Kategorie
niemowlę

Jakich błędów w żywieniu niemowląt warto unikać?

1. Przedwczesne rozszerzanie diety

WHO zaleca wyłączne karmienie piersią przez pierwszych 6 miesięcy życia malucha. Oznacza to, że w tym czasie nie ma potrzeby przepajać dziecka wodą, soczkami ani podawać żadnych stałych posiłków. Jego układ pokarmowy nie jest na to gotowy.  Badania donoszą, że przedwczesne rozszerzanie diety może skutkować otyłością:
U niemowlaków, którym podawano posiłki stałe przed ukończeniem 4 miesiąca życia, otyłość w wieku 3 lat pojawiała się 6 razy częściej, niż u dzieci, które otrzymywały stałe posiłki po skończeniu 6 miesięcy. (Przeczytaj: Posiłki stałe podane za wcześnie grożą otyłością dziecka)
Dlatego warto ostrożnie podejść do zaleceń pediatrów w tej kwestii. Według nich słoiczek z jabłuszkiem lub marchewką jest antidotum zarówno na zbyt szybkie, jak i zbyt wolne przybieranie na wadze. Zupełnie normalnym zjawiskiem jest fakt, że po 3 miesiącu maluchy przestają przybierać na wadze w takim tempie, w jakim robiły to w pierwszych tygodniach życia. Ewentualne wątpliwości warto skonsultować z doradcą laktacyjnym.
Wskazaniem do rozszerzania diety nie jest także ciekawość dziecka. Niemowlęta są generalnie ciekawe wszystkiego, co robią ich rodzice i co dzieje się dookoła nich. Niekoniecznie oznacza to, że chcą spróbować kotleta (albo że są na to gotowe). Przed rozszerzaniem diety warto zwrócić uwagę na kilka kwestii: czy dziecko potrafi w miarę stabilnie siedzieć (niekoniecznie siadać, ale siedzieć w krzesełku lub na kolanach rodzica) oraz czy potrafi chwycić przedmiot i skierować go do buzi.
Jeśli chodzi o niemowlęta karmione mlekiem modyfikowanym coraz rzadziej sugeruje się natychmiastowe rozszerzanie diety po ukończeniu przez nie 4 miesięcy. Także w tym wypadku najlepiej obserwować malucha i wypatrywać oznak jego gotowości. Jak pisze Małgorzata Jackowska:
Wprowadzanie produktów uzupełniających należy rozpocząć „po ukończeniu 17 tygodnia życia i nie później niż w 26 tygodniu”, ponieważ wtedy „Dzieci nabywają umiejętności siedzenia z podparciem, osiągają dojrzałość nerwowo-mięśniową pozwalającą na kontrolowanie ruchów głowy i szyi oraz na jedzenie z łyżeczki. W okresie tym zanika odruch usuwania z ust ciał obcych, typowy dla okresu noworodkowego i wczesnoniemowlęcego.”.
Czyli? Pierwsze posiłki uzupełniające podajemy dzieciom POMIĘDZY końcem 4 a połową 7 miesiąca życia! NAJWCZEŚNIEJ po ukończeniu 4 miesiąca, a nie NATYCHMIAST po ukończeniu czterech miesięcy. Chyba że wasze dziecko siedzi stabilnie w wieku 4 miesięcy i nie wypycha językiem podawanego jedzenia… (Źródło: malgorzatajackowska.com)

2. Zbyt długie zwlekanie z rozszerzaniem diety

Choć mleko matki powinno być podstawą żywienia w pierwszym roku życia dziecka, nie oznacza to, że niemowlęta nie powinny dostawać innych produktów. W drugim półroczu należy proponować dziecku stałe posiłki. Przede wszystkim kasze, warzywa, owoce. Ograniczenie pokarmu wyłącznie do mleka może (choć oczywiście nie musi) spowodować niedobory żelaza. Może zdarzyć się tak, że w pierwszych miesiącach maluch będzie wykazywał znikome zainteresowanie stałymi pokarmami. Nie jest to powód do niepokoju. Rolą rodziców jest proponować. Kierujmy się zasadą: rodzic decyduje, co dziecko zje, a dziecko, ile (i czy w ogóle) zje.

3. Zbyt wczesne wprowadzenie wody lub nieproponowanie dziecku picia

Do ukończenia 6 miesiąca życia niemowlę nie potrzebuje dodatkowych płynów poza mlekiem mamy. Nawet w najbardziej upalne dni pierś zaspokaja pragnienie malucha.
Po ukończeniu 6 miesięcy warto zacząć proponować dziecku wodę do posiłków. Nie musi jej wypijać, prawdopodobnie wciąż główne pragnienie będzie zaspokajało piersią, ale to ważne, by miało możliwość jej spróbować. Niemowlęta powinny pić wyłącznie wodę lub lekkie herbatki ziołowe: rooibos, rumianek, czystek. Warto wystrzegać się “specjalnych”, granulowanych herbatek dla niemowląt i soczków.

4. Nieodpowiednia konsystencja

Niemowlęta nie muszą jeść wyłącznie papek i przecierów. Nawet jeśli z jakiegoś powodu rodzice nie zdecydowali się na BLW, 9–10-miesięczne niemowlęta powinny już dostawać tzw. finger foods, czyli przekąski do ręki, które mogą spożywać samodzielnie. Mogą to być pokrojone w słupki gotowane warzywa lub owoce, makarony, kawałki pieczywa albo placuszki. Chodzi o to, by dziecko miało możliwość samemu koordynować wprowadzanie pokarmu do buzi oraz uczyć się gryźć i połykać inna konsystencje niż papki. Zdaniem logopedy Anny Czajkowskiej gryzienie jest niezwykle ważne i przygotowuje buzię do procesu uczenia się mowy:
Starsze niemowlę, które potrafi już gryźć, powinno mieć jak najwięcej ku temu okazji. Dziecko, ucząc się gryzienia i żucia, ćwiczy mięśnie odpowiedzialne za artykulację. (Przeczytaj: Wpływ karmienia piersią na rozwój mowy dziecka)

5. Nieodpowiednio przygotowywane posiłki

Posiłki dla dziecka nie powinny być solone ani dosładzane. Nie oznacza to wcale, że mają być bez smaku: wręcz wskazane jest używanie ziół, które nie tylko wprowadzają nowe smaki i aromaty, ale mogą także pozytywnie wpływać na trawienie, np.: bazylia, oregano, tymianek, majeranek. Domowe wypieki, naleśniki, placuszki można dosładzać syropem klonowym, dobrej jakości agawą, lub stewią. Warto unikać dań gotowych typu instant i produktów przetworzonych: nawet te przeznaczone specjalnie dla niemowląt mogą zawierać zbyt dużo cukru a zawarte w nich syntetyczne witaminy wchłaniają się o wiele gorzej niż te naturalne. Podstawą diety niemowlęcia powinny być gotowane zboża, a więc wszelkiego rodzaju kasze gotowane na wodzie lub na mleku roślinnym, makarony pełnoziarniste, warzywa i owoce.

6. Przedwczesne wprowadzenie mleka krowiego

Pod żadnym pozorem nie powinno się zastępować pokarmu mamy lub mieszanki zwykłym mlekiem krowim. Rozwiązanie to jest oczywiście bardziej przyjazne dla domowego budżetu, ale dla zdrowia dziecka może mieć katastrofalne skutki.
Pokarmem idealnie zbilansowanym i dobranym do potrzeb dziecka jest mleko mamy. Zawiera ono odpowiednią porcję witamin i składników odżywczych, jest lekkostrawne, a na dodatek żywe, zatem dostosowuje się do zmieniających się wymagań malucha. Dla niemowląt odstawionych od piersi jest mleko modyfikowane, które choć nie jest idealne, stara się swoim składem imitować skład mleka mamy. Zwykłe mleko krowie jest przystosowane do potrzeb cieląt, które są o wiele większe od ludzkiego niemowlęcia, dlatego proporcje białek i innych substancji odżywczych są zbyt ciężkostrawne dla dziecka.
W drugim półroczu życia dziecka można wprowadzać produkty na bazie mleka krowiego (jogurty naturalne, kefiry, maślanki) lub dodawać niewielkie ilości do gotowania (np. do naleśników), jednak z większą ilością warto się wstrzymać do pierwszych urodzin. Śmiało można stosować natomiast wszelkiego rodzaju mleka roślinne, przede wszystkim jaglane, migdałowe lub ryżowe. Można robić na nim kaszki, dawać do picia w kubeczku lub dodawać do wypieków. Warto być ostrożnym z mlekiem sojowym, ponieważ jest ono źródłem fitohormonów.

