Kategorie
rodzina

Idealny plac zabaw. Fragment książki „Ścieżka bosych stóp”

Wyobraź sobie…

Wybraliście się na wycieczkę rowerową ze swoimi dziećmi. Jednym z punktów wycieczki jest wasz ulubiony plac zabaw. Wjeżdżacie. Rowery przypinacie do stojaków. Obok stoją w równym rządku wózki, przypięte do specjalnej ramy. Cenniejsze rzeczy z wózków lądują w szafce zamykanej na kluczyk. Dzięki temu rodzice mogą spokojnie zająć się zabawą, nie muszą wypatrywać, czy wszystkie rzeczy są na miejscu.

Główną alejką dochodzicie do „centrum dowodzenia” – miejsca, w którym spotykają się rodzice, skąd można zobaczyć różne strefy placu zabaw, więc dzieci młodsze mogą się zająć swoimi zabawami, a starsze nieco się oddalić, w kierunku koleżanek i kolegów. Alejka, ta i kilka mniejszych, jest utwardzona, więc można po nich wygodnie spacerować ze śpiącymi noworodkami, jednocześnie zerkając na starszaki.

Właśnie przyjechał Karol ze swoim tatą, który porusza się na wózku. Dla niego główna aleja i wygodne stoły na środku to też duża wygoda. „Centrum dowodzenia” jest zadaszone, znajduje się tam kilka stolików, biblioteczka z książkami przynoszonymi przez innych rodziców, więc przewijają się tematy głównie dziecięce, choć nie tylko. Niedawno ktoś zaczął przynosić też książeczki dla dzieci, więc twoje pociechy robią szybki przegląd. Gdy coś im się spodoba, uciekają do strefy zabaw spokojnych. Tym razem jednak nic nie znaleźli, więc z okrzykiem rozbiegli się po placu zabaw.

Syn pobiegł do kolegów, gdzie w strefie zabaw tematycznych będą bawić się w warsztat samochodowy. A nie, przepraszam, dzisiaj są lekarzami. Na tablicy kredowej przy wejściu zamiast menu rysują duży krzyż. Z pobliskich krzewów zrywają liście – to będą bandaże. A z kwiatów zrobią lekarstwa. Córka woli strefę sportową – pagórki, tory przeszkód z głazów i konarów, tunele i linaria, gdzie bawi się w pirata. Pewnie zaraz wróci mokra, bo niedawno zaczął się sezon i uruchomiono zabawki wodne. Jesteście jednak na to przygotowani – macie przecież zapas ciuchów. Zaraz po przebraniu pobiegnie w stronę strefy kreatywnej, gdzie z drewnianych skrzynek i desek będą budować z kolegami bazę.

O, właśnie jeden z maluszków się obudził i zaczął płakać. Nic dziwnego – trzeba go przewinąć. To nie problem, bo w pobliskiej toalecie są przewijaki. Dla raczkujących brzdąców przewidziano też specjalny drewniany podest ograniczony ławką. Na szczęście ten etap macie już za sobą. Dzieci są na tyle duże, a teren bezpieczny, że możecie trochę spuścić je z oka i zagłębić się w lekturze. Ale najpierw kilka pilnych maili – jest stolik, jest Wi-Fi, jest gniazdko elektryczne. Z placem zabaw sąsiaduje kawiarnia, więc i kawa na wynos będzie. Dzięki temu mogliście wyjść z domu godzinę wcześniej, zamiast czekać, aż mama pozałatwia sprawy firmowe.

Pod drzewem, na wzgórzu siedzi grupka rodziców. Zajęli swoją ulubioną ławkę. Ma kształt litery U, więc mogą swobodnie rozmawiać, a jednocześnie mają dobry widok na bawiące się dzieci. Trochę narzekają na brak stołu, gdzie mogliby rozłożyć jedzenie. Napisali już wniosek do administratora i poruszyli tę kwestię na corocznym zebraniu dla mieszkańców. W innym narożniku, nieco w oddaleniu, stoi pojedyncza ławka, gdzie jedna z mam karmi piersią. Jest to najspokojniejsze miejsce, odsłonięte od wiatru i gapiów. Na drugim końcu ławki siedzi jej koleżanka, która karmi butelką. W pobliskiej kawiarni można bez problemu podgrzać mleko.

„Ścieżka bosych stóp” w Natuli.pl

Po godzinie jedno z twoich dzieci pyta, kiedy będą zajęcia przyrodnicze. Dziś dzień roboczy, więc nie ma, ale sprawdzasz na tablicy ogłoszeń, że na najbliższą sobotę animatorzy, którzy są na placu zabaw w każdy weekend, przygotowali coś specjalnego. „Dobrze, przyjedziemy w sobotę”. „Hurra!”. Musisz pamiętać o zabraniu swojej ulubionej książki. Szybko stąd nie wyjdziecie… Ale teraz już musicie się zbierać. Co prawda plac zabaw jest dobrze oświetlony, co przydaje się w zimie, ale nie wszystkie wasze rowery mają światła, więc musicie dotrzeć do domu przed zmrokiem. Jeszcze tylko spisujesz z tablicy ogłoszeń numer kontaktowy do kogoś, kto chce kupić wózek. Tobie już nie jest potrzebny.

W domu dzieci padają szczęśliwe i szybko zasypiają.

Kategorie
recenzje

GranatOVA – sukienka do porodu i karmienia piersią

Listy rzeczy potrzebnych mamie i noworodkowi bywają różne i można długo dywagować na temat wyższości otulaczy muślinowych nad klasycznym rożkiem. Mamy zazwyczaj skupiają się na wyprawce dla dziecka, a mało czasu poświęcają sobie. A przecież to, co dla siebie spakują, jest niezwykle ważne! Bo będzie to ubranie, w którym spędzą poród, czasem bardzo długi, a potem kilka dni w szpitalu. Powinny więc mieć ze sobą coś, w czym rodząc będą czuć się przede wszystkim komfortowo i pewnie.

Poród jest ważny!

Ktokolwiek był na oddziale porodowym lub na patologii ciąży, wie, że w tych miejscach czas jakby się zatrzymał. Choć przyszłe mamy mogą wybierać do woli w przemyślanych i nowoczesnych produktach dla dzieci, to znalezienie “koszuli” dla kobiet w ciąży i do karmienia, która nie będzie w słodkie misie, serduszka czy inne infantylne wzory, graniczy z cudem. Na palcach jednej ręki można zliczyć sensowne propozycje – takie, w których przyszła mama nie będzie czuła się jak wyrośnięta pięciolatka i w których będzie mogła świętować to jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu – narodziny dziecka.
Jedną z nich jest granatOVA – wyjątkowa sukienka do porodu i do karmienia piersią.

Poród od zawsze traktowany jest po macoszemu. Tak mocno skupiamy się na jego efekcie końcowym, którym ma być urodzenie zdrowego malucha, że sam proces schodzi na dalszy plan. Do szpitala najczęściej pakujemy zwykłą koszulę nocną, wybraną wcześniej na serwisie aukcyjnym, bo przecież cokolwiek założymy do porodu, po wszystkim i tak szybko zdejmiemy, a może i wyrzucimy.

Tymczasem narodziny własnego dziecka to wydarzenie równie doniosłe jak ślub. A może i bardziej! Dlaczego więc na powitanie kolejnej najważniejszej osoby w życiu zakładamy “cokolwiek”? Już sam pomysł, by przyszłe mamy paradowały po oddziale w piżamach, jest groteskowy. Poród nie jest chorobą i nie wymaga z zasady leżenia w łóżku. Bardzo rzadko też udaje się wtedy zdrzemnąć.

Poród to niesamowite wydarzenie, doświadczenie graniczne, które dotyka wszystkich obszarów kobiecości. I zasługuje na niezwykłą oprawę. Sukienka do porodu? Dlaczego nie! Przyszła mama powinna móc założyć tego dnia to, w czym czuje się najlepiej – wygodnie, komfortowo, ale także kobieco, jeśli tylko czuje taką potrzebę.

GranatOVA

Z potrzeby serca, z potrzeby tego, by ten przełomowy czas, w którym rodzi się dziecko i matka, przejść w komfortowym, praktycznym i estetycznym ubraniu, powstała granatOVA.
To sukienka do porodu i karmienia piersią, która mocno wyróżnia się na tle innych ubrań oferowanych kobietom w ciąży. Została wymyślona i przygotowana tak, aby dobrze spełnić swoją funkcję w czasie porodu, pobytu w szpitalu i w czasie karmienia piersią.

Ma kilka przydatnych rozwiązań pomocnych w wielu sytuacjach na sali porodowej i poporodowej:

  • Rozpięcie na plecach na całej długości pomaga przy badaniach, znieczuleniu zewnątrzoponowym i wielu innych zabiegach wykonywanych przez położne, doule czy lekarzy. Ułatwia też zdjęcie koszuli po porodzie bez potrzeby przerywania pierwszego kontaktu skóra do skóry.
  • Rozpięcie do karmienia na napy umożliwia przystawienie maluszka do piersi oraz kangurowanie, a autorski patent dziewczyn z granatOVO, czyli magnesy, pomaga w szybkim rozpinaniu i zapinaniu. Nie zdarzy się już sytuacja, że mama jedną ręką walczy z zapięciem, a w drugiej trzyma dziecko. Magnes zapina się jednym ruchem.
  • Nowy jest też kolor, bo sukienka jest granatowa! Granat jest dorosły i elegancki, nie przyjmuje plam i nie ciemnieje pod wpływem wilgoci.
  • Jest też długa – na tyle, by czuć się komfortowo i na swój sposób elegancko. Po prostu dorośle.
  • Wygodne kieszenie przydadzą się do schowania tego, co aktualnie potrzebne.

Sukienka dostępna jest w dwóch wersjach kolorystycznych: w klasycznym granacie (różnią się jedynie wzory podszewki) i w marynarskie letnie paski. Nawet jeśli w czasie porodu ulegnie zabrudzeniu, bez problemu przetrwa pranie i posłuży jeszcze długo na okres połogu i karmienia piersią. To ważne dla tych, którzy obawiają się, że sukienka nie będzie nadawała się do użytku po powrocie ze szpitala.

