Kategorie
wychowanie

Jeśli dziadkowie wchodzą w kompetencje rodzica

„Wychowałam już swoje dzieci, wychowam też twoje” – wydaje się mówić część dziadków, którzy sterowanie nową sytuacją w rodzinie, jaką jest pojawienie się małego dziecka, traktują jako swoją najważniejszą misję życiową. Takich dziadków wbrew pozorom nie jest wcale aż tak mało. Ignorują więc prośby rodziców dotyczące niedokarmiania słodyczami, nie słuchają ich zaleceń („Jaś ma alergię, nie chcę byś dawała mu mleko”) i robią wiele rzeczy „na przekór”. Z miłości do wnuka. Spojrzenie na tego typu sytuacje z tej perspektywy jest pierwszym krokiem w stronę zrozumienia, o co w tej grze tak naprawdę chodzi.

„Dajcie mi spokój, to moje dziecko!”

Jeśli wewnętrznie krzyczysz, to znaczy, że z pewnością w relacji z dziadkami czyjeś granice są przekraczane. Najpewniej twoje. Najpewniej też nie są one przekraczane świadomie, z czystej złośliwości i z wyrachowania. Jeśli zależy ci na relacji z rodzicami i dobrym kontakcie wnuków z dziadkami, czas nauczyć się asertywnie stawiać granice tam, gdzie faktycznie to konieczne. Ale zanim to zrobisz – pamiętaj, że…

Dziakowie mają prawo budować relację z wnukiem na własnych zasadach

A wymaganie od nich tego, by podporządkowali się wszystkim zasadom, które panują w twoim domu, bo uważasz je za słuszne, jest wyjątkowo trudne. Z kilku względów. Jednym z najważniejszych jest to, że dziadkowie to po prostu inni ludzie. Im szybciej to zrozumiesz, tym szybciej będziesz w stanie docenić tę odmienność. I pokazać, że ty również masz prawo być innym, osobnym człowiekiem. Z innymi pomysłami na to, jak budować relację z dzieckiem. Podstawowa zasada powinna brzmieć więc tak: „Chcę, żebyście budowali relację z wnukiem po swojemu, ale nie godzę się na sytuacje, które są dla dziecka niebezpieczne”.
Jeśli więc twoje dziecko ma alergie, jeśli jest na specjalnej diecie, a babcia dokarmia je zakazanymi produktami – czas interweniować. Jeśli twoim dzieckiem babcia zajmuje się często i pomaga ci, byś mógł realizować się zawodowo, ale w domu dzieją się rzeczy, które nie są po waszej rodzinnej linii – czas interweniować. Czas interweniować również wtedy, gdy twoje zdanie, opinia podważane są w towarzystwie dziecka. Jeśli zależy ci na wychowaniu człowieka, który będzie potrafił obronić siebie w przyszłości, pokaż, że potrafisz być asertywny.

„Mamo, daj nam szansę wziąć odpowiedzialność za siebie”

Szczera rozmowa bywa trudna, ale również uzdrawiająca. Szczególnie wtedy, gdy prowadzimy ją z poziomu serca. Gdy mówimy o własnych uczuciach i potrzebach z nich wynikających. Zaprośmy do niej dziadków i zamiast przerzucać się wzajemnie oskarżeniami – mówmy o sobie. Taki komunikat jest wówczas łatwiejszy do usłyszenia i łatwiej wziąć go pod uwagę – przez drugą stronę. Mówmy:

  • “Czuję frustrację, kiedy kolejny raz widzę, że podałaś Jasiowi mleko, bo potrzebuję bezpieczeństwa dla dziecka, które nie może go pić ze względów medycznych”.
  • “Czuję smutek, kiedy mówisz do Kasi, że jest brzydką dziewczynką, gdy płacze, bo potrzebuję akceptacji dla wszystkich jej emocji. Również tych trudnych”.

Warto też takie komunikaty stosować przy dziecku.
Jeśli więc babcia przekracza granice, strofując dziecko np. podczas posiłku, stańmy w jego obronie. Asertywnie, ale spokojnie zakomunikujmy dziadkom: „My w domu mamy taką zasadę, że dzieci przy stole mają prawo odzywać się w każdej chwili i to, że Zosia chce teraz opowiedzieć coś o swoim przedszkolu, jest dla nas w porządku”. Wzmacniajmy dzieci tam, gdzie tego potrzebują. To jasne, że w komunikacji z osobą starszą zawsze będą miały problem, by samodzielnie się obronić. I pamiętajmy – najpierw jest relacja z własnym dzieckiem. Potem z dziadkami.
Pokazujmy jednocześnie wsparcie dziadkom tam, gdzie widzimy, że nad czymś pracują. I starają się zrobić coś, co być może jeszcze kilka tygodni temu nie przyszłoby im do głowy. „Widzę, że dziś zamiast dać dzieciom czekoladę poczęstowałaś je daktylami. Bardzo ci za to dziękuję, to dla mnie ważne” to komunikat, który pokazuje, że doceniasz starania drugiej strony. Nie zawsze będzie idealnie, ale warto zauważać małe kroki, bo to również buduje porozumienie.

Bądź gotowy na to, że druga strona nie usłyszy twojej prośby

Czasem bywa i tak, że choć rozmowa przebiegła bez większych zakłóceń i druga strona usłyszała naszą prośbę, nie potrafi bądź nie chce na nią odpowiedzieć. Masz wówczas dwa wyjścia: możesz to zaakceptować bądź odpowiedzieć sobie na pytania: “Co mi to robi, jeśli wiem, że mój rodzic/teść nie chce bądź nie może zaspokoić mojej potrzeby?” oraz: “Jak mogę rozwiązać tę sytuację?”. Czasem rozwiązaniem bywa (np. tymczasowe) poluzowanie kontaktu. Liczymy jednak na to, że uda wam się dogadać. Trzeba tylko zacząć rozmawiać!

Kategorie
artykuł sponsorowany rzeczy dla dzieci

Jakie badania krwi warto wykonać przed ciążą i w trakcie jej trwania?

– Dzięki wczesnemu wykryciu odchyleń od prawidłowych wyników badań można w maksymalnym stopniu zminimalizować ryzyko wystąpienia powikłań u dziecka i matki. Jeśli więc ktokolwiek zadaje sobie pytanie, jak przygotować się do ciąży, powinien rozważyć sprawę wykonania kilku prostych badań – wyjaśnia ekspert z serwisu swisslab.pl.

Jakie badania zrobić przed zajściem w ciążę?

Morfologia krwi obwodowej

Umożliwia sprawdzenie ogólnego stanu zdrowia. Odchylenia w poziomie czerwonych i białych krwinek oraz płytek mogą świadczyć o występowaniu wielu chorób m.in.: anemii, zaburzenia krzepliwości, infekcji bakteryjnych i wirusowych.

Profilaktyka toksoplazmozy, różyczki i cytomegalii

Oznaczenie przeciwciał wirusa różyczki klasy IgG (Rubella G) i klasy IgM (Rubella M) jest niezbędne, by stwierdzić, czy przyszła mama miała kontakt z wirusem różyczki, a także czy występuje u niej odporność po szczepionce. Badanie to umożliwia również wykluczenie bądź potwierdzenie aktualnego zakażenia wirusem różyczki, które jest bardzo niebezpieczne dla płodu – dodaje ekspert z serwisu (swisslab.pl).
Badanie na obecność przeciwciał przeciw Toxoplasma gondii klasy IgG (Toxo G) i klasy IgM (Toxo M) wykonuje się, by sprawdzić, czy kobieta przebyła zakażenie tym pierwotniakiem. Ich wykrycie mówi, że zakażenie miało miejsce, choć nie określa, kiedy do niego doszło. Na jego podstawie można też stwierdzić lub wykluczyć zakażenie toksoplazmozą. Jest to choroba bardzo niebezpieczna, ponieważ powoduje nieodwracalne wady płodu.
Coraz więcej lekarzy zleca również wykonanie badań krwi na poziom hormonów tarczycy: TSH i fT3, fT4. Choroby tego gruczołu nie tylko utrudniają zajście w ciążę, ale również niosą z sobą ryzyko powikłań dla matki i dziecka.
Spokojna ciąża to zdrowa ciąża. Gdy matka ma pewność, że nic nie grozi jej i dziecku, może radośnie na nie oczekiwać. Oczywiście należy pamiętać o tym, że opieka lekarska i laboratoryjna są niezbędne również po zajściu w ciążę.

Jakie badania krwi wykonuje się w ciąży?

Przyszła mama po potwierdzeniu ciąży u lekarza ginekologa otrzymuje od niego zalecenie wykonania kilkunastu badań krwi. Jest ich więcej na początku ciąży, ponieważ pierwszy trymestr jest kluczowy dla prawidłowego rozwoju płodu. Rodzaj badań i ich dalszy harmonogram w kolejnych trymestrach jest najczęściej zgodny z kalendarzem badań krwi w ciąży rekomendowanym przez Polskie Towarzystwo Ginekologiczne.

Na początku ciąży (do 10 tygodnia) wykonywane są następujące badania krwi:

  • grupa krwi i Rh,
  • przeciwciała odpornościowe (anty Rh),
  • morfologia krwi,
  • badanie WR (odczyn Wassermanna).

Dodatkowo zaleca się wykonanie badania w kierunku różyczki i toksoplazmozy (jeśli takie badania nie były wykonywane przed ciążą), a także oznaczenie przeciwciał HIV i HCV typu B i C.

Glukoza we krwi (test obciążenia glukozą)

Ryzyko stanowi zarówno zbyt niski, jak i zbyt wysoki poziom glukozy we krwi. Test obciążenia glukozą (wykonywany między 24 a 28 tygodniem ciąży) jest bardzo ważnym badaniem, ponieważ glukoza wpływa na pracę trzustki płodu. Dzieci matek z cukrzycą ciążową rozwijają się szybciej, często rodzą się bardzo duże, więc ciąże rozwiązywane są przez cięcie cesarskie. Z kolei dla matki zbyt wysoki poziom cukru we krwi stwarza niebezpieczeństwo stanu przedrzucawkowego i wielowodzia. Dzięki testowi na glukozę we krwi można tych powikłań uniknąć. Najczęściej wystarczy ściśle przestrzegać diety i zaleceń lekarza, m.in. regularnie kontrolując poziom cukru.

Badania genetyczne w ciąży

Niekiedy ze względu na wiek bądź obciążenia rodzinne pojawiają się obawy co do stanu zdrowia dziecka. Badania genetyczne w ciąży pozwalają wykryć jego wady genetyczne. Jest to istotne dla lekarza, który może dzięki temu ze zwiększoną uwagą prowadzić ciążę i przygotować sposób leczenia dziecka po jego przyjściu na świat. Dzięki wczesnemu wykryciu wad niektóre z nich można leczyć już w łonie matki. W przeważającej większości przypadków wynik badań genetycznych nie przynosi niczego niepokojącego.
Do najpopularniejszych badań genetycznych należy wykonywany z krwi matki test PAPP-A. Badanie to sprawdza poziom dwóch substancji – ciążowego białka PAPP-A oraz wolnej podjednostki β gonadotropiny kosmówkowej (β-hCG). Test PAPP-A jest wykonywany wraz z badaniem USG, podczas którego sprawdzana jest przezierność fałdu karkowego. Test PAPP-A nie daje stuprocentowej pewności wyniku, a jedynie określa prawdopodobieństwo wystąpienia wady. Nowością wśród badań genetycznych są testy typu NIPT. W tym przypadku analizie poddawana jest również krew matki. To bardzo czułe badanie pozwala wykluczyć na podstawie DNA dziecka określone trisomie i inne nieprawidłowości. Testy typu NIPT np.: Harmony czy NIFTY można wykonać już od 10 tygodnia ciąży.
Ciąża i czas przygotowania się do niej to wyjątkowy okres w życiu kobiety. Obawy mieszają się z radością. Odpowiedzialność idzie w parze ze szczęściem, że rośnie w niej nowe życie. By okres ten przeżywać bez niepotrzebnego niepokoju, warto zarówno przed ciążą, jak i w jej trakcie regularnie wykonywać badania krwi.
Konsultacja merytoryczna: położna Celina Szwinta
Foto: flikr.com/rahego

Kategorie
rodzina

10 pomysłów na to, jak uratować domowy budżet, sięgając po ekologiczne rozwiązania

I jeszcze słowo o beneficjentach twojego planu ekologicznego minimum – jeśli uda ci się dobrze opanować nawyk wydawania pieniędzy na niepotrzebne rzeczy, a do tego wprowadzisz kilka ekologicznych sztuczek do swojego życia, zyskasz nie tylko ty, ale też twoje dzieci. Wierni obserwatorzy tego, w jaki sposób wydawane są przez ciebie pieniądze.