7. Przedwczesna ekspozycja na gluten

Do niedawna zalecenia lekarskie mówiły o specjalnej ekspozycji na gluten przed ukończeniem przez dziecko 6 miesięcy. To już nieaktualne! Nie ma żadnego powodu do przedwczesnego rozszerzania diety (patrz punkt 2). Najnowsze badania pokazują, że występowanie celiakii jest uwarunkowane genetycznie i moment ekspozycji na gluten nie ma tu żadnego znaczenia. Zaleca się wprowadzać go podczas rozszerzania diety pod osłoną mleka mamy.

8. Zbyt duża liczba posiłków stałych w ciągu dnia

Podstawą żywienia niemowlęcia do końca pierwszego roku życia powinno być mleko matki. Drugie półrocze życia dziecka to okres poznawania nowych smaków i degustowania. Podawanie zbyt dużej liczby stałych posiłków może spowodować zbyt szybkie odstawienie się malucha od piersi (WHO zaleca karmienie do ukończenia przez dziecko 2 roku życia lub dłużej, jeśli mama i dziecko sobie tego życzą). Poza tym nieustanne podtykanie dziecku przekąsek sprawia, że nie ma ono kiedy zgłodnieć. Maluch powinien znać uczucie głodu, by nauczyć się zaspakajać swoje potrzeby. Przekarmianie dziecka może powodować zaburzenie pracy jego ośrodka głodu i sytości oraz prowadzić do nadwagi, otyłości lub wykształcenia nieprawidłowych wzorców, np. kojarzenia jedzenia z nagrodą lub zaspokajaniem deficytów emocjonalnych.

9. Rozcieńczanie lub zagęszczanie mleka

Jeśli dziecko nie jest karmione piersią, ważne, by podawane mu mleko modyfikowane było przygotowane zgodnie z dołączoną na opakowaniu dokładną instrukcją. Pod żadnym pozorem nie powinno się samowolnie zmieniać zalecanych proporcji. Rozcieńczanie mleka może spowodować niedobory kaloryczne (maluszek będzie po prostu głodny), z kolei zagęszczanie mleka, by dziecko dłużej było syte lub lepiej spało, może przeciążyć jego układ pokarmowy (dziecko może mieć problemy ze strawieniem zbyt dużej ilości mleka). W długotrwałym aspekcie może to prowadzić do przekarmienia i otyłości.
Kiepskim pomysłem jest też przed właściwym okresem rozszerzania diety zagęszczanie odciągniętego mleka lub mieszanki kaszą manną lub kleikiem ryżowym, by malec lepiej spał. Układ pokarmowy małego niemowlęcia nie jest przystosowany do takich posiłków. Przez pierwsze miesiące maluszek powinien dostawać wyłącznie mleko: mamy lub modyfikowane.
Foto: flikr.com/donnieray

Kategorie
rodzina

12 zabaw ze światłem i ciemnością dla dzieci

W zależności od wieku dziecka zabawy będą się nieco od siebie różnić, dopasujcie je więc do możliwości waszych dzieci. W ciemności bądźcie szczególnie uważni na swoje maluchy, trudniej bowiem zobaczyć wtedy wyraz twarzy dziecka. Co jakiś czas sprawdzajcie więc, czy na pewno czuje się komfortowo. Tam, gdzie fascynacja miesza się z lękiem, łatwiej bawić się, czując bliskość dorosłego, który swoją obecnością zapewnia bezpieczeństwo.

12 pomysłów na zabawy ze światłem i ciemnością

1. Włącz i wyłącz

– to pierwsza i najprostsza zabawa światłem. Maluchy właściwie same okazują zainteresowanie włącznikiem światła – proszą, żeby trzymać je na rękach tak, by mogły go sobie ponaciskać. To nieustanne pstryk – światło i pstryk – ciemność potrafi zmęczyć ręce niejednego dorosłego siłacza, ale nie rezygnujcie zbyt łatwo. Spróbujcie też z małą lampką biurkową bądź latarką.

2. Obserwuj i łap zajączka

– przesuwajcie smugę światła latarki po ścianie, podłodze lub suficie. Najmniejsze dzieci wodzą wzrokiem i obserwują, dokąd zmierza świetlna plama, a jeśli wasz maluch już samodzielnie chodzi, może próbować łapać świetlnego „zajączka”.

[reklama id=”77769″]

3. Zabawa w ganianego światłem

– tu potrzebne są już dwie latarki i wbrew nazwie wcale nie trzeba się nabiegać. Dorosły przesuwa smugę światła po ścianie, a dziecko goni ją drugą smugą – najpierw powoli, a potem coraz szybciej! Co jakiś czas możecie zamieniać się rolami.

4. Teatrzyk cieni

– odpowiednie ustawienie źródła światła i podświetlanie dłoni to od dawien dawna znana zabawa, warto ją sobie przypomnieć! Tu zdecydowanie wygodniejsza od latarki będzie stabilnie stojąca lampka, np. biurkowa. Możecie wyczarować ze swoich dłoni ptaki, głowę psa, kaczkę, zająca i co tylko podpowie wam wyobraźnia. Ruszajcie nimi i podkładajcie pod nie różne głosy. Rozmawiające na ścianie cieniowe postacie to dla waszego dziecka wspaniałe pierwsze spotkanie ze światem teatru.

5. Teatrzyk papierowych kukiełek

– własnoręcznie zróbcie z dziećmi papierowe kukiełki: ze sztywnego papieru wytnijcie różne kształty np. domu, psa i księżyca, przyklejcie je do szaszłykowych patyków i gotowe. Oświetlone pacynki będą rzucać cienie na ścianę. Wystarczy podłożyć głosy i snuć wymyśloną przez siebie bajkę np. o księżycu, który pojawia się na niebie i rozmawia ze szczekającym przed domem pieskiem… Razem z dziećmi stwórzcie swoją niepowtarzalną historyjkę.

6. Kuchenne cienie

– ta zabawa polega na podświetlaniu różnych domowych przedmiotów, np. widelca lub łyżki, i obserwowaniu ich cieni. Warto też sięgnąć po łyżkę durszlakową – przybliżanie jej i oddalanie od źródła światła daje niesamowity efekt kosmicznej podróży. Znane dzieciom codzienne przedmioty nabierają dzięki temu zupełnie nowego wymiaru.

7. Rysowanie cieni

– przyczepcie do ściany kartkę i podświetlcie wybrany przedmiot tak, aby padał na nią jego cień. Następnie wystarczy wziąć ołówek i obrysować pojawiający się kształt. Taki rysunek można później pokolorować albo wyciąć. Odrysowane cienie nie zawsze wychodzą idealnie, możecie więc uruchomić wyobraźnię i dodając co nieco od siebie tworzyć nowe obrazy. A potem bawcie się w wymyślanie, co jest na powstałym w ten sposób rysunku.

8. Poszukiwacze przygód

– szybko zapadający zmrok umożliwia spacery z latarką po świeżym powietrzu i oświetlanie sobie nią drogi. Takie wyjście z domu zamieni was w poszukiwaczy przygód i odkrywców nowych lądów, bo oświetlanie mijanego otoczenia latarką całkowicie zmienia postrzeganie przestrzeni – nawet tej dobrze znanej.

9. Detektyw

– ciemne mieszkanie czy pokój umożliwiają nowe spojrzenie na znane przedmioty i miejsca. Poszukiwanie ukrytych zabawek w świetle trzymanej w dłoni latarki to prawdziwie detektywistyczna historia!

10. Co to, kto to?

– ta zabawa polega na rozpoznawaniu przy użyciu dotyku przedmiotów umieszczonych w worku. Takie zgadywanie bez zaglądania często doprowadza do zabawnych pomyłek i sporych niespodzianek, kiedy przedmiot wyjmie się już z worka. A dodatkowo dotykanie po ciemku zabawek uwrażliwia i wyostrza zmysły.