Letnia granatOVA

Na oddziałach porodowych z reguły jest bardzo ciepło, by dziecko, przychodząc na świat, miało komfort termiczny. Większości mam jest tam jednak po prostu za gorąco. A nie zapominajmy, że poród to wysiłek fizyczny na miarę maratonu! Dlatego przyszła mama potrzebuje czegoś, co będzie lekkie, przewiewne i ułatwi termoregulację.
Nowością w tym sezonie jest letnia wersja grantOVEJ. To nieco lżejsza forma, bo na ramiączkach, z modną falbaną nadającą jej kobiecości. Wszystkie podstawowe funkcjonalności są te same – rozpinany tył, magnesy i napy oraz kieszenie.

Wersja letnia występuje w kilku kolorach: klasyczna granatowa, paskowa, magentowa i, najczęściej wybierana, granatowa z falbaną w paski!

W tym sezonie granatOVO po raz kolejny zaskakuje nowatorskim podejściem do tematu. Odważne mamy mogą wybrać dla siebie dwuczęściowy komplet składający się z topu i spódnicy. To bardzo wygodna alternatywa dla tego, co oferuje rynek, i ciekawy pomysł dla tych mam, które nie boją się ryzykować. W szpitalu w czasie badań i typowych procedur medycznych sprawdzi się idealnie. Pozwoli na większy komfort i dyskrecję.

Dużą zaletą topu jest także wszyty biustonosz podtrzymujący piersi. Dzięki temu doskonale sprawdzi się nie tylko w czasie porodu, ale także przy karmieniu w domu – utrzyma na miejscu biust i wkładki laktacyjne bez konieczności zakładania drugiego biustonosza.

Spódnica dzięki rzepom dostosowuje się do rosnącego brzucha, dlatego może posłużyć przez cały okres ciąży i po porodzie. Jest też świetnym rozwiązaniem dla bardzo wysokich mam. Top jest specjalnie wydłużony z przodu, a spódnicę po prostu można zsunąć.

Spodenki mogą się też przydać jako piżama – w czasie pobytu na patologii ciąży lub w połogu.
Dziewczyny z granatOVO zdają sobie sprawę, że przyszłe mamy różnią się między sobą rozmiarami i nie zawsze L na górze idzie w parze z L na dole, dlatego rozmiary można dobierać według potrzeb. Zestawy dostępne są w kolorze czarnym, w marynarskie paski i magentowym.

Ina May Gaskin powiedziała: “Jeżeli podczas porodu kobieta nie wygląda jak bogini, to znaczy, że ktoś nie traktuje jej jak należy”. To zapewne prawda, a jeśli można sobie jeszcze dodatkowo pomóc, to czemu z tego nie skorzystać?

Foto: Bujakstudio

Kategorie
wychowanie

O zastosowaniu siły ochronnej wobec dziecka

Takie towarzyszenie dzieciom w ich rozwoju fizycznym, emocjonalnym i społecznym wyklucza stosowanie jakichkolwiek form przemocy. Świadomi skutków przemocy fizycznej, rodzice unikają także przemocy werbalnej i emocjonalnej: manipulacji, zastraszania, kłamstw, poniżania, zmuszania, upokarzania. Wszystkie one naruszają godność i integralność człowieka.

Czym jest siła ochronna

Rodzice mają czasem jednak wątpliwości, czy w sytuacjach, kiedy zagrożone jest bezpieczeństwo, zdrowie czy życie dziecka lub innych osób, robią słusznie, używając siły, by je zatrzymać, złapać, przytrzymać. Czy nie działają wtedy przemocowo? Co zrobić, kiedy dziecko wybiega na ulicę, sypie piaskiem na innych, zrzuca wszystko z półek, kopie kolegę, wyrzuca zabawki przez balkon, chwyta duży, ostry nóż albo po prostu niszczy książkę?
Za każdym z tych zachowań stoją potrzeby dziecka. Można się domyślać, że mogą to być: zabawa, eksploracja, kontakt, przyjemność, różnorodność. I o ile same potrzeby spotkają się z rodzicielskim zrozumieniem, o tyle sposób, w jaki malec chce je zaspokajać, budzi niepokój, strach czy zdecydowany sprzeciw dorosłego.

Za stanowczą reakcją rodzica stoją zwykle mocne argumenty. W ten sposób chcemy:

  • zatroszczyć się o bezpieczeństwo fizyczne i psychiczne wszystkich, którzy uczestniczą w danej sytuacji,
  • dać dziecku jasno do zrozumienia, że niektóre zachowania mogą krzywdzić jego samego lub inne osoby,
  • pokazać, że relacje z innymi ludźmi budujemy w oparciu o szacunek i życzliwość,
  • uczyć, że zdrowie, życie i bezpieczeństwo są bezcenne i trzeba je chronić.

Marshall Rosenberg w „Wychowaniu w duchu empatii” twierdzi, że reagujemy, używając tzw. „siły ochronnej”, (…) gdy brak czasu na porozumienie się z dzieckiem, które akurat robi coś, co może być niebezpieczne dla niego lub innych. Może się też zdarzyć, że dziecko akurat nie ma ochoty na rozmowę, a postępuje w sposób, który stoi w konflikcie z naszymi potrzebami – na przykład, potrzebą chronienia innych. Należy jednak właściwie rozumieć różnicę między takim zastosowaniem siły a zwykłą przemocą: różnica leży w sposobie myślenia osoby, która siły używa.

Zatem kiedy siła, której używam, spełnia rolę ochronną? Jest kilka warunków:

  • siła powinna wynikać z intencji ochrony zdrowia, życia, wartości, rzeczy oraz mieć charakter opiekuńczy,
  • można jej użyć, jeżeli w danym momencie dialog z dzieckiem jest niemożliwy,
  • jeśli towarzyszy jej szacunek dla godności i integralności dziecka,
  • kiedy moje działanie nie wynika z osądu człowieka i dlatego siła, którą stosuję, nie staje się siłą karzącą,
  • jeśli nie wykorzystuję jej jako środka dydaktycznego, by dziecko przy tej okazji czegoś nauczyć,
  • jeśli nie stosuję jej, by zapobiec przejawom nieposłuszeństwa w przyszłości,
  • jeżeli rozmawiam o całej sytuacji, kiedy staje się to możliwe,
  • jeśli jej użycie opiera się na założeniu, że krzywdzące zachowanie danej osoby – tu dziecka wynika z jego „niewiedzy”.

Według Rosenberga („Porozumienie bez przemocy. O języku serca”) „niewiedza” może polegać na tym, że człowiek:

  • nie zdaje sobie sprawy ze skutków własnych czynów,
  • nie wie, jak mógłby inaczej zaspokoić swoje potrzeby bez szkody dla otoczenia,
  • wierzy, że ma prawo karać lub ranić innych, ponieważ na to zasłużyli,
  • cierpi z powodu choroby psychicznej.

Siła ochronna a przemoc

W przypadku dzieci dwa pierwsze wyznaczniki „niewiedzy” są bardzo często przyczyną działania, które chcemy przerwać. Niezwykle ważna jest intencja stojąca za naszą reakcją, dlatego warto się jej przyjrzeć, sprawdzić, co mamy w głowie – może krytyczne myśli o małym, krnąbrnym złośliwcu, któremu raz dwa damy nauczkę, a może przekonanie, że działanie, którego doświadczamy, wynika z niewiedzy i braku doświadczenia malca.
Warto wziąć też kilka głębszych oddechów i skontaktować się ze swoimi uczuciami i potrzebami, zanim przekroczymy cienką granicę pomiędzy siłą ochronną a przemocą. Oczywiście o ile nie ma bezpośredniego zagrożenia życia – zresztą trudno sobie wyobrazić, żeby jakikolwiek rodzic miał wówczas czas myśleć negatywnie o swoim dziecku zamiast je ratować.
Intencje użycia siły ochronnej będą wspierać nasz spokój, opanowanie, swoistą łagodność, która towarzyszy naszym ruchom – jest różnica między zatrzymaniem kopiącej nogi poprzez postawienie na jej drodze własnej ręki, a ściśnięciem tej nogi. Dzieci mogą wyczuć tę różnicę, możemy pomóc im ją określić.
Po zastosowaniu siły ochronnej powinna zawsze pojawić się rozmowa z dzieckiem, które przecież doświadczyło formy jakiegoś ograniczenia czy przymusu. Nie bójmy się powiedzieć, że postąpiliśmy w taki, a nie inny sposób, bo nic innego nie przyszło nam do głowy, bo uznaliśmy to za najlepszą z dostępnych nam opcji, by chronić to, co w danym momencie było dla nas ważne.
Jednocześnie każdorazowa sytuacja, w której zastosowaliśmy siłę ochronną, powinna stać się okazją do refleksji nad tym, czy można następnym razem zrobić coś inaczej. Jak to zrobić? Czy osiągnęliśmy taki skutek, jaki chcieliśmy? Może wówczas zobaczymy nowe możliwości, które były niedostępne dla nas z powodu napięcia i stresu.
Warto też z siły ochronnej korzystać z rozwagą. Kiedy już naprawdę nie dostrzegamy innego wyjścia, a niebezpieczeństwo jest poważne i zdecydowanie większe od ryzyka, że dziecko może poczuć przymus czy naruszenie granic. Potrzeba sporej uważności, by z jednej strony pod szyldem siły ochronnej nie wymuszać na dziecku określonych zachowań, z drugiej zaś, by nie pozostawać biernym wobec strategii, które choć służą zaspokajaniu jego potrzeb, to jednak stoją w opozycji do potrzeb innych osób, a nawet są realizowane ich kosztem.
Dbanie o wszystkie zainteresowane strony wymaga dojrzałości i równowagi. I choć nie chcemy stosować przemocy wobec dzieci, zdarzają się sytuacje, w których, użycie siły wydaje się być konieczne.
Foto: flikr.com/princessrica

Kategorie
ciąża i poród

Naturalne sposoby na ciążowe mdłości

Co może pomóc na ciążowe dolegliwości?