Nasz plan ekologicznego minimum wygląda następująco:

1. Zrób własne środki czystości

Płyn do mycia naczyń, toalet, glazury. Płyn do mycia podłóg (drewnianych i niedrewnianych), płyn przeciw kurzowi, płyn do mycia szyb i udrażniania rur. Gdyby tak podsumować wszystkie środki czystości, które zazwyczaj trzymamy w domu, to zbiera się całkiem niezły arsenał. Również pod względem finansowym. Średnio na środki czystości różnej maści, przeciętny Polak wydaje 40 zł miesięcznie. Tymczasem koszty te można zminimalizować kupując 1 kg boraksu (kosztuje 6 zł i starcza na kilka miesięcy), na bazie którego można stworzyć uniwersalny płyn do mycia niemal wszystkich powierzchni (kuchnia, łazienka). Przyda się też soda, ocet, cytryna (z tego zrobimy zarówno płyn do mycia naczyń, jak też płyn do udrażniania rur). Wbrew pozorom samodzielne przygotowanie tych środków nie zajmuje wiele czasu i jest banalnie proste. Np. uniwersalny płyn do mycia powierzchni kuchennych i łazienkowych to po prostu boraks zmieszany z wodą. Proporcje – na oko. Więcej przepisów: 28 przepisów na domowe środki czystości.

2. Zamiast kosmetyków pełnych chemii, przestaw się na naturalną pielęgnację

Najlepszy peeling to ten z cukru i oleju kokosowego. Krem pod oczy? Masło shea. Maska do włosów? Znów – olej kokosowy. Maseczka? Ta z ogórka, płatków owsianych, miodu i awokado. Jest masa naturalnych sposobów na pielęgnację, które nie tylko pozwalają zachować odpowiednią jędrność skóry, ale też niewiele kosztują. Zamiast więc kupować kolejne kremy i maści na wszelkiego typu dolegliwości, poszukajmy dla nich alternatyw… w kuchni. Przeczytaj więcej: 5 prostych przepisów na naturalne kosmetyki, które możesz zrobić w domu.

3. Pierz w domowym proszku do prania

Paczka przeciętnego proszku do prania (1,5 kg) to koszt około 25 zł. Domowej roboty proszek do prania znacznie ogranicza te koszty, a dodatkowo – służy naszemu zdrowiu, bo w jego składzie nie znajdziemy szkodliwych substancji z chlorem na czele. Przepisy na domowe proszki do prania znajdziesz tutaj: 7 przepisów na proszki do prania (także pieluch wielorazowych) i płyny do płukania.

4. Zabawa – nie zabawki!

Spora część budżetu domowego rozpływa się w sklepach z zabawkami i akcesoriami dla dzieci. Tymczasem naukowcy alarmują, że zbyt duża ilość zabawek może zaburzać koncentrację i powodować, że dzieci stracą naturalną dla siebie zdolność do spędzania czasu w świecie wyobraźni. Z tego powodu ważne jest umożliwienie dziecku inicjowania kreatywnych zabaw z wyobraźnią – nie zawsze przy pomocy „kupnych” zabawek. Bo w rzeczywistości za zabawkę mogą posłużyć kasztany (z których jesienią można zrobić ludziki), kamienie, patyki, liście. Guziki, sznurki, garnki. Wszystko, co nas otacza i co zmusza do uruchomienia myślenia abstrakcyjnego. To nie znaczy oczywiście, by zupełnie zrezygnować z zabawek. Przed zakupem każdej kolejnej pomyślmy jednak, czy ona na pewno jest dziecku potrzebna. Czy nie lepiej podarować dziecku, zamiast zabawki, swój czas? Wyjść razem na spacer do parku, na plac zabaw, nad rzekę? A jeśli brakuje ci pomysłów na to, jak bawić się z dzieckiem bez klasycznych zabawek, koniecznie przeczytaj ten tekst: Kilka pomysłów na zabawki z tego, co mamy w domu.

5. Odstaw sieciówki

Czy odzieżowe sieciówki to naprawdę miejsce, w którym opłaca się kupować ubrania? Biorąc pod uwagę jakość produkowanej przez nie odzieży i dominujące, syntetyczne materiały – a więc akryl, nylon, poliester i wiskozę – znacznie lepiej (nie tylko dla portfela, ale też dla własnego zdrowia!) kupować rzadziej, ale ubrania lepszej jakości (z wełny, lnu, bawełny organicznej), które starczą na dłużej i nie stracą na jakości po kilku praniach. Dobrą alternatywą są też sklepy z używaną odzieżą, w których naprawdę nietrudno upolować dobrej jakości ubrania za grosze. A jeśli na myśl o chodzeniu po lumpeksach przechodzą cię ciarki, polecamy ich wersję elektroniczną – polski internet pod tym względem może was jeszcze zaskoczyć! Przeczytaj więcej: Dlaczego warto kupować w second-handach?

6. Kupuj w grupie

W dużych miastach polski jak grzyby po deszczu wyrastają kooperatywy – czyli społeczności zakupowe, którym zależy na dobrej jakości produktach w niskich cenach. To właśnie dlatego robią zakupy wspólnie, samodzielnie wyszukując odpowiednich dostawców (lokalnych rolników itp.) i dzieląc się pracą między sobą po równo. Część osób odpowiada więc w takiej kooperatywie za kontrolę jakości dostarczanych produktów, część za kontakt z dostawcami, część organizuje akcje a część – wydaje towary członkom kooperatywy. Co ciekawe, współczesne kooperatywy spożywcze, wbrew nazwie, nie ograniczają się tylko do produktów spożywczych. Wspólnie można bowiem kupować niemal wszystko – od kosmetyków, przez ubrania po naczynia, książki czy środki czystości. Tradycją są też duże zniżki przyznawanie członkom kooperatywy przez internetowe sklepy ze zdrową żywnością czy kosmetykami. O tym, jak założyć kooperatywę, by jeść taniej i lepiej – przeczytasz tutaj: Jak założyć kooperatywę spożywczą?

7. Zamień chemię na jedzenie

Jest takie powiedzenie, że jeśli oszczędzasz na jedzeniu, wielokrotność zaoszczędzonej kwoty wydasz na leczenie. W rzeczywistości bowiem dieta, zaraz obok sportu, jest najważniejszym elementem trzymającym człowieka w zdrowiu. Jeśli więc dbasz o to, co jesz i zamiast mrożonej pizzy z supermarketu wybierasz świeże owoce i warzywa, to już dobry krok w stronę zdrowszego stylu życia. Jak zacząć jeść zdrowo? Najlepiej – czytając etykiety. O tym, czego z pewnością unikać w żywności, przeczytasz tutaj: Chemia w żywności. Lista szkodliwych E

8. Postaw na sezonowość

Sezonowe owoce i warzywa nie dość, że są tańsze, to również znacznie zdrowsze od swoich niesezonowych rywali. Wybierając więc owoce i warzywa, kieruj się tym, co w danym sezonie występuje. Postaw również na lokalność – niekoniecznie najlepszym dla nas pokarmem będą banany, ale już jabłka, gruszki – owszem. Uważaj również na nowalijki. O tym, dlaczego to nie zawsze jest najlepszy wybór, przeczytasz tutaj: Czy nowalijki są zawsze zdrowe?

9. Naucz się gotować

Często jadasz na mieście? W takim razie nie bez powodu twój budżet kurczy się w oszałamiającym tempie. Jedzenie na mieście jest zwyczajnie drogie. Zamiast tego, znacznie lepiej gotować w domu. Tym bardziej, że poza walorami cenowymi (jedzenie w domu jest tańsze!) dochodzą do tego kwestie zdrowotne. Gotując samodzielnie wiesz, co w rzeczywistości ląduje na twoim talerzu – i z czego to zostało zrobione. Zatem naucz się gotować, planować posiłki i uwzględniać je w swoich listach zakupowych.

10. Jedz mniej mięsa

Polacy spożywają dwa razy więcej mięsa, niż zakładają normy. Tymczasem WHO zaleca ograniczyć jego ilość na rzecz ryb, owoców morza i produktów roślinnych. Dla zdrowia warto również zrezygnować z produktów przetworzonych, a więc konserw, wędlin, kiełbas i gotowych produktów mięsnych. Jeśli jesteś typowym mięsożercą i nie wyobrażasz sobie bez niego życia, zacznij zmianę swojej diety od jednego-dwóch dni bezmięsnych w tygodniu. Mięsne dania zastąp opcją wegetariańską – jedz więcej warzyw, owoców, strączków. Minimalizując spożycie mięsa, zminimalizujesz również przy okazji wydatki. A zaoszczędzone pieniądze będziesz mógł przeznaczyć na wyroby mięsne znacznie lepszej jakości.

Kategorie
wywiady

Szczęściu warto służyć. Rozmowa z Izą Czarko-Wasiutycz o ustawieniach hellingerowskich

„Dziecko jest dla mnie skarbem i sprawą najwyższej wagi. Jest przejawem życia z jego najświętszymi elementami i cudem samym w sobie. Jest niezwykłym połączeniem dwojga ludzi w ich spotkaniu poza jakimikolwiek opisami”

Iza Czarko-Wasiutycz

Aga Pleskot.: Cześć, Izo. Zapraszam cię dzisiaj do rozmowy o dzieciach, o twojej pracy z nimi.

Iza Czarko-Wasiutycz: Pracuję z dziećmi już od kilku lat przede wszystkim dlatego, że sama jestem mamą. Moi nauczyciele, najbliżsi asystenci Berta Hellingera, pracują z dziećmi i ja patrzyłam na tę pracę przez kilka lat szkoły i po jej zakończeniu. Patrzyłam zafascynowana, bo wydawało mi się to trudne.
Może kilka słów o ustawieniach, bo wiele o nich ostatnio słychać. Bert Hellinger zebrał przez ponad dwadzieścia lat swojej pracy i edukacji dotyczącej relacji międzyludzkich, ale też szesnaście lat życia na misji u Zulusów, kiedy był w zakonie, wiele prawidłowości, jakie nami rządzą. Naszą psychiką, hierarchią wartości i zapisami w nas dotyczącymi mechanicznych odruchów płynących z ciała i mózgu. To ogromna wiedza wielu dziesiątek lat badań, pracy psychoterapeutki Virginii Satir, która pracowała z rodzinami, biologa Ruperta Sheldrake’a, twórców neuroprogramowania lingwistycznego i wielu, wielu innych. To nie są – jakby się mogło zdawać – jakieś czary-mary. Ja wiele lat uczyłam się tego zawodu i nadal się uczę. Jeszcze. Z pokorą do tego, czego dalej się dowiaduję i co jest dla mnie odkrywane w kolejnych sesjach.
Teraz widzę i wiem, że dziecko to taki sam pacjent jak dorosły. Dziecko jest po prostu człowiekiem. Ze swoimi pragnieniami, ze swoim losem, swoimi celami, emocjami i sukcesami. Tak samo jak dorosły wychodzi z jakiegoś systemu rodzinnego, z jakichś układów, uwikłań.
Pracę z dziećmi zaczęłam dopiero wtedy, kiedy poczułam, że jestem gotowa. To przyszło w pewnym sensie samo. Z pierwszymi pacjentami pracowałam w prywatnej klinice dr Preeti Agrawal, z którą współpracuję we Wrocławiu na stałe. Żeby widzieć dziecko i móc mu pomóc, trzeba mieć w sobie zupełną akceptację dla jego rodziców i szacunek do tego, co oni niosą, bez względu na to, jakie to jest.
Kiedyś stawiałam się ponad. Ludzie tak robią często. Widzą, jak mama daje klapsa dziecku na ulicy, ona rozdygotana, w emocjach. „Wariatka” – myślą często, a to dziecko – ”biedne”… No biedne… Ale mama też biedna. Oboje się spotkali tutaj po coś. Nigdy nie wiadomo po co, tym bardziej, kiedy tak stoimy z boku. My tego nie wiemy. Nie wiemy tym bardziej, że możemy zobaczyć w ludziach tylko tyle, na ile jesteśmy gotowi. Jeśli nas kiedyś rodzice bili, jak będziemy reagować – z miłością i zrozumieniem dla obojga czy tylko dla dziecka? A zauważymy w ogóle tatę? Tatę, którego pewnie fizycznie tam nie ma, ale przecież jest. Też swoim brakiem obecności.
A może ona sama, ta kobieta, jest bez taty dziecka. Na co dzień. Może nie umie w tym swoim macierzyństwie się odnaleźć… Dorosła jest, ktoś powie, sama zdecydowała. Ale czy na pewno? Czy ludzie mają świadomość, czym jest dorosłość i że my świadomie wykonujemy jedynie dwa procent z naszych odruchów, reszta to automat. Tak, automat. Tak jesteśmy zaprogramowani z odruchów mózgu gadziego. Nie możemy wiedzieć, jaki ta kobieta ma wdrukowany automat. Od kogo go dostała i po co. To jest całość. Kiedyś krzyczałam na takie matki. Tak jak wspomniałam, stawiałam się ponad. Dzisiaj, jeśli tylko mogę, pomagam. Powiem coś łagodnego, poniosę z nią jej siatkę kawałek dalej. Pomogę wstawić wózek do autobusu, uśmiechnę się. Albo nie robię nic i otwieram serce na całość. I na matkę, i na dziecko, i na tego tatę, którego tam nie ma akurat do pomocy. Dlatego pracę z dziećmi zaczęłam dopiero wtedy, kiedy mi się udało otworzyć tę przestrzeń w sobie na całość. Gdzie i rodzice, i dzieci są ważni, a ja jestem tylko na chwilę. Z szacunkiem do ich losu, ograniczeń i możliwości.