11. Biwak

– schowajcie się z latarką w dłoni pod dużą płachtą materiału czy kocem i… biwakujcie we własnym mieszkaniu. Ukryci w takim zaimprowizowanym namiocie możecie oglądać książki, opowiadać bajki, wymyślać historie lub wydawać odgłosy zwierząt – kiedy będziecie razem, nawet najstraszniejszy dziki zwierz nie będzie wam straszny! Dla maluchów już samo siedzenie w takim namiocie jest frajdą, a gdy dołożycie znane chowanie i odkrywanie z wesołym „a kuku”, zabawa zajmie wiele wspólnych minut.

12. Świecąca kula

– do tej zabawy potrzebna jest świecąca piłka! Turlajcie ją do siebie i łapcie. Najlepiej wybrać taką, która nie migocze zbyt intensywnym światłem, bo to może być męczące i powodować rozdrażnienie u dzieci. Migocząca i tocząca się w ciemności kula ekscytuje maluchy i zachęca do zabaw ruchowych. W sprzedaży dostępne są takie świecące bardziej stonowanym światłem i wtedy zabawa jest prawdziwą frajdą. W sklepach jest też coraz więcej fluorescencyjnych zabawek, naklejek czy nawet stron w książkach, które mogą oświetlić i umilić zimowe ciemne popołudnia.

Wspólny czas zabawy to najlepsza inwestycja dla waszej relacji z dziećmi, więc korzystajcie z tych krótkich dni i bawcie się ciemnością jak najczęściej!

Foto: flikr.com/rafiqs

Kategorie
wychowanie

"Pocieszacze", które mogą szkodzić dzieciom

A potem zastanawiamy się, skąd ta dzika awantura, kiedy trzeba skończyć grę czy oderwać się od kolejnej kreskówki, mimo że umówiliśmy się, że „tylko godzina i koniec”. Albo gdy nasze dziecko nie dostanie kolejnego batonika czy chipsów. I dlaczego my sami siedzimy nad grą do północy albo i dłużej lub po trudnym dniu pochłaniamy cały kubełek lodów?
Spokój, cisza, ukojenie? Cisza może i tak. Ukojenie – na chwilę. Spokój? Pozorny.
Stuart Shanker, autor książki „Self-Reg”, nazywa wszystkie te rzeczy ukrytymi stresorami. Są one czymś, co na pierwszy rzut oka wycisza dziecko, zaspokaja jego potrzeby, ale… na dłuższą metę jeszcze bardziej obciąża układ nerwowy. I na dodatek rodzi się potrzeba na więcej, więcej, więcej.

Jak to się dzieje?

Czemu w ogóle dzieci i dorośli tak lgną do tych wszystkich rzeczy i czemu tak trudno się od nich oderwać? Udział w tym bierze układ nagrody (skądinąd użyteczny, pomógł też przetrwać ludzkiemu gatunkowi, wzmacniając łaknienie na to, co było najbardziej pożywne). Przyjemność odczuwana w trakcie gry, oglądania kolorowej bajki czy jedzenia niezdrowych przekąsek wyzwala opioidy, a te z kolei pobudzają dopaminę, czyli właśnie ten hormon, który upomina się o więcej. Opioidy dają uczucie ulgi, obniżenia stresu i zmniejszenia bólu, ale niestety działa to na chwilę, a za każdym razem, kiedy sięgamy po „ukryty stresor”, wyzwala się ich nieco mniej. To tak, jakby nasz organizm się przyzwyczajał i coraz mniej zauważał wpływ tego pozornego reduktora stresu. Tymczasem z dopaminą jest inaczej – jej ilość się nie zmniejsza i z tego powodu coś wewnątrz nas woła „więcej!”. To wołanie jest jedną z przyczyn stresu. Dlatego też producenci zarówno gier, jak i niektórych filmów oraz niezdrowych przekąsek często chcą, by ich produkty wyzwalały jak najwięcej opioidów, a co za tym idzie – również dopaminy.
Trudności z „oderwaniem się” pochodzą nie tylko stąd.

Obejrzyjmy to z punktu widzenia metody Self-Reg

U jej podstaw stoi założenie, że większość trudnych dla nas dziecięcych zachowań, emocji i nastrojów wynika z przeciążenia stresem w pięciu obszarach (biologicznym, emocjonalnym, poznawczym, społecznym i prospołecznym) przy równoczesnym wyczerpaniu energii potrzebnej do radzenia sobie z tymże stresem. Wtedy łatwo o reakcję walki lub ucieczki – stąd czasem walka o pilot lub joystick albo uciekanie w sklepie w stronę półek z batonikami. Z tego właśnie stanu – wysokiego napięcia i małych zasobów energii – bierze się chęć sięgnięcia po któryś z „ukrytych stresorów” – w stresie uwalnia się dopamina. Czemu jednak dają one ulgę na chwilę, a na dłuższą metę są źródłem stresu?
[reklama id=”51926″]
Gry i kolorowe bajki są często bardzo intensywne. W obszarze biologicznym, zwłaszcza dla młodego mózgu, ten zalew wrażeń zmysłowych – zarówno dźwiękowych, jak i wzrokowych – jest z jednej strony bardzo angażujący, a z drugiej wyczerpujący (bo mózg musi to wszystko przetworzyć w bardzo szybkim czasie). Bywa też, że niebieskie światło ekranów rozregulowuje rytm snu, ponieważ zaburza cykl wyzwalania się melatoniny. Tego typu rozrywki są nieraz także źródłem wielu intensywnych emocji. Głosy w bajkach i grach są mocno nacechowane uczuciowo, niekiedy wręcz dramatyczne. Często u dziecka pojawia się też ekscytacja, zaciekawienie, czasem euforia w przypadku wygranej lub frustracja z powodu przegranej, czasem lęk o bohaterów i całe mnóstwo innych odczuć. Bywa, że ta burza emocjonalna jest dla dziecka zbyt intensywna, młody układ nerwowy nieraz nie jest gotowy na tak silne doznania. W obszarze poznawczym tego typu rozrywki są także dużym wyzwaniem – wszystko dzieje się szybko, w nieoczekiwany sposób, informacje trzeba przetwarzać bardzo szybko, bywa, że głosy lub sytuacje są niezrozumiałe.
W obszarze społecznym warto przyjrzeć się temu, co się nie dzieje, kiedy nasze dzieci oddają się rozrywce. Shanker twierdzi, że ludzie są zaprogramowani przede wszystkim na kontakt społeczny – jest on podstawowym i najlepszym sposobem na ukojenie stresu. Gry i bajki zazwyczaj są samotne. Dzieci nie są w kontakcie ani z nami, ani z innymi dziećmi. Jeśli są, to często tylko połowicznie, wirtualnie. To sprawia, że tracą możliwość rozwijania umiejętności społecznych, rozumienia sygnałów niewerbalnych, stanowiących ogromną część interakcji międzyludzkich. Na dłuższą metę to może oznaczać coraz większe wycofywanie się z grona rówieśników. Podobnie w obszarze prospołecznym – osoba, która siedzi przed ekranem, nie ma możliwości uczenia się, jak sobie radzić z emocjami innych osób, jak odczuwać empatię, jak dawać i brać. Dostaje tylko namiastkę relacji międzyludzkich.
A co ze słodyczami, chipsami i tym podobnymi zaspokajaczami? Mechanizm jest podobny, ponieważ dopamina robi swoje. Samo to jest dużym źródłem stresu. Po takie przekąski sięgamy często właśnie wtedy, kiedy jest źle – nasz poziom napięcia jest duży, poziom energii niski, a organizm chce jej szybkiego zastrzyku. Niestety, ten „dopalacz” działa na krótko – cukier (który znajduje się także w chipsach i innych słonych produktach) powoduje szybki wzrost poziom glukozy we krwi, a potem jej gwałtowny spadek, często poniżej poziomu wyjściowego. Co za tym idzie, mamy ochotę na więcej… A tego typu wahania nie wpływają dobrze ani na nasze emocje, ani na zdolność do koncentracji na dłużej. Pojawia się też kwestia tego, czego dziecko nie otrzymuje, kiedy dostaje słodycze lub słone przekąski. Z jednej strony nie ma szans na dostarczenie organizmowi ważnych substancji odżywczych (bo na jabłko nie ma już miejsca ani apetytu). A z drugiej – takie zajadanie stresu nie zaspokaja naszej potrzeby kontaktu z drugim człowiekiem. Jest jedynie jego namiastką.
Dodatkowym stresorem, który przesądzi o tym, czy zakończenie bajki albo odmowa kupna czekoladek skończy się konfliktem, jest stan emocji rodzica. Paradoksalnie im bardziej martwimy się o dziecko, boimy o jego przyszłość w tym kontekście, im więcej mamy wyrzutów sumienia w tej sytuacji, tym trudniej. Bo nasze napięcie udziela się dziecku. Często bezwiednie i pozawerbalnie – czyli za pomocą tonu głosu, wyrazu twarzy czy gestów – możemy całej sytuacji dodać ciśnienia. I wywołać kłótnię.