  1. Spokój i brak stresu – poranny pośpiech i szybkie wstawanie z łóżka nie sprzyjają poprawie samopoczucia.
  2. Sięganie po delikatne przekąski jeszcze przed wstaniem

    – głód paradoksalnie potrafi nasilać złe samopoczucie, dlatego warto mieć przy łóżku coś do przegryzienia. Mogą to być migdały, herbatniki, banan lub (jeśli naprawdę trudno cokolwiek przełknąć) szklanka ciepłej wody z miodem i cytryną.

  3. Spożywanie regularnych, ale lekkostrawnych posiłków (nawet 5–6 porcji w ciągu dnia)

    – chodzi o ty, by nie zgłodnieć, a jednocześnie nie obciążać żołądka. W pierwszych tygodniach warto unikać tłustych, ciężkostrawnych posiłków i wszystkiego, co mogłoby podrażniać żołądek i nasilać nieprzyjemne dolegliwości.

  4. Słuchanie swojego organizmu

    – w ten sposób może on informować nas, czego w danej chwili potrzebuje! Na początku ciąży wiele kobiet ma zachcianki żywieniowe – może pojawić się skonkretyzowana ochota na różne produkty i niespotykana awersja do wcześniej lubianych przekąsek.

  5. Regularne nawadnianie organizmu

    – szczególnie jeśli mdłościom towarzyszą wymioty (łatwo się wtedy odwodnić). Regularne picie sprawia, że żołądek nie będzie pusty. Przyszła mama powinna wypijać około 2–3 litrów płynu. Najlepiej niech to będzie woda niegazowana, ziołowe lub owocowe herbatki (melisa, mięta i rumianek). Szczególnie polecana jest także herbata lub woda ze świeżym korzeniem imbiru, miodem i cytryną (imbir ma działanie łagodzące mdłości).

  6. Relaks i odpoczynek w ciągu dnia

    – stres i zmęczenie mogą nasilać nieprzyjemne objawy.

  7. Spacery i przebywanie na świeżym powietrzu

    – ruch ułatwia trawienie i zajmuje, dzięki czemu ciężarna ma możliwość odwrócenia swojej uwagi od nieprzyjemnych sygnałów płynących z ciała.

  8. Regularne wietrzenie mieszkania

    – może pomóc w walce z przykrymi, uporczywymi zapachami. W pierwszych tygodniach ciąży mogą drażnić nawet ulubione do niedawna perfumy, nie mówiąc już o zawartości lodówki.

To proste, łagodne i naturalne sposoby, które mogą ułatwić funkcjonowanie przyszłym mamom (a na pewno nie zaszkodzą). Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, że świetnym i bardzo prostym rozwiązaniem może być także akupresura.

Akupresura na mdłości

Akupresura to rodzaj terapii wywodzącej się z medycyny chińskiej. Polega na łagodnym stymulowaniu systemu energetycznego człowieka. Według założeń wschodniej medycyny energia płynie przez kanały – tzw. meridiany. Każdy z nich odpowiada za pracę konkretnego organu w naszym ciele. Gdy przepływ energii zaczyna szwankować, odpowiadający mu narząd niedomaga. Zadaniem terapeuty jest odnalezienie miejsca „zatoru” energetycznego i odblokowanie go. Zastosowanie akupresury jest bardzo różnorodne: łagodzi dolegliwości bólowe, niweluje stres, dodaje energii. Wystarczy kciukami lub opuszkami palców masować konkretne punkty na ciele – miejsca, w których krąży energia. To prosty, ale przede wszystkim skuteczny i w 100% naturalny sposób mogący wspomóc funkcjonowanie organizmu na wiele sposobów.

Jak wykonać taki masaż?

To bardzo proste! Większość chińskich specjalistów od akupunktury w celu leczenia nudności wybiera do nacisku to samo miejsce – punkt P-6 (Nei-Kuan). Jest on umiejscowiony na wewnętrznej stronie ręki, mniej więcej 3 palce poniżej nadgarstka. Aby go odnaleźć, wystarczy położyć 3 pierwsze palce na nadgarstku drugiej ręki. Następnie umieścić kciuk tuż nad palcem wskazującym. Jeśli pod kciukiem można wyczuć dwa ścięgna – gratulacje! To właśnie to miejsce. Teraz wystarczy wykonać masaż – okrężnymi ruchami palcem wskazującym lub kciukiem przez 2–3 minuty. Ucisk powinien być jednostajny i zdecydowany, ale nie powodować dyskomfortu. Warto go powtarzać kilkukrotnie: przed każdym posiłkiem i przed pójściem spać oraz w ciągu dnia, jeśli jest taka potrzeba.

Tego typu masaż może pomóc nie tylko na mdłości w okresie ciąży, ale także na dolegliwości wywołane migreną, chemioterapią (lub innymi zabiegami medycznymi, np. znieczuleniem ogólnym) czy chorobą lokomocyjną.

Akupresura ma także o wiele szersze zastosowanie

W zależności od wyboru punktu na ciele (jest ich ponad 360!) może pomóc w łagodzeniu objawów stresu, niwelować odczuwanie bólu (ostrego i przewlekłego), pobudzać układ odpornościowy, stymulować przepływ limfy i oczyszczać organizm z toksyn, a nawet indukować poród! Można ją stosować w celu pozbycia się konkretnych dolegliwości (jak np. mdłości, ból głowy, ból zatok) lub profilaktycznie, by wspomóc działanie całego organizmu. Tak prosty masaż jak stymulowanie punktu P-6 można wykonywać samodzielnie, ale w przypadku innych dolegliwości warto zasięgnąć porady doświadczonego terapeuty.

Kategorie
naturopatia

Angina – antybiotyki czy kuracje naturalne?

Angina to nie przeziębienie

Prawdziwa angina to zapalenie migdałków podniebiennych wywołane przez wirusy lub bakterie, inaczej niż przy przeziębieniu, które powodowane jest tylko przez wirusy i przy którym ból gardła jest tylko jednym z możliwych objawów.

Nie każdy ból gardła świadczy o anginie

Charakterystyczne objawy tej choroby to silne zaczerwienienie gardła, białe czopy na migdałkach i metaliczny smak w ustach. Język także bywa obłożony – grubym, białym „kożuchem”. Warto też pamiętać, że anginowy ból gardła jest bardzo silny. Dziecko skarży się, że boli, gdy pije, ale także gdy przełyka ślinę. Bardzo często chorobie towarzyszy wysoka gorączka, czasem również bóle głowy albo stawów. Złe samopoczucie, będące jednym z symptomów anginy, trochę przypomina objawy grypy. U dzieci można też czasem wyczuć z ust charakterystyczny nieprzyjemny ropny zapach.

Jeśli nie mamy pewności, czy to, co widzimy w gardle, to nalot świadczący o anginie, możemy kupić w aptece tzw. strep test wykrywający paciorkowce (czyli bakterie, które mogą być przyczyną anginy). Jeśli wynik jest pozytywny, natychmiast idźmy z dzieckiem do lekarza. Ważne jest też wykonanie morfologii krwi i badania CRP. To różnicuje anginy wirusowe i bakteryjne, a także – bardzo podobną w obrazie klinicznym – mononukleozę.

Ważne: Jeśli chorobie, która wydaje się anginą, towarzyszy jasnoróżowa wysypka, a język dziecka jest malinowy, to prawdopodobnie mamy do czynienia ze szkarlatyną.

Leczenie anginy: antybiotyki czy kuracje naturalne

Jeśli lekarz rozpozna anginę wirusową lub mononukleozę, możemy z bardzo dobrym skutkiem sięgnąć po leki homeopatyczne takie jak Belladonna, Phytolacca, Ailanthus glandulosa czy Mercurius solubilis. Natomiast jeśli mamy potwierdzenie, że choroba ma podłoże bakteryjne, lekarz z pewnością przepisze antybiotyk. I w przypadku tej dolegliwości błędem byłaby rezygnacja z podania go dziecku. Angina bakteryjna to poważna choroba, której zlekceważenie może doprowadzić do powikłań (np. gorączka reumatyczna czy zapalenie nerek w przypadku paciorkowcowego tła choroby), więc nie ma z nią żartów i lepiej nie ryzykować. Leczenie naturalne może wspierać działanie antybiotyku, ale w tym przypadku go nie zastąpi. Warto też wiedzieć, że jeśli mononukleoza zostanie mylnie zdiagnozowana jako angina bakteryjna i podane zostaną antybiotyki z grupy amoksycylin, to efektem może być wysypka. W takiej sytuacji trzeba natychmiast powiadomić o tym lekarza.

Antybiotyk podany na zapas nie zapobiegnie anginie

Przez pierwsze dwa dni od chwili, gdy dziecko zacznie mówić, że odczuwa ból gardła, warto zastosować leczenie domowe naturalnymi środkami. W tym czasie należy obserwować malucha i sprawdzać, czy choroba się nie rozwija. Leczenie antybiotykiem, którego często domagają się rodzice w przekonaniu, że w ten sposób zapobiegną rozwojowi choroby, nie jest wskazane. Takiego leku nie da się zastosować na zapas. Można natomiast z powodzeniem podawać maluchowi inne środki, które zmniejszą ryzyko rozwoju choroby. Przy bólu gardła, o ile jeszcze nie pojawił się biały nalot, warto zastosować homeopatyczny preparat o nazwie Belladonna. Pomoże on nie tylko w złagodzeniu bólu, ale także w zbiciu gorączki. Jeśli zaglądając dziecku do gardła, widzimy, że jest ono różowe i spuchnięte, można podać preparat Apis Mellifica. A gdy gardło jest bardzo mocno zaczerwienione, a ból promieniuje do uszu – Phytolacca decandra. Przy nieprzyjemnym zapachu z ust, który czasem towarzyszy zapaleniu gardła, sprawdzi się natomiast Mercurius solubilis. Warto też stosować domowe sposoby łagodzące dolegliwości – w przypadku starszych dzieci zaleca się płukanie gardła naparem z rumianku, szałwii albo wodą z sodą, która dezynfekuje i działa przeciwzapalnie. Mniejszym dzieciom, które płukać gardła jeszcze nie umieją, można natomiast co jakiś czas podawać po łyczku napar z rumianku.

