jak mogłoby nam się wydawać, często skurcz mięśni dna miednicy porównuje się z siłą, jaka konieczna jest do zamknięcia oka. Ze względu na ułożenie ich ruch podczas napięcia ma kierunek do głowy i do pępka, czyli w przód i do góry równocześnie. Jeżeli podczas próby aktywowania ich obserwujemy napięcie mięśni pośladków, przywodzenie ud czy silne napięcie mięśni brzucha, to znak, że wykonujemy to nieprawidłowo.
[reklama id=”66993″]
Warto na początku zapoznać się z kostnymi ograniczeniami miednicy – siedząc prawidłowo na krześle, możemy wyczuć spojenie łonowe z przodu, kość ogonową z tyłu oraz guzy kulszowe, będące bocznymi ograniczeniami miednicy. Dotykając tych kostnych elementów, można wyczuć, jakie są między nimi odległości. Mięśnie dna miednicy stanowią niewielką powierzchnię, rozmiarami zbliżoną do wielkości dłoni. Nie będą więc mogły pracować tak mocno jak na przykład mięsień czworogłowy uda czy biceps.

Dlaczego to ważne?

Jednym z zadań mięśni dna miednicy jest umożliwienie mikcji (oddawanie moczu) i defekacji (oddawanie stolca) oraz oczywiście porodu. Kolejną funkcją jest zamykanie – umiejętność trzymania moczu i stolca. Stanowią one także podporę dla organów miednicy mniejszej, czyli pęcherza, macicy i pochwy oraz odbytu. Odgrywają również zasadniczą rolę w zapewnieniu stabilizacji centralnej naszego ciała. Ta z kolei jest niezbędna do utrzymania prawidłowej postawy oraz wykonywania bezpiecznych i efektywnych ruchów ciała.
W funkcji stabilizacyjnej mięśnie dna miednicy współpracują z innymi mięśniami m.in.: przeponą, głębokimi mięśniami przykręgosłupowymi oraz z mięśniem poprzecznym brzucha. Jeśli ich współpraca nie jest zakłócona, tworzą coś w rodzaju zgranego zespołu muzycznego. Są niczym orkiestra grająca utwór muzyczny (w kontekście naszego ciała to postawa, chód, wstawanie z łóżka czy krzesła itd.), który brzmi czysto i harmonijnie. Wystarczy jednak, żeby jeden instrument się zepsuł lub muzyk zmienił rytm czy pomylił choćby jedną nutę, wtedy melodia, którą słyszymy, okaże się niespójna. Orkiestra zamiast grać zapisaną w nutach melodię zaczyna po prostu fałszować.

Jeśli coś jest z nimi nie tak…

To samo dotyczy ciała człowieka. Jeżeli choć jeden element naszego gorsetu mięśniowego nie będzie funkcjonował prawidłowo, to stabilizacja naszego ciała nie będzie pełna. W wyniku tego pojawić się mogą niepokojące objawy takie jak bóle odcinka lędźwiowego, szybkie męczenie i zadyszka, nietrzymanie moczu czy obniżanie lub nawet wypadanie narządów miednicy mniejszej, a w następstwie kłopoty w życiu zawodowym (niemożność wykonywania pracy), społecznym (zawstydzenie, unikanie miejsc publicznych) i osobistym (depresje, problemy seksulane).
Nietrzymanie moczu to często pojawiający się problem u kobiet, już co trzecia ma tę dysfunkcję. Większość jednak milczy na ten temat, jest to bowiem bardzo krępująca dolegliwość, zmieniająca każdą sferę życia. U kobiet po porodzie najczęściej pojawia się tzw. wysiłkowe nietrzymanie moczu. Ten rodzaj inkontynencji charakteryzuje się gubieniem moczu podczas wysiłku, zwiększonego ciśnienia w jamie brzusznej, które wywołuje nacisk na dno miednicy. W zależności od stopnia nietrzymania moczu jego gubienie może wystąpić przy kichaniu, kaszlu, skakaniu, ale także przy chodzeniu czy zmianach pozycji, w zależności oczywiście od stopnia dysfunkcji dna miednicy.

Ciąża, poród i mięśnie dna miednicy

Jednym z momentów w życiu kobiety, kiedy do zachwiania tej harmonii dochodzi, jest ciąża i czas po urodzeniu dziecka. Ciąża jest to szczególny okres, już od pierwszych tygodni ciało kobiety znacznie się zmienia. Na początku to głównie wpływ hormonów – np. ralaksyny, powodującej rozluźnienie struktur mięśniowych i więzadłowych. Z biegiem czasu nieustannie rosnące dziecko zaczyna zmieniać biomechanikę organizmu kobiety – środek ciężkości ulega przesunięciu i aby utrzymać stabilną postawę, kobieta musi przyjąć inną pozycję.
Krzywizny kręgosłupa ulegają wtedy znacznemu powiększeniu, a poszczególne grupy mięśniowe zmuszone są do pracy w zmienionych warunkach, na co reagują albo nadmiernym napięciem (np. mięsień piersiowy większy, mięsień biodrowo-lędźwiowy czy wielodzielny), albo wręcz zanikiem włókien mięśniowych (mięśnie brzucha i pośladków).
Zmiany oczywiście dotyczą całego organizmu, także tych mięśni, których nie widać, czyli właśnie mięśni dna miednicy czy przepony. Te pierwsze przejmują więcej ciężaru i ich naturalną reakcją jest zwiększone napięcie, które w konsekwencji prowadzi do osłabienia. Przepona jest natomiast „wypchnięta do góry” – do klatki piersiowej i ma znacznie ograniczone możliwości ruchu podczas oddechu.
W prawidłowym cyklu oddechowym podczas wdechu przepona obniża się, natomiast przy wydechu podnosi, wypychając powietrze z płuc. W brzuchu przyszłej mamy rosnące dziecko stopniowo uniemożliwia głębokie, przeponowe oddechy. Kobiet zaczyna oddychać torem piersiowym, który jest mniej ekonomiczny. Stąd też szybciej się męczy i często przy niewielkich wysiłkach nie może złapać tchu.
Oczywiście ktoś może powiedzieć, że po porodzie dodatkowy ciężar znika, czyli nie ma już takiego nacisku na dno miednicy. Przepona znowu ma możliwość swobodnego poruszania się, a środek ciężkości może wrócić na swoje miejsce. Nie jest to jednak takie proste. Zmiany, które zachodziły w ciele kobiety w trakcie 9 miesięcy, nie cofną się w przeciągu dni czy nawet tygodni, na to potrzeba miesięcy. A w niektórych przypadkach lat. Kobieta musi na nowo nauczyć się prawidłowych nawyków – postawy, oddechu, ergonomicznych ruchów. Konieczne jest przywrócenie silnej stabilizacji centralnej, czyli prawidłowego współudziału mięśni głębokich. Myśląc więc o powrocie do aktywności ruchowej, młoda mama powinna wybierać takie czynności, które będą wzmacniać jej centralną stabilizację i nie będą powodować zbędnych przeciążeń na dno miednicy czy przednią ścianę brzucha.
Należy wybierać świadomie ruch, poprzez który nie „wyćwiczymy sobie” nietrzymania moczu, obniżenia narządów, bólów kręgosłupa czy pogłębienia rozejścia mięśnia prostego brzucha. W tym procesie nie warto się spieszyć. Ciało kobiety potrzebuje czasu, żeby się zregenerować. Szybkie, intensywne i często schematyczne treningi (oparte m.in. na klasycznych brzuszkach) prowadzą do poważnych konsekwencji. Lepiej wybierać formy aktywności ruchowej, w których dużą uwagę przywiązuje się do prawidłowej postawy, oddechu, pracy mięśni dna miednicy (odpowiednim napięciu oraz równie ważnym rozluźnieniu). Niech nasz trening będzie uważny, dokładny, funkcjonalny (trenujmy całe ciało). Takie formy ruchu można znaleźć na zajęciach jogi, pilates czy innych, które pomogą wsłuchać się w swoje ciało, odzyskać nad nim kontrolę, zadbać o dno miednicy. Szczególnie godne polecenia są zajęcia Pelvic Floor Safe, które są bezpieczne dla tych mięśni. Zmodyfikowane ćwiczenia zgodnie z założeniami PFS nie powodują dodatkowych obciążeń dna miednicy. Dzięki temu mogą stać się prewencją m.in. problemów z inkontynencją. A w przypadku występowania objawów nieprawidłowej pracy mięśni dna miednicy nie pogłębią problemu, umożliwiając wręcz trening tej grupy mięśniowej.

Mięśnie dna miednicy a seks

Funkcje seksualne są ważnym wymiarem dorosłego życia, a jednocześnie bardzo niewiele wiadomo na temat relacji między kobiecą seksualności a przewlekłymi problemami zdrowotnymi, w tym zaburzeniami ze strony dna miednicy. Badania ukazują, że w przypadku dysfunkcji mięśni dna miednicy występują problemy związane ze zmniejszeniem podniecenia seksualnego, rzadkie orgazmy oraz ból podczas kontaktu seksualnego. Z kolei inne badania wskazują, że fizjoterapia uroginekologiczna oraz ćwiczenia mają znaczący wpływ na poprawę życia seksualnego. Regularne treningi dna miednicy poprawiają ukrwienie i trofikę tego rejonu. Działa to także w drugą stronę, seks pomaga przy problemach ze strony dna miednicy, normalizuje bowiem napięcie mięśni, pozwala je rozluźnić, co dla naszych mięśni jest tak samo ważne jak ich napięcie. Daje także poczucie spełnienia i odprężenia, wpływa odprężająco na nasze zdrowie psychiczne.
Chcąc cieszyć się więc z życia seksualnego, należy ćwiczyć dno miednicy, ale i odwrotnie, współżycie usprawnia funkcjonowanie tego obszaru.