Rodzice często pytają, co wtedy robić: zabraniać, wynieść telewizor z domu, ustalić sztywne zasady z góry?

Nie jestem zwolennikiem drastycznych rozwiązań ani schematów w postępowaniu. Owszem, chowam telefon przed swoim dwulatkiem, bo nie chcę niepotrzebnie wywoływać jego frustracji. Staram się nie puszczać zbyt dużo bajek. I nie dawać zbyt dużo słodyczy. Przede wszystkim jednak obserwuję. Czy po zakończeniu bajki jest uśmiechnięty czy zachmurzony? Czy jedyne, co ma ochotę jeść, to batoniki? Jeśli chętnie rezygnuje z tych pocieszaczy, to znaczy, że jesteśmy w bezpiecznej strefie. Staram się nie walczyć z dzieckiem o pilot albo zasady („Nie wolno”, „Nie można”), ale zastępować „ukryte stresory” kontaktem, uspokojeniem czy innymi przyjemnościami np. wspólnym czytaniem książeczek czy jeżdżeniem na kocu, który ciągnę. To wymaga ode mnie dużo spokoju. I sporo energii, więc staram się dbać o swoje zasoby. Żeby samej nie wchodzić w tryb walki lub ucieczki. I z łagodnością zadbać o to, by moje dziecko nie potrzebowało wszystkich tych rzeczy, rozwijało się prawidłowo i nie utknęło w błędnym kole stresu. 
Foto: flikr.com/kymmisue

Kategorie
rodzina

10 prostych eksperymentów dla przedszkolaków

1. Tęcza z cukierków

Do tego eksperymentu wystarczą: biały talerz, opakowanie kolorowych cukierków i odrobina wody. Wykładamy cukierki na talerzu tak, by tworzyły koło. Polewamy wodą, czekamy chwilę i… gotowe!

2. Mieszanie kolorów

Eksperyment pokazuje, w jaki sposób, mieszając podstawowe kolory, możemy stworzyć inne. Potrzebne będą: naczynia (np. słoiki), woda, oliwa i barwniki do żywności. Wlewamy wodę tak, by zajmowała ½ naczynia. Następnie zabarwiamy ją. Pozostałą przestrzeń uzupełniamy oliwą i dodajemy drugi kolor. Słoiczki zakręcamy. Przy potrząsaniu kolory się mieszają, potem wracają na swoje miejsce. Proste, prawda?

3. Zimowe bańki

Wystarczy zestaw do puszczania baniek i ujemne temperatury. Wychodzimy z maluchem na mróz, puszczamy bańkę i… obserwujemy!

4. Barwienie soli lub śniegu

Potrzebne będą: duża kuweta i sól (w wersji zimowej: śnieg), barwniki spożywcze i pipeta. Maluch za pomocą pipety może nanosić różne kolorowe wzory i obserwować zmieniające się barwy.

5. Barwna mozaika

Wystarczą: talerz, mleko, barwniki do żywności, odrobina płynu do naczyń i patyczek kosmetyczny. Nalewamy mleko na talerzyk. Robimy w nim plamki z dowolnych kolorów. Patyczek zwilżamy w płynie do naczyń, wkładamy do mleka i gotowe!

6. Dmuchanie balonu

Do tego eksperymentu potrzebne będą: balony, butelki, ocet winny i soda oczyszczona. Wsypujemy odrobinę sody do balonika (za pomocą lejka lub uciętej butelki). Do pustych butelek wlewamy ocet winny i odrobinę barwnika. Nakładamy balon na butelkę i obserwujemy, jak się napełnia.

7. Świecąca gumowa piłka

Do tego eksperymentu potrzebne są: fluorescencyjny marker, ocet winny, jajko, słoik i lampa UV. Do słoika wlewamy ocet winny. Następnie wyjmujemy wkład z markera i czekamy, aż zabarwi wodę. Wkładamy surowe jajko. Wyjmujemy po tygodniu (niektóre tutoriale sugerują 2 dni). Po przyłożeniu do lampy UV jajko świeci. Samo w sobie ma intrygującą “gumową” konsystencję i może służyć jako piłeczka.

8. Sensoryczne migoczące gniotki

Potrzebne będą: butelka, woda, bezbarwny klej w płynie, balon i brokat lub inne świecidełka. Butelkę wypełniamy wodą do połowy. Dodajemy trochę kleju i mieszamy. Następnie wsypujemy brokat. Na butelkę ostrożnie zakładamy balon i przelewamy ciecz. Wiążemy i gotowe!

9. Meduza w butelce

Potrzebne będą: butelka, niebieski barwnik do żywności, woda i folia spożywcza. Folię tniemy na kawałki i formujemy z niej coś na kształt meduzy. Wlewamy do butelki wodę i odrobinę barwnika. Następnie umieszczamy tam meduzę, zakręcamy i gotowe!

10. Kolorowa sól

Zabawa może być wstępem do stworzenia kolorowej dekoracji lub celem samym w sobie. Wystarczą: talerzyk, sól kuchenna i kolorowe kawałki kredy. Maluch rączkami wałkuje kredę po soli, która dzięki temu przybiera kolor kredy. To doskonałe ćwiczenie na małą motorykę!

Foto: flikr.com/michellekfamilysafe

Kategorie
zdrowie

Wpływ długotrwałego ssania smoczka lub kciuka na rozwój mowy dziecka

Ssanie uspokaja małego człowieka, kojarzy mu się nie tylko z zaspokojeniem głodu, ale także z bliskością matki, czułością i bezpieczeństwem. Kiedy zostaje przystawiony do piersi, natychmiast przestaje płakać.
W przerwach od jedzenia, dobrym uspokajaczem staje się smoczek. Wiedzą o tym wszyscy rodzice i z tego powodu smoczek jest niezbędnym elementem wyprawki każdego malucha. Dziecko przywiązuje się do nowego przyjaciela i często nie chce go oddać bez walki…
Przeczytaj: Smoczek jest zamiennikiem piersi, nie odwrotnie.