Profilaktyka anginy

Skłonność do zapadania na anginę to kwestia predyspozycji indywidualnych, ale także profilaktyki. Jeśli dziecko ma skłonność do angin, możemy sporo zrobić, by je przed nimi chronić. Na przykład zwracając uwagę na to, by gardło nie było narażone na gwałtowne zmiany temperatury. Jeśli jesteśmy na wakacjach i dziecko chce na lody, to idźmy na nie przed wyjściem na plażę, gdy maluch nie jest jeszcze rozgrzany. Chłodne pokarmy jedzone po plażowaniu mogą się bowiem stać przyczyną anginy. Z tego samego powodu po ciepłym obiedzie nie podajemy dziecku zimnego napoju.

[natuli]

Migdałki: wycinać czy nie?

Tylko w sytuacjach, w których inne sposoby leczenia nie są skuteczne. Zasadniczo przynajmniej do szóstego roku życia anginy powinno się leczyć zachowawczo. Jeśli jednak dziecko ma bardzo mocno przerośnięty trzeci migdał i z tego powodu nie może oddychać przez nos, to jest to wskazanie do operacji. Bo jeśli do niej nie dojdzie, powstaje błędne koło – częste anginy powodują, że migdały się powiększają, a powiększone migdały sprzyjają częstym anginom. Warto też wspomnieć, że powodem częstych angin może też być zarzucanie treści żołądkowej do przełyku, czyli refluks spowodowany dysfunkcją zwieraczy przełyku. Czasem jego przyczyną może być zbyt późne spożywanie kolacji. Najlepiej, by dziecko zjadło ją na około dwie godziny przed położeniem się do łóżka. Inny błąd to jedzenie surowych warzyw po posiłku; ich trawienie długo trwa i ze względu na to może dochodzić do zarzucania kwaśnej treści i drażnienia gardła. W przypadku leczenia przerostu migdałków podniebiennych można też sięgnąć po leki homeopatyczne Calcarea carbonica, Calcarea iodata czy Baryta carbonica. Stosowanie ich często ratuje dzieci przed operacją.

Konsultacja: lek. med., specjalista medycyny rodzinnej Alina Małmyszko-Czapkowicz
Foto: flikr.com/donnieray

Kategorie
zdrowie

Nie tylko medycyna konwencjonalna… Naturalne terapie w leczeniu dziecka

Antybiotyki są nadużywane…

Antybiotyki i inne chemiczne leki (np. te działające przeciwzapalnie) wzbudzają coraz więcej kontrowersji. W mediach i prasie co chwilę pojawiają się nowe przesłanki mówiące o tym, że pewne szczepy bakterii uodporniły się na te rodzaje leków. Rodzice coraz ostrożniej podchodzą do opinii pediatrów i coraz częściej szukają odpowiedzi na pytanie: „Czy nie dałoby się jakoś naturalnie?”. Zatroskany o zdrowie swojego dziecka rodzic jest w stanie niemalże stanąć na głowie, by znaleźć właściwe rozwiązanie jego zdrowotnych dolegliwości. Coraz częściej (choć wciąż z pewną dozą niepewności) szukają innych metod leczenia niż te proponowane przez medycynę akademicką. Wszyscy chcemy dla swoich dzieci jak najlepiej, staramy się zatem nie obciążać ich młodych, nierozwiniętych jeszcze w pełni układów odpornościowych.
Zdarza się również, szczególnie w przypadku chorób przewlekłych (kaszel trwający kilka miesięcy, wysypki, dolegliwości żołądkowo-jelitowe, długo utrzymujący się katar), że lekarze medycyny konwencjonalnej nie potrafią skutecznie rozprawić się z intruzem i rzeczywiście pomóc dziecku. Dorośli coraz chętniej szukają wówczas alternatywy i sięgają po inne, naturalne sposoby walki z określonymi problemami zdrowotnymi.

Naturalne, czyli jakie?

Takie, które zapraszają układ odpornościowy dziecka do walki z nieproszonym gościem. Takie, które nie obciążają odporności malucha i zamiast niszczenia jego dobrej flory bakteryjnej znajdującej się w brzuchu, wspierają jej rozrost. To właśnie jelita są w ok. 80% odpowiedzialne za prawidłowe funkcjonowanie układu odpornościowego człowieka, czytamy w książce pt.: „Zdrowie zaczyna się w brzuchu” autorstwa Justina i Erici Sonnenburgów, naukowców z wydziału Mikrobiologii i Immunologii Szkoły Medycznej Uniwersytetu Stanforda. To również takie, które nadmiernie nie osłabiają narządów wewnętrznych (żołądek, nerki, wątroba, trzustka), a wspierają organizm w procesie wydalania zbędnych lub szkodliwych produktów przemian metabolicznych.

Z jakich terapii naturalnych warto skorzystać?

Medycyna alternatywna, nazywana powszechnie również medycyną naturalna czy holistyczną – ostatnie określenie najbardziej dobitnie oddaje jej ideę, a zarazem piękno (tutaj człowiek wraz ze swymi dolegliwościami traktowany jest całościowo) – daje do dyspozycji wiele rozwiązań i możliwości radzenia sobie z różnymi problemami zdrowotnymi. Oto kilka z nich:

Ziołolecznictwo –

którego początki sięgają momentu pojawienia się naszej cywilizacji, to dział medycyny i farmakologii zajmujący się wytwarzaniem leków ziołowych z możliwie najbardziej naturalnych (nieprzetworzonych) roślin leczniczych. Dla ludów pierwotnych zioła i rośliny stanowiły istotną część diety. Dobierając je do danego schorzenia, kierowano się głównie własną intuicją, ale też uważnie obserwowano zachowania zwierząt. W późniejszych okresach prowadzono empiryczne badania, które stawały się podstawą powstawania metod umożliwiających poznanie budowy roślin, wydzielenie z nich ich substancji czynnych oraz określenie dokładnych właściwości i działania.
[natuli]
W walce z infekcjami i dolegliwościami dzieci rodzice również dzisiaj chętnie korzystają z naparów z rumianku (wspomaga trawienie, uspokaja, działa przeciwzapalnie i ściągająco), melisy (działa m.in. uspokajająco) czy kopru włoskiego (pomaga m.in. przy wzdęciach, bólach brzucha). Równie skuteczne okazują się napary z tymianku, działające wykrztuśnie, hamujące rozwój grzybów chorobotwórczych i flory bakteryjnej jamy ustnej i gardła. Stosowanie maści majerankowej ułatwia oddychanie przy zatkanym nosie, maści zawierające olejek eukaliptusowy oraz olejek z sosny będą delikatnie rozgrzewać klatkę piersiową i pomagać tym samym przy kaszlu, męczącym maluchy szczególnie w nocy. W diecie dzieci warto uwzględnić rośliny działające przeciwzapalnie, antybakteryjnie, przeciwgrzybiczo i przeciwpasożytniczo, jak np. kurkumę, pietruszkę, koperek, majeranek, ziele angielskie, liść laurowy, bazylię, oregano, rozmaryn, pestki dyni.

Tradycyjna medycyna chińska –

na którą składają się m.in. ziołolecznictwo, akupunktura, akupresura, dieta i gimnastyka (lecznicza), liczy sobie ok. 3 tysięcy lat i jest holistycznym modelem świata i człowieka. Postrzegany jest on tutaj jako całość ciała-umysłu i ducha. Zarówno diagnoza, jak i leczenie określonych dolegliwości przebiegają zawsze bardzo indywidualnie i dopasowywane są do konkretnego chorego. Według medycyny chińskiej nie ma jednego szablonu czy technik pracy właściwych dla wszystkich ludzi. Każdy ma inną energię, inne czynniki wewnętrzne i zewnętrzne mogą decydować o zaburzeniach w jego organizmie. Do najbardziej popularnych narzędzi terapeutycznych należą tutaj: dieta (odpowiednia dla danego człowieka i dla danej pory roku), zioła, masaż, bańki (zapraszają układ odpornościowy do walki z intruzem, służą do usuwania zastojów, poprawiają krążenie energii i krwi), nakłuwanie aktywnych biologicznie punktów na ciele (akupunktura usuwa blokady w krążeniu energii), ćwiczenia oddechowe czy gimnastyczne (energetyczne).
Z narzędzi proponowanych przez medycynę chińską rodzice najchętniej korzystają z ziołolecznictwa oraz baniek. Warto jednak w profilaktyce spróbować ćwiczeń gimnastycznych poprawiających przepływ energii w ciele dziecka oraz wybrać najbardziej odpowiednie elementy diety proponowanej przez Chińczyków. Każdy sposób jest dobry, jeśli nieinwazyjnie wspiera nasz układ odpornościowy.