Powiedz, proszę, w jakich zaburzeniach u dzieci może pomóc ta praca.

We wszystkich. Ustawienia to sposób pracy, który porządkuje to, co zostało zaburzone w naszej podświadomości od pokoleń. To, co pozwala się spotkać rozdzielonemu. Pozwala głębiej w nas rozwiązywać konflikty wewnętrzne. W momencie kiedy powstaje blok emocjonalny, a prawa i lewa półkula nie umieją znaleźć rozwiązania, trauma, jaką przeżywamy, zapisuje się informacją w emocjach i w ciele. Taki a taki zestaw wydarzeń może prowadzić do bólu, straty i niepowodzeń. Potem pewne mechanizmy są przez nas odtwarzane, a inne omijane. Tam, gdzie następuje ten moment do omijania, tworzą się zastoje i blokady. Dzieci w dwie setne sekundy sczytują sobie z rodziców każdą najmniejszą zmianę nastroju i zapisują w sobie informację. W jakich warunkach jest akceptowane, jakie zachowania w danej rodzinie są właściwe i aprobowane, a jakie nie. Naszą najgłębszą, pierwotną potrzebą jest przynależeć do rodziny, w jakiej się rodzimy, i dla tej przynależności jesteśmy w stanie nawet umrzeć na ciężkie choroby.

Czy mogłabyś podać przykład takiej sytuacji?

Oczywiście. Jeżeli w rodzinie taty jakiegoś chłopca mężczyźni byli odcięci od swoich ojców, bo oni szli na wojnę i nie wracali, a przy okazji kobiety, które zostawały w domu same, w czasie wojny przechodziły tragedię z rąk obcych wojsk, w których byli mężczyźni, to chłopiec, który się dzisiaj rodzi, może uciekać np. w autyzm, bo to jest ukrywanie siebie przed światem, czyli przed tatą, a tata to agresja. Jak nie ma miejsca na tatę w dziecku, na męskie, to nie ma miejsca na agresję. To również złość pokoleniowa, że taty nie było w domu. Wybuchy agresji pojawiają się w momencie, kiedy dziecko wewnętrznie do tego taty dociera na chwilę albo do niesionej złości, zazwyczaj na mamę – że nie było mężczyzn. Taka pierwotna agresja: krzyki, wybuchowe ruchy.

Z czym najczęściej przychodzą do ciebie dzieci?

Dużo jest dzisiaj chorób autoimmunologicznych. Szczególnie w rodzinach, w których w ogóle nie wolno okazywać siły, bo kiedyś ktoś jej nadużywał, więc dzisiaj dziecko, żeby przynależeć do swojej rodziny, chowa to do środka i zamiast zrobić krzywdę komuś, robi ją sobie.
Występuje sporo rożnego rodzaju alergii, sporo migren i bólów głowy, braków koncentracji, integracji sensorycznej, sporo powikłań rozwojowych poszczepiennych. Często występują u dzieci zaburzenia jedzenia, problemy w szkole. Ale pracuję też z dziećmi chorymi na nowotwory, wypadanie włosów, zaburzenia mowy czy nawet schizofrenię.
Liczba moich małych pacjentów jest spora. W związku z tym postanowiłam zorganizować cykliczne warsztaty dla rodziców chorych dzieci. Pierwszy z nich odbędzie się na jesieni tego roku, bo tematy wołają, a rodzice nie wiedzą, co z nimi robić. Tak jak kiedyś ja i mój mąż, kiedy nasze dzieci miały powikłania poszczepienne z objawami neurologicznymi. My znaleźliśmy drogę, ale nie wszystkim się to udaje. Ustawienia tu pięknie pomagają. Czasem uwalniają na stałe, czasem rozpoczynają jakiś proces i można w końcu pójść dalej, czasem do kolejnych terapeutów, czasem do tego samego.
Będą to dwa dni pracy z tematyką zaburzeń u dzieci. Wyjazdowy warsztat uwalniania tego, co w rodzinach poprzez dzieci woła o uwolnienie.

Jak w takim razie wygląda twoja praca z dziećmi? Takimi najmłodszymi. Dobrze reagują na ustawienia czy może zdarza się, że się boją, blokują?

Dzieci boją się przede wszystkim nieakceptacji, oceny, napięć, a ustawienia są sposobem pracy, który te wszystkie obszary rozpręża. Dla dzieci wizyta u mnie to rozmowa. Czasem rysujemy, czasem bawimy się różnymi przedmiotami, które ja ustawiam jako symbole ich blokad w ciele, prowadząc poprzez zabawę pracę ustawieniową na przedmiotach. One mi pokazują poprzez pytania i zabawę, gdzie jest najlepsze rozwiązanie. Pokazują mi też, na ile mnie wpuszczą i czy ja mogę w ogóle się tym zajmować. Czasem nie mogę. Czasem muszę poczekać tydzień, dwa, zanim pójdę dalej. Na to też patrzę w pracy z dziećmi i szanuję to. Po prostu umiem słuchać i sczytywać sygnały i obrazy w taki sposób, żeby dzieci czuły się jak najbardziej komfortowo. Szacunek do dziecka, ale też do jego rodziny, całej, ma tu ogromne znaczenie.

Czy możesz zdradzić coś więcej na temat sposobu, w jaki obłaskawiasz duszę dziecka? Jak zachęcasz do współpracy?

Zawsze najpierw wyczuwam dziecko i sprawdzam, gdzie są jego granice. Nigdy ich nie przekraczam. Traktuję małego człowieka jak równoprawnego pacjenta. Pytam o zgodę na rozmowę, na dotyk, jeśli jest potrzebny. Zawsze na początku pracy mówię dziecku jedno bardzo ważne zdanie: „Dla mnie dzieci zawsze są właściwe”. I jeżeli dzieci przychodzą na spotkanie razem z rodzicami, to są dla mnie ważniejsze jako pacjenci, bo rodzice często mówią z głowy, a dzieci – z głębi siebie. Dzieci mają swoje emocje i programy na wierzchu. Sprawdzam po każdym geście, ruchu ciała i spojrzeniu, co pokazują ze swoich systemów rodzinnych. Dosłownie każdy uśmiech i gest ma tutaj znaczenie.
Pracowałam z dziećmi autystycznymi, moczącymi się, z chorobami nowotworowymi, cukrzycą oraz z wieloma innymi chorobami i widzę, że zwykle to, co najistotniejsze, u dzieci mówi przez ich ciało i blokady. Tylko tak. Mam w sobie pełną akceptację tych blokad. Przy mnie mogą się one pokazać i ujawniać. Ja mam w sobie na to wiele przestrzeni. Ja – człowiek. Ja – Iza Czarko-Wasiutycz. Ja – mama piątki dzieci. Z takim wyczuciem i wrażliwością, jakie mam, a nie innym. A ja mam dla dzieci bardzo wiele akceptacji we wszystkim, co niosą ze sobą. Taką mam historię osobistą, ale też swoją rodzinną.
Często rodzice są zdziwieni zachowaniem własnego dziecka, że ono do mnie podeszło, bo podobno nigdy tego nie robi. Bo do pani psycholog czy logopedy nie chce chodzić, a do mnie się szykuje jak na bal, z radością. Chciałabym tu zaznaczyć, że ustawienia, a właściwie coaching systemowy to sposób, jakim się posługuję, pracując z dziećmi, natomiast używam go ja. Ta konkretna osoba, którą jestem. A poza tym, wiesz, ja mam po prostu morze ciepła i otwartości do ludzi, a dzieci to czują i od razu się do tego otwarcia podłączają.

Ilu spotkań wymaga proces leczenia?

Zależy to od wielu czynników. Od tego, z czego leczy się dziecko. Od tego, czy pracowałam z tatą i mamą wcześniej, czy tylko z jednym z rodziców, bo drugiego nie było w zasięgu. Czasem w ogóle się z dzieckiem nie spotykam, a mimo to ono zdrowieje. Bo wystarcza praca z rodzicami. I miałam tak już nie raz. Bo dziecko, jak mówi Bert Hellinger, ”pokazuje to, do czego dusza rodziców jeszcze nie dotarła”. Czasem wystarcza kilka sesji z mamą, czasem z tatą i jest dużo lepiej. Zdarzało się też, że dziecko całkowicie wychodziło ze swoich dolegliwości. Jeśli rodzina jest gotowa na zmianę, to po każdej sesji widać znaczną poprawę. Dziecko tylko pokazuje mi, co jest w danej rodzinie do poukładania. A ja pracuję z tym, co ono pokazuje, a nie z obiektem pt. Antek czy Zosia albo z jego nogą, uchem czy ręką. Pracuję z całością. Ja patrzę na tę całość i tam sprawdzam, co mogę, a czego nie.

Mówisz na swoim blogu, że dziecko wie, co masz na myśli.

Każdy wie. Dorosły też. Ale dzieci mają ze sobą lepszy kontakt i mniej ograniczeń w ciele, żeby blokować to, co się przez nie przejawia. Wszyscy wiemy. Tak jak kobieta, która poroniła, wie, czy to był chłopiec, czy dziewczynka. Wystarczy, że się wsłucha w siebie, zamknie oczy i otworzy na zablokowany po stracie ból, żeby to usłyszeć. Podobnie dzieci wiedzą, bo one w kontakcie ze sobą są bliżej czucia tego, co najważniejsze. Są bliżej rozwiązań. Kiedy pytam dzieci o coś, to nawet jeśli z poziomu głowy mówią mi coś, co zazwyczaj usłyszały od rodziców na ten temat, to i tak w końcu ich ciało i gesty pokażą mi prawdziwą odpowiedź.

Czy mogłabyś podać przykład?

Pracowałam kiedyś z kilkunastoletnim chłopcem z silną nadruchliwością, który się moczył w nocy. Kiedy była przy nim mama, odpowiadał zalękniony i spięty, zdaniami dorosłego. I mama nie robiła mu krzywdy. Z poziomu potrzeby przynależności robił to, co było oczekiwane przez rodzinę, a że tą rodziną w gabinecie była mama, mówił językiem mamy. Kiedy wyszła, zaczął opowiadać tym nadmiernie rozruszanym ciałem, całym ciałem. Co się okazało? Okazało się, że jego dziadek był w AK przez wiele lat i dziecko całym ciałem pokazywało sytuacje, które wcześniej były doświadczeniem dziadka. Ciągłe uciekanie, ciągły strach magazynowany w ciele, zwłaszcza w nocy. Wiadomo przecież, że ci AK-owcy nigdy nie mogli spać spokojnie. Nie wolno mu było spać spokojnie. Moczył się w nocy, żeby wstać. Jego dziadek pewnie nie raz zmoczył się ze strachu w nocy, a może kiedy zasnął, wydarzyło się coś strasznego. W taki sposób przypominał rodzinie o dziadku. Ciało chłopca samo wykonywało ruchy uwalniające, retraumatyzował się sam. Ja zazwyczaj proszę o te odruchy w trakcie pracy z ludźmi, on wykonywał je spontanicznie. Ja tylko patrzyłam otwarta całym sercem i swoją uważnością na tę historię i na jego dziadka. Czy jego mama, która od wielu miesięcy wstaje w nocy i nie wysypia się, mając nastoletnie dziecko, które dawno już powinno przesypiać noce, może popatrzeć sama z siebie na swoje dziecko w taki sposób jak ja? Zazwyczaj nie może. To jest trudne. Ona widzi tylko syna. Z troską. Z miłością. I to jest jej najwłaściwsze patrzenie na ten moment. Ale „za krótkie”. Pięknie, że umiała sobie samej przed sobą powiedzieć: „Nie radzę sobie z tym już, idę dalej – do kogoś, kto mi może pomoże…”. Piękna to była praca. Chłopiec wyszedł ode mnie dużo spokojniejszy. Bo jego ciało wiedziało i mówiło, ale najbliżsi mu ludzie nie potrafili tego ciała słuchać. Nie było to ani dobre, ani złe. Po prostu nie umieli.