Mięśnie dna miednicy to jeden z elementów, który każda kobieta powinna świadomie ćwiczyć

Musimy zdawać sobie sprawę, że wpływamy na tę grupę mięśni każdego dnia. Poprzez naszą postawę, wszelkie czynności dnia codziennego, oddech, ciążę, poród, opiekę nad dzieckiem. Wpływ mają na nie także czynniki fizjologiczne organizmu np. wahania hormonów. Problemy z tą grupą mięśniową wpływają na każdą sferę życia kobiety, to nie tylko zmiany fizyczne – popuszczanie moczu, nietrzymanie gazów, obniżenie narządów miednicy mniejszej – ale także zmiany natury psychicznej, uczuciowej czy relacji społecznych. Dysfunkcje dna miednicy to złożony problem, trudny do leczenia, zwłaszcza że kobiety często nie wiedzą, gdzie udać się po pomoc oraz wstydzą się tak intymnych objawów. Warto więc zadbać o te mięśnie, bo prawidłowo działające dno miednicy daje kobiecie poczucie niezależności i kontroli.

Od czego zacząć?

Jeśli dno miednicy jest dla ciebie nowością i nie wiesz, jak zabrać się do ćwiczenia tych mięśni, najłatwiej będzie zacząć w pozycjach niskich, które dadzą odciążenie tego rejonu i tym samym ułatwią aktywację mięśni.
Połóż się na plecach, ugnij nogi w kolanach i połóż stopy płasko na podłodze, poczuj, czy dobrze przylegają do ziemi. Napięcie stóp ma znaczący wpływ na dno miednicy. Leżąc poruszaj miednicą do przodu i do tylu, ustaw ją w tyłopochyleniu, tak żeby dolny odcinek kręgosłupa był przyklejony do podłogi. Gdy już nauczysz się, jak pracują mięśnie, możesz ułożyć miednicę w pozycji pośredniej. Skup się na oddechu, poczuj jak głęboko dostaje się powietrze w czasie wdechu. Postaraj się uruchomić przeponę, podczas wdechu dolne żebra mają się rozchodzić, a brzuch unosić. Przy wydechu brzuch opada. Następnie skup się na mięśniach dna miednicy, pamiętaj, że kierunek ich ruchu to do głowy i do pępka. Wyobraź sobie, że chcesz wciągnąć przez pochwę delikatną chusteczkę, utrzymaj ją przez kilka sekund i wypuść chustkę, rozluźniając mięśnie. Nigdy nie przyj, wyobraź sobie, że ona delikatnie opada, a nie jest wypychana. Napięcie dna miednicy najlepiej połączyć z wydechem. Przepona porusza się wtedy do góry – do głowy, wytwarza się siła ssąca i łatwiej jest wtedy napiąć dno miednicy.
Kładąc dłoń na dole brzucha podczas napięcia dna miednicy, można wyczuć równoczesną aktywację mięśnia poprzecznego brzucha.

Kategorie
wychowanie

Dlaczego dziecko nie powinno być w centrum wydarzeń?

Koncepcja kontinuum i współuczestnictwo w społeczności tradycyjnej

W tradycyjnym społeczeństwie noszony na rękach noworodek natychmiast staje się częścią świata, w którym przyszło mu żyć. Istotą danej grupy jest jej kontinuum, czyli powielany od milionów lat zestaw umiejętności nadbudowywanych przez kolejne pokolenia. U ludów żyjących w zgodzie z kontinuum, jak badani przez Jean Liedloff Indianie Yequana, niemowlę nie skupia na sobie całej uwagi rodzica. Wręcz przeciwnie, jest usytuowane raczej na jej peryferiach, z początku jako całkowicie bierny obserwator, noszony wszędzie w chuście albo na rękach, a potem jako coraz bardziej aktywny uczestnik życia. Tak oto zaznajamia się z życiem we wszystkich jego przejawach.
Słowo klucz w takim modelu wychowania to „współuczestnictwo”. „Dziecko w objęciach matki zdobywa doświadczenia, które przygotowują je do dalszego rozwoju w kierunku samowystarczalności. Wstrząsające, gwałtowne i groźne wydarzenia, jakich świadkiem i biernym uczestnikiem jest niemowlę trzymane przez matkę na rękach, dają podstawę dla zaufania do siebie. To część surowca, z którego tworzy się poczucie ja” (Jean Liedloff, W głębi kontinuum).
W ten sposób zostaje zaspokojona jego ciekawość i potrzeba nauki oraz trenowany jest instynkt społeczny poprzez powielanie wzorców pożądanych w danej grupie zachowań, a także ugruntowywane jest miejsce małego człowieka w świecie pod przewodnictwem rodziców.

Dziecko w centrum – współczesne rodzicielstwo

Zachodnia cywilizacja jest dzieciocentryczna. W rezultacie obarczamy nasze dzieci kompetencjami, których one mają się dopiero nauczyć. Tym różnimy się od „dzikich” plemion, edukujących swoje dzieci w duchu kontinuum, gdzie nauka zachodzi niejako mimochodem.
Jeśli zamiast pozwolić dziecku na bierne uczestnictwo w wirze codziennego życia (na rękach albo w chuście) umieścimy je w centrum, wywrócimy całą sytuację do góry nogami, uniemożliwiając mu rozwinięcie podstawowego narzędzia poznania: instynktu społecznego.
Liedloff pisze: „Jeśli zlekceważysz to przemożne pragnienie, patrząc pytająco na dziecko, które pytająco patrzy na ciebie, wzbudzisz w maleństwie ogromną frustrację, sparaliżujesz jego psychikę”.
W rezultacie przeciążenia na wszystkich obszarach powodują spięcia (np. ataki histerii, niemożliwe do zaakceptowania żądania wobec opiekunów, reakcje paniczne). Opanowane histerią dziecko podświadomie prosi nas, byśmy je nauczyli, jak powinno postępować. „Dziecko potrzebuje informacji o tym, co się robi, a czego się nie robi” (Liedloff).
Jeśli dziecko postąpi niewłaściwie, okazujemy mu własny gniew, ale z szacunkiem dla niego, bez podważania poczucia jego własnej wartości. To jego zachowanie jest złe, nie ono samo. Bowiem dzieci są z natury istotami społecznymi, mają dobre intencje i potrzebują godnych zaufania dorosłych.

Wymieszanie ról

Reagowanie na potrzeby dziecka nie jest tym samym, co oddawanie mu kierownictwa. Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jest pora posiłku. Podchodzicie do waszego dwulatka z pytaniem: “Zbliża się kolacja. Na co masz ochotę?”. Niby fajnie, jesteście super, bo dajecie mu wybór, ale to wybór zbyt wielki do udźwignięcia dla małego dziecka. W rezultacie je przeciążacie. Awantura murowana. Co zatem mówicie? “Zaraz siadamy do kolacji. Weź łyżki z szuflady. Będziemy jeść zupę”. Takie stwierdzenie jest dobre, bo angażuje (dzieci uwielbiają nakrywać do stołu!). A jeśli zacznie kręcić nosem? Cóż, to wy przygotowujecie tę kolację… Jeśli nie zje jednego posiłku, nic się nie stanie. Serio.
Liedloff przywołuje przykład dwuletniej dziewczynki Yequana, która pierwszy raz zabrała się do prawdziwej pracy. Towarzyszyła, jak zwykle, kobietom ucierającym maniok. W pewnej chwili sięgnęła po kawałek manioku, a matka natychmiast wręczyła jej małą tarkę. Po chwili dziewczynka straciła zainteresowanie i odeszła. Nikt nie zareagował. Dlaczego? Bowiem każda z tych kobiet wiedziała, że „dzieci włączają się do kultury, aczkolwiek sposób i tempo, w jakim to czynią, zależne są od indywidualnej siły tkwiącej w każdym z nich. To, że końcowy efekt będzie miał charakter społeczny (…) nie podlega dyskusji”.

Partycypacja dziecka w codzienności i konsekwencje takiego podejścia

Dziecko chce się uczyć świata, uczestnicząc w nim, a my mamy zająć się swoimi sprawami. W ten sposób staniemy się dla niego przewodnikami po obszarach trudnych znaczeń. „Zajęcie przez dzieci miejsca raczej na peryferiach niż w centrum uwagi pozwoli im odnaleźć (bez nacisków z zewnątrz) własne zainteresowania i własne tempo działania. Zapewni im różnorodność przedmiotów oraz szeroki zakres aktywności służących gromadzeniu doświadczeń i odkrywaniu własnych możliwości. (…) Dzieciom należy pozwolić na przyłączanie się do pracy bez nieuzasadnionego jej przerywania. Tym samym wszyscy będą zachowywać się w sposób naturalny i swobodny, nie zmuszając partnerów, aby zniżali się do dziecinnego poziomu, ani dzieci, aby przystosowywały się do tego, co w przekonaniu dorosłych jest dla nich najlepsze, a co przeszkadza dzieciom odnajdywać motywację z własnej inicjatywy (…). Dzieci powinny wszędzie towarzyszyć dorosłym” (Liedloff).
Pojęcie partycypacji jest mocno powiązane z pojęciem szacunku. Korczak we wspaniałej książeczce „Prawo dziecka do szacunku” przestrzega nas, dorosłych: „Lekceważymy dziecko, bo nie wie, nie domyśla się, nie przeczuwa”. Tymczasem każdemu, nawet najmniejszemu, należy się szacunek. Szacunek to jest przestrzeń, jaką zostawiamy dla jego własnych myśli, działań i pragnień. Robimy mu miejsce i dajemy czas. „Dziecko jest istotą rozumną, zna dobrze potrzeby, trudności i przeszkody swojego życia. Nie despotyczny nakaz, narzucone rygory i nieufna kontrola, ale taktowne porozumienie, wiara w doświadczenie, współpraca i współżycie” (Janusz Korczak, „Prawo dziecka do szacunku”).
Wreszcie dziecko, noszone podczas codziennych czynności na rękach lub motane w chustę, doświadcza całego spektrum rozmaitych nacisków poprzez podtrzymywanie, osuwanie, przytulanie, chwytanie, przenoszenie, naprężanie, rozluźnianie, zmianę zapachu, temperatury, wilgotności itd. „W opisywanej fazie dziecko podejmuje niewiele działań; większość różnorodnych doświadczeń uzyskuje dzięki temu, że znajduje się w ramionach osoby zajętej pracą” (Liedloff). Ów rytm pracy czy zabawy przenosi się na jego ciało, zapewniając właściwą integrację sensoryczną poprzez pobudzanie takich układów jak dotykowy czy proprioceptywny. Gdy te procesy są dobrze rozwinięte, człowiek jest skoordynowany i szczęśliwy.
Możemy próbować wdrażać taki model do naszego życia, oczywiście wprowadzając niezbędne modyfikacje. Żyjemy w cywilizowanym świecie i zazwyczaj zajmujemy się zawodowo innymi rzeczami niż darcie pierza i rąbanie drewna. Nie każdy szef zgodzi się na przychodzenie z dzieckiem w chuście do pracy, nie każda praca się do tego nadaje. Co innego prace domowe. Odkurzanie, parzenie kawy, gotowanie, grabienie liści, podlewanie, wieszanie prania, słanie łóżka… Te wszystkie czynności można z powodzeniem wykonywać z dzieckiem w chuście, dopasowując wiązanie do danej aktywności. Spacery bez celu zmieńmy w wyprawy, na które zabieramy dziecko mimochodem. Warto spakować dla siebie termos z gorącą kawą. Zainteresować się ornitologią albo rodzimą przyrodą. Przyłączyć się do lokalnej społeczności wędrowców albo ją stworzyć. Uprawiać ogródek. A potem, gdy dziecko będzie rosło i przeistaczało się z biernego obserwatora w aktywnego uczestnika – pozwolić mu na to.