Ajurweda –

dąży do zachowania równowagi w sferze fizycznej, psychicznej i duchowej. Sam termin “ajurweda” jest połączeniem 2 sanskryckich słów: “ajus” oznaczającego życie oraz “weda” – wiedza. To nauka o życiu człowieka w kontekście ciała, zmysłów, ducha i umysłu. Głównym założeniem liczącej ponad 5 tysięcy lat ajurwedy jest zachowanie równowagi i harmonii w organizmie, będącymi gwarancją zdrowia i dobrego samopoczucia. Bazuje głównie na prowadzeniu odpowiedniego trybu życia (przede wszystkim w zgodzie ze sobą oraz otaczającym światem, z naturą), właściwej diecie (wspierającej oczyszczenie z toksyn), ajurwedyjskich masażach, jodze i medytacji. Niezwykle istotną informacją płynącą z praktyk ajurwedyjskich jest fakt, że przyczyna większości infekcji naszych dzieci tkwi w stylu życia powodującym produkcję nadmiernej ilości śluzu w organizmie, szybsze wychładzanie organizmu i podatność na infekcje. Stąd też młodzi ludzie często zapadają na choroby związane z zalegającym śluzem i flegmą (zapalenie oskrzeli, płuc, katar czy pneumonia). Podstawą radzenia sobie z zaśluzowanym organizmem dziecka jest zapewnienie mu odpowiedniej (dla niego) dawki ruchu (aktywności fizycznej sprzyjającej samoistnemu usuwaniu śluzu z ciała) oraz właściwej diety.
Przeczytaj: Ajurweda we współczesnej kuchni

Homeopatia –

podobnie jak w przypadku innych naturalnych praktyk leczenia, postrzega człowieka całościowo. Nie ma dwóch takich samych pacjentów, którzy mimo identycznej diagnozy mają taki sam przebieg infekcji i tak samo reagują na leki, dlatego podstawą postawienia diagnozy i leczenia homeopatycznego jest bardzo długi i precyzyjny wywiad przeprowadzony z pacjentem (w przypadku małego dziecka z rodzicem/stałym opiekunem). Na podstawie zebranych informacji lekarz dobiera właściwy preparat. Wszystkie leki są pochodzenia roślinnego (pochodzą z natury), dlatego sama kuracja przebiega łagodnie i bezpieczne, a właściwie prowadzone leczenie (czyli zgodnie z prawami i zasadami homeopatii) nie przynosi niepożądanych skutków ubocznych. Spektrum homeopatycznych możliwości jest bardzo szerokie, pomaga w przypadku “zwykłego” przeziębienia, któremu towarzyszą np. katar, kaszel czy gorączką. Wspiera w walce z alergią wziewną, pokarmową czy skórną, ale także w przypadku wielu chorób przewlekłych.

Refleksologia –

polega na uciskaniu odpowiednich punktów (tzw. refleksów) na stopach chorego za pomocą kciuka i palców terapeuty w celu poprawienia układu krążenia oraz pobudzenia danego organu bądź części ciała (ale i całego organizmu) do walki z nieproszonym gościem. Początki tej metody sięgają zasadniczo lat 30. XX wieku, kiedy to fizjoterapeutka Eunice Ingham rozwinęła koncepcję stref refleksyjnych dzięki leczeniu i wyleczeniu całej armii małych i dużych pacjentów. Badania w późniejszych latach potwierdziły, że strefy refleksyjne na stopach odpowiadają określonym narządom i częściom ciała. Pierwsza publikacja Ingham („Stories the feet can tell”) na temat leczenia za pomocą masażu stóp ukazała się w 1938 r. i została przetłumaczona na 7 języków. Po sukcesie książki fizjoterapeutka otworzyła pierwszą specjalistyczną szkołę kształcącą refleksologów.

W Polsce refleksologia jest zawodem od 2005 roku. Dyplomowani terapeuci wspierają dzieci, młodzież i dorosłych w walce z różnymi dolegliwościami.
Masażu stóp mogą doświadczać nawet maleńkie dzieci (już od 1. dnia życia) choćby po to, by harmonizować funkcje swoich organizmów. Refleksolodzy pomagają maluchom np. w przypadku kolek, bolesnego ząbkowaniu, później w zakresie leczenia zatok, długo utrzymującego się kaszlu, kłopotów z kręgosłupem, a nawet przerośniętego trzeciego migdałka (w zależności od natężenia i przyczyny problemu). Naturalnie wcześniej przeprowadzają odpowiedni wywiad z opiekunami dziecka, w każdej sytuacji zalecając konsultację z odpowiednim specjalistą. Wszystko zależy bowiem od przyczyny problemu. Refleksologia nie ma skutków ubocznych, może stać się zatem korzystnym uzupełnieniem innych terapii, na które decydują się rodzice.
Warto podkreślić, że na co dzień nie do końca właściwie dbamy o stopy swoje i swoich dzieci. Okazuje się, że pewne schorzenia zaczynają się właśnie od zaniedbanych stóp. Nawet najlepiej profilowane obuwie nie jest bowiem w stanie dorównać korzyściom, jakie płyną z chodzenia boso po piasku, kamieniach, trawie czy zwykłej posadzce. Właśnie wtedy następuje naturalna stymulacja receptorów. W obuwiu część stopy jest narażona na nadmierny ucisk, a druga część nie styka się odpowiednio z podeszwą, tym samym brakuje jej kontaktu z podłożem. Receptory nie pracują wówczas właściwie, co prowadzi do powolnego upośledzenie czynności określonych części ciała bądź organów.

Terapia biorezonansowa –

(ang. bioresonance therapy, BRT) cieszy się obecnie coraz większą popularnością. Jedni korzystają z niej regularnie, inni podają w wątpliwość jej skuteczność. Terapia ta polega na pobudzaniu zdolności autoregeneracyjnych organizmu i zwalczaniu chorób. Co ciekawe, metoda nie jest zupełnie nowa, została opracowana już w 1977 roku jako terapia MORA (od nazwisk jej twórców – lekarza Franza Morella i inżyniera elektryka Ericha Raschego). W czasie badań prowadzonych od tego czasu udało się jednoznacznie ustalić, że każdy człowiek posiada określone pole drgań elektromagnetycznych. Pole to zostaje niekiedy zakłócone przez czynniki chorobotwórcze. Zadaniem terapii jest zasadnicze przekształcenie niewłaściwych magnetycznych wibracji chorych w taki sposób, aby pobudzić ich organizmy do uruchomienia mechanizmów obronnych, a tym samym do zwalczenia patogenu.
Na polskim rynku dostępne są obecnie zarówno aparaty MORA, nieco bardziej rozbudowane aparaty BICOM, jak i posiadający jeszcze większe spektrum możliwości leczniczych TRICOMBIN. Przy pomocy każdego z wymienionych urządzeń terapeuta może diagnozować pacjenta (istnieje wiele testów wykrywających alergie wziewne i pokarmowe, testów w kierunku pasożytów, grzybów, wirusów, bakterii), a następnie dopasować właściwą terapię mobilizującą organizm do walki z czynnikiem wywołującym określoną dolegliwość.
Terapia biorezonansowa jest metodą nieinwazyjną, profesjonalni terapeuci zajmujący się nią zapewniają, że jest bezpieczna nawet dla małych dzieci (testy od 12 miesiąca życia, terapia wspierająca usuwanie patogenów od 3 r.ż.).
Dobór odpowiedniej terapii naturalnej do dolegliwości, z jakimi zmaga się maluch, jest kwestią wiedzy, otwartości oraz intuicji, którą warto kierować się również w kontekście zdrowia swojego dziecka. Żaden lekarz nie zna dziecka lepiej niż rodzice. Oczywiście ważne jest, by zaufać lekarzowi, ale najważniejsze to zaufać sobie i swojemu dziecku, obserwować je, podążać za nim i szukać najlepszych rozwiązań.

Kategorie
zdrowie

Jak dbać o penis małego dziecka?

Umiejscowienie jąder

W pierwszych tygodniach warto zwrócić uwagę na umiejscowienie jąder. Podczas życia płodowego jądra zstępują z jamy brzusznej do moszny. U części chłopców proces ten następuje dopiero po urodzeniu. Prawidłowe umiejscowienie jąder jest bardzo ważne ze względu na ich funkcjonowanie. Umiejscowione poza jamą brzuszną mają inną temperaturę, co pozwala na prawidłowy proces powstawania i dojrzewania plemników. Niezstępienie jąder może być trudne do zdiagnozowanie przez rodziców, dlatego jeśli mamy wątpliwości, warto skonsultować sprawę z pediatrą lub urologiem dziecięcym. Nieleczone wnętrostwo może prowadzić do niepłodności.

Czy odciągać napletek?

Podczas przebierania i kąpieli zwróćmy uwagę, czy skóra nie jest podrażniona lub czy nie doszło do mikro-urazów. Te ostatnie mogą mieć miejsce, jeśli nieprawidłowo pielęgnujemy napletek małego chłopca. Część osób zbyt szybko próbuje go odciągać. U małych chłopców (do 3 roku życia) sklejony napletek z prąciem jest zjawiskiem prawidłowym. Proces odsunięcia się napletka mogą przyspieszyć pojawiające się w okresie noworodkowym erekcje. Wzwody są zjawiskiem prawidłowym, a dzięki wysoko rozwiniętej technologii możemy zaobserwować je już w życiu płodowym.
Napletek pełni funkcję ochronną i erogenną. W okresie noworodkowym występuje brak możliwości odciągnięcia napletka. Mówimy wtedy o tzw. stulejce fizjologicznej. U większości chłopców do ok. 3 roku życia napletek zaczyna być częściowo zsuwalny. Pod takim napletkiem może pojawić mastka, w której skład wchodzą m.in. wydzieliny prostaty i pęcherzyków nasiennych. Mastka powoduje, że napletek nie jest suchy i elastycznie się zsuwa.
[reklama id=”68293″]
Wg niektórych urologów dziecięcych odklejanie się napletka to proces samoistny, który może przebiegać latami pod wpływem działających czynników hormonalnych. W okresie dziecięcym odsunięcie napletka nie musi mieć miejsca, ponieważ tak naprawdę odsłonięta żołądź związana jest z celem prokreacyjnym, który dotyczy osób dojrzałych płciowo (stulejka występuję u około 1% 17-latków). Zbyt wczesne odklejenie napletka może prowadzić do załupka lub mikro-urazów, a te mogą spowodować bliznowacenie.
Kwestię prawidłowego odsuwania napletka warto konsultować z urologiem na początku szkoły podstawowej, wówczas penis nie ma jeszcze takiego znaczenia dla chłopców, jak w wieku dojrzewania i dorosłym. Zbyt późna interwencja może powodować dodatkowe problemy natury psychologicznej.