Ssanie kciuka a ssanie smoczka

Niektórzy rodzice świadomie rezygnują z podawania dziecku smoczka, licząc na to, że unikną późniejszych trudności z jego odstawieniem oraz przykrych konsekwencji zbyt długiego stosowania. Niestety spotkać ich może przykra niespodzianka w postaci sprytnego zamiennika – kciuka. I o ile smoczek można dziecku po prostu zabrać lub (najlepiej) w ogóle nie informować malucha o jego istnieniu, tak z kciukiem sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Po pierwsze, dziecko ma go zawsze przy sobie i może włożyć do buzi w każdej chwili. Po drugie, istnieją specjalnie zaprojektowane smoczki, które kształtem przypominają brodawkę piersiową i mają wyprofilowaną obudowę, która nie utrudnia oddychania, oraz otwory do wentylacji. Są także smoczki, które mają pełnić rolę terapeutyczną. Niektórzy specjaliści zalecają je przy zaburzeniach ssania czy połykania. Jednak powinny być one używane wyłącznie w porozumieniu z lekarzem lub logopedą.
Kciuk niestety nigdy nie będzie przypominał kształtu brodawki ani tym bardziej nie może pełnić funkcji terapeutycznej. Dziecko zazwyczaj wkłada go do ust, kiedy przeżywa silne emocje lub z powodu nudy bądź z przyzwyczajenia. Warto zniechęcać dziecko do ssania kciuka już od samego początku. Kiedy maluch zaśnie z palcem w buzi, należy mu go na czas snu wyjąć z ust. Pomóc powinno także odwracanie uwagi dziecka i zajmowanie czymś rączek, np. zabawką.
Nie każdy rodzic wie, że odruch ssania stopniowo słabnie po 6. miesiącu życia, a w późniejszym okresie całkiem zanika. Nie oznacza to, że dziecko nagle traci umiejętność ssania – odruch ten jest powoli wypierany przez potrzebę żucia i gryzienia. Zaczynają się pojawiać pierwsze ząbki, zmienia się ułożenie warg, języka oraz sposób połykania. Stale wzmacniają się mięśnie twarzy, których prawidłowa praca jest niezbędna nie tylko w czasie spożywania pokarmu, lecz także w procesie mówienia. Dlatego nie należy sztucznie podtrzymywać tego odruchu przez podawanie dziecku smoczka w celu uspokojenia go bądź jako lekarstwa na nudę.

Skutki długotrwałego ssania smoczka lub kciuka

Jedną z konsekwencji długotrwałego ssania smoczka lub kciuka może być utrwalenie się u dziecka niemowlęcego sposobu połykania. Jest to połykanie z językiem ułożonym na dnie jamy ustnej. Wykonuje on ruchy wyłącznie w kierunku przód – tył. Wraz z prawidłowym rozwojem dziecka język w trakcie połykania powinien zmienić swoje ruchy i unosić się w kierunku podniebienia. Język blokowany smoczkiem czy własnym paluszkiem pozostaje na dnie jamy ustnej. Nie ma szans na osiągnięcie pełnej sprawności niezbędnej do przenoszenia pokarmu w celu rozdrobnienia go i połknięcia. Utrudnione jest także połykanie zalegającej pod masą języka śliny, co prowadzi do nadmiernego ślinienia się.
Dziecko, którego buzia jest stale zajęta, niechętnie komunikuje się z otoczeniem. Może dojść do opóźnienia procesu gaworzenia, a co za tym idzie – do późniejszego nabywania każdego kolejnego etapu rozwoju mowy.

Długotrwałe ssanie smoczka lub kciuka a wymowa

Ogromne znaczenie ma także słabszy rozwój mięśni narządów artykulacyjnych. Zmniejsza się napięcie mięśni warg, co w późniejszym okresie utrudnia wymowę głosek p, b, m, w, f. Znacznie obniża się sprawność języka. Dziecko ma poważne problemy z uniesieniem go i realizacją głosek ś, ź, ć, dź, sz, ż, cz, dż, l, r.
Język, który spoczywa na dnie jamy ustnej i porusza się wyłącznie w kierunku przód – tył, ma tendencję do wsuwania się między zęby. W ten sposób powstaje jedna z bardzo częstych wad wymowy, czyli seplenienie międzyzębowe. Najczęściej zaburzona jest wówczas realizacja głosek s, z, c, dz, sz, ż, cz, dż, a czasem także t, d, n.
Dzieci, które długotrwale ssą smoczek lub kciuk, narażone są także na wady zgryzu oraz deformacje podniebienia. Do najczęstszych wad zgryzu należy tyłozgryz, czyli cofnięcie dolnej szczęki w stosunku do górnej i wysunięcie do przodu górnych siekaczy. Powoduje to zmianę brzmienia głosek s, z, c, dz, które przypominać mogą sz, ż, cz, dż. Kolejnym zagrożeniem jest zgryz otwarty, który charakteryzuje brak łączenia się zębów szczęki dolnej z zębami szczęki górnej w odcinku środkowym lub bocznym. Język dziecka wsuwa się wówczas w powstałą szparę, powodując wspomniane już wyżej seplenienie międzyzębowe.
Smoczek czy kciuk często stają się najlepszym przyjacielem nie tylko dziecka, lecz także rodzica. Dają mu upragnioną chwilę ciszy i spokoju. Warto jednak zrezygnować ze sztucznych uspokajaczy i znaleźć własny sposób na ukojenie dziecka. Sposób, który nie wpłynie negatywnie na zdrowie maluszka i nie spowoduje opóźnień w jego rozwoju. Oczywiście nie jest powiedziane, że kilkumiesięczne ssanie smoczka będzie skutkowało wymienionymi wyżej zaburzeniami. Być może dziecko samo w odpowiednim czasie, np. kiedy odruch ssania osłabnie, zrezygnuje ze smoczka i będzie go wypluwać, a przygoda z dawnym przyjacielem obejdzie się bez echa. Jednak w obliczu świadomości konsekwencji zbyt długiego ssania smoczka – czy na pewno warto przyzwyczajać do niego dziecko?
Foto: flikr.com/donnieray

Kategorie
wychowanie

Dlaczego małe dzieci gryzą?

Dlaczego małe dzieci gryzą?

Powodów jest wiele, ale najważniejsze to być świadomym, że dziecko zawyczaj nie robi tego z myślą, by kogoś skrzywdzić. Gryzienie i żucie może być naturalnym sposobem małego dziecka na radzenie sobie z bólem związanym z ząbkowaniem, a starsze dzieci mogą ugryźć ponieważ:

  • to ich sposób na radzenie sobie z emocjami – szczególnie tymi trudnymi. Dzieci nie potrafią skutecznie sobie z nimi poradzić. Strach, złość, ból, skrępowanie, zlekceważenie, irytacja, obawa, lęk – względem tych uczuć bywają bezradne. W jaki sposób mają rozładować napięcia? My, dorośli, mamy na to swoje sposoby, np. telefon do bliskiej osoby, joga, bieganie, ale też wszczynanie kłótni. Dzieci reagują tak jak potrafią, czyli gryzą, biją, krzyczą, drapią. W ten sposób wyrzucają z siebie trudne emocje.
  • są lustrem ludzkich zachowań – jeśli dziecko samo doświadcza jakiejkolwiek formy przemocy, takiej jak szturchanie, mocne chwytanie, potrząsanie, klapsy, samo przyjmuje taką postawę.
  • nie są świadome, że gryzienie sprawa ból – dziecko zazwyczaj nie zdaje sobie sprawy z tego, że jego reakcje mogą sprawiać komuś ból. Dlatego rodzice powinni o tym mówić, zwracać uwagę dziecka na fakt, że gryzienie, ale też drapanie, szczypanie może dla kogoś być nieprzyjemne.
  • są chore – albo zmęczone, źle się czują, o pretekst do złości jest niezwykle łatwo, szybciej się denerwują.

[reklama id=”76088″]

Jak reagować?

Ważne aby dowiedzieć się, co jest źródłem zachowania dziecka i je zrozumieć. Różnego rodzaju kary, bagatelizowanie zachowań dziecka, pozostawienie dziecka samemu sobie nie tylko nie pomagają, ale też mogą zaszkodzić. To reakcje dające krótkotrwały efekt, wręcz wyrzadzający krzywdę dziecku.

Co pomaga?

  • Stonowany głos – miły, delikatny, pozbawiony ocen. Kiedy krzyczymy, dziecko czuje się źle. Głośne „Jesteś niegrzeczny!” nie załatwi sprawy, dziecko nie rozumie, dlaczego rodzic reaguje gwałtownie i ocenia je.
  • Przytulanie – dajemy dziecku poczucie wsparcia, bezpieczeństwa, zrozumienia, wzajemnego szacunku. Klapsy jedynie zadają ból i uczą, że agresja jest metodą na rozwiązywanie konfliktów.
  • Pomoc w zrozumieniu – poprzez rozmowę warto wytłumaczyć dziecku, dlaczego sprzeciwiamy się jego zachowaniu. Karanie i grożenie absolutnie w tym nie pomogą.
  • Być z dzieckiem – dziecko musi czuć, że zawsze może liczyć na rodziców, że zawsze może mówić o swoich potrzebach, odczuciach. Izolacja przynosi odwrotny skutek.