O niefortunnych konsekwencjach skupiania się na dziecku

Jest taki znakomity artykuł Jean Liedloff, opublikowany po raz pierwszy w 1994 roku, w którym autorka opisuje powyższe i inne zjawiska, dając jednocześnie konkretne wskazówki terapeutyczne, jak postępować ze “strasznym dwulatkiem” (tak określa to nasza kultura). Tekst ten został przetłumaczony i opublikowany na dziecicisawazne.pl: Jean Liedloff – O niefortunnych konsekwencjach skupiania się na dziecku.
W tym tekście autorka wskazuje na pewien istotny aspekt: zmianę perspektywy. Jeśli sami nie dokopiemy się do naszych pokładów kontinuum i nie zechcemy pracować na takim materiale, nie uda nam się dogadać z naszym dzieckiem.
[reklama_col id=”59691, 59690, 59686″]
Dziecko wysyła do nas sygnały, który niosą podskórny przekaz jakże różny od tego słyszanego. “Mamo, naucz mnie”, “Tato, pokaż”, podczas gdy na zewnątrz widzimy atak dzikiej furii. Mylnie odczytując te sygnały, rodzic miota się od złości poprzez poczucie winy aż do utraty wiary we własne kompetencje. “A gdy dziecko poczuje, że przejęło kontrolę, czuje zagubienie, lęk i musi uczynić wszystko, by zmusić dorosłego do ponownego przejęcia należnego mu przywództwa” (Liedloff). Dzieje się tak właśnie dlatego, że każdy mały człowiek jest już istotą społeczną i pragnie spełnić oczekiwania swojego stada – mamy i taty.
Dzieci Yequańczyków przebywające w towarzystwie dorosłych podczas ich codziennych aktywności, przy odrobinie zrozumienia wyrastają na szczęśliwych, ufnych i współdziałających dorosłych. Jeśli działa to w społecznościach żyjących w zgodzie z kontinuum, dlaczego nie miałoby zadziałać także u nas? Pod warunkiem, że sami odnajdziemy w kontinuum swoje miejsce.

Kategorie
Jesper Juul

Listy do Juula, cz. 65 – Czy wychowanie wymaga kar i nagród?

Czy wychowanie wymaga kar i nagród?

Jakiś czas temu napisałem artykuł o nagrodach, który wywołał szeroką debatę. Między innymi zastanawiałem się, czy dzieci powinny być nagradzane za to, że siadają na nocniku albo że są grzeczne. Zaskoczyło mnie, jak wiele osób uważa, że w porządku jest nagradzać dzieci, jeśli chcemy coś od nich uzyskać.

Nagradzanie zdobyło jakiś czas temu szturmem rynek metod wychowawczych i jest dzisiaj stosowane nawet w przedszkolach i szkołach. Czy jednak jest ono dobre dla dzieci?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, najpierw musimy ustalić, czy chodzi nam o nagradzanie za wynik – jak w sporcie, szkole czy grupie teatralnej – czy też o nagradzanie pożądanego zachowania, kiedy dziecko podąża za rodzicielskimi poleceniami. Druga opcja, czyli kontrolowanie zachowania i sterowanie dzieckiem, jest według mnie nadużyciem władzy rodzicielskiej. Kiedyś można było uzasadnić ją przekonaniem, że dzieci celowo źle się zachowują, żeby rozzłościć dorosłych, jednak ta teoria upadła już ponad dwadzieścia lat temu.

Problem z nagradzaniem polega na tym, że jest ono faktycznie skuteczne, szczególnie w wypadku małych dzieci. Działa jednak tylko na krótką metę, bo potem dzieci albo zaczynają ignorować cały system nagradzania, albo żądają coraz większych nagród. Drugim problemem jest to, że nagrody w logiczny sposób wymagają uzupełnienia o kary wtedy, kiedy nagradzanie przestaje działać. Ale tego się, oczywiście, oficjalnie nie mówi. Wielu rodziców widzi na początku tylko jedną stronę, a na końcu i tak lądują przy metodzie kija i marchewki.

[reklama_col id=”70915, 69461, 54596″]

W debacie, która nastąpiła po moim artykule, okazało się, że wielu rodziców nie wyobraża sobie wychowania bez kar. Wprawianie dziecka w strach jest zbyt skutecznym narzędziem. Tak samo dzieje się zresztą w szkołach, choć nie w tak aktywny i jawny sposób. Pytanie, czy możliwe jest wychowanie bez nagród i kar, zostało już jednak dawno rozstrzygnięte. Bardzo wielu rodziców na całym świecie z powodzeniem to robi. A zatem odpowiedź brzmi: Tak, jest możliwe!

Nasze decyzje, jak wychowujemy dzieci, pochodzą z bardzo wielu różnych źródeł. Jednym z nich jest nasze własne doświadczenie i własne dzieciństwo. Poza tym jest także mnóstwo rozmaitych przepisów i rad przychodzących z wielu stron. Niektórzy wychowują pod wpływem impulsu, a inni opierają się na starej tradycji, która mówi, że rodzicielskim prawem i obowiązkiem jest formować dziecko i dostosowywać je do życia w społeczeństwie.

Z biegiem czasu manipulacja, jakiej poddajemy nasze dzieci, stała się łagodniejsza. Relacje z dziećmi stały się bardziej demokratyczne, przyznaliśmy im więcej autonomii i prawo do podejmowania własnych decyzji. Teraz wielu rodziców zmaga się jednak z pytaniem, jak tymi łagodniejszymi środkami osiągnąć swoje cele. To jest trudne. Stają przed pytaniem, czy nie poszukać może jakichś skuteczniejszych metod. Drugą opcją byłoby przemyślenie jeszcze raz własnych oczekiwań i wymagań.

Na przykład, niejeden rodzic chciałby, żeby jego dziecko w trakcie posiłku spokojnie siedziało przy stole i jadło. W dzieciństwie miałem kolegę, u którego bardzo chętnie jadałem, ponieważ przy stole można było rozmawiać i wkładać sobie na talerz tylko to, co się chciało. We wszystkich innych rodzinach, mojej nie wyłączając, w trakcie jedzenia zawsze panowało napięcie. Rodzice uważali, że dziecko ma siedzieć, jeść i nic nie mówić. Chodziło więc tylko o to, żeby jakoś przetrwać obiad, uniknąć kar i napomnień i jak najszybciej znowu wyjść na dwór.

W dzisiejszych domach przy stole panuje regularny chaos. Jego przyczyną jest po prostu złe przywództwo albo zupełny brak przywództwa dorosłych. Dzieciom oferuje się nagrodę jako metodę przywództwa: “Jeśli będziesz siedział cicho i ładnie zjesz, to dostaniesz…”. Czy ta nagroda ma być odszkodowaniem za niewłaściwe rodzicielskie przywództwo, czy raczej namiastką dobrej relacji?

Problem jest jeszcze bardziej skomplikowany. Za każdą nagrodą stoi przekaz, który dziecko odczytuje w ten sposób: “Nie mam zaufania, że będziesz odpowiednio się zachowywać, jeśli cię nie nagrodzę”. To jednoznaczna deklaracja nieufności wobec dziecka. Tymczasem już dawno dowiedziono fakt, że dzieci niczego bardziej nie pragną niż współdziałać z rodzicami i “się dopasowywać”.

Odkryto także, że nagrody uwalniają endorfiny w mózgu dziecka, czyli hormony, które przynoszą krótkotrwałe poczucie szczęścia − takiego jak przy uprawianiu sportu albo na zakupach. Ale ten hormon nie jest magazynowany w naszym “Ja” i nie buduje poczucia własnej wartości dziecka. Nie produkuje żadnej egzystencjalnej substancji, tylko uzależnia. Jest to ten rodzaj uzależnienia, który wymaga stałego potwierdzania z zewnątrz.

Mam pewną starą i dobrze sprawdzoną zasadę: To, co dobrze działa między dorosłymi, będzie też dobrze działać między dorosłymi i dziećmi. Każda kobieta i każdy mężczyzna, którzy próbowaliby regulować zachowanie swoich partnerów za pomocą systemu nagród, słusznie zasłużyliby na kpinę.
Wyobraźmy sobie, że moja żona jest wściekła, bo zamiast spędzać z nią niedzielny poranek, piszę ten felieton. Gdybym uważał, że nagradzanie jest właściwą formą relacji opartych na miłości, to mógłbym powiedzieć: “Jeśli dasz mi w spokoju dokończyć pisanie, to po południu pójdziemy na spacer”. Jednak miłość stałaby się wtedy handlem wymiennym. A przecież jedyna różnica między moją żoną a moim dzieckiem jest taka, że dziecko kocha mnie bezwarunkowo i przez to łatwiej jest nim manipulować. Ale czy właśnie takiej relacji z moim dzieckiem chcę?