Stulejka

Problem stulejki wzbudza wiele kontrowersji, zarówno wśród rodziców, jak i specjalistów. Te kontrowersje wynikają z różnych mitów, które krążą w naszym społeczeństwie.
Stulejka– męskie schorzenie wrodzone lub nabyte polegające na zwężeniu ujścia napletka, które uniemożliwia (stulejka całkowita) lub utrudnia (stulejka częściowa) ściąganie napletka (Wikipedia)
Stulejka fizjologiczna nazywana również wąskim napletkiem ustępuje sama, natomiast stulejka patologiczna wymaga konsultacji specjalisty, ponieważ nieleczona może prowadzić do różnych dolegliwości i chorób.

Kiedy zwrócić się do specjalisty?

  • wnętrostwo – wada rozwojowa, która polega na nieprawidłowym umieszczeniu obu lub jednego z jąder w jamie brzusznej zamiast w mosznie,
  • stulejka patologiczna – zwężenie napletka, które uniemożliwia zsunięcie go poniżej żołędzi z wystąpieniem wąskiego, białawego pierścienia w obwodowej części,
  • załupek – niemożliwość sprowadzenia napletka z powrotem na żołądź prącia,
  • infekcja narządów płciowych,
  • zakażenie układu moczowego,
  • obrzęk prącia, pojawienie się tzw. „baloniku” na czubku penisa.

U starszych dzieci podczas codziennej kąpieli należy delikatnie i z wyczuciem odsunąć napletek tak, aby było widoczne ujście cewki moczowej, a następnie umyć go wodą z mydłem. Kiedy dziecko podrośnie warto porozmawiać z nim o higienie ciała zaznaczając, że narządy płciowe powinny być zdrowe i czyste. Chłopiec powinien wiedzieć, że należy utrzymywać czystość między napletkiem a żołędzią penisa. Nauczymy również dziecko samodzielnego mycia się i korzystania z toalety.
Foto: flikr.com/donnieray

Kategorie
rodzina

Naturalny plac zabaw, czyli czego dzieci potrzebują (a czego nie potrzebują) na placu zabaw

Proszę sobie wyobrazić, że ktoś stawia przed nami krzesło i mówi: „To jest krzesło do siedzenia” albo: „To jest krzesło do wchodzenia i schodzenia, ale ostrożnie!”, albo też „To jest krzesło do bujania, ale nie za bardzo!”. I my musimy na tym krześle siedzieć, stawać lub bujać się. I tyle. I nic poza tym. I nawet jeśli ustawilibyśmy w pokoju 10 takich krzeseł, każde o jednej określonej funkcji, nawet bardzo wymyślnej – nie zabawilibyśmy tam długo.

A czy nasze place zabaw bardzo się od tego różnią? Bo co tam znajdziemy?

  • huśtawkę do huśtania
  • zjeżdżalnię do zjeżdżania
  • drabinkę do wspinania

Dobrze, że mamy chociaż piaskownicę – tu już możemy zrobić więcej: zbudować zamek z piasku (dokładnie taki, jaki sobie wymyślimy), a potem go zburzyć! Wetknąć patyk (jeśli w pobliżu znajdzie się jakiekolwiek drzewo lub krzew). Zaprzyjaźnić się i zrobić coś wspólnie (w przeciwieństwie do zjeżdżalni, gdzie trwają spory o pierwszeństwo).

Naturalne place zabaw to miejsca, gdzie dzieci mogą rozwijać swoją wyobraźnię, gdzie nie ma gotowych zabawek przeznaczonych do tylko jednej czynności. Miejsca, o wyglądzie których decydują dzieci. Od ich wyobraźni i wspólnej pracy zależy, czy patyk i kawałek sznurka staną się częścią szałasu, wędką czy łukiem.

Naturalny plac zabaw zbudowany jest, co wydaje się oczywiste, z naturalnych elementów. Jednak chodzi tu nie tylko o roślinność, choć jest ona bardzo istotna, ale również o wały ziemne, wodę, a nawet ogień i wiatr.

Naturalny plac zabaw, to:

  • Dużo roślin

    – odpowiednio dobrana zieleń przyciąga ptaki i owady, które dzieci uwielbiają obserwować. Przyroda zmienia się w ciągu roku, jak i na przestrzeni lat. Tu nie ma miejsca na nudę. Liście roślin o różnych kształtach i fakturze oddziałują na wzrok i dotyk, kwiaty na węch. Warto również pomyśleć o zmyśle słuchu, wprowadzając na plac zabaw takie elementy jak dzwonki, rury, blaszki.

  • Naturalna nawierzchnia

    – dzieci lubią przesypywać piasek, ziemię, kamyczki. Te czynności wpływają na rozwój ruchów narzędziowych, ćwiczenie palców i rąk. Tzw. bezpieczne nawierzchnie z gumy, stosowane często na całej powierzchni placu zabaw, nie dają takiej możliwości. Piasek lub ziemia z dodatkiem wody stanowią doskonały budulec do tworzenia zamków czy innych budowli, a nawet całych krajobrazów. Taka zabawa rozwija wyobraźnię, wspomaga rozwój kompetencji społecznych i komunikacyjnych (razem można zbudować więcej, ale trzeba się dogadać).

    [reklama id=”73480″]

  • Różnorodne ukształtowanie terenu

    – plac zabaw nie musi być płaski. Pagórki pokryte trawą są doskonałym miejscem do wspinania się, turlania, biegania, ćwiczenia wytrzymałości i sprawności. Zjeżdżalnie oparte o stok pozwalają na zrezygnowanie z drabinki, są więc bardziej bezpieczne.

  • Woda

    – choć tak rzadko obecna w przestrzeniach publicznych, jest nieodzowna w miejscu dla dzieci. W pobliżu piaskownicy ułatwia budowanie, a po zabawie umycie rąk. Produkowane są całe zestawy do zabawy wodą, takie jak śruby Archimedesa, pompy, pochylnie, zapadnie (ogromny wybór tego typu urządzeń oferuje niemiecka firma Richter Spielgeräte). Czasem jednak wystarczy prosty zbiornik lub kranik.

Pozwólmy dzieciom tworzyć ich miejsce. Dzieci odczuwają ogromną potrzebę budowania szałasów i domków. Naturalny plac zabaw czy odpowiednio zaprojektowany ogród daje im taką możliwość. Należy zachować kilka elementów ruchomych, które pozwolą dzieciom na przekształcanie miejsca zabawy – luźne kije, kawałki sznurka, tkaniny itp. Przede wszystkim trzeba pozwolić dzieciom w samodzielnym tworzeniu przestrzeni, w jej ciągłym przeobrażaniu. Dzieci rosną, zmieniają się ich potrzeby. Również ich miejsce musi się zmieniać.

Roślinność

Planując roślinność do ogrodu, w którym będą przebywać dzieci, należy pamiętać nie tylko o bezpieczeństwie, ale również o różnorodności.

W ogrodzie nie powinny znaleźć się rośliny:

  • trujące, szczególnie o trujących owocach, które wyglądają apetycznie – cisy, ligustry, śnieguliczki, trzmieliny, konwalie, tojady, zimowity, żarnowce i szczodrzeńce, sumaki octowe, wiciokrzewy, złotokapy,
  • o łamliwych gałęziach, np. robinie pseudoakacjowe, klony srebrzyste, tulipanowce.

Można wykorzystać, ale zwracając szczególną uwagę na ich lokalizację, rośliny:

  • cierniste i kolczaste takie jak róże, berberysy, głogi, robinie akacjowe czy glediczje trójcierniowe,
  • iglaste o ostrych igłach, np. świerki kłujące we wszystkich odmianach,
  • o ostrych krawędziach liści, np. mahonie, ostrokrzewy, juki, niektóre trawy.

Rośliny na placach zabaw pełnią różnorodne funkcje. W czasie niewielkiego deszczu rozłożyste korony drzew mogą być wystarczającą ochroną, która pozwoli na kontynuowanie zabawy. W słoneczne dni dają przyjemny cień. Odgradzają od ulicy, chroniąc przed kurzem i spalinami. Trzeba jednak podkreślić, że dzieci bardzo lubią obserwować to, co dzieje się za ogrodzeniem. Dlatego warto pomyśleć o małych okienkach lub, jeśli miejsce na to pozwoli, o „wieży obserwacyjnej”, z której będzie można podpatrywać przechodniów i ewentualne samochody.

Rośliny stanowią również naturalną przegrodę w ogrodzie, za którą dzieci mogą się schować, gdy potrzebują chwili odosobnienia. Odpowiednio dobrane rośliny przyciągają ptaki i owady, co może zachęcić do obserwacji natury i stać się początkiem wielu zabaw i działań związanych z życiem zwierząt, takich jak np. budowa karmnika, odnajdywanie śladów zwierząt na śniegu itd. Kolorowe owoce, szyszki, żołędzie i kasztany mogą zmienić się w rodzinę leśnych ludków, jedzenie dla lalek czy naszyjnik.

Wybór roślin rodzimych może stać się początkiem edukacji na temat flory polskiej. Rozpoznawanie drzew i krzewów, korzystanie z klucza roślin, tworzenie zielnika – to świetny pomysł na wycieczki dalsze i bliższe. Ponadto zastosowanie roślin, które rosną w pobliżu domu, daje gwarancję ich dobrego wzrostu. Wymagają one mniej pielęgnacji, znoszą niskie temperatury zimą.

W ogrodzie czy na placu zabaw nie można pozwolić sobie na jednostajność. Rząd jednakowych jałowców czy żywotników nie będzie atrakcyjnym miejscem dla dzieci. Należy wybierać rośliny różnego typu – zarówno drzewa i krzewy, jak i byliny czy trawy. Rośliny o różnej fakturze, wielkości i kolorze liści, zapachu kwiatów i smacznych owocach można oglądać, dotykać, wąchać – rozwijając wszystkie zmysły.