 

Kategorie
edukacja alternatywna

Wolna edukacja, czyli jaka? Rozmowa z Anną Czyńską cz. 1

Wolne szkoły, szkoły demokratyczne, unschooling – proszę pomóc nam rozszyfrować te pojęcia i różnice między nimi.

Te terminy bywają różnie interpretowane. Na przykład w tradycji niemieckojęzycznej wolne szkoły to od pierwszej Waldorf Freie Schule po prostu szkoły niepubliczne, niezależne. Natomiast w krajach anglojęzycznych to trend wśród szkół demokratycznych. Co termin „wolna szkoła” oznacza w Polsce, nie wiem. Zapewne chodzi o identyfikację z określonymi wartościami, wizją świata, może sposobem organizacji, ale nie chcę zgadywać. Swoją drogą, byłoby dobrze dowiedzieć się, co mają na myśli poszczególne osoby utożsamiające swoje szkoły z wolnymi.

Unschooling natomiast to inaczej odszkolnienie dzieciństwa, różne pomysły na zmianę w uczeniu się dzieci i dorosłych. To trend zapoczątkowany mniej więcej w latach 70. Za klasyków nurtu uchodzą John Holt i wspaniały Ivan Illich, choć proponowali bardzo różne rozwiązania, oparte na odmiennych doświadczeniach w innych częściach świata i na różnych poziomach.

Jeśli chodzi o szkoły demokratyczne, wspólnym mianownikiem jest równość każdej osoby wobec prawa szkoły, narzędziem zwykle jest zgromadzenie czy zebranie, a dobrem wolność uczenia się. Sama organizacja zależy od ustaleń wewnątrz, choć są i takie, które funkcjonują na zasadzie franczyzy, czyli obowiązku realizacji pewnej koncepcji. Do tego typu szkół należą np. wszystkie szkoły Sudbury.

Jaka jest przewaga szkoły demokratycznej nad publiczną?

Nie porównuję ich. To dwie bardzo różne jakości. Wszystko zależy od systemu wartości czy – mówiąc inaczej – od potrzeb. W takich wyborach zawsze proponuję szczerość wobec siebie. Jednym słowem nic tu po modach.

Jakie zatem potrzeby mają rodzice posyłający dzieci do szkoły demokratycznej? Czy mają oni realny wpływ na kształt szkoły?

To często ludzie, którzy zauważyli, że po pewnym czasie w tzw. zwykłej szkole, ich dziecko straciło radość życia, ciekawość, pewność siebie i zablokowało się. Wiedzą zatem, czego nie chcą dla swojego dziecka, ale niekoniecznie czego chcą. Szkoła demokratyczna bywa wyborem negatywnym. To niesie ze sobą określone konsekwencje. Nie jest łatwo być rodzicem dziecka w naszej szkole. Mam na myśli także to, że rodziny dzieci ze szkół demokratycznych są narażone na surową ocenę otoczenia. Często szczerze nie znoszą nas babcie i dziadkowie, wątpią znajomi, oskarżają o nieroztropność, brak rozsądku, nadmierną pobłażliwość i mnóstwo innych rzeczy. Jesteśmy środowiskiem, względem którego inni roszczą sobie prawo do krytykowania, a nawet krytykanctwa. Tym bardziej mam dużo uznania dla rodziców dzieci z naszej szkoły. To poruszające, ile są w stanie zrobić z miłości do dzieci, zawalczyć o nie, jak mocno przeciwstawić się środowisku. Widzę w tym ogromną siłę dla poprawy jakości życia, w dalszej kolejności dla zmiany społecznej. Z drugiej strony przeraża mnie, że niechęć do używania przymusu  wobec dzieci bywa tak często w kulturze łączony z nieodpowiedzialnością i głupotą.

Myślę, że w Polsce szkoły demokratyczne są najbliżej idei trójpodmiotowości w edukacji, która jest niezwykle trudna w realizacji. W Drodze Wolnej rodzice (o ile zgodzi się społeczność) mogą uczestniczyć w życiu szkoły, biorą też część obowiązków na siebie np. gotowanie posiłków, towarzyszenie dzieciom na co dzień (nomenklatura mentor/mentorka niezbyt dobrze opisuje rolę dorosłych w szkole), sprzątanie. Podobnie jednak jak każda inna osoba podlegają okresowi adaptacji, po którym podejmowana jest decyzja. Z jednej strony widzę ogromną wartość w tym, że rodzice są w szkole. To zarówno dla nich, jak i dla nas możliwość uczenia się, nabywania nowych kompetencji, dzielenia się własnymi wartościami. Z drugiej strony dorosły to ogromna siła, czasem siła nieświadomych wymagań, którym dzieci niekoniecznie umieją się oprzeć. A tego staramy się unikać.

Czym szkoły demokratyczne się od siebie różnią? Zarówno te w Polsce, jak i te za granicą? Wiem, że niektóre mają np. zajęcia (lekcje), na które dzieci mogą chodzić bądź nie, inne w ogóle lekcji nie organizują. Proszę nam te różnice przybliżyć.

Szkoły demokratyczne rzeczywiście się od siebie różnią. Choć nie jestem ekspertką, nie badam szkół demokratycznych w Polsce i na świecie, więc to raczej pytanie nie do mnie. Wiem natomiast, że rozwiązania mogą być bardzo różne. Zakres wolności, typ uprawianej demokracji – od głębokiej, która polega na szukaniu konsensusu, braniu pod uwagę każdego, nawet bardzo emocjonalnego głosu (koncepcję stworzył Arnold Mindell), po marginalizowanie mniejszości przez choćby system głosowania.

Warunki historyczne, obyczajowe, prawne, w jakich powstają szkoły, też nie są bez znaczenia. Dlatego dość trudno porównywać szkoły np. niemieckie z polskimi. W moim odczuciu w polskich szkołach chętnie zatrudniane są osoby po treningach interpersonalnych, z praktyką NVC. Ale nawet w tym temacie rozwiązania mogą być różne. Dlatego – wiedząc coś o jednej szkole – nie warto kierować się tym przy poznawaniu kolejnej.

Czy ludzie i instytucje skupione wokół edukacji demokratycznej w Polsce współpracują ze sobą, konsultują się, wymieniają doświadczeniami? Jak to w Polsce działa?

Za każdym razem, kiedy potrzebuję pomocy, rady, informacji, uzyskuję je i za to jestem wdzięczna. Sama również dzielę się wszystkim, co wiem. Taką przestrzenią dla spotkań jest na pewno EUDEC.pl – coroczny zjazd polskich społeczności szkół demokratycznych. Dla wielu osób to niezwykle ważny czas tzw. “naładowania baterii”.

Warto wiedzieć, że w samym ruchu szkół demokratycznych równolegle funkcjonują różne przesłanki, źródła, pomniejsze idee, inspiracje. To nie jest jednomyślny ruch. Jego cechą jest to, że jest w pełni oddolny, bardzo dynamiczny. I tak już pewnie jest, że poszczególnym szkołom czy założycielom jest bliżej ideowo i energetycznie do jednych a do innych dalej. Osobiście nie ufam jednomyślności, więc cieszę się z takiej sytuacji. O najgłębszym wymiarze demokracji świadczy przede wszystkim dialog o różnicach.