Tekst opublikowany w austriackim piśmie „Der Standard”, udostępniony dzięki wydawnictwu MiND i FamilyLab.

Kategorie
karmienie piersią

Najczęstsze problemy podczas karmienia piersią. Jak sobie radzić naturalnie?

Zwykle kobiece trudności są bardzo typowe. Często wynikają po prostu z niewiedzy lub braku odpowiedniego wsparcia. Bez względu na ich rodzaj warto się z nimi uporać, bo nie ma nic lepszego, co możemy dać dziecku, niż mleko mamy. Zazwyczaj rozwiązanie jest proste i, mając na ten temat wiedzę, kobiety radzą sobie z niedogodnościami dość szybko. Oto kilka najpopularniejszych problemów i metod na ich zażegnanie.

Nawał

Nawał to nadmiar płynów w piersiach. Pojawia się najczęściej 3–4 dni po porodzie. Piersi robią się duże, ciężkie, tkliwe lub bolesne, często ciepłe. Towarzyszy temu uczucie przepełnienia i dyskomfort. Pierś może być trudna do uchwycenia dla dziecka.

Jak sobie radzić:

  • Miej dziecko blisko siebie i przystawiaj je tak często i na tak długo, jak tylko chce.
  • Kiedy tylko biust zrobi się miękki po karmieniu, zastosuj zimny okład. Świetnie sprawdzają się rozgniecione i schłodzone liście zielonej kapusty (czerwona może zostawiać plamy), ale równie dobrze sprawdzi się owinięta w ręcznik mrożonka. Niektóre mamy uwielbiają wrzucać do zamrażalnika małe, wilgotne ręczniki, które następnie rozgniatają chwilę w dłoniach i przykładają do piersi. Pamiętaj! Okład ma ci sprawiać przyjemność i dawać ulgę, nie dyskomfort.
  • Kiedy czujesz, że pierś wzbiera, zaproponuj ją dziecku. Jeśli nie chce jeść, zrób zimny okład.
  • Jeśli pierś jest zbyt twarda, by dziecko łatwo złapało sutek, odciągnij ręcznie trochę mleka, by ją „zluzować”.
  • Możesz bardzo delikatnie masować piersi. Unoś je, masuj kolistymi ruchami, ale tylko w granicach, w których nie sprawia ci to bólu.

Nawał mija. Co ważne – brak nawału nie jest oznaką, że brakuje mleka!

Zapalenie

Kiedy zauważasz, że pierś, lub jej część, jest czerwona i ciepła, a ty czujesz się, jakbyś zaraz miała być chora, to jest wysokie prawdopodobieństwo, że przytrafiło ci się zapalenie. To nic groźnego, ⅓ kobiet karmiących doświadcza go kilkukrotnie w trakcie swojej mlecznej przygody. Czasami trwa kilka godzin, czasami kilka dni. Bywa różnie.
Może zdarzyć się, że lekarz w dobrej wierze przepisze ci antybiotyk. Warto chwilę wstrzymać się z wykupieniem recepty i spróbować naturalnych metod poradzenia sobie z zapaleniem, ponieważ w zdecydowanej większości przypadków są one całkowicie skuteczne, a antybiotyk nie jest potrzeby.

Jak sobie radzić:

  • Po pierwsze ODPOCZYWAJ! Zapalenie jest pierwszym sygnałem, że mama się przemęcza. Potraktuj się jak osobę chorą, daj sobie czas na wyleżenie. Świat poczeka.
  • Jeśli możesz siedzieć zamiast stać – siedź. Jeśli możesz leżeć zamiast siedzieć – leż. Jeśli możesz spać zamiast na siłę czuwać – śpij. Rób wszystko to, co pomaga ci poczuć się lepiej, i nic ponad to, co jest absolutnie niezbędne.
  • Karm jak najczęściej. Najlepiej, by dziecko miało brodę skierowaną w stronę zaczerwienienia. Czasem wymaga to ekwilibrystyki, ale pomysłowość matek nie zna granic.
  • Jednym mamom pomagają chłodne okłady, innym ciepłe. Rób to, co tobie pasuje najbardziej.
  • Często pomocne są popularne leki przeciwzapalne zawierające w sowim składzie ibuprofen.

[reklama id=”67238″]

Poranione brodawki

Niewłaściwe przystawianie dziecka do piersi może spowodować poranienie brodawek. Karmienie wtedy jest bardzo bolesne i nieprzyjemne.

Jak sobie radzić:

  • Pamiętaj, że najważniejsze to zapobiegać – skontroluj pozycję i sposób przystawiania, a jeśli nie jesteś pewna, czy jest właściwe, skontaktuj się z liderką La Leche League lub certyfikowanym doradcą laktacyjnym.
  • Zanim odsuniesz dziecko od piersi, przerwij ssanie palcem włożonym w kącik jego ust.
  • Karm najpierw z mniej obolałej piersi.
  • Poranioną pierś myj tylko czystą wodą, nie używając mydła czy innych płynów.
  • Posmaruj zranienie maścią nagietkową, olejem kokosowym lub olejem z awokado.
  • Staraj się przystawiać dziecko do piersi tak, by zranienie było w okolicach kącika jego ust.
  • Jeśli potrzebujesz pomocy, skorzystaj z rad specjalisty.

Zatkany kanalik

Jeśli wyczuwasz na piersi zgrubienie, nieważne czy wielkości nasiona, czy cytryny, to prawdopodobnie masz zatkany kanalik. Powodów może być wiele – od pominiętego karmienia po nieodpowiedni stanik. Sporo karmiących mam doświadcza tej niedogodności.

Jak sobie radzić:

  • Karm dziecko jak najczęściej, najlepiej w pozycji, w której broda dziecka skierowana jest w stronę zgrubienia.
  • Przed karmieniem rób ciepłe okłady. To może być termofor, butelka z ciepłą wodą albo ciepły prysznic. Jeśli po karmieniu czujesz, że zgrubienie zniknęło lub się zmniejszyło, zrób zimny okład, by zwęzić kanalik.
  • Niektórym kobietom pomaga okład z ciepłej cebuli. Gruby plaster cebuli włóż do piekarnika rozgrzanego do 100 stopni. Ma się podgrzać, nie upiec. Następnie przykładaj cebulę w miejscu zgrubienia.
  • Pomocny może być masaż szczoteczką elektryczną w problematycznym miejscu.
  • Unikaj noszenia biustonosza, a już na pewno zrezygnuj z biustonosza z fiszbinami.
  • Jeśli zatykanie kanalika wciąż wraca, skonsultuj się z liderką La Leche League lub doradcą laktacyjnym.
  • I jak ze wszystkim – dobrze się odżywiaj, odpoczywaj, ile możesz.

To najczęstsze dolegliwości karmiących mam tuż po porodzie lub w pierwszych miesiącach. Czasami też gdzieś daleko na mlecznej drodze. Jeśli jesteś młodą mamą, twoje dziecko nie przybiera na wadze lub nie moczy pieluch, koniecznie skontaktuj się ze specjalistą, który będzie umiał ci pomóc. Dobrze jest korzystać z pomocy kogoś polecanego. Mleczna przygoda bywa trudna, czasem męcząca, ale jest warta każdego wysiłku.

Foto: flikr.com/frenchie1108

Kategorie
wychowanie

Dziecko i śmierć bliskiej osoby

Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że śmierć i żałoba są naturalną częścią życia, a dziecko prędzej czy później samo doświadczy straty.

Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci, jak wspierać je i być przy nich w sytuacji śmierci kogoś bliskiego?

Na początku ważne jest, aby pamiętać o tym, że dzieci też przeżywają żałobę i mają do tego pełne prawo. Wciąż bowiem dość powszechne jest przekonanie o tym, że dzieci, szczególnie te mniejsze, są za małe, aby przeżywać stratę bliskiej osoby, za małe, by coś zrozumieć, że ta sprawa ich nie dotyczy. Bywa też tak, że dorośli, pogrążeni w swojej żałobie, zapominają lub nie zauważają odczuć dziecka i nie dostaje ono, tak potrzebnego w tym czasie, wsparcia.
Żałoba dzieci różni się od żałoby dorosłych i często przebiega inaczej niż dorośli by tego oczekiwali. Reakcje dzieci na stratę mogą być bardzo różne i oprócz tych, które typowo łączymy z żałobą – takich jak płacz, smutek, tęsknota, poczucie osamotnienia – mogą pojawić się te mniej oczywiste, takie jak złość na zmarłego czy przekonanie dziecka o tym, że bliski zmarł z jego winy.
[reklama id=”77013″]
Często pojawia się lęk o to, czy inni bliscy też umrą, kto się mną będzie zajmował. Niektóre dzieci stają się apatyczne, ospałe, wycofują się z kontaktów z rówieśnikami, czują się inne, gorsze, bezwartościowe. Bywa, że żałoba manifestuje się u nich w zaburzeniach zachowania, takich jak agresja, drażliwość czy zachowania buntownicze. Może przejawiać się też w postaci objawów fizycznych, takich jak bóle brzucha, głowy, ogólny spadek odporności, zaburzenia snu czy apetytu.
Są też dzieci, które negują stratę i swoje cierpienie lub sprawiają wrażenie, jakby śmierć bliskiego ich nie dotknęła. Czasem próbują być „dzielne”, nie chcąc sprawiać dodatkowych kłopotów dorosłym. Bywa też tak, że po prostu nie wiedzą, jak zareagować, bo nie rozumieją sytuacji, reakcji otoczenia i własnych odczuć, często też nie wiedzą, jak rozmawiać o tym, co się stało.