Warto włączyć dzieci do prac w ogrodzie. Mała grządka, za którą będą odpowiedzialne, pozwoli im na zrozumienie zjawisk zachodzących w przyrodzie, nauczy systematyczności i cierpliwości. (Polecamy książkę „Julek i Julka”, a szczególnie rozdział o sadzeniu kwiatków).

Rośliny mogą być też świetnym materiałem budowlanym – szałas z rosnącej wikliny, płot z leszczyny, wały ziemne pokryte trawą i koniczyną, drzewo na którym umieścimy domek, ścięty pień jako miejsce do wspinania, labirynt z żywopłotów lub specjalnie skoszonej trawy…

Ścieżka bosych stóp

Na co dzień posługujemy się głównie zmysłem wzroku. Dzieci mają do dyspozycji kolorowe place zabaw, które cieszą oko, ale rzadko wpływają na inne zmysły.

Przypomnijmy sobie spacery po plaży albo lesie, dotyk liści, kamieni, igieł, szyszek, piasku, ziemi… Ich zapach, temperaturę, fakturę. Prosta do wykonania „ścieżka bosych stóp” zainspirowana przez te doświadczenia może znaleźć się w naszym ogrodzie jako samodzielny element placu zabaw lub część większego założenia. Dzieci, stąpając gołymi stopami po zróżnicowanej powierzchni, poznają i różnicują faktury, angażując przy tym zmysł dotyku.

Wypełnienie ścieżki zależy od naszych możliwości i pomysłowości. Może to być piasek, ziemia, trawa, liście, szyszki (modrzewiowe są najbardziej miękkie), gałązki drzew iglastych (np. jodeł) i liściastych, żwir lub otoczaki, kasztany albo korki po winie. Do zbierania materiałów najlepiej zaangażować dzieci. Będzie to ich wkład w tworzenie elementu placu zabaw. Dodatkowym pomysłem może być książeczka zawierająca rysunki dzieci dotyczące poszczególnych materiałów (na zdj. praca dzieci z Przedszkola Samorządowego nr 51 w Krakowie w ramach projektu „Oswoić przestrzeń” Małopolskiego Instytutu Kultury).

Obrzeża ścieżki można wykonać z bali drewnianych, które jednocześnie posłużą do ćwiczenia równowagi (zaangażujemy w ten sposób kolejny zmysł dziecka). Praktyczny może być również niski wiklinowy płotek. Wiklina jest doskonałym materiałem na naturalne place zabaw – wytrzymała, estetyczna i łatwa w obróbce. Do zaplecenia płotka warto namówić dzieci już w wieku przedszkolnym. Wiklinę można kupić bezpośrednio od plantatorów (polecamy stronę wierzba.malopolska.pl): zarówno grubsze paliki, które posłużą jako elementy pionowe (w odstępach co 25–30 cm), jak i cienkie witki, z których upleciony zostanie płotek.

Pod ścieżkę najlepiej jest wybrać trochę ziemi (ok. 10 cm) i zagłębienie wyłożyć agrowłókniną odporną na przerastanie chwastów, a jednocześnie nie utrudniającą odprowadzania wody. Ścieżkę warto podzielić na poszczególne pola, a na ich granicy umieścić kawałek drewna lub wiklinę, tak aby uniemożliwić mieszanie się poszczególnych materiałów. Warto przemyśleć ich kolejność, np. po igłach lub szyszkach lepiej dać kojący stopy piasek.

Ścieżka może być elementem labiryntu lub znajdować się przy wejściu do szałasu. W obu przypadkach idealnym materiałem jest wiklina, z której mogą zostać wykonane również pozostałe elementy placu zabaw.

Tkaniny

Tkaniny na placu zabaw mogą stać się ciekawym elementem wzbogacającym niejedną zabawę. Kilka wiklinowych kijków, związanych i nakrytych tkaninami, stanie się indiańskim tipi lub szałasem. Można pójść dalej i spróbować stworzyć namiot beduiński albo jurtę, przekazując przy okazji wiedzę na temat innych kultur. Mogą do tego służyć stare prześcieradła lub obrusy. Można również spróbować stworzyć ze skrawków materiału kolorowy patchwork.

W sklepach dostępne są gotowe zestawy: drewniane kije, sznurek i specjalnie uszyta tkanina. O ileż więcej frajdy sprawi małym budowniczym próba zmierzenia się z prawdziwym kijem, trochę krzywym, pokrytym korą, który trzeba odpowiednio obrócić, aby podtrzymywał konstrukcję. W tym celu możemy wykorzystać gałęzie obcięte w trakcie zabiegów pielęgnacyjnych w ogrodzie. Polecam również kije wiklinowe, dwu- lub trzyletnie, do kupienia na plantacjach wikliny. Gotowe tipi wyklucza budowę innych namiotów. Dzieciom w zupełności wystarczy prostokątny kawałek materiału, aby stworzyć własną bazę, za każdym razem inną.

Któż z nas nie lubi pikników? Długie przygotowania, wiklinowy koszyk, dobre jedzenie, wybór odpowiedniego miejsca, wreszcie uczta na kocu. Własnoręcznie wykonany koc, dwustronny, patchworkowy lub zrobiony na drutach, może być wykorzystywany na wiele sposób i w każdym miejscu.

Kawałki tkanin mogą również służyć do wygradzania przestrzeni w ogrodzie. Materiał przypięty do sznurka rozciągniętego między drzewami tworzy ścianę, która osłania od wiatru, umożliwia stworzenie przytulnego kąta, miejsca indywidualnej zabawy, własnej przestrzeni dzieci.

Tkanina może służyć jako plansza do gry w chińczyka, szachy, twistera, kółko i krzyżyk czy wiele innych. Wykonana z materiału zachęca do zabawy na świeżym powietrzu. Jest również powrotem do dobrej tradycji gier rodzinnych, spędzania czasu przy intelektualnej – a ze względu na wielkość planszy również fizycznej – rozrywce. Wszystkie te elementy możemy połączyć w jedno.

Patchworkowy kocyk piknikowy, z naszytymi planszami, może posłużyć również jako ściana namiotu, za każdym razem inspirując dziecko do nowych zabaw.

Dźwięk

Ogród pachnie, cieszy feerią barw, dostarcza smacznych owoców. Nie zapominajmy jednak o pozostałych zmysłach: w ogrodzie i na placu zabaw warto zadbać również o wrażenia dotykowe i słuchowe.

Ogród jest pełen dźwięków, których zazwyczaj nie zauważamy, od których uciekamy albo które zagłuszamy. W ogrodzie bzyczą owady, których unikamy i przed którymi staramy się ochronić nasze dzieci, niezależnie od tego, czy są szkodliwe, czy nie. A być może to tylko nasza obawa przed robalami. Dzieci nie podzielają naszego obrzydzenia i chętnie obserwują poruszające się i wydające dźwięki stworzenia.

O obecność ptaków musimy zadbać. Zimą wystawmy karmniki, wiosną budki lęgowe, zasadźmy lubiane przez ptaki drzewa i krzewy owocowe: jarzębiny, irgi, rokitniki.

W ogrodzie zazwyczaj chronimy się od wiatru. Jego siłę możemy wykorzystać, ustawiając w ogrodzie urządzenia, które poruszone wydają dźwięk. Silny podmuch wywoła inny efekt niż delikatny podmuch. Dzięki temu dzieci mogą obserwować zmiany zachodzące w przyrodzie, natężenie, a także kierunek wiatru. Jest to zupełnie inne doświadczenie niż słuchanie zabawki, która na zawołanie wydaje elektroniczny dźwięk, zawsze taki sam.

Funkcję „wskaźnika wiatru” mogą pełnić rośliny – drżąca osika, wiotkie gałęzie wierzby czy szumiące trawy ozdobne. A może komuś uda się usłyszeć pękanie skorupek kasztanów lub pąków na wiosnę?

Zdecydowanie najpiękniejszym dźwiękiem w ogrodzie jest śmiech dzieci. Dlatego nie polecam umieszczania miejsca zabaw z dala od swoich najładniejszych grządek, najlepiej poza zasięgiem głosu, jak „radzi” „Poradnik leniwego ogrodnika” (Joanna Smith, KDC 2007).

Kategorie
André Stern

Stern na piątek, cz. 12 – Ile pamiętamy ze szkoły?

Ile pamiętamy ze szkoły i czego może to nas nauczyć w kontekście zmian edukacji?

Jeszcze raz chcę podkreślić – nie uważam, że jestem osobą, która może stwierdzić, co jest dobrą edukacją. Szczerze mówiąc, jestem zdania, że nie ma czegoś takiego jak dobra lub zła edukacja. Są tylko dobre relacje i nad tym możemy pracować.

Dziś wiadomo, że zapominamy około 80% rzeczy, których nauczyliśmy się w szkole. Mamy na to naukowe wyjaśnienie – nie możemy się czegoś nauczyć, trwale zapamiętać, jeśli nie jest to powiązane z emocjami.

Przymus

Uważam, że najważniejszą rzeczą, którą musimy dostrzec, jest to, że zmuszanie kogoś do nauczenia się czegoś, czego nie chce – co nie pochodzi od niego, ale z programu nauczania, w sposób, który go nie interesuje, lub w nieodpowiedniej dla niego chwili – jest aktem przemocy. Skutek jest taki, że osoba oczywiście może nauczyć się tego na pamięć, przed egzaminem, ale wiedza taka wpadnie jednym uchem, a wypadnie drugim. To dlatego, że nie uda nam się trwale zatrzymać w sobie wiedzy, która nie jest powiązana z emocjami.

Ta sama rzecz mogłaby za kilka tygodni czy miesięcy poruszyć daną osobę w związku z jakąś inną aktywnością albo mógłby zainspirować ją inny człowiek.

„Uczyłem się tego, ale zapomniałem”

Problem w tym, że w naszym społeczeństwie to normalne, że zapominamy większości rzeczy, których się nauczyliśmy. Możemy nawet użyć tego jako wymówki – odpowiadając na pytanie, możemy zawsze powiedzieć: „Uczyłem się tego w szkole, ale zapomniałem”. Nikt nas nie skrytykuje, bo wszyscy do tego przywykliśmy. To nie jest normalne i powinniśmy nad tym pracować.