Z tego, co mówisz, widać, że praca, jaką wykonujesz z dzieckiem, wymaga od rodziców dodatkowego zaangażowania, skłania do przepracowania własnych traum. Czy zdarza ci się poświęcać dodatkowy czas rodzicom, niejako w służbie dziecku?

Ja zawsze najpierw pracuję z rodzicami. Nawet jeżeli to jest kilka zdań. Rodzice myślą, że ja robię wywiad wstępny, a ja już wtedy uruchamiam w nich, jeśli są gotowi oczywiście, to, co pozwala im potem na uwolnienie i najlepsze rozwiązania dla nich wszystkich. Jak trzeba, przechodzę do pracy z dziećmi. Nie zawsze przechodzę. Jeżeli dzieci są gotowe zostawić ciężary rodzinne, to dzieje się to szybko i wtedy idą dalej mniej obciążone, jakby miały na tej drodze przez życie mniejszy bagaż, mniejszą walizkę.

Czy uczysz ich, jak słuchać i patrzeć na dziecko?

Tak. Na tym właśnie polega proces zdrowienia dzieci. Dzieci zdrowieją, wyłącznie kiedy czują się widziane i słuchane, a przede wszystkim – kiedy są słyszane. Często nie robię tego, radząc rodzicom „zrób to i to”, ale na przykład pokazuję im, jak dziecko się ma i czuje, kiedy mama patrzy z miłością na tatę, a tata na mamę, a jak się ma, kiedy nie ma między nimi zgody i szacunku. Dzieci się wtedy mają bardzo źle.
W sytuacji gdy rodzice są uwikłani w jakieś trudne tematy w sobie, a to w alkoholizm własnych rodziców i traumę lękową zapisaną w nich z dzieciństwa, a to w ból po stracie dziecka w wyniku poronienia, nie mogą wówczas patrzeć na dziecko, które przychodzi na świat. Dzieje się tak, ponieważ dziecko ma dużo mniejszy ciężar systemowy i nie jest w stanie skupić uwagi rodzica tak mocno, jak robi to coś trudnego, z czym ten akurat się mierzy. Wyobraźmy sobie, że mamę przygniótł kamień i to jest ten trudny temat. Dziecko w tym zestawieniu jest jak deser z bitą śmietaną, który stoi obok przygniecionej mamy. Pachnący, lekki, przyjemny. Mama nawet nie popatrzy wtedy w jego stronę. Bo musi uporać się z tym głazem leżącym na niej. I wtedy dziecko, które stoi obok, myśli sobie: „No tak, jak ja wezmę za nią ten głaz na siebie, to ona na mnie w końcu popatrzy…”. I bierze go. Ale ten ciężar jest dla dziecka znacznie za duży i tak właśnie tworzą się choroby i zaburzenia u dzieci.
Proces zdrowienia dziecka to nic innego jak zwracanie się mamy albo taty w jego stronę. Ściślej mówiąc, jest to proces zdrowienia rodziców, który polega na zdejmowaniu ich własnych ciężarów z siebie. Dlatego głównym elementem terapii u mnie jest pokazywanie rodzicom ich własnego obciążenia, żeby mogli popatrzeć w końcu na swoje dziecko. Uczę ich patrzenia, dopiero jak już mogą spojrzeć na dziecko, ale takiego patrzenia z akceptacją dla jego odruchów w ciele, jego blokad. Bo tak naprawdę to są zazwyczaj blokady rodziców i jeżeli oni je akceptują w dziecku, to znaczy, że akceptują je w sobie.

To znaczy, że rodzic zazwyczaj uczestniczy w sesji?

Nie zawsze. Ale najpierw zaczynam od rodziców. Często przychodzą ci rodzice, o których mówiłam przed chwilą, którzy nie widzą swoich dzieci, bo nie mogą ich zobaczyć, patrząc gdzie indziej. Dużo mówią wtedy. Wtedy ja otwieram siebie i swoją uważność wyłącznie na dziecko. Rodziców wtedy trochę nie słucham. I to dziecko podchodzi do mnie, siada mi na kolanach i zaczyna mi opowiadać historie i samo pokazuje rozwiązanie. Albo zaczyna rzucać przedmiotami, albo prosi o włączenie muzyki. Patrzę wtedy też jednocześnie na rodziców, na ich odruchy i reakcje. Pojawiają się często wtedy łzy albo rodzic przytomnieje. Cichnie. Zostawia swoją opowieść z głowy i zaczyna patrzeć na dziecko razem ze mną, tak jak ja, otwierając się na nie w całości. Ja wtedy niewiele mówię. Czasem nic. I tak też uczę rodziców patrzeć na ich dziecko. I to jest bardzo uwalniające dla dzieci.
W momencie gdy dziecko zdejmuje z siebie ciężary mamy, to mu automatycznie bliżej do taty, czyli do własnych sukcesów. Jeżeli odpuszcza ciężary wzięte z taty, to czasem, nawet po wielu latach, z dnia na dzień potrafią przechodzić alergie albo poprawiają się znacznie wyniki w szkole. Pojawia się więcej siły w ciele i emocjach. Same plusy. Szczęście. Dla szczęścia zawsze warto służyć i zmieniać. Ja tak służę temu szczęściu już kolejny rok.

Jak słyszymy, efekty twojej  pracy bywają zaskakujące. Nie tylko odciążają dzieci, ale leczą całą rodzinę.

Tak, zdecydowanie. Powodują większy porządek, spokój w rodzinie. Dzieciom bliżej do rodziców. Rodzice mogą i umieją wtedy się nimi bardziej cieszyć. Kiedy z kimś pracuję, to zawsze pytam siebie i ruchów, które mnie prowadzą w tej pracy, czy ja mogę w coś ingerować, czy mogę o coś zapytać. Czy to przyniesie więcej korzyści pacjentowi, czy przeciwnie – zatrzyma go w sobie i w drodze do uwolnienia. Czasem to po prostu przychodzi z mojego czucia małego pacjenta, a czasem fizycznie zadaję odpowiednie pytanie, nawet na głos. I widzę po zachowaniu ciała i drobnych czasem gestach, czy mam pozwolenie, czy nie.

Jakiś przykład?

Pracowałam kiedyś z małą, ośmiomiesięczną dziewczynką, która była chora na owrzodzenie jelita grubego. To była najcięższa dla mnie praca. Od początku wiedziałam, że tylko żegnam i pomagam przeprowadzić rodzicom to dziecko na drugą stronę. Takie zresztą były prognozy lekarzy, choć ja nigdy nie słucham prognoz, bo czasem przychodzi do kliniki, z którą współpracuję, człowiek z wyrokiem na za kilka tygodni i żyje potem kilka lat… Wtedy jednak sama czułam, że ona odchodzi. Udało nam się w pracy z rodzicami – raz jednym, raz drugim – dużo tutaj wzmocnić i uzdrowić między nimi chociaż na chwilę. Ja miałam ciągle otwartą w sobie przestrzeń na ruch tej małej dziewczynki do życia. Ani na chwilę w trakcie pracy nie zamknęłam go w sobie, ale widziałam też drugą stronę. Patrzyłam i tutaj znów na całość. Z wielką pokorą. Pracowałam z nią i jej rodzicami w interwałach – dziesięć minut, przerwa, dziesięć minut, przerwa i dalej… I znowu. Tam trzeba było bardzo powoli i delikatnie. Wiele nie mogłam powiedzieć i pytać. I sama mała pacjentka pokazywała mi to swoim zachowaniem. A ja słuchałam. Jej. Jej oddechu i reakcji, jej spojrzenia w oczy, gestów małych, słabych rączek. Pokazywała nimi, oddechem, co mogę, a czego nie. Na chwilę przyszła znaczna poprawa. I większa zgoda rodziców na chorobę córeczki, a z nią ulga. I to w tej całej, bardzo trudnej dla nich sytuacji był największy dla nich zasób. Czułam, że po to do nas przyszli. Po godne odejście swojego dziecka i swoje w tym miejsce. Zwłaszcza, że były tam też starsze dzieci i rodzice dzięki tej pracy ze mną mogli dla nich, mimo bólu, być bardziej dostępni.

Ciekawa jestem, jak dzieci się czują po terapii.

Dzieci są czasem po tej pracy bardziej senne, ale zazwyczaj mają więcej siły i wychodząc z gabinetu są już spokojniejsze. Czasem mają więcej agresji na wierzchu, bo ją długo tłumiły w sobie. Ona zazwyczaj szybko przechodzi albo wynika z niej coś ważnego dla małego pacjenta. Miałam taką sytuację: przyszła do mnie siedmioletnia dziewczynka, której wypadały włoski i która była stale bita przez trzyletnią, młodszą siostrzyczkę, na co nie umiała zareagować. Okazało się, że to młodsze dziecko pokazywało jeszcze jedno dziecko, które mama poroniła, i łobuzowało za dwoje. Starsza nie umiała oddać, bo widziała w tej małej znacznie młodsze od siebie dziecko, dużo słabsze od tego, które przed nią stało… Kiedy mama popatrzyła wewnętrznie na to poronienie, młodsza przestała być agresywna. Wtedy to starsza jej oddała i problem się uspokoił, a włoski zaczęły odrastać, bo główka tej dziewczynki już nie musiała pokazywać noworodka bez włosów.

Dlaczego poleciłabyś ustawienia systemowe?

Poleciłabym wiele metod pracy z dziećmi. Z ludźmi. Jest ich dzisiaj coraz więcej. Ustawienia i coaching systemowy są jedną z nich. Natomiast ja nie polecam tej metody, ja ją czasem odradzam. Nie wszyscy są gotowi na tę pracę, nie dla wszystkich ona jest na dany moment właściwa. Tak jak nie dla każdego jest joga, fitness czy crossfit. Jedni wolą pływać, inni jeździć na rowerze. Z pracą ze sobą jest tak samo. Ustawienia pięknie uwalniają i bardzo głęboko to uwolnienie płynie, ale nie każdy jest na to gotowy. Tak jak nie każdy jest gotowy na zmianę diety, mimo tego że ma świadomość, że cukier, mleko, pszenica czy przetworzone jedzenie mu szkodzą. I czy mnie to oceniać? Absolutnie nie. Jeśli komuś mówię “Nie teraz” albo “Nie przyjmę pana albo pani teraz”, to zazwyczaj dlatego, że widzę, że dla tej osoby byłyby to bez sensu wydane pieniądze. Techniki, jakimi pracuję, potrafią przynieść efekty w krótkim czasie – takie, jakie gdzie indziej osiągałoby się w kilka miesięcy albo kilka lat. Nie każdy jest gotowy na taki sukces.

Jeżeli twoja praca z dzieckiem wpływa na całą rodzinę, to wpływa też pewnie na wszystkie obszary w życiu tej rodziny. W jaki sposób?