To, w jaki sposób dane dziecko będzie przeżywało stratę, mocno zależy od tego, w jakim jest wieku i w jaki sposób rozumie to, czym jest śmierć

Maluchy do 2 roku życia dostrzegają zmianę w swoim otoczeniu, doznają poczucia braku. Reagują też w odpowiedzi na reakcje osób z ich otoczenia. Może się u nich pojawić większe napięcie emocjonalne, płaczliwość, zwiększona potrzeba bycia blisko rodzica czy opiekuna.
Dzieci do 4 roku życia znają już pojęcie śmierci, jednak ich zdolność rozumienia tego, czym jest śmierć i jakie są jej skutki, jest ograniczona. Nie mają jeszcze poczucia nieodwracalności śmierci, jest ona dla nich rozstaniem, jednak nie na zawsze. U dzieci w tym wieku często pojawia się tęsknota za zmarłym i oczekiwanie na jego powrót, a stąd pytania o to, kiedy zmarły wróci i gdzie jest.
Starsze dzieci, między 5 a 8 rokiem życia, zaczynają rozumieć, że śmierć jest zjawiskiem nieodwracalnym, jednak często uważają, że dotyczy ona osób starszych lub chorych. Wykazują też zainteresowanie tym, co dzieje się z ciałem człowieka po śmierci, i mogą zadawać bardzo konkretne pytania w tej kwestii.
Dzieci powyżej 9 roku życia dobrze wiedzą już, że śmierć jest nieodwracalna i dotyczy wszystkich istot. Uświadamiają sobie, że one też mogą umrzeć.
U nastolatków rozwija się myślenie abstrakcyjne i w związku z tym są w stanie tworzyć własne teorie na temat śmierci, stawiać pytania o jej sens czy kwestionować obowiązujące społecznie przekonania. Życie codzienne nastolatków jest mocno osadzone w teraźniejszości, w związku z czym mogą mieć tendencję do bagatelizowania własnej śmiertelności.
[reklama id=”77015″]

Reakcja dziecka w obliczu straty bliskiej osoby zależy też od tego, kim był dla niego zmarły

Śmierć osoby z najbliższego otoczenia – jak rodzic, rodzeństwo, przyjaciel czy dziadkowie – często sprawia, że traci ono poczucie bezpieczeństwa. Oprócz utraty bliskiej i ważnej relacji emocjonalnej zmienia się też jego sytuacja życiowa, codzienne zwyczaje i ramy, w których do tej pory funkcjonowało i które dobrze znało.
Dlatego tak ważne jest, aby dziecko zostało zauważone w swojej żałobie i otrzymało w tym czasie potrzebne wsparcie.

Jak wspierać dziecko w sytuacji straty bliskiej osoby?

Ważne jest, aby przy dziecku być, poświęcać mu czas i uwagę i pozwolić mu reagować tak, jak ono tego potrzebuje. Dać mu prawo do okazywania różnych emocji i do zadawania pytań.
Dobrze jest podążać za dzieckiem – w swoich pytaniach i poruszanych tematach dziecko daje nam znak, na ile jest gotowe do rozmowy o stracie bliskiego. Warto reagować na takie sygnały i odpowiadać szczerze na zadawane pytania, aby nie czynić ze śmierci tematu tabu. Jeśli nie znamy odpowiedzi na jakieś pytanie, najlepiej jest się do tego po prostu przyznać. Nie należy też okłamywać dziecka, mówiąc na przykład, że „babcia wyjechała”. Istotne jest to, aby nie naciskać na dziecko, nie nakłaniać go do rozmowy o śmierci, jeśli nie jest na to gotowe. Sposób rozmowy i dobór słów powinniśmy dostosować do jego wieku i możliwości rozumienia sytuacji.
W towarzyszeniu dziecku w żałobie bardzo ważny jest szacunek dla jego sposobu przeżywania tego czasu – nie należy go ośmieszać, podważać czy umniejszać, nawet jeśli jest dla nas niezrozumiały. Powinniśmy też powstrzymać się od dawania dobrych rad typu: „Nie płacz, bo to nie pomoże”.
Warto natomiast pytać dziecko, również to mniejsze, czego od nas potrzebuje, jakiego wsparcia by chciało – czasem ważniejsza od rozmowy jest obecność, możliwość przytulenia się, wspólnego pomilczenia. Dla młodszych dzieci najlepszym wsparciem może okazać się wspólna zabawa czy spacer. Dobrze jest też poszukać pomocy w otoczeniu – wśród bliskich, przyjaciół czy w szkole.
Towarzyszenie dziecku po stracie bliskiej osoby może nie być łatwe, zwłaszcza jeśli strata dotyczy również nas samych i sami doświadczamy żałoby. Dlatego niezmiernie ważne jest, aby nie zapominać o sobie i być na siebie uważnym. W razie trudności, gdy czujemy, że sytuacja nas przerasta, warto poszukać wsparcia dla siebie – w otoczeniu lub u specjalisty.

Kategorie
wychowanie

10 inspirujących cytatów z Janusza Korczaka

Hasło mówiące o tym, że nie ma dzieci, są ludzie przeszło do historii, pokazując uniwersalny i ponadczasowy charakter jego rewolucyjnej myśli.
Dorobek pisarski Korczaka jest imponujący. Wydał ponad 20 książek, około 1400 tekstów drukowanych w około 100 pismach. Do tego doliczyć należy jeszcze około 200 materiałów, które nie doczekały się publikacji. Wśród jego najważniejszych książek wymienia się „Dziecko w rodzinie” – pierwszą część tetralogii „Jak kochać dziecko”, która ukazała się w 1919 roku.

Korczak był prekursorem współczesnej myśli pedagogicznej

Jego przemyślenia dotyczące wychowania, wyważone i dalekie od poradnikowego stylu (będące raczej zbiorem pytań kierowanych do rodziców i opiekunów, a nie wskazówek czy nakazów), były na tyle odkrywcze, że zdecydowanie wyprzedziły swoją epokę. Wielu pedagogów powołuje się na Korczaka po dziś dzień, mimo że od wydania jego dzieł minęły dziesięciolecia. I nie są one bynajmniej prostą lekturą.
Cytaty z Korczaka od lat krążą w sieci. My zebraliśmy 10 najbardziej poruszających, które zdają się stawiać kluczowe pytania o to, jakim być rodzicem, opiekunem, towarzyszem i jak komunikować się z dziećmi, by budować relacje oparte na szacunku i wzajemnym zrozumieniu.

1. O zakazach i nakazach

Im mizerniejszy poziom duchowy, bezbarwniejsze moralne oblicze, większa troska o własny spokój i wygodę, tym więcej zakazów i nakazów, dyktowanych pozorną troską o dobro dziecka.

Jak kochać dziecko. Internat.

2. Dziecko – potrzeba przewodnika

Dziecko jest cudzoziemcem, nie rozumie języka, nie zna kierunku ulic, nie zna praw i zwyczajów. […] Potrzebny przewodnik, który grzecznie odpowie na pytanie.

Jak kochać dziecko. Prawo dziecka do szacunku.

3. O komunikacji i modelowaniu

…mówiłem nie do dzieci, a z dziećmi, mówiłem nie o tym, czym chcę, aby były, ale czym one chcą i mogą być.

Jak kochać dziecko. Kolonie letnie.

4. O wyręczaniu

Nie zabiegajmy o to, by każdy czyn uprzedzić, w każdym zawahaniu się natychmiast drogę wskazać, przy każdym pochyleniu biec z pomocą. Pamiętajmy, że w momencie silnych zmagań może nas zabraknąć.

Jak kochać dziecko. Internat.

5. O byciu sobą

Bądź sobą – szukaj własnej drogi. Poznaj siebie, zanim zechcesz dzieci poznać. Zdaj sobie sprawę z tego, do czego sam jesteś zdolny, zanim dzieciom poczniesz wykreślać zakres ich praw i obowiązków.

Jak kochać dziecko. Internat.

[natuli2]

6. O tym, że dzieci myślą inaczej

Dziecko nie może myśleć «jak dorosły», ale może dziecięco zastanawiać się nad poważnymi zagadnieniami dorosłych; brak wiedzy i doświadczenia zmusza je, by inaczej myślało.

Jak kochać dziecko. Dziecko w rodzinie.

7. O NIEwychowaniu

Całe wychowanie współczesne pragnie, by dziecko było wygodne, konsekwentnie krok za krokiem dąży, by uśpić, stłumić, zniszczyć wszystko, co jest wolą i wolnością dziecka, hartem jego ducha, siłą jego żądań i zamierzeń.

Jak kochać dziecko. Dziecko w rodzinie.

8. O nauce

Niemowlę bada swe ręce. Prostuje, wodzi w prawo i w lewo, oddala, zbliża, rozstawia palce, zaciska w pięść, mówi do nich i czeka na odpowiedź, prawą chwyta lewą rękę i ciągnie, bierze grzechotkę i patrzy na dziwnie zmieniony obraz ręki, przekłada ją z jednej do drugiej, bada ustami, natychmiast wyjmuje i znów patrzy powoli, uważnie. […] Ono nie bawi się: miejcież do licha oczy i dostrzeżcie wysiłek woli, by zrozumieć. To uczony w laboratorium, wmyślony w zagadnienie najwyższej wagi, a które wyślizguje się jego rozumieniu.

Jak kochać dziecko. Dziecko w rodzinie.

9. O wpływie wychowawczym

 
…szczęście dla ludzkości, że nie możemy zmusić dzieci, by ulegały wpływom wychowawczym i dydaktycznym zamachom na ich zdrowy rozum i zdrową ludzką wolę.

Jak kochać dziecko. Dziecko w rodzinie.

10. O radości

Jeśli umiecie diagnozować radość dziecka i jej natężenie, musicie dostrzec, że najwyższą jest radość pokonanej trudności, osiągniętego celu, odkrytej tajemnicy. Radość tryumfu i szczęście samodzielności, opanowania, władania.

Jak kochać dziecko. Dziecko w rodzinie.

Kategorie
wychowanie

Zabawa jest najwyższą formą nauki!

Wciąż wielu rodziców ogranicza dzieciom czas na zabawę, nie dostrzegając jej właściwości. Przywiązujemy większą wagę do nauki, szkoły, zajęć dodatkowych. Wszyscy chcemy, by nasze dzieci rozwinęły swoją kreatywność, umiejętność uczenia się, wytrwałość, zdolność pokonywania własnych ograniczeń i współpracy z innymi. W imię rozwijania tych cech odrywamy je od zabawy, podczas gdy to właśnie w zabawie dzieci przejawiają je w najbardziej naturalny sposób. Zapominamy, że wystarczy zabawa.
André Stern, który – jak sam twierdzi – nigdy nie przestał się bawić, wydaje się najlepszym przewodnikiem po świecie dziecięcej swobodnej zabawy. Czym ona jest? Co ją wyróżnia? Dlaczego nie powinniśmy jej przerywać?