Kategorie
niemowlę

4 powody, dla których nie warto kupować chusty

Z przyjściem dziecka na świat – bez względu na to czy jest to pierwsze czy kolejne dziecko – wiążą się jednak nierozerwalnie spore koszty, związane z wyprawką. Ubranka i inne akcesoria dziecięce sprawiają, że z konta zaczynają uciekać spore sumy, co potrafi solidnie obciążyć domowy budżet i przytłoczyć młodych rodziców. W ich głowach często pojawiają się także obawy – czy chusta jest dla nas? Czy to rozwiązanie u nas się przyjmie? Czy warto w ciemno inwestować w akcesoria do noszenia? Przecież nie chcemy niepotrzebnie wydać dodatkowej sumy na coś, co może się nie sprawdzić…

Oto 4 rzeczy, które warto zrobić zanim kupisz chustę:

1. Zainwestuj w spotkanie z doradcą

Rodzicom zależy przede wszystkim, aby dziecko było bezpieczne i prawidłowo się rozwijało, a chusta zdecydowanie się do tego przyczynia. Spotkanie z doradcą to jednak wydatek, który z pozoru wydawać się może zbędny lub przynajmniej nie najpilniejszy. Tymczasem nauka wiązania pod okiem profesjonalnego doradcy nie tylko pozwoli uniknąć wielu błędów i frustracji, które mogą zniechęcić do noszenia, lecz także pomyłek przy doborze chusty. Na spotkaniu z doradcą nie musisz mieć własnej chusty – to właśnie doradca jest osobą, która pokaże Ci różne jej rodzaje i pomoże wybrać tę najbardziej odpowiednią dla Ciebie i dziecka. Wielu doradców w cenie konsultacji oferuje możliwość wypożyczenia chusty na kilka – kilkanaście dni. To świetne rozwiązanie dla tych „jeszcze nieprzekonanych”. Warto również zapytać doradcę, gdzie szukać chust w dobrych cenach, znają oni bowiem temat „od podszewki”. W rzeczywistości więc takie spotkanie – pomimo że z pozoru może wydawać się kosztowne – pozwoli zaoszczędzić nie tylko cenny czas przeznaczony na szukanie odpowiedniej chusty, lecz także pieniądze.
[reklama id=”72159″]

2. Skorzystaj z pomocy koleżanek

Na początku większość rodziców szuka chusty uniwersalnej. Takiej, która posłuży jak najdłużej i nadawać się będzie zarówno dla mamy, jak i dla taty. Różnorodność i bogactwo wzorów i kolorów chust sprawia jednak, że życie szybko weryfikuje takie plany, przez co w niedługim czasie w domach chustorodziców zaczynają piętrzyć się stosy przeróżnych splotów i składów. Niektórzy chustorodzice posiadają w swojej kolekcji nawet kilkanaście różnych chust.
Chustonoszenie staje się coraz bardziej popularne i wciąż powstają nowe, lokalne grupy zrzeszające mamy, które łączy wspólna chustopasja. Warto rozejrzeć się, czy w okolicy są takie osoby, i zapytać o możliwość pożyczenia na tydzień lub dwa jednej z chust zalegających w stosie. Dla większości pasjonatek nie będzie to żadnym problemem, a dzięki temu możesz uzyskać w gratisie bezcenne porady z chustoświata oraz poznać nowe przyjaciółki.

3. Poszukaj biblioteki chustowej

Biblioteka chustowa to stosunkowo nowy twór i wielu rodziców nie zdaje sobie sprawy z tego, że takie miejsca funkcjonują. Trudno im się dziwić – biblioteki zwykle nie mają funduszy na rozreklamowanie się i informacja o ich istnieniu nie wychodzi poza krąg osób już wtajemniczonych w lokalny świat chustonoszenia. Biblioteki powstają jednak coraz liczniej i odnaleźć je można nie tylko w dużych miastach. W takim miejscu chustę wypożyczymy zupełnie za darmo lub za niewielką opłatą i często możemy liczyć na fachową pomoc w doborze. Warto poszukać informacji na ten temat w Internecie lub wśród lokalnych chustorodziców – kto wie, może znajdziesz bibliotekę chustową w swojej okolicy.

4. Poproś o chustę w prezencie

Zdarza się, że młodzi rodzice obsypywani są niechcianymi prezentami. Pierwsze odwiedziny, chrzciny czy zyskujące na popularności „baby shower” mogą stać się dobrą okazją do tego, aby podsunąć bliskim pomysł na prezent w postaci chusty. Mamy wówczas pewność, że dostaniemy to, co faktycznie nam się przyda, a i dla osoby (lub osób) obdarowującej jest to spore ułatwienie. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze możecie zainwestować w spotkanie z doradcą, który zadba o bezpieczniejszą i łatwiejszą naukę wiązań niż ta z internetowych poradników.
Zazwyczaj to nie wózek, ale chusta jest pierwszym i najważniejszym elementem wyprawki, gdy w planach mamy nawiązanie bliskiej więzi z maleństwem. Pozory „sporych kosztów finansowych, zbyt dużego wyboru chust i skomplikowanych wiązań”  jednak potrafią mylić i tym samym przysłonić wiele rozwiązań, które często są na wyciągnięcie ręki, a mogą stanowić odpowiedź na wiele trosk, problemów i wątpliwości. Warto pozostać otwartym na różne opcje, szukać, pytać i czerpać z doświadczenia innych – często bowiem rozwiązania nieoczywiste mogą okazać się dla rodzica niezastąpione i stać się początkiem czegoś pięknego.

Kategorie
zdrowie

Stawianie baniek – dobry sposób na przeziębienie

W aptece możemy kupić bańki bezogniowe (zimne) – łatwe w obsłudze, z instrukcją stosowania, kosztyją około 80 zł za 12 sztuk. Bańki te różnią się od tych tradycyjnych, ogniowych, procesem wytwarzania podciśnienia. W tradycyjnej metodzie powstaje ono w wyniku wypalenia powietrza, w bezogniowej wersji poprzez wypompowanie powietrza z bańki.

Jak działają bańki?

Po przyłożeniu do ciała bańka wytwarza podciśnienie, które zasysa skórę do jej wnętrza, tworząc coś w rodzaju dużego bąbla. Powoduje to pęknięcia podskórnych naczyń krwionośnych i wydostanie się niewielkiej ilości krwi. Organizm traktuje krea jako ciało obce i pobudza układ odpornościowy do wytwarzania większej ilości przeciwciał, by zwalczyć chorobę. Nasz organizm sam wytwarza coś w rodzaju szczepionki.

Kto może stawiać bańki dziecku?

Oczywiście może zrobić to rodzic, nawet niedoświadczony. Wcześniej musi zapoznać się z instrukcją stosowania, która jest dołączona do kompletu baniek. Jednak przed zastosowaniem tej metody należy skonsultować się z lekarzem, ponieważ istnieje szereg przeciwwskazań do wykonywania tej czynności, np: duszności, reumatoidalne zapalenie stawów, wysoka gorączka (u dziecka powyżej 38,4 C), anemia, zmiany skórne. To lekarz powinien pokazać rodzicom miejsca, gdzie może postawić bańki i zalecić ich ilość, określić czas trwania leczenia.

Czy bańki można stawiać niemowlętom?

Trzylatki i dzieci starsze dość dobrze znoszą terapię. Z dziećmi młodszymi również zwykle nie ma kłopotów, choć zaleca się, by bański stosować u dzieci, które skończyły 12 miesięcy.

Instrukcja stawiania baniek dziecku:

  • pokój, w którym przebywa dziecko wcześniej wietrzymy,
  • odpowiednio wcześniej przemywamy wodą skórę pleców dziecka,
  • plecy natłuszczamy, np. oliwą, olejem – dzięki temu bańki będą miały lepszą przyczepność,
  • bańki zanurzamy w misce z ciepłą wodą, następnie wyjmujemy je z wody i stawiamy wprost na skórze, między kręgosłupem a łopatkami (miejsca powinien wskazać lekarz). Z baniek tworzymy dwa łuki, które rozchodzą się na zewnątrz, zwykle po 3 bańki z każdej strony pleców. Siłę przyssania regulujemy pompką. Do leczenia przeziębień i infekcji jednorazowo stawia się zwykle od 4 do 30 baniek, w zależności od wieku i stanu zdrowia osoby. Ważne! Postawione bańki nie mogą boleć! Jeżeli dziecko odczuwa ból, oznacza to, że zassaliśmy powietrze zbyt mocno i należy natychmiast zdjąć bańkę.
  • przykrywamy dziecko kocem
  • po kilku minutach (czas rekomenduje lekarz, zwykle to ok. 5 minut) bańki podważamy palcem i zdejmujemy,
  • ubieramy dziecko w pidżamę i szykujemy do snu (najlepszą porą na stawianie baniek jest wieczór, po zabiegu możemy dziecko ciepło ubrać i od razu położyć spać). Zwykle w nocy i dnia następnego objawy choroby nasilają się, by w drugiej dobie ustąpić.