Pracuję też dużo z tematyką dotyczącą sfery zawodowej, finansów, długów i porządkowania zastojów finansowych i personalnych w przedsiębiorstwach. Często przychodzą do mnie kobiety albo mężczyźni pracować z którymś z tych tematów, a okazuje się, że właściciel firmy ma zastój finansowy, bo jego partnerka usunęła ciążę albo że długi firmowe są związane z autoimmmunologiczną chorobą dziecka. Albo na odwrót. Pracuję z rodzicami autystycznego dziecka i nie tylko jemu się poprawia, ale też tata dostaje nagle pracę, o której zawsze marzył, i zaczyna zarabiać dwa albo trzy razy więcej.
Był u mnie na warsztatach związanych z finansami firmowymi tata dwójki dzieci. Nie robiłam wtedy warsztatów dla rodziców i dzieci, więc przyszedł na te, które były dostępne. Jedno dziecko niewidzące prawie w ogóle od roku. Choroba postępowała szybko. Nie wiadomo, czemu dziecko traciło wzrok. Lekarze nie znajdowali przyczyny. Tata, kiedy mi o tym opowiadał, zamykał często oczy i patrzył w dal w sobie. Zapytałam: “Na co nie chcesz patrzeć?”. Otworzył wtedy szeroko oczy, wziął głęboki oddech i powiedział, że ma takie długi w firmie, że od pół roku zarabia tylko na ich spłatę i nadal jest za mało. Powiedział ze łzami w oczach, że zastanawia się nad zamknięciem i sprzedaniem firmy. Okazało się, kiedy ustawiliśmy te długi, że za nimi stało dziecko z jego pierwszą kobietą, które oboje postanowili usunąć, bo byli za młodzi i niegotowi na jego przyjście. Reprezentanta tego mężczyzny w jego ustawieniu bardzo poruszył obraz jego pierwszej kobiety i straty ich dziecka. Głęboko płakał i z ciała puszczały napięcia, bardzo silne napięcia. Mógł przeżyć ten głęboki ból, swoje wyrzuty sumienia i to, że nie miał wtedy siły stanąć w swoim miejscu, po męsku, jako głowa rodziny. Po kilku dniach napisał do mnie, że sprzedaje firmę, znalazł w dwa dni kupca i ma plany na nową działalność, a córka po warsztatach dostała wysokiej temperatury i kiedy ona ustała, dziewczynka zaczęła lepiej widzieć. Dzisiaj jest zupełnie zdrowa.

Czemu tak się dzieje? Jak to ze sobą jest połączone?

Jak rzeka w całym biegu… Nasze życie jest jak taka wielka rzeka. I wszystkie odnogi i nurty, które do niej wpływają, jakoś się mają do jakości biegu głównego. Kiedy zmienia się jakość wody w jednym dorzeczu, oczyszcza się je ze ścieków, cała rzeka ma lepszą jakość wody i zdrowieje w niej życie. Kiedy kobieta nie przeżyła bólu straty poronionych dzieci i na nie nie patrzy sercem, nie może na nie zarabiać, ale też nie może zarabiać na te, co żyją, bo ich “nie widzi”. Jest zamknięta w traumie bólu straty. Zamknięte są jej mięśnie, powięzi konkretnych organów są napięte i zaciśnięte, ciało funkcjonuje w stanie gotowości do odparcia bólu. Nie ma motywacji do życia, do działania ani do zarabiania pieniędzy, a żyjące dzieci za każdym razem, kiedy na nie patrzy, tylko przypominają jej o tych straconych. Często wtedy narodzone dzieci zaczynają chorować, żeby zwrócić na siebie uwagę mamy, też żeby ją odciążyć. Z takim przekonaniem, że jak ja zdejmę z ciebie to, co trudne, to ty w końcu na mnie popatrzysz. Kiedy mama przeżyje stratę i popatrzy na wszystkie swoje dzieci – te narodzone i te nienarodzone – może żyć… Ale też zarabiać na wszystkie dzieci razem. Bo kobieta, bez względu na to kiedy zakończyła się jej ciąża, ma tyle dzieci, ile się w niej poczęło. Mężczyźni często za śmierć i choroby dzieci płacą w sferze zawodowej i finansach. I dziesiątki u mnie na warsztatach i w gabinecie takich panów. To piękne, bo panowie coraz częściej pracują ze swoimi emocjami i problemami w sposób profesjonalny, szukając rozwiązań. W kobietach to pracuje inaczej niż w mężczyznach, ale kiedy leczy się jeden temat z jakiejś sfery życia, to zazwyczaj uzdrawia się też inne w innych przestrzeniach. To tak jakbyśmy odtykali jedno miejsce w kanalizacji w dużym domu. Wszędzie zaczyna wtedy płynąć prawidłowo. Jak się odetka na jednym pionie, płynie swobodnie w innych miejscach. Dlatego praca na warsztatach biznesowych wpływa na relacje między partnerami, rodzicami i dziećmi oraz na zdrowie. Ale i na odwrót, praca ze zdrowiem u dorosłych albo dzieci pozwala na przykład na swobodniejsze zarabianie.

Brzmi trochę jak czary.

Dla mnie to bardzo konkretne, naukowo badalne reakcje i zachowania w ciele i odruchach neurologicznych. Neurofizjologia bada przyrządami reakcje mózgu na zapisy traumy i na jej uwalnianie. Praca w ustawieniach powoduje retraumatyzację ciała, pewnych obszarów mózgu, powięzi, mięśni i przepływów biochemicznych. Wpływa bardzo głęboko i zmienia na wszystkich poziomach – fizycznym, emocjonalnym i duchowym. I to mnie w tej pracy najbardziej fascynuje. Ja potrzebuję rozumieć, choć bardzo wiele pozwalam sobie poczuć i zostawić prowadzeniu, bo my wiemy tyle, ile potrafimy zobaczyć. Wiele w ustawieniach dzieje się jednak poza umysłem. Dlatego jest to tak bardzo głęboką pracą i przynosi efekty czasem od razu. Bardzo często ludzie pracujący z jakimś tematem w ustawieniach, np. z tematem taty, który nie był obecny w życiu i mieszka na drugim końcu świata, wychodzą z ustawień, włączają telefon i… dzwoni ich ojciec, tłumacząc, że musiał, że tak poczuł… Teraz, już.
Czasem zdrowieją nagle dorośli i dzieci, czasem uzdrawiają się relacje w rodzinach, czasem firmy wychodzą z długów. W tej pracy ze zdrowiem u dzieci efekty bywają natychmiastowe, bo dzieci puszczają równie szybko, jak przejmują na siebie za rodziców to, co ciężkie. Ich ciała są krócej zamknięte w napięciach traumy i dlatego puszcza im szybciej. To nie jest trzydzieści, czterdzieści lat, tylko kilka wiosen.

Warto dotykać tego, co nas boli?

Warto. Warto do ostatniej sekundy w życiu, do ostatniego oddechu stawać w sobie i do siebie bliżej. Warto szukać swojego szczęścia i uwolnienia od tego, co nam nie służy.
To jasne. Zawsze warto dźwigać mniej, ma się wtedy proste plecy i automatycznie obie przepony pracują swobodniej, lżej się oddycha. Pojawia się więcej przestrzeni na radość, na zdrową skórę bez alergii, pełną oddechu z rozluźnionych płuc. Nawet żołądek przyswaja wtedy lepiej, bez napięć, łatwiej się dzieciom skupiać w szkole, odpuszczają choroby autoimmunologiczne. Tylko tak warto, powiedziałabym nawet.

Chciałabym na koniec zadać ci nieco bardziej osobiste pytanie. Zastanawia mnie, w jaki sposób bycie matką zmieniło cię jako terapeutę pracującego z dziećmi.

Diametralnie! Ja zawsze miałam tak, że jak coś robiłam, to na sto dwadzieścia procent. Bycie mamą było moim wielkim marzeniem, bo miałam problemy z tym związane – pierwsze dziecko straciłam na początkowym etapie ciąży i powiedziano mi wtedy, że już nigdy nie będę mieć dzieci… Dziecko jest dla mnie skarbem i sprawą najwyższej wagi. Jest przejawem życia z jego najświętszymi elementami i cudem samym w sobie. Jest niezwykłym połączeniem dwojga ludzi w ich spotkaniu poza jakimikolwiek opisami. Takie były i są moje dzieci i tak patrzę na małych pacjentów kliniki i u mnie w gabinecie. Dzieci często wystarczy zachęcić i pokazać im drogę, a resztę znajdą dla siebie same. Poza tym wiesz, ja dzięki wychowywaniu swoich dzieci znam nie tylko z poziomu wiedzy podręcznikowej i szkolnej etapy rozwoju dziecka i pewne mechanizmy, przez jakie są na kolejnych fazach rozwoju, ale doświadczyłam i doświadczam tego w domu, dwadzieścia cztery godziny na dobę. A tego nie zastąpi żadna wiedza książkowa. To tak jak się zupełnie inaczej rodzi z położną, która sama rodziła, a inaczej z lekarzem, który nie jest kobietą i nie wie, co się wtedy czuje. Podobnie jest ze mną. Ja to przeszłam. Doceniam i pielęgnuję, jak umiem. I to daję ludziom w swoim gabinecie.

Dziękuję ci serdecznie za rozmowę. Myślę, że to, co powiedziałaś, niejednego z czytających rodziców zaintryguje, uspokoi, da odpowiedź lub postawi przed pytaniem – będzie cenne.

Iza Czarko-Wasiutycz

– terapeutka wg metody ustawień helligerowskich, couch systemowy (ogrodysukcesu.pl). Ceniona przez rodziców, w szczególności przyszłe mamy, za przygotowanie do świadomego porodu bez obciążających traum. Pracuje także z dziećmi. O sobie mówi: To, co ci mogę dać, to miejsce, jakie znalazłam na ziemi dla siebie i w moim sercu. Moje doświadczenia zawodowe, osobiste i finansowe, które mam za sobą. To, przez co sama przeszłam jako człowiek, kobieta i mama.

Aga Pleskot

– mama trójki dzieci. Tłumaczy symultanicznie z języków obcych na polski, dzieciom języki obce, idee na konstrukcje odzieży. Przekłada również pomysły na stroje teatralne dla dzieci. Z radością żyje.

Kategorie
wywiady

Wspólnota kobiet – to jest potrzebne każdej z nas. Rozmowa z Moniką Lipowską-Hajduk

Dlaczego kobiecie potrzebna jest przyjaciółka? Partner nie wystarczy?

Przyjaciele, w tym przyjaciółki, spełniają niezwykle ważną rolę w naszym życiu. Przede wszystkim są źródłem wsparcia i pomocy. Zapewniają poczucie przynależności, zrozumienia, współprzeżywania. Często dzielimy z nimi wspólnotę zainteresowań. Dzięki przyjaciółce mamy zapewnione pewne emocjonalne korzyści. Często są one dla nas buforem, dzięki któremu możemy upuścić trochę stresu dnia codziennego. Zwierzenie się i zdanie sobie sprawy, że nie jesteśmy w czymś same, samo w sobie jest terapeutyczne. Dzięki przyjaciółce możemy też spojrzeć na świat z innej perspektywy, a jednocześnie odczuwać wspólnotę dusz – pewien niewyjaśniony poziom zrozumienia, coś poza słowami – to poczucie jest bardzo wspierające. W kobiecej przyjaźni jest też element wspólnego przeżywania – czyli coś, co dla kobiet jest ważne i budujące.

A co z rywalizacją? Kobiecą, matczyną? Cały czas jesteśmy świadkami wzajemnego oceniania się właśnie przez kobiety.

To jest bardzo często kulturowe, zaczyna się już od przedszkola, silne w większości szkół (na szczęście nie wszystkich!), gdzie wzmacniane jest porównywanie, ocenianie i rywalizacja właśnie. Matki, nauczycielki i inne osoby mające wpływ na wychowanie małej dziewczynki same pokazują jej właśnie taką postawę. Rywalizacja często wynika też z małej pewności siebie, bezradności.
Przeciwwagą dla tej tendencji jest wspólnota, siostrzeństwo, w tym wspólnota kręgów. Obserwuję teraz ogromny powrót do tych właśnie wartości. Przebudzenie do takich jakości w naszym życiu. Żyjemy w ciekawych czasach transformacji. Stary model, oparty na rywalizacji, wyścigu i kulturze posiadania, męczy ludzi, nie sprawdza się. Daje o sobie znać w postaci zalewu zaburzeń zachowania, problemów emocjonalnych i zdrowotnych. Coraz więcej jednak osób zaczyna reprezentować i odszukiwać w sobie chęć bycia we wspólnocie, kooperacja, współpraca, szacunek, dzielenie się, dbanie o zdrowie nie tylko swoje i swoich dzieci, ale także ziemię, która jest naszym domem. Te osoby zaczynają przekonywać się, że te właśnie wartości prowadzą do wspólnego dobra, wzrostu, a także do indywidualnego dobrostanu i poczucia szczęścia.
Bardzo istotne stają się właśnie prawdziwe i głębokie relacje, w tym siostrzeństwo, braterstwo. Jesteśmy w czasach budzenia się nowego paradygmatu opartego na miłości – to czas wielkich przemian.
Jeśli chodzi o rywalizację kobiecą, matczyną – bardzo silnie osadzona jest ona w naszej relacji z matką, a także z wszystkimi kobietami, które istniały w linii kobiecej naszej rodziny. Uzdrawianie tych historii pokoleniowych i praca w tym obszarze potrafi bardzo wiele uzdrowić, ale to ważny, obszerny temat na inną rozmowę.
[natuli2]

Kręgi kobiet stają się coraz bardziej popularne. Czy można uzyskać wsparcie od nieznajomych kobiet?