Znów jestem pod tym względem wyjątkiem, gdyż nie zapomniałem niemal niczego z rzeczy, których się uczyłem, ponieważ uczyłem się tylko tego, na czym mi zależało, co było dla mnie ważne, poruszało mnie i było związane z emocjami lub ludźmi.

[ksiazki id=”43,44,45″]

Uczenie się jest frajdą

Nie mam żadnej metody, nie mam też żadnych porad dla rodziców czy nauczycieli. Uważam natomiast, że jestem bardzo zwyczajnym dzieckiem i że każde inne dziecko, każdy człowiek mógłby przejść taką samą drogę. Uczenie się byłoby wtedy czymś zupełnie innym.

Zamiast tego staje się doświadczeniem, którego dzieci nie lubią i którego chciałyby uniknąć. To wielka szkoda, ponieważ rodzimy się z ogromnym pragnieniem nauki. Dla małego dziecka uczenie się jest największą frajdą. Ale jeśli ktoś przeszkadza temu naszemu naturalnemu pociągowi i zaczyna zmuszać nas do uczenia się rzeczy, których nie chcemy, nauka będzie do końca życia kojarzyła nam się z czymś nieprzyjemnym.

Jeśli ktoś sprawi, że uczenie się czegoś nowego będzie kojarzyło nam się z egzaminem i ze strachem, że zostaniemy przyłapani na tym, że czegoś nie wiemy, możemy do końca życia bać się nowych dziedzin. To ogromna strata, bo wszyscy jesteśmy powołani do nowych rzeczy.

Rozmowę z André Sternem dla dziecisawazne.pl przeprowadził, przetłumaczył i opracował Aleksander Baj.

Kategorie
zdrowie

Soczki – co tak naprawdę piją nasze dzieci?

Gdy nadchodzą ciepłe miesiące, wielu rodziców skrupulatnie przygląda się ilości płynów wypijanych przez dzieci. To zrozumiałe, o odwodnienie w upalne dni nietrudno. Półki sklepowe uginają się od różnorodnych produktów do picia. Wiele z nich jest dostosowanych do małego klienta. I tak oto mamy do wyboru (poza różnego rodzaju wodą): soki klarowne, soki przecierowe, nektary, wody smakowe i różne kolorowe słodkie napoje z bąbelkami lub bez nich. Co zatem wybrać?

Sok wcale nie taki zdrowy

Sok jako taki, szczególnie ten owocowy, przestał być w ostatnim czasie tak bardzo lubiany przez specjalistów. Najnowsze zalecenia Amerykańskiej Akademii Pediatrycznej zachęcają rodziców do zaczekania z ich wprowadzaniem do diety dziecka aż do ukończenia przez nie 1 roku życia. Pomiędzy 1 a 3 rokiem rekomenduje się podawanie nie więcej niż 120 ml soku dziennie, dzieciom od 4 do 6 lat – do 180 ml, a dzieciom szkolnym (od 7 do 18 lat) – około 240 ml dziennie. Ponadto zdecydowanie podkreśla się wyższość świeżych owoców nad sokami ze względu na niższą zawartość cukru w tej samej ilość oraz obecność błonnika (którego praktycznie zupełnie pozbawione są soki klarowane). Warto podejść do wszystkiego z umiarem – o ile niemowlętom soki i pochodzący z nich cukier jest zdecydowanie zbędny w diecie, o tyle starszym dzieciom ograniczone ilości soków nie zaszkodzą.
Dobrze zdawać sobie sprawę, że słodkie napoje, w tym soki owocowe (nie tylko te dosładzane), mogą być przyczyną potencjalnej otyłości u dzieci. Podawane w nadmiarze dostarczają bardzo wysokiego ładunku kalorycznego, a ponadto powodują szybki wzrost poziomu glukozy we krwi.

Różne rodzaje napojów owocowych

Spoglądając na półkę sklepową, widzimy masę produktów z owocami w nazwie. Warto wiedzieć, że istnieje następujący prawny podział:

Sok

powinien zawierać 85–100% soku ze świeżych owoców lub warzyw. Zgodnie z przepisami unijnymi od 2013 roku soki nie mogą być dosładzane i powinny zawierać tylko cukry obecne w owocach.

Nektar

to rozcieńczony wodą sok (świeży i zagęszczony), przecier owocowy lub ich mieszanina. Zawartość soku w nektarze waha się od 25 do 50% w zależności od rodzaju użytych owoców. Dopuszczalne jest użycie większej ilości cukru niż soku, jednak nie więcej niż 200 g/l. Producenci mogą również stosować substancje słodzące (słodziki); niedozwolone jest jednak użycie sztucznych barwników, aromatów i środków konserwujących.

Napój

nie ma limitów określających, ile soku powinien zawierać. Zwykle jest to nie więcej niż 3–5%. Napoje mogą zawierać sztuczne aromaty, barwniki, substancje słodzące i konserwanty nieodpowiednie dla dzieci.

Czytajmy etykiety!

Konsument zwracający uwagę nie tylko na kolorowy obrazek, ale też na treść, chętnie sięga po produkty typu „sok 100%”. Jednak nie dajmy się zwieść sloganom, warto odwrócić butelkę czy karton i przeczytać, co producent deklaruje w składzie. Bardzo często trafiamy na informację „sok odtworzony z zagęszczonego soku”. Co to znaczy? Otóż najpierw uzyskuje się sok z owoców, a potem odparowuje znaczną część wody (w temperaturze 50–70 stopni), pozbawiając sok zdecydowanej większości witamin, które w wysokich temperaturach są niszczone.
Stojące na półkach soki są również pasteryzowane, aby zabezpieczyć je przed rozwojem chorobotwórczych drobnoustrojów. Czasem hasło „100%” łączone jest z innym słowem niż sok, na przykład „100% smaku”. Takim produktom należy przyglądać się szczególnie, gdyż istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, iż nie mają wiele wspólnego z sokiem i są słodkim napojem.

Czym producenci chcą poić nasze dzieci?

Reklamowane przez słodkie maluchy “soczki” to niekoniecznie najlepszy sposób na gaszenie letniego pragnienia. Tu również warto krytycznie spojrzeć na etykiety i zastanowić się, czy naprawdę chcemy je podać naszym dzieciom. Przyjrzyjmy się kilku flagowym produktom:
Popularny „soczek” przecierowy, skład: woda, przeciery z marchwi (28%) i bananów (14%), sok jabłkowy z zagęszczonego soku (11%), cukier trzcinowy, regulator kwasowości – kwas cytrynowy, witamina C, aromat. Zgodnie z prawem zawartość cukru trzcinowego dyskwalifikuje ten produkt jako sok. Zatem czy warto podawać go dziecku?
Inny lubiany przez dzieci „soczek”, ale sprzedawany już jako napój wieloowocowo-marchwiowy (brawo dla producenta za szczerość), skład: woda, soki (20%): z marchwi (9,5%), czerwonych pomarańczy, cytryn, limetek i jabłek, syrop glukozowo-fruktozowy, witamina A,C i E, aromaty. Syrop glukozowo-fruktozowy oskarżany o plagę otyłości wśród dzieci! Warto przemyśleć trzy razy, czy koniecznie trzeba ulec reklamie.
Woda smakowa, cytrynowa, niegazowana, skład: woda, cukier trzcinowy, sok cytrynowy z zagęszczonego soku cytrynowego (2%), aromat. Znów cukier!
„Soczek z rurką”, niebędący sokiem, a napojem z kolorowym obrazkiem miłego zwierzątka (wybieramy jeden z tych z najkrótszą listą składników; strach pomyśleć, co jest w tych z dłuższym składem), skład: sok z soków zagęszczonych i przecierów: jabłkowy (47,5%), z mango (1,5%), gruszkowy (0,5%), woda, cukier, aromat, kwas L-askorbinowy (witamina C), mleczan żelaza. Choć rurka wydaje się być atrakcyjna, może lepiej poszukać czegoś zdrowszego?
[natuli2]
W zestawieniu pomijamy napoje gazowane i słodzone herbatki, które z założenia nie nadają się dla dzieci (i dorosłych również), będące źródłem różnego rodzaju związków chemicznych (barwników, substancji konserwujących i innych), cukru i nienaturalnych substancji słodzących (słodzików).

Co zamiast gotowego produktu?

Woda powinna stanowić podstawowy płyn nawadniający nasz organizm. Niemowlęta karmione piersią nie muszą być dopajane, gdyż odpowiednia ilość płynów dostarczana jest im z mlekiem mamy.
Przeczytaj: Dopajanie niemowląt karmionych piersią – dlaczego nie jest konieczne?
Starszym dzieciom warto podawać wodę, która doskonale gasi pragnienie, nie powoduje próchnicy zębów (w przeciwieństwie do soków) i nie zaburza gospodarki węglowodanowej organizmu. Alternatywą dla sklepowych kolorowych napojów mogą być, podawane okazjonalnie (dzieciom powyżej roku), soki wyciskane w domu. Należy jednak pamiętać o tym, że zawierają one naprawdę dużą ilość naturalnych cukrów. Inną propozycją mogą być domowe lemoniady z wykorzystaniem naturalnych substancji słodzących (na przykład liści stewii).
Podobnie jak w innych sytuacjach wychowawczych podstawą sukcesu w tej dziedzinie jest własny przykład. Trudno o to, aby dzieci piły wodę, gdy rodzice sięgają regularnie po słodkie napoje gazowane. Edukowanie maluchów od najmłodszych lat, co dla ich organizmu jest dobre, a co nie, to za mało. Warto wyrabiać w nich nawyk czytania etykiet oraz uczyć samodzielnego wybierania i przygotowywania napojów ze zdrowych składników. A butelka czy bidon z wodą powinien szczególnie w upalne lato codziennie towarzyszyć nie tylko dzieciom.