Czy bańki „można przeziębić”?

Babcie wpoiły w nas przekonanie, że po postawiniu baniek nie wolno wychodzić na zewnątrz przez kilka dni. W rzeczywistości czas, który należy poświęcić na dochodzenia do formy zalezy od infekcji, z jaką zmaga się dziecko. To pewne, że pierwszą dobę po stawianiu baniek dziecko powinno spędzić w domu, ponieważ może nie czuć się najlepiej. Terapia bańkami to intensywna kuracja i nie wolno doprowadzić do przewiania i przeziębienia. Ale samych baniek przeziębić nie można – to siniaki.

Jak często można stawiać bańki?

W trakcie ostrej choroby bańki wykonuje się co drugi dzień, do tygodnia. W stanach przewlekłych raz lub dwa razy w tygodniu, przez kilka miesięcy. Informacje te dotyczą osób dorosłych. Małym dzieciom nie powinno stawiać się baniek częściej, niż raz w tygodniu. U nieco starszych dzieci (powyżej 7 lat) można stosować terapię dwa razy w tygodniu.
Foto: thrive-massage.com

Kategorie
rodzina

Jak się godzić w związku

Temat godzenia się jest tematem bardzo delikatnym. Różne związki wypracowały swoje metody, które pomagają im mniej lub bardziej skutecznie dochodzić do porozumienia. Niezmierne ważne jest, by konflikt rozwiązać. Tłumienie w sobie pretensji i żalu i spychanie wszystkiego na dno świadomości, chociaż początkowo wydaje się łatwym wyjściem, docelowo może doprowadzić do olbrzymiego kryzysu, z którym para może nie poradzić sobie bez pomocy osób trzecich. Cechy charakteru zaangażowanych osób, podłoże konfliktu, umiejętność przeżywania własnej złości – to wszystko wpływa na sposób i tempo, w jakim dochodzimy do porozumienia. Jest jednak kilka fundamentalnych zasad, o których warto pamiętać i które będą pomocne w odbudowywaniu jedności.

Bierzcie odpowiedzialność

Przede wszystkim warto pamiętać, że gracie w jednej drużynie, że stoicie po tej samej stronie barykady. Wcale nie chodzi o to, które z was udowodni swoją rację. Tworzycie rodzinę, więc albo razem wygracie, albo razem przegracie. Nie oznacza to wcale, że trzeba udawać, że wszystko jest OK i nie mówić o swoim punkcie widzenia. Wręcz odwrotnie. Rozmowy na ten temat są bardzo ważne. Jednak kiedy emocje eskalują, nie ma miejsca na konstruktywną rozmowę. A ponieważ gracie w jednej drużynie, oboje jesteście odpowiedzialni za konflikt. Weźcie więc odpowiedzialność za swój udział w nim.

Zatrzymajcie się

Pojednanie dobrze zacząć od… zatrzymania się. Od przerwania spirali wzajemnych oskarżeń i podsycania własnej złości. Od powiedzenia sobie STOP. To będzie jeden z najtrudniejszych momentów, ponieważ w człowieku zazwyczaj jest ogromna pokusa pielęgnowania żalu i wykrzyczenia własnych racji. Bez względu jednak na podłoże konfliktu, prawdą jest, że rani on obie strony. Nie ma też na tym etapie szczególnie znaczenia, „kto jest bardziej winien”. Zatrzymanie najlepiej zacząć od siebie i wyrazić głośno jego cel. Cel, czyli powstrzymanie eskalacji, by móc wkrótce przywrócić dobrą relację.

Nie obrażajcie się

Zapomnijcie o obrażaniu się. Obrażanie się do niczego nie prowadzi. Nie niesie za sobą porozumienia, nie spowoduje, że nasze racje zostaną chętniej wysłuchane przez drugą stronę, nie spowoduje też rozwiązania problemu. Niektóre związki stosują zasadę, by po konflikcie pogodzić się zanim pójdą spać. A jeśli kaliber nieporozumienia jest ciężki na tyle, że nie dają rady rozmawiać, próbują zasypiając chociaż dotykać swoich rąk, tak żeby dać sobie sygnał, że więź wciąż jest, ale nie ma teraz otwartości na rozmowę.

Usłyszcie się

Kiedy już się zatrzymacie i emocje trochę opadną, kiedy wyjdziecie już do siebie z wolą wyjaśnienia, co się stało, znajdźcie przestrzeń, w której spokojnie będziecie mogli rozmawiać. Weźcie pod uwagę, że żadne z was nie ma monopolu na prawdę. Każdy konflikt ma dwie strony i każdy ma swoją rację. Spróbujcie usłyszeć, co mówi druga strona, a nie tylko słuchać, by natychmiast odpowiedzieć. Nie przerywajcie sobie w pół słowa i dajcie sobie czas na wyrażenie myśli, nawet jeśli czasami trzeba będzie czekać dłuższą chwilę, by druga strona ubrała myśli w słowa. Dajcie sobie czas. Nie przypisujcie sobie intencji. To trudne, jednak możliwe i konieczne. Pamiętajcie, że celem nie jest udowodnienie swoich racji, tylko porozumienie. Mówcie otwarcie o swoich emocjach, o tym, co was dotknęło czy zraniło, pamiętając o komunikatach osobistych, o mówieniu w pierwszej osobie, o nieoskarżaniu się. Weźcie pod uwagę, że druga strona absolutnie nie ma obowiązku domyślić się, może nawet nie wiedzieć, jak bardzo jej zachowanie was dotknęło, i to od was zależy, jak jasno zakomunikujecie swoje emocje. Proste, krótkie zdania są najczęściej najbardziej skuteczne.

A jeśli któraś ze stron nie ma woli do zgody? Poczekajcie. Nie zawsze równocześnie dochodzimy do punktu, w którym czujemy, że jest w nas otwartość na porozumienie. Jednak nie odkładajcie zbytnio godzenia się, by nie dojść do punktu, w którym w sumie nie ma o czym już rozmawiać. Jeśli niepokoi was, że pojednanie nie nadchodzi, powiedzcie o tym wprost. O tym, że ważne jest dla was wyjaśnienie tego, co się stało, i że jego brak powoduje, że nie czujecie się bezpiecznie w relacji.

Szanujcie wzajemnie swoje emocje

Dajcie drugiej stronie prawo do czucia tego, co czuła w reakcji na wasze słowa, nawet jeśli dla was jest to zupełnie irracjonalne. Każdy człowiek jest zbiorem doświadczeń, trudności i zranień, przez które najczęściej nieświadomie patrzy na dziejące się wokół niego rzeczy.

Pamiętajcie, że wcale nie macie się nawzajem zmieniać i wcale nie wiecie najlepiej, jaki ma być drugi człowiek. Zadaniem jest kochać. Kochać się nawzajem takimi, jakimi jesteście, z każdą denerwującą cechą. Kiedy zdacie sobie sprawę, że w niektórych chwilach drugiej stronie może być z wami trudno, może być to przełomowy moment waszej relacji.

Poszukajcie rozwiązania

A kiedy już zobaczycie w drugiej stronie człowieka – z jego własnymi potrzebami, zranieniami i trudnościami do przewalczenia – poszukajcie rozwiązania. Rozwiązania, które będzie dobre dla was jako związku, dobre dla waszej rodziny. Nie bójcie się najbardziej odważnych pomysłów, bo mogą nieść za sobą wiele dobra. I pamiętajcie o otwartym mówieniu o potrzebach, które w was grają.

Okażcie sobie miłość

Przytulanie, dotyk, po prostu bycie blisko, kubek ciepłej herbaty, drobny gest czy słowa, które będą cenne w oczach drugiej strony pomogą wam przywrócić dobrą relację i załagodzić zranienia.

Podziękujcie sobie nawzajem

Za otwartość na pojednanie, za chęć szukania rozwiązań, za dany sobie czas. I za wszystko, co przyjdzie wam do głowy. Podziękujcie sobie za to, jakcy jesteście.

Konflikty w związku są nieuniknione. Dobrze przeżyte i dobrze rozwiązane nie będą niszczyć, a doprowadzą do jeszcze pełniejszej i głębszej relacji, która będzie dla was motorem do działania.