Absolutnie. Byłam tego świadkiem wiele razy. Niedoceniane jest wsparcie, jakie możemy dostać od drugiego człowieka, również to w obrębie własnej płci.
Kręgi były od wieków naturalnym elementem naszej obyczajowości. Na ich ślady możemy trafić w większości kultur. Kobiety ze wszystkich stron świata przez wspólne bycie razem dawały sobie wsparcie i świętowały ważne momenty w ich życiu. Kobiece spotkania były czymś powszednim. Wykonywały wiele czynności dnia codziennego – rozmawiając, dzieląc swoimi doświadczeniami, wspierając się, towarzysząc.
Istniały czerwone namioty, w których kobiety w swoim towarzystwie, w odosobnieniu od życia codziennego, podczas menstruacji dzieliły razem czas i przestrzeń. Istotnym elementem tego czasu było celebrowanie ich kobiecości właśnie, w tym taniec, zabawa. To był święty czas kobiet. Tęsknota za tym doświadczeniem jest w każdej z nas.
Kręgi dają nam poczucie wspólnoty, jedności z innymi kobietami, inspirują. W tym często wyobcowanym świecie to coś, czego instynktownie się chwytamy i czujemy, że daje nam siłę. Kiedy rozmawiam z kobietami po kręgach, które prowadzę, jeden motyw pojawia się zawsze: że wychodzą z tego doświadczenia mocniejsze i że jest to im bardzo potrzebne. To takie wspólne bycie, w zachwycie i smutku, bez oceniania, każda ma prawo do bycia taką, jaka jest, mieć własne zdanie, po prostu uważnie być.
Inne kobiety są dla nas jak lustra – w nich się przeglądamy – to nas porusza, inspiruje, wreszcie prowadzi do realnej zmiany w życiu. Takie zgromadzenia wytwarzają bardzo silną energię.
Podczas warsztatów często korzystam z energii kręgu – dynamika grupy jest siłą samą w sobie i potrafi być bardzo uzdrawiająca. Szczególnie, choć nie tylko, w odniesieniu do kręgów kobiecych. Wiem, z relacji mężczyzn, że dla nich bycie z innymi mężczyznami, także w formule kręgu, jest również bardzo potrzebne i uzdrawiające.
Takie kręgi spełniają również bardzo ważną rolę w pewnych momentach przejścia w życiu kobiety – ciąży, porodu, menopauzy i innych. Niedawno prowadziłam Krąg Opowieści Porodowych (który był elementem większej akcji ogólnopolskiej) i był on wspaniałym doświadczeniem wspólnoty wśród kobiet. Kobiety z wielu miast Polski i z zagranicy mówiły jednym głosem to samo – że to dla nich bardzo ważne, potrzebne. Były historie, śmiech, łzy, milczenie, ale przede wszystkim było wspólne bycie razem – to coś bezcennego, szczególnie w czasach, w których żyjemy.
To dla nas naturalne, by być razem, by się wspierać, by sobie towarzyszyć, dzielić z kimś nasze doświadczenia. Głęboko w nas jest tęsknota za wspólnym doświadczaniem, byciem razem. W czasach, w których występuje paradoks pozornego kontaktu (media, komórki, komunikatory itp.), a tak naprawdę braku bliskości z ludźmi, to bardzo potrzebna i zdrowa tendencja.

Z drugiej strony słyszymy od babć naszych dzieci, że cukier krzepi i od klapsa nikt jeszcze nie umarł. Różnice w myśleniu są tak fundamentalne, że często trudno znaleźć wspólny język ze starszymi kobietami w naszej rodzinie. Gdzie znaleźć wspólnotę? Gdzie można się spotkać?

Można się spotkać w byciu razem właśnie, we wspólnym doświadczaniu siebie, poznawaniu. Wtedy tworzy się bliska relacja, w której jest miejsce również na różnice, na odrębność, na odwagę życia zgodnie z własnymi wartościami i akceptację tych wartości przez pokolenie, które myśli inaczej. I wtedy dzieje się rzecz, która mnie zawsze zachwyca – robi się miejsce na dialog, na akceptację, „że moja dorosła już córka żyje inaczej, ale to nie znaczy, że nie kocha” i z drugiej strony akceptacja w córce, że „choć mama ma inne doświadczenia, to jesteśmy razem i widzę, jak bardzo kocha mnie i swoje wnuki”.
Oba pokolenia docierają się i uczą się wspólnego istnienia. Jest miejsce na łzy i na śmiech – ale jest to realna, głęboka relacja. Bardzo wszystkim córkom, matkom i wnuczkom potrzebna.

Wróćmy do wspólnoty kobiet. Prowadziłaś wspaniałą uroczystość – Ceremonię Błogosławieństwa przyszłej mamy. Czemu miała ona służyć?

Ceremonia Błogosławieństwa nawiązuje do tradycji występującej w wielu rdzennych plemionach i społecznościach. Ta uroczystość jest pięknym rytuałem przejścia – pozwala ugruntować właśnie przejście z dotychczasowej tożsamości i wprowadzić w inną – w tym przypadku w tożsamość matki.
Ceremonia Błogosławieństw jest czasem dbania, wsparcia kobiety, która niedługo ma urodzić dziecko. To świętowanie wchodzenia w macierzyństwo, celebracja ważnego momentu dla kobiety – również w kręgu. To idealny przykład wspólnego bycia kobiet. Jest tam czas na ceremonię, opowieści, wsparcie, tańce, śpiewy… Więcej nie zdradzę, kto chce, niech się zgłasza i doświadcza. Taka ceremonia to piękny i wyjątkowy sposób, by uczcić matkę, podarować jej to, co tak ważne, a tak deficytowe: czas i uwagę.
Takie wsparcie przez bliskie kobiety jest wielkim darem przed porodem i jest istotną częścią przygotowania do porodu i do samego macierzyństwa. Przyszła matka ma okazję poczuć, że to ona jest ważna w tym procesie. Tego się nie da przeczytać w książkach dla kobiet w ciąży, to trzeba doświadczyć.
Wsparcie bliskich dla ciężarnej kobiet pomaga przygotować ją do porodu – emocjonalnie, duchowo i mentalnie, pomaga przystosować się po raz pierwszy lub na nowo do ważnej roli matki. Takie wzmacniające wydarzenie jest bezcenne, a jaka przy tym jest świetna zabawa!

Ciąża, zwłaszcza poród i połóg – tutaj bardzo potrzebujemy kobiecego wsparcia, kobiecej energii, dobrych kobiecych opowieści.

Dokładnie. Pracuję w dużym stopniu z kobietami w ciąży, przed, w trakcie, po porodzie – i zawsze jest to odczuwalne. To, co nam jest wtedy potrzebne, to towarzyszenie, wsparcie, bycie, nieprzeszkadzanie. Podczas ciąży, przed porodem, uruchamiają się w nas wszystkie przekonania, którymi nasiąkłyśmy, odkąd byłyśmy w brzuchu naszej matki, a potem jako małe i trochę większe dziewczynki, nastolatki… Warto z tym popracować (to dopiero temat na osobną rozmowę!), warto też słyszeć, że może być inaczej – przekaz pozytywnych historii, pozytywnej energii jest wtedy nieoceniony.

Co myślisz o obecności partnera na sali porodowej? Kiedyś przy rodzącej były same kobiety, doświadczone matki. Dzisiejsza położna nie spełnia tej roli.

Na to pytanie nie ma jednej słusznej odpowiedzi. Wszystko zależy od rodzącej, partnera, tego, gdzie rodzi kobieta, a przede wszystkim jaki wielopokoleniowy „przekaz rodzenia” nosi ona w sobie.
Dawno temu kobiety rzeczywiście rodziły z kobietami, które były dla nich źródłem wsparcia. Zwykle też rodziły w miejscach, w których czuły się bezpiecznie. W szpitalu partner często jest mostem łączącym rodzącą z personelem. Jeśli kobieta chce rodzić z partnerem, a partner chce rodzić z nią i jest dla niej emocjonalnym wsparciem, wtedy nie ma problemu i służy to kobiecie i związkowi. Gorzej, gdy u mężczyzny sytuacja ta wywołuje obawy i uruchamia w nim jego własne „przekazy” na temat rodzenia, a w konsekwencji lęki. Wtedy dochodzi do kuriozalnej sytuacji, w której rodząca się martwi o partnera, jak on tę sytuację zniesie. A nie tego jej w tym momencie trzeba.
Rzeczywiście z kobietami, przez to wszystko, o czym rozmawiałyśmy wcześniej, przez współodczuwanie, rodzi nam się dobrze. Ważne jest tylko, by kobieta, która towarzyszy nam przy porodzie, sama miała poukładane kwestie swoich porodów. Żeby towarzyszenie innej kobiecie nie uruchomiało jej lęków, traum i blokad. Tak też bywa.
Na pewno powinnyśmy poznać dobrze tę osobę i poczuć ją energetycznie – czy jest to ktoś, przy kim czujemy się bezpiecznie, kto ma siłę spokoju, a jednocześnie pewną stanowczość, która może nas zmotywować w momentach słabości czy zwątpienia. Ale generalnie – tak, z pewnymi mężczyznami dobrze rodzić. Z kobietami, które dobrze się czują ze swoją kobiecością, rodzi się wspaniale. Tak jak ogólnie wspaniale z nimi przebywać i współodczuwać – czuć ich obecność i bliskość w życiu.
Foto: flikr.com/cernicalo-e

Kategorie
produkty rzeczy dla dzieci

Zabawki Epideixis – nauka przez zabawę inspirowana metodą Montessori

Polska firma Epideixis produkuje ekologiczne zabawki z naturalnych materiałów (drewno, karton), które dają nieskończone możliwości zabawy i wspierają rozwój dziecka. Epideixis tworzy zabawki inspirowane metodą Montessori, wspomagające samodzielne nabywanie przez dziecko poszczególnych umiejętności (na przykład dotyczących edukacji matematycznej, językowej, przyrodniczej, sensorycznej czy tych potrzebnych w codziennym życiu). Z jednej strony są one niezwykle proste, co pozwala używać ich na milion sposobów w codziennych zabawach maluchów, z drugiej – dzięki szczegółowym instrukcjom z propozycjami wykorzystania i zadaniami mogą służyć jako pomoce naukowe i terapeutyczne.
Według Marii Montessori w okresie dzieciństwa występują tak zwane fazy wrażliwości, podczas których dzieci są szczególnie podatne na nabywanie pewnych umiejętności. Nabycie ich poza fazą wrażliwą jest praktycznie niemożliwe (np. dziecko, które nie mówiło do wieku 6 lat, nie nauczy się sprawnie posługiwać mową w późniejszym życiu). Podczas pierwszych sześciu lat życia dziecko skupione jest na języku, ruchu, zachowaniach społecznych i porządku. W tym okresie uczy się mówić, interesuje się literami, zaczyna pisać i czytać. Pomoce Epideixis uwzględniają okresy wrażliwe w rozwoju dziecka.

Zabawki Epideixis:

  • służą zdobywaniu nowych doświadczeń,
  • uczą samodzielności,
  • wspomagają proces samokształcenia oparty na samokontroli,
  • zawierają szczegółowe instrukcje z mnóstwem scenariuszy rozwijających zabawy,
  • są tak zaprojektowane, że można używać ich do najróżniejszych zabaw, np. w odtwarzanie ról, do budowania garaży, domów, zabawy w sklep, w dom, w gotowanie,
  • wspierają nabywanie umiejętności właściwych dla faz wrażliwych w rozwoju dziecka,
  • nie są zróżnicowane płciowo.