Czym jest dla dziecka zabawa?

Najkrótsza definicja swobodnej zabawy, którą proponuje Stern, to „głębokie spełnienie”. Jak twierdzi, jest to dla dziecka naturalny sposób nawiązywania więzi z codziennością – ze sobą oraz światem. To właśnie podczas zabawy najlepiej ujawniają się zarówno jego cechy i potencjał, jak i pragnienia oraz potrzeby. Mimo że często kojarzy się ją z czystą rozrywką, nie zawsze sprawia przyjemność – dla dziecka niejednokrotnie stanowi wysiłek i przekraczanie własnych granic, co zdecydowanie odróżnia ją od ogólnie rozumianej zabawy.
Zabawa jest miejscem, gdzie spotykają się dwa światy, realny i wyimaginowany, a granice między nimi zupełnie się zacierają. Dzieci bez najmniejszego problemu przypisują otaczającym je przedmiotom cechy inne niż te, które widzimy my – dorośli. Dzięki temu zbliżają się w zabawie do świata realnego. Podglądają go, naśladują i czasem powtarzają to w nieskończoność. Stern porównuje to do symulacji, w jakiej bierze udział pilot samolotu. Tak jak on bawiące się dziecko może pozwolić sobie na coś, co w rzeczywistości mogłoby okazać się trudne lub niebezpieczne, a warunki zabawy – szczególnie wielokrotność powtórzeń i poczucie bezpieczeństwa – są dla dziecka niesamowicie istotne: pomagają przeżywać pewne rzeczy więcej niż jeden raz oraz uczyć się właściwych rozwiązań.
Stern stawia wyraźną granicę między swobodną zabawą a tą, do której przywykliśmy jako dorośli, której domeną jest rywalizacja (tenis, szachy, poker) lub zwyczajne zabicie czasu (krzyżówki, sudoku). Tymczasem w swobodnej zabawie dziecka nie chodzi o to, żeby wygrać. Celem nie jest gra przeciwko sobie, ale z sobą, celem (a raczej pragnieniem) jest wspólna zabawa, przy czym dziecko potrafi również bawić się z sobą samym oraz ze światem.

„Zabawa. O uczeniu się, zaufaniu i życiu pełnym entuzjazmu” w Natuli.pl

Podczas gdy dorośli dystansują się i uciekają od świata poprzez zabawę, dziecko robi coś zupełnie innego – dzięki zabawie poznaje i rozumie świat.

Zabawa wymaga szacunku

Jak do tego doszło, że zabawa jest przeciwstawiana poważnym zajęciom? Któż nie słyszał takiego zdania: „Ale po zabawie weźmiesz się do nauki, dobrze?”, pyta André Stern. Niestety znamy jeszcze inne pytanie – a raczej polecenie – które każdy z nas słyszał, będąc dzieckiem: „Pobawisz się po szkole, dobrze?” lub „Najpierw odrobisz zadanie domowe”. Niejednokrotnie „potem” okazywało się zbyt późno. Nadchodziła noc, a zabawa pozostawała marzeniem, które czasem na spełnienie musiało czekać do kolejnego dnia lub – o zgrozo! – weekendu.
Tymczasem Stern przekonuje, że nie ma aktywności, która mogłaby być dla dziecka ważniejsza niż zabawa. To ona stanowi jego naturalne środowisko – pozwala dziecku nawiązać kontakt z samym sobą oraz ze światem, pokazuje jego potencjał i pragnienia, daje poczucie spełnienia. Dlaczego wciąż tak trudno nam – dorosłym – myśleć o niej poważnie? Dlaczego kojarzy się z czymś nieistotnym, z pewnego rodzaju rozrywką, która stanowi tylko dodatek do codzienności – coś, co może wypełnić resztę wolnego czasu. Być może dlatego, że i nam przerywano kiedyś zabawę, spychając ją na szary koniec długiej listy codziennych aktywności…
Przerwać zabawę, bo trzeba iść do szkoły… Dla dziecka to bolesny przymus. Warto przypomnieć sobie, jak to było, gdy w dzieciństwie sami zapamiętywaliśmy się w zabawie, gdy pochłaniała nas ona całkowicie, razem z głową i sercem. Teraz widać, jak absurdalny jest ten przymus?

Zabawa najwyższą formą nauki

Wciąż tak często przeciwstawia się sobie naukę i zabawę, choć jak dowodzi Stern, stanowią one synonimy – nie istnieje lepsza metoda uczenia się niż zabawa. Stern podkreśla, że bawiące się dziecko charakteryzują cechy, które jako dorośli uznajmy za cenne i pożądane, a są to: wytrwałość, skupienie, koncentracja, odwaga, umiejętność pokonywania własnych ograniczeń. Co więcej, niejednokrotnie odrywamy dzieci od zabawy i skłaniamy do „nauki” w imię wykształcania tych właśnie cech, które podczas swobodnej zabawy rozwijają się całkowicie naturalnie. Skutek jest taki, że wiele dzieci traci te cechy – czasem bezpowrotnie…
Sternowi, dzięki temu, że nigdy nie chodził do szkoły, zdecydowanie łatwiej dostrzec, jak szkoła i nabyte w niej przyzwyczajenia kształtują dzisiejsze postawy wychowawcze, a wręcz całą kulturę wychowania i rozwoju dziecka. Zakładamy, że gwarantem wiedzy jest szkoła, nie skupiając się na prawdziwym potencjalne dziecka. Zastanawiamy się, jak je motywować, wspierać, czym nagradzać (a może i karać?). Przyzwyczajmy do rywalizacji, a także ocenienia, przybierając rolę nauczyciela (nawet podczas zwykłych codziennych czynności), który rozstrzyga, czy coś jest zrobione poprawnie, czy też nie.
W szkole, gdzie dominują konkurencja i ciągłe porównywanie, dzieci doświadczają bycia przeciw sobie zamiast bycia ze sobą. To nie jest pozytywna socjalizacja. Dla dziecka, które może się bawić i uczyć wedle własnej woli, taka presja na zdobywanie osiągnięć jest niezrozumiała, ponieważ wzrasta ono, odczuwając zachwyt dla wszystkiego nowego, co pojawia się w jego życiu, pisze Stern. Swoje doświadczenie i poglądy popiera współczesnymi odkryciami neurobiologii, które jednoznacznie pokazują, że aby człowiek mógł trwale zapamiętywać wiedzę, muszą być aktywizowane jego ośrodki emocjonalne. Zatem w dziecku, które z natury jest wolne od rywalizacji, którego nie poddaje się presji, przymusowi, które spotyka w swoim życiu wyłącznie rzeczy aktywizujące te ośrodki – w konsekwencji budzi się zainteresowanie, a gromadzony podczas aktywności ośrodków emocjonalnych materiał zostaje natychmiastowo i trwale przez nie zapamiętany. Zabawa wywołuje wiele emocji, nikt nie musi niczego ćwiczyć, utrwalać, specjalnie trenować.
Większości rzeczy, których uczyliśmy się w szkole – właściwie których musieliśmy uczyć się w szkole – nikt z nas już nie pamięta. Nic dziwnego: skoro nasze ośrodki emocjonalne nie zostały zaktywizowane, nasza pamięć długotrwała nie przyjęła treści. Nie pomogły nawet zachęty, nagrody czy chęć wygrania w klasowej rywalizacji. Zagadnienia wtłaczane z zewnątrz po prostu tam zostały i próżno szukać ich w naszej pamięci.

André Stern w Polsce –
Opole, Katowice, Kraków, Warszawa – 26–29 października 2017

Dotychczasowe wizyty André Sterna w Polsce cieszyły się wielkim zainteresowaniem. Podczas wykładów sale pękały w szwach, a sesje pytań od publiczności nie miały końca. Mamy nadzieję, że tak będzie i tym razem. Przed nami kolejna wizyta André Sterna. Tym razem Stern odwiedzi Opole, Katowice, Kraków (Targi Książki w Krakowie) oraz Warszawę.
Szczegóły dotyczące wydarzeń:

  • Opole, 26.10.2017
  • Katowice, 27.10.2017
  • Kraków, 28.10.2017
  • Warszawa, 29.10.2017
  • André Stern podczas wykładu zatytułowanego „…I nigdy nie chodziłem do szkoły – co sprawia, że uczymy się skutecznie?” opowie o niesamowitej sile swobodnej zabawy, ciekawości świata oraz rozwijaniu pasji. Jego przekaz wypływa z dorobku jego ojca Arno, który od ponad sześćdziesięciu lat nieprzerwanie pracuje z dziećmi, a także z jego osobistego doświadczenia dzieciństwa bez szkoły, które pozwoliło mu opanować umiejętności czytania, pisania i liczenia, pięć języków, programowanie i astronomię, profesjonalną grę na instrumencie, komponowanie muzyki i lutnictwo.
    [reklama_col id=”57469, 57576, 57533″]
    Podczas spotkania Stern podzieli się swoimi obserwacjami dotyczącymi zabawy, która jest najskuteczniejszym narzędziem do uczenia się, w jakie wyposażyła nas natura, a także najlepszym sposobem poznania siebie i otaczającego świata. Dzięki wielu przykładom ze swojego dzieciństwa, popartym wynikami badań neurodydaktyki, pokaże, jak przez zabawę dziecko może uczyć się naprawdę skutecznie.
    Źródło:
    André Stern, …I nigdy nie chodziłem do szkoły, Wydawnictwo Element, Gliwice 2016.
    André Stern, Zabawa. O uczeniu się, zaufaniu i życiu pełnym entuzjazmu, Wydawnictwo Element, Gliwice 2017.

    Kategorie
    artykuł sponsorowany rzeczy dla dzieci

    Znacie 5.10.15.? Ubrania i akcesoria dla dzieci od 0 do 12 lat

    Poza tym wytrzymałe, by przetrwały wszystkie harce i po kilkudziesięciu praniach wciąż nadawały się do użytku (a może nawet do przekazania młodszemu rodzeństwu).