Studnia Jakuba

Zestaw kolorowych, drewnianych drążków służących do budowania konstrukcji, odwzorowywania i tworzenia własnych figur geometrycznych. Zabawa w studnię Jakuba polega na układaniu drążków jeden na drugim w kształt studni tak, by nie zburzyć jej konstrukcji.

studnia1Kup w Natuli – 60,00

Klocki Edu

Drewniane klocki z literami. Ich zaletą jest to, że są oparte na polskim alfabecie, zawierają wszystkie specyficzne dla naszego języka litery i dwuznaki. Litery na klockach są zarówno wielkie, jak i małe, czyli takie, jakie zwykle występują w tekstach drukowanych. Dzięki temu dziecko szybko opanowuje umiejętność czytania standardowego tekstu.

eduKup w Natuli – 115,00

Klocki Bio

Zestaw ośmiu drewnianych prostopadłościanów. Dzięki dołączonej instrukcji ze zwykłych klocków zmieniają się w rozwojową zabawkę i pomoc edukacyjną. Zadania podzielone są na cztery stopnie trudności. Z najprostszymi poradzą sobie kilkulatki, ale najtrudniejsze mogą sprawić kłopot nawet dorosłym. Klocki uczą odwzorowywania układów oraz samodzielnego tworzenia przestrzennych budowli.

klockibioKup w Natuli – 42,00

Stonoga Agata

Drewniana nawlekanka w formie gąsienicy wspomaga naukę kolorów i rozpoznawanie podobieństw i różnic oraz umożliwia tworzenie kolorystycznych wzorów, a także ćwiczy zdolności manipulacyjne. Wiek: 3+

stonogaagataKup w Natuli – 46,00

Gra Tres

Świetna gra logiczna, która wywodzi się z popularnej gry w kółko i krzyżyk. Tutaj mamy do dyspozycji jeszcze płaszczyznę pionową, co znacznie uatrakcyjnia, a jednocześnie utrudnia zabawę. Zasady są proste: należy tak nakładać kółka na patyk, aby jak najszybciej zająć w jednej linii trzy miejsca obok siebie. Gra ćwiczy spostrzegawczość, myślenie logiczne i strategiczne.

tres_z-krazkami_mKup w Natuli – 59,00

Paleta przedszkolaka

Zestaw umożliwiający wiele zabaw oraz naukę. Składa się z okrągłej podstawy i tematycznych tarcz z ilustracjami. Umożliwia wiele wariantów zabawy połączonej z nauką rozpoznawania kolorów, sortowania według wielkości, kształtu, barwy, przeznaczenia, wyszukiwania podobieństw i różnic oraz łączenia w pary.

paletaKup w Natuli – 64,00

Mozaika

Zestaw drewnianych klocków: trójkątów i rombów. Świetna zabawka, ale także pomoc terapeutyczna wskazana przy dysgrafii i dysleksji. Z klocków można układać własne wzory, rozbudowywać, dokańczać albo poprawiać błędnie ułożone. Zabawka ćwiczy koncentrację, umiejętność analizowania oraz tworzenie logicznych struktur i kombinacji. Dostępna także w wersji XXL.
mozaika2

Kup w Natuli – 48,00

mozaikaxxl

Kup w Natuli – 145,00

Drążki edukacyjne

Zabawka składa się z drewnianych drążków, koralików do nawlekania oraz podstawki. Zadania o różnym stopniu trudności wymagające odwzorowywania układów rozwijają zdolności twórcze, spostrzegawczość, koncentrację oraz umiejętność obserwowania, analizowania i wyciągania wniosków, a także tworzenia logicznych struktur i kombinacji.

drazkiKup w Natuli – 120,00

Memo przestrzenne

W zestawach znajdują się klocki z wyciętymi kształtami (owoców i warzyw lub zwierząt – w zależności od zestawu), kolorowe i niebarwione warzywa i owoce (albo zwierzęta) oraz klocki daszki. Możliwości zabawy są niemalże nieograniczone. Zabawka ćwiczy małą motorykę, wspiera rozwijanie spostrzegawczości, umiejętność zapamiętywania, naukę kolorów i nazw zwierząt (lub owoców i warzyw), rozpoznawanie i kojarzenie kształtów, a także koncentrację uwagi i logiczne myślenie. Świetna pomoc edukacyjna dla dzieci niedowidzących i niewidomych. Memo “W świecie zwierząt” otrzymało dwie prestiżowe nagrody: Zabawka Roku 2013 oraz nagrodę główną w konkursie Świat Przyjazny Dziecku 2014 organizowanym przez Komitet Obrony Praw Dziecka.
memo1

Kup w Natuli – 149,00

memo2Kup w Natuli – 149,00

Entliczek pentliczek

Wycięte w drewnianej planszy literopodobne kształty stanowią labirynt, po którym mogą poruszać się drewniane kulki w różnych kolorach. Zadanie polega na właściwym ich ułożeniu zgodnie z dołączonymi wzorami albo zaprojektowaniu własnych kombinacji. Zabawka przygotowuje do nauki pisania, ćwiczy małą motorykę oraz koordynację wzrokowo-ruchową i koncentrację. Uczy też logicznego myślenia. Instrukcja zawiera także wariant gry dla kilku osób jednocześnie.

entliczekKup w Natuli – 99,00

Domino Samo

Domino zaprojektowane do nauki orientacji w przestrzeni i rozpoznawania prawej i lewej strony. Bohaterem na poszczególnych obrazkach jest SAMO – postać symbolizująca małe dziecko.

dominoKup w Natuli – 32,00

Liczmany

To 102 sześcienne klocki w sześciu kolorach. Dołączona instrukcja zawiera mnóstwo zadań o zróżnicowanym stopniu trudności dotyczących tworzenia mandali, budowli i brył. Liczmany ułatwiają naukę liczenia, wprowadzają pojęcia zbioru i podzbioru, wspomagają kształtowanie wyobraźni przestrzennej.
liczmany_2

Kup w Natuli – 63,00

Zabawki Epideixis można kupić w Natuli.pl

Kategorie
produkty rzeczy dla dzieci

Elegancja i ekstrawagancja w jednym, czyli muchy Marthu dla dzieci

Sami zobaczcie, jak piękne są muchy Marthu. Projektuje je i ręcznie szyje Marta, która na pomysł założenia firmy specjalizującej się w muchach wpadła, kiedy razem z przyszłym mężem szukali niebanalnej i wysokiej jakości muchy do stroju ślubnego. Nic ciekawego nie mogli znaleźć, a ponieważ potrzeba jest matką wynalazku… postanowili robić sami takie muchy, jakie chcieliby nosić. Bo muchy noszą oboje!

marthu6Kup w Natuli – 49,90

Wszystkie muchy Marthu szyte są ręcznie, z wielką dbałością o szczegóły. Wykonane są z wysokiej jakości materiałów – te dziecięce ze stuprocentowej bawełny. Projekty powstają w krakowskiej pracowni, wzory są inspirowane street artem, malarstwem, niektóre powstają we współpracy z artystami. Marthu tworzy krótkie serie, dzięki czemu muszki są praktycznie niepowtarzalne.
marthu5
Właściciele twierdzą, że ich produkty to nie tylko akcesoria, ale przede wszystkim oryginalny sposób na wyrażenie siebie. Reklamują się hasłem: “MARTHU – walk your own way”.
groszki1
Naszym zdaniem muchy Marthu to świetny pomysł na niebanalny prezent dla “wszystkomającego” dziecka. Mogą je nosić zarówno chłopcy, jak i dziewczynki. A Wam jak się podobają?

Muchy Marthu można kupić w Natuli

Kategorie
zdrowie

"12, 15, 18 lat? Kiedy mogę dać dziecku lampkę wina?"

Amerykańskie badania opublikowane w magazynie „Archiwa Pediatrii i Medycyny Nastolatków” wskazują, że zdaniem 40 proc. matek pozwolenie dziecku na spróbowanie alkoholu w domu likwiduje w przyszłości efekt zakazanego owocu i chroni potomstwo przed nadmiernym piciem. Co trzeci amerykański ośmiolatek przyznaje przy tym, że za zgodą rodziców kosztował w domu piwa lub wina.
Gdyby przeprowadzić podobne badania w Polsce, z pewnością znalazłaby się spora grupa rodziców, którzy podobne zabiegi stosują w swoich domach. I nic dziwnego, patrząc na to, że dwadzieścia i trzydzieści lat temu dawanie maluchom piwa do skosztowania było na tyle swobodną praktyką, że większość współczesnych młodych rodziców ma to doświadczenie w pamięci. Prawda jest taka, że dwadzieścia, trzydzieści lat temu nie mówiło się aż tak dużo o zgubnym skutku procentów dla rozwijającego się, dziecięcego mózgu. Dziś natomiast wiemy już na ten temat wystarczająco dużo.
[natuli]

Nie mniej niż 15 lat

Dla dzieci poniżej 15 roku życia nawet niewielka ilości alkoholu, zupełnie niegroźna dla dorosłych, jest niebezpieczna, dlatego że zaburza ich procesy rozwojowe. Dotyczy to nie tylko rozwoju biologicznego, ale też emocjonalnego, intelektualnego czy społecznego. Alkohol wpływa na procesy związane z uczeniem się i zapamiętywaniem. Uszkadza mózg, powodując obumieranie jego komórek oraz tworzenie się niewłaściwych połączeń między neuronami. Co istotne, uszkodzenia te pojawiają się również w przypadku okazjonalnego picia alkoholu.
Nieprzyzwyczajony organizm na większą dawkę piwa czy wódki może reagować zaburzeniami akcji serca. Zmienia się też metabolizm, perystaltyka jelit, dochodzi do stanów zapalnych błony śluzowej jamy ustnej, żołądka i dwunastnicy. Najbardziej cierpi jednak wątroba. Ta – o czym warto pamiętać – jest zaś organem pojedynczym. Jej funkcji nie będzie w stanie przejąć żaden inny narząd.

W Polsce przeciętny wiek tzw. inicjacji alkoholowej to 12 lat

Zazwyczaj ten pierwszy kieliszek procentów wypijany jest właśnie w domu. Kolejny – już pod wpływem grupy rówieśniczej. Naukowcy wskazują, że dzieci, które w okazjonalny sposób zaczęły próbować alkoholu przed 15 rokiem życia, cztery razy częściej w swoim życiu popadały w alkoholizm. Badania z 2011 roku potwierdziły, że wśród polskich nastolatków jest dwa razy więcej tych, którzy sięgają po alkohol niż papierosy. Co czwarty nastolatek upił się w ciągu ostatniego miesiąca choć raz. Co drugi młodszy nastolatek (12–16 lat) nigdy nie był pijany.

Jak uniknąć sytuacji, w której nasze dziecko zbyt wcześnie zaczyna sięgać po alkohol?

Tak naprawdę stosunek do alkoholu kształtuje się w pierwszych latach życia dziecka. To my, rodzice, budujemy w dzieciach określony model zachowania. Jeśli w naszym domu każda impreza rodzinna (i nie tylko) zakrapiana jest alkoholem, pokazujemy dzieciom, że zabawa czy też spotkanie towarzyskie bez alkoholu jest trudne, niemożliwe lub nudne. Jeśli serwujemy dzieciom w trakcie urodzin owocowego, musującego szampana – pokazujemy, że okazja wymaga „odpowiedniej oprawy”. Alkoholowej, rzecz jasna. I że wiek nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli dzieci widują nas w stanie alkoholowego upojenia, biorą to za normę i przyjmują podobny stosunek do alkoholu. Ważne jest więc, byśmy jako dorośli pokazali zdrowe podejście do alkoholu (piję z umiarem, przy wyjątkowych okazjach, znam swoje granice i ich nie przekraczam), by nasze dzieci miały okazję doświadczyć, że jest on tylko dodatkiem, który może, ale nie musi umilić czas w towarzystwie bliskich osób.
Na koniec słowo otuchy dla tych, którzy boją się „buntu nastolatka” i alkoholowych wyskoków w wykonaniu potomstwa. Badania pokazują, że rodzice, którzy są dla dzieci wspierający, wykazują zrozumienie dla ich problemów, chętnie z nimi rozmawiają, poświęcając im czas i uwagę, znacznie rzadziej mierzą się z problemem sięgania po alkohol przez potomstwo. Niemal połowa dzieci empatycznych, wspierających rodziców zachowuje abstynencję, a niebezpiecznie upija się 16 proc. z nich. Zatem w skutecznym przeciwdziałaniu sięgania po alkohol przez dzieci znacznie lepiej sprawdza się empatia, nie zaś wczesna inicjacja.

Kategorie
odżywianie naturalne

Czego NIE jeść na śniadanie?

Jeśli więc śniadanie, to tylko zdrowe, świeże i nieprzetworzone. Poniżej prezentujemy listę 10 pokarmów, z których podczas śniadaniowej uczty warto zrezygnować. By poczuć się lepiej.

1. Kanapka z wędliną lub żółtym serem

Utarło się, by wędlinę na kanapkę kłaść przy każdej możliwej okazji. Jednocześnie znalezienie dziś prawdziwej, swojskiej wędliny graniczy z cudem. Szczególnie jeśli nie mieszkamy na wsi. Dlatego na naszych kanapkach lądują przetworzone produkty mięsne zawierające azotyny, czyli konserwanty poprawiające jednocześnie smak i wygląd wędlin. Zgodnie z raportem Instytutu Badań nad Rakiem azotyny znajdują się na liście jednych z najbardziej rakotwórczych substancji dodawanych do żywności. Podaje się przy tym, że wystarczy zjadać przez kilkanaście lat 2–4 plasterki szynki dziennie, by ryzyko zachorowania na raka żołądka wzrosło o jedną trzecią.

Żółty ser ma sporo tłuszczu i kalorii, do tego zwiększa poziom złego cholesterolu we krwi. Dużym niebezpieczeństwem są też wyroby seropodobne, czyli produkty, w których znajdziemy śladowe ilości mleka, za to sporo tłuszczy roślinnych, oleju, skrobi, a nawet łoju.

Alternatywa: Pełnoziarniste pieczywo posmaruj domową pastą warzywną.

Przeczytaj także: 12 przepisów na rewelacyjne pasty do pieczywa

2. Kanapka z nutellą

Kolejny śniadaniowy klasyk. Gdyby zastanowić się nad tym, dlaczego tak często po niego sięgamy, wśród wielu odpowiedzi znalazłoby się pewnie „bo to pełnowartościowe śniadanie”. W rzeczywistości nutellę możemy jednak potraktować jako pusty, bezwartościowy zapełniacz. Czy zastanawiałeś się kiedyś, ile jest w niej orzechów, tak ładnie wyeksponowanych na etykiecie? 13 procent. Reszta to cukier, olej palmowy, odtłuszczone kakao, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, serwatka w proszku i emulgatory: lecytyna sojowa oraz aromat. W skrócie nutellę można by więc określić jako mieszankę cukru z tłuszczem z odrobiną orzechów w składzie (Przeczytaj: Śmieci dla dzieci, cz.2. Słodki, czekoladowy krem śniadaniowy). Poza tym warto obejrzeć poniższy film, by przekonać się, jak bardzo szkodzi ona nie tylko nam, ale też całemu środowisku naturalnemu:

Alternatywa: Wybierz pełnoziarniste pieczywo z domową nutellą.

Przeczytaj także: 10 przepisów na fenomenalne, domowe słodkości

3. Białe pieczywo

Mąka, z której wypieka się białe pieczywo, pozbawiona jest najcenniejszych składników – błonnika, witamin i minerałów. Z ziaren pszenicy usuwa się bowiem zarodki wraz z otrębami. Pozostała, oczyszczona mąka w zasadzie niewiele różni się od skrobi. To kalorie w czystej postaci – puste zapychacze. Dodatkowo spożycie białego pieczywa powoduje gwałtowny wzrost poziomu cukru we krwi, a następnie wyrzut insuliny przez trzustkę. To szybka droga do tego, by w przyszłości zachorować na cukrzycę typu II, otyłość, miażdżycę czy nawet zespół metaboliczny.

Alternatywa: Postaw na produkty z pełnego ziarna, posiadające niski indeks glikemiczny. Badania pokazują, że regularne spożywanie 2,5–3 porcji pełnoziarnistego pieczywa dziennie wiąże się z istotną redukcją zachorowania na choroby układu krążenia.

4. Słodkie płatki śniadaniowe

Według dietetyków aż 70 proc. dostępnych w sklepach płatków śniadaniowych zawiera w jednej porcji tyle samo cukru co pączek z dżemem. Niemiecka organizacja konsumencka Foodwatch podaje, że średnio płatki śniadaniowe zawierają nawet 30 proc. cukru, czyli na jedną porcję przypada go 4–5 łyżeczek. Szczególnie dużo cukru znajdziemy w tych płatkach, które oznaczone są jako produkty dla dzieci (Przeczytaj: Śmieci dla dzieci, cz.3. Słodkie płatki śniadaniowe).

Alternatywa: Wybierz owsiankę ze świeżymi owocami lub zrób własną granolę. W ten sposób będziesz mieć pewność, że w składzie są same dobre, wartościowe rzeczy.

5. Błyskawiczne płatki owsiane

Otrzymuje się je z pokrojonego ziarna i poddaje specjalnej obróbce hydrotermicznej, dzięki czemu można je spożywać na zimno. Odznaczają się też niższą wilgotnością (poniżej 10 proc.) od tradycyjnych płatków owsianych. Płatki błyskawiczne to najbardziej przetworzone płatki, przez co znacznie wzrasta ich indeks glikemiczny w porównaniu np. z płatkami górskimi. Poza tym takie płatki w procesie obróbki tracą też część witamin i minerałów.

Alternatywa: Zamień płatki błyskawiczne na zwykłe lub górskie. Mają skład najbardziej zbliżony do surowca, z którego powstały.

Przeczytaj także: Owsianka instant kontra płatki owsiane (4 przepisy na owsiankę domowej roboty

6. Jogurty owocowe

Choć producenci przekonują, że to najlepsze, co może wylądować w naszym żołądku, bo jest pełne owoców i dobrych bakterii jogurtowych, a do tego lekkie, zdrowe i nietuczące, prawda wygląda zgoła inaczej. Powszechnie dostępne jogurty owocowe zawierają bowiem masę cukru i innych sztucznych substancji słodzących, barwiących i zagęszczających. Owoców zazwyczaj w nich nie znajdziemy, a jeśli już, to w naprawdę w śladowych ilościach (np. 0,8 proc.). Ponadto mleko jest produktem silnie wychładzającym, dlatego nie poleca się spożywać go w nadmiernych ilościach zimą (tak jak wyrobów z mleka).

Alternatywa: Kup (lub zrób!) jogurt naturalny, a następnie dorzuć do niego świeże, sezonowe owoce i orzechy.

Przeczytaj także: 10 powodów dlaczego nie warto pić mleka.

7. Sok z kartonu

Naukowcy z King’s Collage w Londynie wydali oświadczenie, z którego wynika, że soki owocowe z kartonu są szkodliwe dla zdrowia, a ich spożywanie zwiększa ryzyko wystąpienia poważnych chorób takich jak otyłość, cukrzyca typu 2, ale również patologii układu sercowo-naczyniowego.

Alternatywa: Zamiast soków z kartonu pij rano wodę z cytryną. Ewentualnie samodzielnie przygotuj sok i wypij go od razu po wyciśnięciu.

Przeczytaj także: Czym się różni sok sklepowy od soku domowego?

[reklama_col id=”71172, 71173, 71174″]

A także:

Drożdżówka

O drożdżówki w sklepikach szkolnych w zeszłym roku przetoczyła się potężna batalia. Obecnie znów wracają do łask, choć eksperci przestrzegają, że wypieki te nie mają w sobie żadnych cennych wartości odżywczych. Możemy w nich za to znaleźć masę dodatków mających polepszyć ich smak czy wygląd jak czerń brylantową (E151), zakazaną w USA ze względu na możliwość powodowania negatywnych konsekwencji dla zdrowia. Poza tym w składzie zamiast prawdziwych jaj znajdziemy pasteryzowane żółtka i białka, zamiast mleka – mleko w proszku, a zamiast masła – margarynę. No i masę cukru.

Alternatywa: Zamiast jeść słodkie bułki i drożdżówki, postaw na owoce. Poranek jest najlepszą porą na ich spożywanie.

Potrawy z mikrofali

Część ekspertów uważa, że dania przygotowane w mikrofali tracą od 60 do 90 proc. wartości odżywczych. Mikrofala mienia też strukturę białek z lewoskrętnych, które występują w przyrodzie, w prawoskrętne, które są obce dla naszego ciała, w związku czym nie są przez nas trawione. Naukowcy zdołali dowieść, że u osób spożywających posiłki przygotowane w mikrofali zmienia się skład krwi – maleje liczba krwinek czerwonych, a rośnie poziom krwinek białych. Zwiększeniu może również ulec poziom cholesterolu.

Alternatywa: Mikrofalę znieś do piwnicy, a do podgrzewania potraw używaj piekarnika.

Foto: flikr.com/timothytsuihin

Kategorie
artykuł sponsorowany rzeczy dla dzieci

Dlaczego producenci podpasek nie podają ich składu na opakowaniu? Podpaski konwencjonalne a naturalne (Gentle Day)

To świadomy zabieg. Gdyby bowiem przestudiować to, z czego podpaski są tworzone, z pewnością część z nas przerzuciłaby się na bardziej bezpieczne środki higieny intymnej. A dochody wielu korporacji spadłyby drastycznie.
Wiodący producenci podpasek stosują przeróżne zabiegi, by przekonać do swoich produktów potencjalne klientki. Poza powszechnym w tej dziedzinie przemysłu bieleniem produktu chlorem (by stworzyć wrażenie higieniczności), dorzucają więc również sztuczne substancje zapachowe, by podpaska pachniała jak świeża łąka. To oczywiście ułuda świeżości i naturalności. By zrozumieć, jak bardzo nienaturalny produkt ma styczność z naszym ciałem w trakcie miesiączki, wystarczy spojrzeć na cyfry – jedna podpaska rozkłada się około trzystu lat. Tymczasem tylko w Polsce kobiety zużywają ich około dwa miliardy rocznie. Co powoduje, że ten „pachnący łąką” kawałek bawełny sprawia nam (i środowisku) tyle problemów?

Do produkcji tradycyjnej podpaski używane są:

1. Bawełna pochodząca z konwencjonalnych upraw

Tradycyjne tampony i podpaski produkowane są z konwencjonalnie pozyskiwanej bawełny. Do jej produkcji używane są zaś ogromne ilości pestycydów – szacuje się, że podczas uprawy na kilogram bawełny przypada ⅓ kilograma chemikaliów. Szkodzą one nie tylko lokalnym ekosystemom, ale też nam samym.

2. Syntetyczny jedwab

Syntetyczny jedwab pozyskiwany jest z celulozy, czyli z drzewa i miazgi papierowej. Produkcja tego typu papieru wymieniana jest jako jedno z głównych źródeł zanieczyszczenia środowiska.

3. Chlor

Wyprodukowane z celulozy i bawełny podpaski bielone są chlorem. W wyniku tego procesu wydzielane są tzw. dioksyny, czyli silnie rakotwórcze substancje szkodliwe dla naszego zdrowia.

4. Chemiczne pochłaniacze wilgoci i substancje zapachowe

Im cieńsza podpaska, tym więcej w niej chemicznych pochłaniaczy wilgoci. To właśnie dlatego krew z podpaski brzydko pachnie – wchodzi z nimi bowiem w reakcję. Przemysł radzi sobie z tym zapachem, dodając sztuczne substancje zapachowe skutecznie neutralizujące nieprzyjemny zapach. Te substancje również nie są dla nas obojętne. Niektóre z nich mogą bowiem wywoływać reakcje alergiczne na skórze (alergie kontaktowe).

Jakie ma to dla nas znaczenie?

Ginekolodzy potwierdzają, że przyczyną wielu przewlekłych infekcji miejsc intymnych są tradycyjne podpaski i tampony. Środki chemiczne zawarte w podpaskach wchodzą bowiem w reakcję z błoną śluzową, która jest bardzo chłonna i wrażliwa. Stąd już niedaleka droga do poważnej infekcji, której początki objawiają się przekrwieniem błon śluzowych i zaczerwienieniem sromu.

Jaka alternatywa?

W obecnych czasach mamy coraz większy wybór alternatywnych środków higienicznych dla kobiet. Jednym z nich są podpaski marki Gentle Day, które idealnie chronią przed przeciekaniem i sprawdzają się w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, a do tego likwidują nieprzyjemny zapach bez użycia chemicznych substancji zapachowych. Ich bezpieczeństwo poświadczają liczne certyfikaty.
gentle-day3

Podpaski Gentle Day:

  • To jedyne certyfikowane podpaski ekologiczne z paskiem anionowym posiadające patent na wynalazek.
  • Pasek anionowy ma właściwości antybakteryjne, regenerujące i wzmacniające odporność. Dzięki temu podpaski Gentle Day mogą być stosowane nie tylko podczas menstruacji, ale także przez kobiety tuż po porodzie (zapewniają szybkie gojenie się ran).
  • Mają przyjazny dla skóry odczyn pH.
  • Posiadają certyfikat ekologiczny Oeko-Tex 100.
  • Są wyjątkowo chłonne. Większość zwykłych podpasek wchłania około 15–30 ml cieczy. Chłonność podpasek Gentle Day sięga 120–150 ml.
  • Pozwalają uniknąć napięcia, zaczerwienienia skóry, wysypki i bólu miejscowego, ponieważ doskonale przepuszczają powietrze, zachowując suchą powierzchnię i likwidując bakterie.
  • Posiadają certyfikat Made for Health, stworzony jako symbol bezpieczeństwa chemicznego i biologicznego w sektorze opieki zdrowotnej wszystkich wyrobów tekstylnych.

gentle-day2