    W okresie jesienno-zimowym powinny jeszcze być funkcjonalne: nie podrażniać delikatnej dziecięcej skóry oraz oddychać i przepuszczać powietrze, aby maluchy nie pociły się ubrane na cebulkę. Z kolei odzież wierzchnia powinna chronić przed zimnem, wiatrem i deszczem.
    Dobre gatunkowo materiały, ciekawe wzornictwo i krój oraz przede wszystkim cena przyjazna dla rodzicielskiej kieszeni – to wszystko można znaleźć w produktach rodzimej marki 5.10.15..

    Kolekcja jesienno-zimowa obfituje w żywe, przyciągające wzrok kolory. Kurtki zostały wykonane z materiałów, które będą chronić dzieci przed chłodem, wiatrem, deszczem i śniegiem. Doskonale sprawdzą się na codziennych spacerach oraz jako okrycie wierzchnie do przedszkola lub szkoły. Dzięki zastosowaniu polarowej podszewki mamy pewność, że dziecku będzie nie tylko ciepło, ale także komfortowo – ta tkanina jest po prostu miła dla skóry i “niegryząca”. Zapięcie na zamek błyskawiczny, ściągacze w rękawach, kaptur i kieszonki na drobiazgi to sprawdzone rozwiązania, które sprawiają, że ubrania są praktyczne i wygodne.
    Do tego można dobrać wygodne, wodoszczelne i wiatrochronne spodnie narciarskie i zestaw staje się doskonałym kompletem na wszelkiego rodzaju wyjścia na dwór: w sam raz na sanki, łyżwy lub narty. Dla niemowląt dostępne są również kombinezony jednoczęściowe.

    Bluzki wykonane są z przyjemnej w dotyku wysokogatunkowej bawełny (czasem z niewielką domieszką innych materiałów, np. wiskozy). Ubrania są bardzo różnorodne – zaspokoją gusta zwolenników minimalizmu, wielbicielek Elzy i Anny, fanów Psiego Patrolu i wielu, wielu innych. Podobnie jest ze spodniami. Dresy, jeansy, legginsy, chinosy – bez względu na aktualne potrzeby, w 5.10.15. na pewno znajdziecie coś godnego uwagi.
    Rozmiary niemowlęce wahają się od 56 do 86. Dostępne są również rozmiary dla starszych dzieci: kolekcja 2–7 lat, przeznaczona dla dzieci noszących rozmiary od 92 do 128 włącznie, i kolekcja 8–12, czyli ubrania w rozmiarach od 134 do 164.

    Asortyment sklepu jest niezwykle bogaty. Znajdziemy tu: bieliznę, piżamy oraz przeróżne dodatki, m.in.: czapki, szaliki, rękawiczki, ale także plecaki czy ozdoby do włosów, a od niedawna także zabawki i akcesoria dla dzieci i rodziców. W sezonie jesienno–zimowym na szczególną uwagą zasługują mufki do wózka i śpiwory.
    Dużym atutem marki jest fakt, że jest przyjazna dla kieszeni. Relacja jakości do ceny wydaje się być adekwatna, ponadto bardzo często organizowane promocje i wyprzedaże pozwalają upolować sporo rzeczy w naprawdę rozsądnej cenie.

    Marka 5.10.15. na pewno wyróżnia się wśród firm odzieżowych dla dzieci – jakością ubrań, przyjazną ceną i ciekawym wzornictwem. Pozwoli skompletować garderobę, która sprawdzi się w wielu okolicznościach i posłuży przez lata.

    Kategorie
    edukacja alternatywna

    Dlaczego szkoła nie uczy dzieci?

    Takie podejście nie wspiera naturalnych procesów uczenia się, skutecznie przyczynia się za to do wygaszenia motywacji wewnętrznej, będącej jedynym i najważniejszym motorem napędowym dziecka do podjęcia określonego działania.

    Dlaczego nauczyciel nie przekazuje wiedzy?

    Wiedza jest działaniem. Jest aktywnym, a nie – jak zwykliśmy sądzić – biernym procesem. Jest czymś, czego nie da się komuś przekazać.
    Żaden nauczyciel – choćby był najbardziej wszechstronny i uzdolniony – nie będzie w stanie przekazać swojej wiedzy bezpośrednio do mózgu dzieci przez samo wypowiadanie słów. Dziecko musi uruchomić mechanizm uczenia się przez samodzielne tworzenie związków przyczynowo-skutkowych i popełnianie błędów, dzięki czemu uściśli ono swoją wiedzę. Potrzebuje nie tyle uczyć się na doświadczeniach innych, ile spróbować samemu je zdobyć.

    Kiedy nauczyciel udziela odpowiedzi na pytanie, dzieli się jakąś częścią swojego doświadczenia, ale nie może przekazać go dziecku w pełni, bo to jest JEGO doświadczenie. By zrozumieć słowa, które płyną z jego ust, “uczący się” musi oprzeć je na własnych przeżyciach. Wiedza jest działaniem i procesem zachodzącym w umyśle dziecka, a nie zlepkiem wyuczonych treści, z których niewiele się zapamiętuje i których do niczego się w istocie nie wykorzystuje.

    Jaki nauczyciel to dobry nauczyciel?

    Dobry nauczyciel to ktoś, kto rozumie te prawidła i respektuje tym samym naturalne prawa uczenia się.
    Przeczytaj: Pozwólmy dzieciom się uczyć!

    To prawdziwy przywódca, który zaraża pasją do życia i eksplorowania świata oraz miłością do odkrywania sensu i znaczeń. To ktoś, kto fascynuje i inspiruje swoich uczniów. Jest ich uważnym, pełnym empatii i entuzjazmu towarzyszem. To pomocna dłoń, wsparcie, po które młodzi odkrywcy bez strachu i skrępowania sięgają zawsze wtedy, kiedy czują taką potrzebę. To w końcu otwarty na naturalny rozwój dzieci samoświadomy dorosły, którego największym pedagogicznym celem staje się nie to, “jak uczyć, żeby nauczyć”, a to, co robić, aby dzieci uczyć się chciały − jak nie zabijać ich autonomii, zapału i bezcennej ciekawości poznawczej…
    [reklama_col id=”59857, 57576, 59854″]

    Prawdziwe nauczanie nie istnieje bez możliwości zadawania pytań

    Najlepszą metodą wsparcia dziecka jest udzielenie mu odpowiedzi na pytanie i pozwolenie mu na wykorzystanie uzyskanej odpowiedzi w taki sposób, jaki jest najlepszy dla niego – zgodny z nim i jego aktualnymi doświadczeniami. Jeśli nauczyciel nie zna odpowiedzi na zadane pytanie, może powiedzieć: “Nie jestem w stanie odpowiedzieć ci na to pytanie, ale możemy to wspólnie sprawdzić”. I na tym polega właśnie praca nauczyciela – zaczyna się ona wówczas, gdy ktoś zada pytanie, ponieważ prawdziwe nauczanie nie istnieje bez pytań…

    Istotne jest również to, aby zrozumieć, co nauczyciel może osiągnąć, udzielając odpowiedzi. Wiemy już, że nie jest on w stanie przekazać wiedzy, nie jest ona bowiem czymś, co może zostać komuś przekazane. Udzielając odpowiedzi, może on jedynie próbować ująć w słowach część swojego doświadczenia – pytający otrzymuje jednak tylko słowa, a nie samo doświadczenie. By nadać znaczenie usłyszanym słowom, musi on oprzeć się na własnym działaniu i doświadczaniu.

    Słowa dorosłego pozostają bez znaczenia, jeśli jego doświadczenia choć częściowo nie zazębiają się z doświadczeniami dziecka. Nie da się wytłumaczyć dziecku zasady działania roweru, samochodu czy przekładni, jeśli ono nigdy nie widziało koła ani okręgu. Trzeba by wówczas przyjąć koło za punkt wyjścia, zademonstrować je i osadzić je w jego doświadczeniu. W chwili, w której część przeżyć staje się wspólna – dorosły, opisując we właściwym ujęciu swoje doświadczenia, może odkryć przed dzieckiem coś z zakresu jego doświadczenia, o czym młody człowiek wcześniej nie widział albo pomóc mu zobaczyć to w nowym świetle, „przekształcić i scalić”, mówiąc językiem znanego amerykańskiego psychiatry – Davida Hawkinsa.

    W jaki sposób nauczyciel ma się zorientować, że jego odpowiedź jest niezrozumiała? Warto, aby był uważny w kontakcie z dzieckiem i wnikliwie wypatrywał oznak niezrozumienia udzielonej odpowiedzi, a gdy jest to potrzebne – mówił jaśniej.

    “Musimy być uważni, by nie traktować każdego zadanego nam pytania jako zaproszenia do przekształcenia życia w Szkołę; do Nauczania zakończonego testem sprawdzającym, czy lekcja została wyuczona. […] Odpowiadać na pytania tak, by powiedzieć wystarczająco dużo, lecz nie nazbyt dużo” – podkreśla John Holt**, znany pedagog, autor licznych książek dla rodziców, psychologów i nauczycieli, jeden z najbardziej reprezentatywnych dla ruchu domowej edukacji przedstawiciel amerykańskiej humanistyki. (Holt J., Zamiast edukacji, “IMPULS”, Kraków 2007.)

    To wielka sztuka i wielki dar – nauczyciel ma nieskończone możliwości w szkolnej relacji z dzieckiem. Tylko on bowiem – obserwując dziecko i będąc w pełni obecnym w procesie jego samokształcenia – posiada niebywałą moc aktywowania jego wrodzonej motywacji do odkrywania sensu, znaczeń i prawideł rządzących światem. Jego wsparcie jest niezbędne, ale – jak pokazują wyniki badań – jeśli jest ono zbyt ewidentne, “zaczyna działać hamująco na dziecięcą potrzebę odkrywania, bo skoro nie ma już nic do odkrycia, dziecko traci motywację do danej czynności czy zadania. Chodzi zatem o zapewnienie wsparcia punktowo i w nieinwazyjny sposób, o wręczenie dziecku kluczy do drzwi, które będzie mogło samo otworzyć”.***

    Dziecko uczy się przez autodoświadczanie

    Dzieci przychodzą na świat wyposażone w coś na kształt naturalnego oprogramowania do samouczenia się. Potrafią bardzo precyzyjnie poznawać rzeczywistość jedynie poprzez samą w niej aktywność oraz ucząc się na swoich błędach. Dziecko opanowuje wiedzę i poznaje prawa fizyczne, gramatyczne czy społeczne dzięki żywej eksploracji, a nie wielkiemu programowi nauczania, jaki dla niego wspaniałomyślnie stworzono.

    “Nie przyjdzie nam do głowy, żeby posadzić przy stole trzymiesięczne niemowlę i powiedzieć mu: „Słuchaj, to jest jabłko. Jeśli je puszczę, to ono spadnie. Tak się dzieje ze wszystkimi przedmiotami i to zjawisko nazywa się grawitacja. Jutro opowiem ci o miejscu czasownika w zdaniu. Pojutrze porozmawiamy o reakcjach społecznych i wytłumaczę ci, jak zwracają się do siebie ludzie, którzy się kochają. A na koniec poznamy smaki: kwaśny, gorzki, słodki i słony”. Nie postąpilibyśmy tak, i dobrze, bo stracilibyśmy tylko czas i energię – nie zdołalibyśmy zainteresować w ten sposób dziecka. Zamiast tego po prostu żyjemy z dzieckiem, towarzyszymy mu, komentujemy w razie potrzeby jego żywe doświadczenia w środowisku. Dziecko rzuca przedmiotami, dotyka piasku, wskakuje bosymi stopami do wody, chodzi po trawie i po posadzce. Śmiejemy się razem z nim, zwracamy jego uwagę na to, że piasek jest ciepły, kiedy świeci słońce, pokazujemy mu i tłumaczymy, jak łapać piłkę, kiedy mu się to nie udaje. Dziecko ma okazję chwycić i ugryźć cząstkę cytryny, kiedy przygotowujemy rybę, a wtedy mówimy mu: „Widzisz, jakie kwaśne?”. Dziecko ma okazję eksplorować, ale i obserwować: w jego obecności rozmawiamy z innymi osobami, reagujemy na zachowania jego rodzeństwa – by mogło zobaczyć, jakimi zachowaniami reagujemy na różne sytuacje społeczne.[…] Dziecko nie potrzebuje formalnych, mentorskich objaśnień. Potrzebuje żyć i konfrontować się z serią wstrząsów, jakie przysparzać mu będzie eksplorowanie świata.”****

    Ot, i cała tajemnica bycia prawdziwym nauczycielem – uważność i otwartość na naturalne prawa dziecka, pełne obecności życie w świecie samoświadomych dorosłych, NIE nauczających, a towarzyszących dziecku w odsłanianiu kolejnych kart bezkresnego wszechświata…

    Dlaczego szkoła nie uczy dzieci?

    1. Szkoła nie uwzględnia podstawowych zasad rządzących uczeniem się i rozwojem człowieka.
    By w pełni rozwinąć swój potencjał, dziecko potrzebuje naturalnego, urozmaiconego i uporządkowanego otoczenia, umożliwiającego mu spontaniczną eksplorację. Skupienie uwagi na tych czynnikach powinno być kwestią fundamentalną. Szkoła jednak oferuje młodym ludziom siedzenie w bezruchu w ławkach przez mniej więcej siedem godzin dziennie, przymus uczenia się na pamięć i przyswajania często niezrozumiałych informacji oraz nieustanny stres związany z ocenianiem, testowaniem i z koniecznością dostosowania się do ram podstawy programowej.

    2. Dziecko potrzebuje spokojnego, pełnego miłości kontaktu z dorosłym, dającego wzajemne wsparcie i wielkoduszność.
    W zamian musi często odnaleźć się w relacji nacechowanej brakiem empatii i wrażliwości na jego emocje i rozwój. Bywa krytykowane, wyśmiewane, porównywane, karane i oceniane w sposób, który nie tylko odbiera chęć do pracy i nauki, ale przyczynia się również do problemów na tle emocjonalnym. W Polsce istnieje duży odsetek dzieci, dla których spełnianie oczekiwań szkoły kończy się bardzo niekorzystnie. Badania pokazują, że coraz więcej dzieci cierpi na zespół lęku napadowego, szkolną fobie swoistą, a nawet depresję. Najpoważniejsze objawy lęku mogą mieć charakter objawów cielesnych oraz psychicznych. Należą do nich np. pocenie się, drżenie, nudności, bóle brzucha, kołatanie serca. Objawy psychiczne obejmują uczucie napięcia, ciągłego przerażenia, odrealnienia oraz poczucie zagrażającej śmierci. Dr Filip Rybakowski, kierownik Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie przyznaje, że problem ten dotyka aktualnie nawet 15% dzieci w wieku szkolnym…

    3. Również na poziomie neurobiologicznym żadne dziecko nie jest w stanie efektywnie się uczyć i swobodnie zapamiętywać nowych wiadomości, jeżeli podlega naciskowi z zewnątrz.
    Z wieloletnich badań nad pracą mózgu wiemy, że nie jest on organem zewnątrzsterownym. Oznacza to, że nie może wykonywać swojej pracy w chwili, w której ktoś z zewnątrz go do tego zmusza. Naturalnie uzasadnienie takiego stanu rzeczy znajdziemy w budowie oraz istotnych procesach zachodzących wewnątrz mózgu. W momencie, w którym dziecko poddawane jest naciskowi z zewnątrz, w jego mózgu ustaje produkcja dopaminy, która z kolei aktywuje neurony produkujące endogenne opioidy. Substancje te mają decydujący wpływ na procesy zapamiętywania i uczenia się. Kiedy ich wydzielanie ustaje, ustaje również proces uczenia się. Brak dopaminy w tzw. wewnętrznym układzie nagrody powoduje utratę zainteresowania lekcją, prezentowanym materiałem i nauką w ogóle. Teraz wiemy już, dlaczego młodzi ludzie tak często kręcą się podczas zajęć, rozmawiają, odwracają do kolegów czy bawią długopisem. Oni zwyczajnie się nudzą, ich system ciekawości eksploracyjnej wyłącza się i przestaje skutecznie funkcjonować – intuicyjnie próbują go więc aktywować.

    4. Sposób, w jaki zorganizowana jest dzisiejsza szkoła i nauka w niej, hamuje potencjał mózgu naszych dzieci.
    Dzięki niemalże dwudziestoletnim praktykom w zakresie neuroobrazowania wiemy już, że mózgi – zarówno nasze, jak i naszych dzieci – dużo szybciej zapamiętują informacje, które są subiektywnie ważne dla nich i odnoszą się do ich własnych przeżyć i doświadczeń; łatwiej zapamiętują to, co związane jest z własną aktywnością niż to, co zostanie im przekazane w formie beznamiętnego wykładu, a najbardziej produktywnie uczą się w grupie. Które z potwierdzonych naukowo faktów wykorzystuje się w tradycyjnych szkołach? Uczymy dzieci rzeczy, które są dla nich absolutnie niezrozumiałe na poziomie ich percepcji i postrzegania świata, wbijamy do głowy dane, które znaczą dla nich tyle, co tajemnicze kody nie do rozszyfrowania, oraz zapraszamy do bezkrytycznego ślęczenia nad kolejnymi zadaniami z zeszytu ćwiczeń (w pojedynkę oczywiście, bo praca w grupie mogłaby przecież zaburzyć dyscyplinę i porządek lekcji…). Przez wiele godzin w ciągu dnia każemy im również słuchać monotonnych wykładów nauczycieli, zapominając o tym, co najcenniejsze dla rozwoju dziecka – samodzielne odkrywanie znaczeń, eksperymentowanie, analizowanie i wnioskowanie. Tylko wtedy, kiedy pozwolimy dziecku działać, w jego mózgu aktywują się takie substancje neurochemiczne, dzięki którym rozpoczyna się naturalny proces uczenia się!

    5. Aby młody człowiek mógł zarazić się pasją do nauki, do danego przedmiotu oraz entuzjazmem do działania, potrzebuje eksplorować szkolną codzienność w towarzystwie pełnego zaufania, zapału i zaangażowania nauczyciela
    – którego postawa stanie się naturalnym wzorem do naśladowania. Jasno mechanizm ten opisuje znany niemiecki neurobiolog Gerald Huther:
    “Aby niemowlak, dziecko, nastolatek lub człowiek dorosły naśladował zachowanie innego człowieka, czyli aby w jego mózgu został w ogóle aktywowany system neuronów lustrzanych, osoba mogąca odgrywać rolę wzoru musi być dla niego ważna. Dzieci nigdy nie naśladują wszystkich osób, lecz tylko te, które podziwiają, które są dla nich wyjątkowo ważne, z którymi czują się emocjonalnie związane. One właśnie stanowią ich wzorce. Wszyscy inni mogą się wysilać, ile chcą, aby nauczyć czegoś dziecko, nastolatka czy dorosłego. Strumień entuzjazmu rusza tylko wówczas, gdy w mózgu zostaną aktywowane centra emocjonalne. I wtedy właśnie to, co robi osoba stanowiąca wzór, będzie nie tylko imitowane, ale także zostanie mocno zakodowane w formie odpowiednio użyźnionego i dojrzałego wzorca połączeń”.

    *por. Bauer J., Empatia. Co potrafią lustrzane neurony, Warszawa, 2008

    ** Holt był założycielem ruchu edukacji domowej (Homeschooling Bewegung), który prawie od 30 lat skupia rodziców przeciwstawiających się przymusowi uczenia się ich dzieci w szkole. Jest autorem pierwszego w Stanach Zjednoczonych czasopisma dla rodziców nieposyłających dzieci do szkoły pt.: „Growing Without Schooling” oraz projektu badań w działaniu dotyczącego stymulowania samodzielnego uczenia się.

    ***Alvarez C., Prawa naturalne dziecka, CoJaNaTo, Warszawa, 2017
    **** ebd.